sobota, 26 października 2024

ZMIERZCH BOGÓW (2024) - RECENZJA SERIALU

 
Ostatnie lata nie należały do zbyt udanych w wykonaniu Zacka Snydera. Tym razem postawił na totalną odskocznię od poprzednich dzieł, zmieniając medium jak i gatunek, tworząc tym razem serial animowany osadzony w nordyckiej mitologii. Jak udała mu się ta próba i czy zemsta faktycznie najlepiej smakuje krwawo?


Za produkcję serialu Zmierzch Bogów odpowiadał wspomniany już Zack Snyder, reżyser tyle rozpoznawalny co kontrowersyjny, autor Świtu żywych trupów, 300, Strażników oraz przede wszystkim komiksowych ekranizacji ze stajni DC czyli filmów Człowiek z żelaza, Batman v. Superman: Świt sprawiedliwości, Liga Sprawiedliwości, a w ostatnich latach Armii umarłych czy dwóch części słabo przyjętego Rebel Moon. Snyderowi w pisaniu scenariusza pomagali m.in. Eric Carrasco (doświadczenie zbierał przede wszystkim przy serialu Supergirl oraz Fundacji) oraz Jay Oliva (brał udział przy wielu animowanych filmach i serialach DC oraz Marvela, a także przy RAID: Call of the Arbiter, dużo większe doświadczenie ma jako artysta storyboardów ponad 80 seriali i filmów na przestrzeni ponad ćwierćwiecza).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Nordyckim plemieniem Volsungów włada Leif (Stuart Martin, grywał ostatnio u Snydera w Rebel Moon i Armii umarłych, a także w serialach Babylon, Przekraczając granicę, Medyceuszach i Jamestown) - odważny i sprawiedliwy jarl. Pragnie on pojąć za żonę Sigrid (Sylvia Hoeks, serial See oraz filmy Blade Runner 2049 i Dziewczyna w sieci pająka), waleczną wojowniczkę poznaną na polu bitwy, która skradła jego serce. Sigrid chce poślubić Leifa wśród jej krewnych w rodzinnych stronach – jest bowiem pół-krwi olbrzymką z Jotunheimu. Pomimo początkowych obiekcji ojciec Sigrid, król Glaumar (Peter Franzen, Wikingowie, Koło czasu, Boudica: Królowa wojny czy Miłość, śmierć i roboty) zgadza się na ceremonię, ta zostaje jednak przerwana przez przybycie dwóch intruzów z Asgardu – Baldra (Hakeem Kae-Kazim, Hotel Ruanda, Godzilla vs. Kong, Piraci z Karaibów 3) oraz Thora (Pilou Asbæk, najbardziej znany jako Euron Greyjoy z Gry o tron, ponadto Aquaman 2, Ghost in the shell, Uncharted, Wielki mur, Rodzina Borgiów czy ostatnio Miasteczko Salem). Synowie Odyna (w niego wcielił się John Noble, najbardziej znany z roli Denethora we Władcy Pierścieni, poza tym ostatnio choćby role w Elementary, Cowboy Bebop, Star Trek: Prodigy czy epizod w The Boys) poszukują boga kłamstw, Lokiego (Paterson Joseph, Æon Flux, Niebiańska plaża, The Leftovers, Wybrzeże Moskitów, Poza czasem, ostatnio jeden z antagonistów w Wonce). Gdy olbrzymy nie chcą wydać Thorowi Lokiego, ten w morderczym szale zabija całe plemię Otwartej Dłoni, a Leifowi i Sigrid udaje się przeżyć dzięki łagodności Baldra. Sigrid zostaje przetransportowana do krainy zaświatów, Hel, gdzie Loki zawiera z nią układ mający na celu zabicie Boga Piorunów. Zmierzch Bogów jest bowiem opowieścią o zemście Sigrid Krwawej Oblubienicy na Thorze Odinsonie, od której zatrzęsą się korzenie samego Drzewa Świata i posady Midgaardu.

Sigrid wyrusza w podróż mającą na celu zebranie drużyny śmiałków gotowych rzucić wyzwanie bogom oraz zdobycie broni, która będzie w stanie ich zranić. Do wesołej kompanii dołącza niewolnik Leifa, młody skald Egill (Rahul Kohli, Zagłada domu Usherów, Śmierć i inne szczegóły, iZombie, Nocna msza); pragnąca udać się do Valhalli wojowniczka Hervor (Birgitte Hjort Sørensen, Dark Horse, Rząd, Greyzone, Vinyl, epizod w Grze o tron), wiedźmę Seid-Konę (Jamie Clayton, Hellraiser, Sense8) oraz jej wilkołaka Ulfra (Peter Stormare, Constantine, John Wick 2, Fargo, Amerykańscy bogowie, Castelvania, The Blacklist). Przyłącza się również krasnolud Andvari (Kristofer Hivju, Wiedźmin, Gra o tron, Dżentelmeni, Szybcy i wściekli 8), dzięki któremu uzyskują przeklętą broń zdolną zabić boga.


Aby udało im się sforsować mury Asgardu, udają się w podróż do krainy Wanów – tylko starzy bogowie, którzy przegrali wojnę z Asami, byli w stanie im w tym pomóc. Ich przywódca, bóg Tyr, który jako rękojmię pokoju oddał Odynowi swoją siostrę, Freję (Tracy Ifeachor, The Originals, Legends of Tomorrow, Showtrials, Wonka, a także Star Wars Jedi: Survivor, Starfield, Spider-man 2) nie chciał ryzykować kolejnej wojny, bowiem Wanowie byli osłabieni. Sigrid zaproponowała, że przyniosą im złote jabłka strzeżone przez smoka Fafnira. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem, bowiem jabłka zostały zatrute przez Lokiego, mającego własną, prywatną intrygę przeciwko Odynowi i Thorowi. Ostatecznie pod murami Asgardu staje potężna armia, jednak bój przeciwko Asom i niepokonanemu Thorowi nie będzie łatwy, a każdy będzie musiał coś poświęcić…

Serial początkowo zdawał się gnać do przodu bez opamiętania, bardzo szybko i oszczędnie prowadząc narrację i zostawiając wiele kwestii w domyśle i niedopowiedzeniu. Dopiero z czasem zaczęliśmy odkrywać kolejne warstwy intrygi Lokiego i jego manipulacji, tak samo jak nie od razu zaczęliśmy poznawać historię naszych bohaterów i co ich ukształtowało. Narracja prowadzona była jednak w sposób satysfakcjonujący i angażowała widza w tragiczne losy tych postaci. Sigrid, pomimo swej zawziętej nieustępliwości, budziła sympatię odbiorcy, który kibicował jej w misji wywarcia pomsty za śmierć krewnych.

Kolejnym plusem było stopniowe, przemyślane budowanie charakterów bohaterów i ich niejednoznaczność. Relacje między nimi, zawiązujące się przyjaźnie i romanse, a także rozczarowania nadawały wyrazistości tej historii i w pewnym momencie to te elementy trzymały uwagę bardziej niż przeciągająca się scena batalistyczna.

Dzieło Zacka Snydera to produkcja skierowana do dorosłego widza, zarówno pod względem wypełnienia serialu brutalną treścią, w której trup ściele się gęsto i krwawo, jak i bardzo obfitym erotyzmem, którym serial ocieka. Cycki, dużo cycków. I seksu, często gęsto wyuzdanego i bezpruderyjnego. Fajnie.


Na minus moment w finale serialu, kiedy Snyder nie mógł powstrzymać się od swoich symbolicznych naleciałości - sam w sobie nie był może zły, ale w wykonaniu Zacka to już nawet nie jest odgrzewany kotlet. Pewnym zawodem jest ponadto dość przezroczysta warstwa muzyczna, a rzekomo palce w produkcji maczał Hans Zimmer – ja jednak go tu nie słyszałem. A pomijając już samą kompozycję oryginalną, prosiło się w tym serialu o nieco większe podkręcenie muzyki twardszym, brzęczącym metalem i folklorem brzmieniem. 

Podsumowując, Zmierzch Bogów to solidna animacja oferująca wiele dobroci dla fanów nordyckiej mitologii oraz brutalnego, mrocznego świata pełnego seksu i przemocy. Wyraziste postaci okraszone mięsistą akcją Zack Snyder potrafił na ogół zapanować nad swoim natchnionym symbolizmem, oferując widzowi zwartą, dynamiczną historię zemsty podszytej intrygą, dlatego Zmierzch Bogów otrzymuje ode mnie ocenę 7/10. Tego oczekiwałem i to dostałem od Suicide Squad: Nordic Edition, choć pokusić się było można o lepszą jakościowo animację czy muzykę.




piątek, 25 października 2024

TOMB RAIDER: LEGENDA LARY CROFT (2024) - RECENZJA SERIALU

 
Kultowa marka Tomb Raider w ostatnich latach przeżywała wahania nastrojów – średnio przyjęty film kinowy z Alicią Vikander rzekomo miał doczekać się kontynuacji, ale branża póki co głucho o tym milczy. Film tamten z kolei adaptował w pewnym stopniu pierwszą grę z tzw. „trylogii survivalowej” Tomb Raider od studia Square Enix, która zdobyła niemałą popularność.


Lara Croft zapisała się w historii rozrywki jako istotna postać kobieca, ikoniczna również dzięki dwóm ekranizacjom z Angeliną Jolie. Twórcy ostatnich gier nieco odeszli od wcześniej ustalonego paradygmatu, nie epatując nachalnie seksualnością bohaterki a zwracając większą uwagę na jej zaradność, nieustępliwość i morderczy szał, w jaki potrafiła wpaść mając pod ręką kilka naprędce skleconych z patyków strzał i pół-tępego noża zrobionego z kawałka blachy, że o jadzie z rozgniecionych robaków i pająków nie wspomnę. To właśnie losy tej postaci, w którą wcielaliśmy się w grach Tomb Raider z 2013, Rise of the Tomb Raider z 2015 oraz Shadow of the Tomb Raider z 2018 roku, śledzimy w serialowej adaptacji i kontynuujemy narrację, w której poszukiwanie antycznych skarbów nieodłącznie łączy się z ratowaniem świata dzięki magicznym artefaktom.

Za produkcję serialu odpowiadała Tasha Huo, która napisała sześć z ośmiu odcinków serialu, a wcześniej pracowała tak naprawdę tylko jako jedna ze scenarzystek przy serialu Wiedźmin: Rodowód krwi, więc doświadczenie w branży ma ujemne niewielkie… Z nadchodzących projektów szykuje się ponadto nowa wersja Red Sonji (jeśli dojdzie do skutku), ale także Mighty Nein, czyli nadchodzący kolejny projekt od ekipy Critical Role, czyli twórców Legendy Vox Machiny. Warto również nadmienić, że reżyserką serialu (nie jedyną, lecz biorącą udział przy wszystkich odcinkach) była Julia Olson, która wcześniej na koncie miała pracę przy animowanych wersjach Wyspy Czaski, Strażników Galaktyki i Sześć Pięści.


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Serial na początku rzuca nam kilkukrotnie ekspozycją w twarz, aby widz niezaznajomiony z grą poznał kontekst, w jakim miejscu w życiu Lary Croft się znajdujemy i jaka ścieżka poprowadziła ją do tego konkretnego momentu, ale przede wszystkim kim są otaczający ją ludzie. Ja „nową trylogię” przechodziłem stosunkowo niedawno, bo jesienią poprzedniego roku i zapałałem do niej dużą sympatią, choć ostatnia część już trochę mnie zmęczyła. Niestety w przypadku serialu było trochę podobnie.

Lara Croft (głosu tym razem udzieliła jej Hayley Atwell, znana choćby z MCU jako ukochana Kapitana Ameryki agentka Peggy Carter, poza tym występowała m.in. w Księżnej, Filarach Ziemi, Kopciuszku, Christopher Robin czy Mission Impossible: Dead Reconing Part One) próbuje poukładać sobie życie po uratowaniu świata i pokonaniu tajnej organizacji Trójca. Obwinia się jednak nie o to, że zabiła w ciągu kilku lat więcej ludzi niż John Wick przez wszystkie filmy swojej franczyzy, ale że w wyniku jej działań życie straciło lub odsunęło się od niej kilka osób, jak choćby przyjaciel jej ojca, który poświęcił się dla niej na japońskiej wyspie Yamatai, czyli Conrad Roth (Nolan North, popularny aktor głosowy licznych animacji i gier komputerowych, najbardziej znany jako Nathan Drake z serii Uncharted czy Desmond Miles z serii Assassin’s Creed, ale w portfolio ma setki innych projektów).

Trapiona przeszłością Lara postanawia przekazać kolekcję dzieł sztuki i artefaktów przeszłości zagrabionych znalezionych przez ród Croftów do muzeum i podczas bankietu posiadłość zostaje napadnięta przez niezwykle utalentowanego złodzieja, którym okazuje się być Charles Devereaux (Richard Armitage, czyli Thorin Dębowa Tarcza z trylogii filmowej Hobbit i Trevor Belmont z Castelvanii, poza tym m.in. seriale Stacja Berlin, Hannibal, Robin Hood, Tajniacy, The Stranger, Nocny lot i Już mnie nie oszukasz). Kradnie on znalezioną kiedyś w Peru szkatułkę, która okazuje się być pojemnikiem skrywającym skurwysyńsko niezwykle potężny klejnot.

Tropem złodzieja rusza Lara oraz towarzyszący jej niezmiennie przyjaciel Jonah (wyjątkowo rolę głosową z serii gier powtarza Earl Baylon, który występował też m.in. w grach Final Fantasy VII Rebirth, Rise of Ronin, Starfield czy tegorocznej Batman: Arkham Shadow). Czyni to pomimo rychłego ślubu z poznaną podczas peruwiańskiej eskapady przeciwko Trójcy w Shadow of the Tomb Raider pilotką Abby Ortiz (Roxana Ortega). Nieodzowne wsparcie technologiczne zapewnia jej pojawiający się z dupy (nie kojarzę bowiem go z serii gier) charyzmatyczny w tym teatralno-zniewieściałym stylu Zipp (Allen Maldonado).


W czasie pogoni za Devereaux okazuje się, że zielona błyskotka spokojnie leżąca w skarbcu Croftów to jeden z czterech Kamieni Zagłady, które chińska bogini Nuwa rozdzieliła, gdy z chaosu tworzyła świat. Devereaux planuje zdobyć te kamienie, by zniszczyć jeszcze tajniejszą od Trójcy przestępczą organizację planującą wyjść z cienia i zawładnąć światem, Światłość odpowiedzialną za śmierć jego ojca. Chce to uczynić, nie zważając na fakt, że wraz z postępem fabuły świat rozpada się na kawałki w serii niecodziennych katastrof naturalnych targających wieloma zakątkami Ziemi, w tym pechową posiadłością Croftów kilkukrotnie.

Lara skacze zatem po Chinach, Paryżu, Stambule, Iranie i ponownie Chinach i Mongolii (a finalnie chyba po jakimś innym, kosmicznym wymiarze), a w czasie tego wyścigu trapią ją coraz bardziej wyrzuty za śmierć Rotha oraz Jonaha (choć ta trwała chyba tylko niecałe dwa odcinki i gdyby go trwale uśmiercili, twórcy zyskali by mój szacunek, a nie miano pizdowatych scenarzystów). Na swej drodze spotyka kilka postaci z przeszłości, o których nie wiedzieliśmy, a rozbudowują czy to jej charakter jak Camilę Roth, córkę Conrada i przyjaciółkę/ukochaną? Lary z młodości (grana przez Zoe Boyle) czy lore świata jak przedstawicielka pekińskiej filii Biblioteki Evę Tong (Ming-Na Wen). Z pomocą oddziału Interpolu pod komendą Camili Roth (pomocą niewielką, wszak Lara poradziłaby sobie sama) udaje się powstrzymać Devereaux i przywrócić zaburzoną przez tego głupca równowagę czterystu wymiarów, oddając Kamienie Zagłady bogini Nuwie. Wszyscy żyliby długo i szczęśliwie, gdyby nie porwano istotnej w fabule pierwszej gry przyjaciółki Lary, Samanthy Nikishury (Karen Fukuhara, czyli Kimiko z The Boys), co zapowiada albo drugi sezon albo fabułę kolejnej gry albo kurwa nic i na tym wątek się urwie...

Serial miał kilka ciekawych elementów i po pewnym czasie wciągnąłem się i zaangażowałem w historię, ale finalnie narracja zaczęła przeskakiwać rekina jeszcze bardziej niż fabuła Shadow of the Tomb Raider, a bardzo silny supernaturalny skręt zgubił siłę serii, czyli postawienie na (momentami przerysowany) realizm w stylu survivalowym. Wolę, gdy Lara nurkuje w bagnie, by zaczaić się na eskadrę uzbrojonych po zęby komandosów i wymordować ich wszystkich tępą wykałaczką niż kiedy idzie pogadać z boginią w jej kosmicznym wymiarze, by zaraz później totalnie z dupy walczyć z dinozaurem (fabuła wcale nie potrzebowała takiego nachalnego mrugania okiem do widza)…

Produkcja mocny akcent postawiła na emocjonalny rozwój bohaterki, jej moralne dylematy i rozdrapanie kilku traum. To było akurat dobre, póki nie wchodziło w melodramatyczne tony i przewidywalne rozwiązania. Serial starał się łączyć tę emocjonalną warstwę Lary oraz jej relacji z innymi, a także podobieństwo z antagonistą serialu z bombastyczną akcją, masą parkouru, strzelanin, wybuchów i pościgów oraz archeologiczno-mitologicznych ciekawostek. Niestety, nie postarano się w odpowiedni sposób o zapewnienie ciekawego historycznego tła dla historii, oddalając się zbytnio w stronę fantastyki i chińskiej mitologii. Scenom akcji natomiast nie służyła momentami dziwna animacja, odstająca od współczesnych standardów i gryząca się z resztą.


Serial nie spotkał się z dobrym przyjęciem fanów i nie mówią tu wcale o zakompleksionych piwniczakach płaczących nad małym biustem Lary oraz zbyt długimi spodenkami. Lara Croft w uwspółcześnionej wersji jest spoko, zarówno pod względem charakteru jak i umiejętności. Problem serialu leżał w średnim scenariuszu prowadzonym sztampowo, mało angażująco i nieciekawie, a momentami bardzo po łebkach i chaotycznie. Pani Huo nie wyciągnęła zbyt wielu wniosków z pracy nad wiedźmińskim Rodowodem krwi

Podsumowując, Legenda Lary Croft to nie jest serial ani tragiczny ani wybitny, taki po prostu i zwyczajnie średni. Miał kilka fajnych momentów i pomysłów na siebie, ale zagubiło się gdzieś to po drodze i zniknęło w piaskach pustyni. Jeśli pojawi się drugi sezon, zapewne obejrzę, bo czekam na czwartą część gry, ale ta iteracja Tomb Raidera jest pewnym rozczarowaniem i otrzymuje ode mnie ocenę 6/10. Liczyłem na więcej.




niedziela, 20 października 2024

RINGS OF POWER Sezon 2 (2024) - RECENZJA SERIALU

 
Najdroższy serial w historii zmierzyć musiał się z mieszanym przyjęciem publiczności, w tym z poważną krytyką zagorzałych fanów Śródziemia. Czy przy okazji drugiego sezonu Amazon wyciągnął wnioski, poprawiając jakość swej luźnej adaptacji prozy Tolkiena?


Showrunnerami drugiego sezonu byli ponownie Adam McKay oraz John D. Payne, którzy wcześniej mieli na koncie jedynie niewielki udział przy tworzeniu scenariuszy do filmów Star Trek: W nieznane oraz Wyprawa do dżungli. Wśród reżyserów odcinków ponownie mogliśmy zobaczyć Charlotte Brändström (mającą duże doświadczenie w reżyserowaniu seriali takich jak m.in. Shogun, Witcher, Man from the High Castle, Outlander, Colony, Conterpart, Madame Secretary), a wśród nowych twarzy wymienić należy Louise Hooper (mającą na koncie odcinki seriali takich jak Witcher, Treason, Sandman, Flesh and Blood, Stan’s Lee Lucky Man) oraz Sanaę Hamri (reżyserowała m.in. w serialach Gen V, Wheel of Time, Shameless, Elementary oraz Imperium, którego była również producentką). W skład scenarzystów powracających przy drugim sezonie należy wspomnieć Justina Doble (Stranger Things), Jasona Cahilla (Rodzina Soprano, Halt and Catch Fire), Helen Shang (13 Reasons Why, Hawaii 5.0), Glenise Mullins (Peryferia, Surface, Star Trek: Discovery), Nicholasa Adamsa (dokument Fail State), Gennifer Hutchison (Breaking Bad, Better Call Saul). Za zdjęcia do drugiego sezonu odpowiadali: Alex Disenhof (Kod 8, Rebelia oraz seriale Watchmen, Egzorcysta, Legion, Wybrzeże Moskitów), Jean-Philippe Gossart (Witcher i Witcher: Blood Origin, Treason, Monarch: Dziedzictwo Potworów, Cowboy Bebop, Gra pozorów), Laurie Rose (seriale Inwazja, Silos, Niedaleko pada jabłko, Peaky Blinders oraz filmy Stan i Ollie, Smętarz dla zwierzaków, Piękna i rzeźnik, Operacja Overlord).

Pierwszy sezon Pierścieni władzy w mojej opinii nie był produkcją tragiczną i miał kilka niewątpliwych plusów. Z pewnością nie należał do nich scenariusz, bowiem serial cierpiał na liczne bolączki w zakresie ekspozycji, dialogów, sposobu pisania postaci, prowadzenia narracji oraz logiki. Nie pomagał twórcom zapewne fakt, iż Amazon nie nabył praw do ekranizacji Silmarillionu, a jedynie dodatków do Władcy Pierścieni. Nie twierdzę jednak, że całość Pierścieni władzy była nic nie warta. Na pochwałę zasługiwała muzyka skomponowana przez Bearego McReary’ego, odróżniająca się od ścieżki dźwiękowej stworzonej przez Howarda Shore’a (współpracującego przy kreacji muzyki do intra serialu). McReary w swej filmografii ma wiele różnorodnych produkcji, komponując ścieżki dźwiękowe do seriali takich jak Battlestar: Galactica, Terminator: Kroniki Sary Connor, Demony da Vinci, Agents of SHIELD, Black Sails, Masters of the Universe, Pearcy Jackson i Bogowie Olimpijscy; filmów Happy Death Day, Godzilla II: Król potworów, Demeter: Przebudzenie zła czy do gier komputerowych God of War i God of War: Ragnarok. Pod względem wizualnym również produkcja potrafiła zrobić wrażenie, mając kilka bardzo ciekawych i dobrze zrealizowanych konceptów. Serial pod tym względem nie był jednak równy i kulał momentami w zakresie jakości rekwizytów i scenografii.


Rings of Power nie potrafiły sobie poradzić z mnogością wątków i bohaterów, w większości przypadków słabo poprowadzonych i napisanych. Pozytywnie postrzegałem relację Elronda i Durina, na plus również poczytywałem postać Nieznajomego. Słabo w mojej opinii wypadał wątek Numenoru, który nie potrafił zdecydować się, czy bliżej mu do Gry o tron czy do Klanu. Podobnie wątek bezlitosnych Harfootów o wielkich stopach nie wiedział, czy jest Szybkimi i wściekłymi czy jednak bardziej Na wspólnej. Swoje poważne problemy miał wątek koegzystencji elficko-ludzkiej w obliczu zagrożenia ze strony orków oraz romans Arondira i Bronwyn. Na pierwszy plan jednak wybijał się wątek główny w postaci perypetii Galadrieli miotającej się po Śródziemiu w poszukiwaniu nie zaginionego męża lecz Saurona…

Finalnie, sezon pierwszy nie zyskał mojego uznania (łaskawa ocena 6/10), choć z czasem zdobył nieco sympatii, co zaowocowało ostatnio rewatchem co ciekawszych i bardziej istotnych fabularnie momentów.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Drugi sezon Pierścieni władzy wstęp już miał za sobą, prezentując nam strony konfliktu, planszę oraz rozstawione na niej pionki. Wystarczyło tylko pchnąć to w odpowiednim kierunku, rozbudować, podrasować i poprawić niedociągnięcia. Lembas z masłem… Showrunnerzy wywiązali się z tego w niejednoznaczny sposób, nadal nie potrafiąc zbalansować wątków i równo ich poprowadzić.


Jako słabszy wątek należy wskazać podróż Nieznajomego (Daniel Weyman, Milczący świadek, Detektyw Foyle) i towarzyszących mu Harfootek  Nori (Markella Kavanagh) i Poppy (Megan Richards) do krainy Rhun. Ich podróż przez pustkowia porównać można do rozdziału Ciri w Czasie pogardy, gdy wędruje przez Pustynię Korath i dłuży się to niemiłosiernie, irytując czytelnika swoją miałkością. Pojawiają się w tym wątku dwie intrygujące postaci, czyli legendarny Tom Bombadil (Rory Kinnear, Penny Dreadful, Gra tajemnic, Ministerstwo niebezpiecznych dżentlemenów) oraz Mroczny Czarodziej (Ciaran Hinds, ostatnio spośród bogatej filmografii wymienić można Grę o tron, Belfast, Kobietę w czerni, Terror, Pierwszego człowieka, Milczenie). Nie są to jednak postaci z wykorzystanym potencjałem i wyraźnie widać, że twórcy nie mieli tu większego pomysłu, otwierając jedynie ciekawą furtkę na kolejny sezon. Liczę natomiast, że wątek Harfootów zostawimy już za sobą, tak jak oni zostawiają na końcu karawany najsłabsze ogniwa plemienia...

Słabiej również wybrzmiewa wątek ludzi, którzy wygnani przez orków osiedlili się w Pelagirze, numenoryjskiej kolonii. Perypetie Theo (Tyrone Muhafidin) i Arondira (Ismael Cruz Cordova, Stacja Berlin, Ray Donovan, Żona idealna) oraz Isildura (Maxim Baldry, Rzym, Życie w Hollyoaks, Rok za rokiem) i poznanej przez niego dziewczyny Estrid (Nia Towle), w której się zakochał, wnosiły do całości historii mniej niż mało. Mizernie wypadła również historia posiadająca ogromny potencjał, a więc polityczne rozgrywki w Numenorze. Majestatyczne miasto jest tylko bladym tłem serialu, a cała ta sekcja fabularna jest tanią farsą bez głębi i angażujących bohaterów. Bardzo bym chciał przejmować się losami Elendila (Lloyd Owen, Monarch of the Glen, The Originals, filmy i seriale z serii Młody Indiana Jones, a także Apollo 18) oraz królowej Tar-Miriel (Cynthia Addai-Robinson, Power, Shooter, Spartacus: Krew i piach), a także nie lubić Ar-Pharazona (Trystan Grevell, Księga czarownic, Exile, Terror, Pan Selfridge) i jego syna Kemena (Leon Wadham). Jest to jednak wszystko niezmiernie nudne i nieangażujące emocjonalnie.


Solidny jak na standardy Pierścieni władzy poziom utrzymał wątek krasnoludów w Khazad-dum, bodaj jedyny, w którym czuć, że bohaterowie to ludzie (choć niscy), a nie narracyjne figury fabularne. Konflikt między królem Durinem III (Peter Mullen, After the Party, Payback, Kolej podziemna, Ozark, Zamęt) a jego synem, księciem Durinem IV (Owain Arthur, Wyznanie, Na sygnale, The Palace) i wspierającą go żoną, księżniczką Disą (Sophia Nomvete, Pirackie potyczki, Wednesday, Mafia Mamma, rola głosowa w Baldur’s Gate III) był tą dramą polityczno-rodzinną podgrzaną czającym się w podziemiach pomniejszym Majarem, która zapewniała minimum emocjonalnego zaangażowania w losy bohaterów.

Nieco w tym sezonie zagubił się nam Elrond Półelf (Robert Amarayo, Gra o tron, Zwierzęta nocy, Co kryją jej oczy, King’s Man: Pierwsza misja), który dużo bardziej wybrzmiewał w pierwszym sezonie poprzez swoje relacje z Galadrielą czy przede wszystkim z Durinem III. Tym razem mniejszy nacisk położono na relacje elfów i krasnoludów, a większy nacisk na odpowiedzialność samych elfów za losy Śródziemia. Większą rolę niż tylko posąg przybrany złotą szatą oddano Najwyższemu Królowi Lindonu Gil-Galadowi (Benjamin Walker, Sztandar chwały, Abraham Lincoln: Łowca wampirów oraz seriale Traitors czy Jessica Jones) i o dziwo nieco lepiej wypadła sama Galadriela (Morfydd Clark, Duma, uprzedzenie i zombie, Pełzająca śmierć, Patrick Melrose, Mroczne Materie, Drakula czy przede wszystkim świetna tytułowa rola w Saint Maud), kiedy zeszła nieco z pierwszego planu i powściągnęła swój nieokiełznany charakter gnany niezrównanym imperatywem narracyjnym. W drugiej połowie sezonu jej rola stawała się coraz bardziej prominentna poprzez interakcje z głównymi antagonistami, jej występ oceniam zaś nie najgorzej.

Główną osią fabuły drugiego sezonu był wątek Eregionu władanego przez Celebrimbora (Charles Edwards, do znaczącej filmografii brytyjskiego aktora zaliczyć można m.in. występy w serialach Terror, The Crown, Under the Vines, The Halycon, Sherlock, Downton Abbey czy filmach Książę, Tajemnica Filomeny, Batman: Początek) oraz wykucie przez niego tytułowych pierścieni władzy, najpierw trzech dla krasnoludów, później dziewięciu dla ludzi. Dokonał tego wbrew woli Gil-Galada, będąc pod przemożnym wpływem manipulującego nim Saurona pod postacią valarskiego wysłannika Annatara (Charlie Vickers, który na koncie miał jedynie role w Palm Beach oraz serialach Medyceusze i Wszystkie kwiaty Alice Hart). To ich relacja oraz cały wątek Saurona, odtrąconego przez sługę, Adara (Josepha Mawle w drugim sezonie zastąpił Sam Hazeldine i o dziwo nawet bardziej przypadł mi do gustu, nie grając swej roli z teatralną egzaltacją poprzednika – Hazeldina można kojarzyć z występów we Władcach przestworzy, Witcherze, Sandmanie, Kulawych koniach, Temple, Innocents czy Templariuszach) stanowi najlepszy i najciekawszy element serialu. Intryga momentami dość naiwna i prowadzona po najmniejszej linii oporu, ostatecznie jednak łapała widza na emocjonalnym zaangażowaniu, w przeciwieństwie choćby do takiego Numenoru. Losy Celebrimbora, nieco bardziej uczłowieczonego i emocjonalnego niż standardowy wizerunek stoickiego elfa, pozwalały żywić doń sympatię, a Vickers w roli Saurona/Annatara wypadał dla mnie wystarczająco przekonująco i miał chyba, obok Edwardsa, najwięcej do zagrania. Ich dynamika miała po prostu najwięcej mięsa, a i cały wątek oblężonego przez orków Eregionu, któremu poświęcono sporo miejsca, wypadł dość dobrze. 


Podsumowując, drugi sezon Pierścieni władzy był krokiem w dobrą stronę, pomimo iż nadal nie wszystko wyglądało tak jak powinno. Pod względem audiowizualnym serial stał na dość dobrym poziomie, choć lepiej pod względem zarówno ścieżki dźwiękowej jak i interesujących zdjęć oceniam sezon pierwszy. Nadal główną bolączką Rings of Power jest scenariusz i nieumiejętność stworzenia przez twórców wiarygodnych bohaterów z angażującymi wątkami, ale w tym sezonie było zauważalnie mniej logicznych fikołków i głupot, które tak raziły w oczy podczas oglądania sezonu pierwszego. Kilka wątków oglądało się lepiej, dlatego i ocena końcowa nieznacznie wzrośnie. Pierścienie władzy otrzymują ode mnie ocenę 6,5/10 i liczę, że trzeci sezon znowu zanotuje skok jakości, bo lepiej późno niż wcale. Z przyjemnością wrócę do tego fanfiku o Śródziemiu, choć nadal będzie to love/hate relationship.




niedziela, 13 października 2024

JOKER: FOLIE A DEUX (2024) - RECENZJA SPOILEROWA FILMU

 
Pierwszy Joker zarobił wszystkie pieniądze świata i zgarnął kilka nagród (choć oceny wielu krytyków i widzów dalekie były od zachwytów), toteż, mimo początkowej niechęci zarówno reżysera jak i głównego aktora, Warner Brothers wyłożyło majątek na sequel. Czy to było w ogóle potrzebne i z jakim nastawieniem podeszli twórcy do posągu, który postawili?


Reżyserem drugiej części ponownie był Todd Phillips, który Jokerem wybił się z realizowanego wcześniej schematu. Do jego filmografii można bowiem zaliczyć wiele mniej lub bardziej udanych komedii: Ostra jazda: Old school: Niezaliczona, Starsky i Hutch, Szkoła dla drani, trylogia Kac Vegas, Zanim odejdą wody, Rekiny wojny. Ponownie jako scenarzysta filmu wsparł go Scott Silver, który poza Jokerem nie ma wielkiego doświadczenia pisarskiego, ale pochwalić się może pracą nad 8. milą, The Fighter, Czasem próby i Ekipą wyrzutków.


Za muzykę ponownie odpowiadała Hilda Gudnadottir, która za pierwszego Jokera zdobyła Oscara, a do jej kompozytorskiego dorobku należy dopisać m.in. seriale Czarnobyl i W pułapce oraz filmy Sicario 2: Soldado, Głos kobiety, Tar, Duchy w Wenecji. Do roli operatora powrócił również Lawrance Sher (Diukowie hazardu, trylogia Kac Vegas, Rekiny wojny, Godzilla II: Król potworów, Black Adam).


Film kontynuuje historię Arthura Flecka (Joaquin Phoenix, po nagrodzonej Oscarem roli w Jokerze w ostatnich latach choćby Napoleon, Bo się boi, C’mon C’mon), który pod koniec pierwszego filmu odnalazł swoje miejsce w skurwiałym społeczeństwie jako sceniczny artysta Joker, dokonując kilku morderstw, w tym zabicie na antenie telewizji gospodarza talk show Murraya Franklina (odegranego przez Roberta de Niro). Osadzony w więzieniu Arkham, Arthur oczekuje na rozprawę sądową, przytłoczony pobytem w jednostce penitencjarnej. Za dobre sprawowanie zostaje zabrany przez przełożonego strażników, Jacka Sullivana (Brendan Gleeson, w ostatnich latach Paddington 2, Ballada o Busterze Scruggsie, Tragedia Makbeta i Duchy Inisherin oraz seriale Mr. Mercedes i Status związku) do skrzydła więzienia o łagodniejszym rygorze na zajęcia terapeutyczne ze śpiewu. Tam poznaje Lee Quinzel (Lady Gaga, ostatnio można ją było widzieć w House of Gucci czy nagrodzonych Oscarem Narodzinach gwiazdy), która zafascynowana jest Jokerem. Rodzi się między nimi uczucie, które daje Arthurowi motywację do wyjścia z marazmu.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Gdy rozpoczyna się proces, po stronie oskarżyciela staje zastępca prokuratora Gotham Harvey Dent (Harry Lawtey) wnioskujący o karę śmierci, zaś obrońcą Arthura jest mecenas Maryanne Stewart (Catherine Keener) chcąca udowodnić niepoczytalność Flecka i jego rozdwojenie jaźni. Arthur, znajdujący się coraz bardziej pod wpływem Lee, z którą próbował uciec z więzienia, rezygnuje z pomocy swojej prawniczki i postanawia samemu bronić się na sali sądowej. Proces zaś wzbudza ogromne kontrowersje społeczne, bo anarchistyczny ruch społeczny, który nieświadomie rozpoczął Joker, rośnie w siłę i sprawia władzom Gotham coraz więcej problemów. Lee Quinzel manipuluje Arthurem, by ten pokazał mediom swoją prawdziwą twarz i zapewnia go o wspólnej przyszłości, jednak gdy ten łamie się po śmierci współwięźnia i odrzuca Jokera – odchodzi od niego, a sąd ogłasza wyrok kary śmierci. Rozprawa zostaje jednak przerwana przez detonację bomby przy sądzie, a Arthur ucieka. Zostaje złapany, gdy bezskutecznie próbuje skłonić Lee do powrotu. Oczekując na karę śmierci w więzieniu, zostaje zasztyletowany przez współwięźnia zainspirowanego osobowością Jokera.

Pierwsza część Jokera osiągnęła ogromny komercyjny sukces i niemałe uznanie widzów, Todd Phillips chyba jednak przestraszył się tego, jak wiele osób zinterpretowało postać klauna, sprowadzonego do rzeczywistości komiksowego księcia zbrodni. Dlatego też postanowił zdekonstruować mit Jokera, odbrązowić jego posąg i sprowadzić jeszcze bardziej do skrzywdzonej przez życie, system i społeczeństwo chorego człowieka. Albo po prostu jest jebanym dyletantem, któremu przypadkiem wyszła pierwsza część i zachłyśnięty własną wielkością zrealizował swoją artystyczną wizję bez względu na wszystko. Zdania są podzielone...

Dekonstrukcja postaci Jokera wcale by mi nie przeszkadzała, bo nie należałem do grona osób zachwyconych pierwszą częścią, która niezbyt subtelnie wykładała całe swoje przesłanie widzowi, wpychając mu je do głowy szczotką klozetową. Chętnie przyjąłbym ciekawie zrealizowaną dekonstrukcję igrającą z oczekiwaniami widzów (Bracia Warnerowie, better call Rian Johnson), Joker 2 był jednak po prostu przeraźliwie nudny i nijaki. Początek filmu zapowiadał się nawet obiecująco, ale później wszystko zaczęło się rozchodzić jak stare gacie w kroku. Fabularnie film był mało angażującym dramatem więzienno-sądowym, który czerpał garściami z historii gatunku, ale był przez to do bólu odtwórczy. Phoenix i Gaga grali jakby nieco w osobnych filmach i nie czuć było między nimi chemii, która rzekomo zaiskrzyła od pierwszego wejrzenia. Nie można się jednak przyczepić do aktorów, bo nie mieli z czym pracować (choć Phoenix dużo świeższy był w pierwszym Jokerze, ostatnie jego kreacje zaś niezbyt przypadają mi do gustu). Postać Harley Quinn bazuje tylko na ekspozycji, nie widzimy praktycznie w ogóle jaka to jest postać i nie obserwujemy jej rozwoju, a przekonany jestem, że Lady Gaga dałaby radę pociągnąć tę postać w ciekawym kierunku. Aktorka była jedynie potrzebna filmowi jako element marketingu sfery musicalowej.

Przechodząc zaś do tego słonia w pokoju – nie jestem fanem musicali i śpiewania w filmach, potrafię jednak swoje osobiste preferencje postawić z boku. Należy zatem stwierdzić, że sam pomysł uczynienia z Jokera 2 quasi-musicalu było decyzją tyle odważną, co w ogóle niepotrzebną. Był to jednie suchy pomysł, którego realizacja pozostawiała wiele do życzenia. Same piosenki i ich wykonanie były przeciętne (jak cały film) i powtarzały to, co bohaterowie już wypowiedzieli lub co się wydarzyło, nie popychając w żaden sposób fabuły do przodu i nie przekazując widzowi nic nowego. Każda natomiast była o tym samym, czyli wielkiej miłości Jokera o Harley Quinn. Brakującą w scenariuszu treść, bo sam pobyt w więzieniu i rozprawa sądowa Flecka to wątek niezbyt imponujący, postanowiono wypełnić na siłę piosenkami, z których zdecydowana większość działa się w głowie Jokera. Czy mówiłem już, że piosenki były średnie?

Sam z kolei finał, z eksplozją przy budynku sądu, zerwaniem relacji między Jokerem i Harley oraz zabiciem Arthura Flecka, był bardzo chaotyczny i szarpał niezbyt zgrabną już narracją. Nie stoję co prawda na nie tak znowu dalekim od prawdy stanowisku, że Phillips tym zakończeniem zesrał się na fanów Jokera, ale stoję z boku i uważnie obserwuję tę dramę z delikatnym uśmieszkiem…


Film, będący dla wielu ogromnym rozczarowaniem, może i zbiera fatalne oceny oraz recenzje, ale notuje również dramatyczne wyniki finansowe. Pozostawiony bez kontroli Phillips i spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością przepalili w piecu dwieście grubych baniek dolców (tylko słaby kurs dolara do złotówki sprawia, że budżet filmu był mniejszy niż miliard złotych). Trudno też oczekiwać, żeby pojawiły się jakieś nominacje w sezonie nagród…

Podsumowując, Joker: Folie a deux czyli paranoja indukowana, dzielona przez dwie osoby, nie jest w mojej opinii filmem tak tragicznym jak głosi internetowa fama. Nadal jest tam trochę ciekawych zdjęć i muzyki, nieprzyjemnie wciągającego klimatu realistycznego Gotham i problemów społecznych oraz przyzwoitych aktorów w pojedynczych intrygujących scenach. Zabrakło jednak kreatywnego podejścia do niegłupich pomysłów i przede wszystkim solidnego, rzetelnego i wykonania, które sprawiłyby, że film nie byłby tak przeraźliwie nudny i wtórny. Drugą część Jokera oceniam na 6,5/10 i w sumie cieszę się, że nie będzie z tego trylogii, spokojnie wystarczyłby pierwszy film. Cytując zaś Komisarza Rybę „nie ma i nie było żadnego Jokera. Jokera wymyśliliście sobie wy, dziennikarze”.



SUBSTANCJA (2024) - RECENZJA FILMU

 

Film Substancja odbija się w filmowych kręgach szerokim echem, pomimo kontrowersyjnej formy zbierając pochlebne opinie i wzbudzając szok wśród krytyków oraz widzów. Jakie nielegalne substancje zażyła paryska reżyserka przed stworzeniem Substancji i co brać przed seansem, żeby dobrze wchodził?


Reżyserką i scenarzystką była Coralie Fargaet, francuska twórczyni, która debiutowała pełnometrażowym filmem Zemsta w 2017 roku. Na koncie miała ponadto krótkometrażowe filmy Le télégramme oraz Reality+, a także dziewiąty odcinek pierwszego sezonu serialu Sandman.



Za muzykę odpowiadał brytyjski kompozytor Raffertie, czyli Benjamin Stefanski, mający na swoim koncie ścieżki dźwiękowe do seriali The Continental, Alex Rider, Strangers, 99.  Operatorem był Benjamin Kracun, autor zdjęć do filmów Obiecująca. Młoda. Kobieta., Starcie, Monsoon, Pod ciemnymi gwiazdami.


Film Substancja opowiada o starzejącej się gwieździe filmowej Elisabeth Sparkle (Demi Moore, znana z filmów Uwierz w ducha, Niemoralna propozycja, Striptiz, G.I. Jane, Przejrzeć Harry’ego, Aniołki Charliego 2: Zawrotna Prędkość, a w ostatnich latach z seriali Imperium, Zwierzęta, Nowy wspaniały świat, Konflikt), która zostaje pozbawiona swojego programu fitness przez uosabiającego seksistowskie stereotypy producenta Harveya (nazwiska się można domyślić, w tej roli Dennis Quaid, którego bogata filmografia obejmuje między innymi Wielkie kule ognia, Ostatniego smoka, Nie wierzcie bliźniaczkom, Częstotliwość, Traffic, Alamo, Pojutrze, Lot Feniksa, 8 części prawdy, Legion, a ostatnio seriale takie jak Vegas, Sztuka i zbrodnia, Full Circle oraz film Raegan).

W dzień urodzin, rozkojarzona pozbawieniem pracy i mijającym życiem, Elisabeth uczestniczy w wypadku samochodowym. Podczas badania tajemniczy pielęgniarz podrzuca jej do płaszcza pendriva, na którym znajduje się enigmatyczna reklama tytułowej substancji, która może odmienić jej los i sprawić, że znów będzie mogła żyć pełnią życia. Początkowo niechętna, widząc jak może wyglądać jej egzystencja pozbawiona blasku fleszy i zainteresowania publiczności ze względu na jej wiek, Elisabeth decyduje się na skorzystanie z podejrzanej propozycji, dając tym samym życie swojej młodszej i lepszej wersji, Sue (Margaret Qualley, córka Andie McDowell debiutowała w Palo Alto, później grając role w Nice Guys, serialu Leftovers, filmach Nowicjat i Notatnik śmierci, w ostatnich latach natomiast w Pewnego razu… w Hollywood, serialu Sprzątaczka, Biednych istotach, Rodzajach życzliwości oraz Żegnajcie, laleczki).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Filmowi nie można odmówić chęci artystycznego wyrazu i społecznego przesłania. Przez długi czas utrzymuje ciekawość widza dzięki interesującej dynamice dwóch głównych bohaterek. W pewnym momencie jednak skręca mocno w kierunku karykaturalnego komentarza społecznego i kuriozalnego body horroru, które są już tak mało subtelne w swym artyzmie, że stają się obrzydliwe i odpychające.

Feministyczne kino pani Fargaet z pewnością rości sobie prawa do miana ambitnego, niepokojącego i uderzającego widza mocnymi akcentami. Sama koncepcja natomiast jest ciekawym połączeniem niezbyt przemyślanego science-fiction (po zadaniu sobie kilku pytań o sens całego przedsięwzięcia związanego z substancją i logiki się tym kierującej zaprzestałem szukania odpowiedzi) z manifestem dotyczącym z jednej strony problemu postrzegania kobiecego ciała przez świat mediów, z drugiej bardziej intymnym komentarzem wobec samoakceptacji tak cielesnej jak i nieuchronnie przemijającego czasu. Gdyby nie ten abstrakcyjny finał uznałbym nawet, że całość wyszła całkiem zgrabnie i choć może nie trafiała w moją estetykę, to z pewnością budziła zastanowienie.

Ciekawą dynamikę bohaterek Demi Moore oraz Margaret Qualley zaburzało w moim odczuciu ich coraz bardziej oderwane od rzeczywistości, nielogiczne zachowanie i wpadanie w narzucony imperatywem scenariuszowym motyw samolubnego skupienia się na własnej osobie. Stopniowe pogrążanie się w szaleństwie i obsesji, doprowadzające obie bohaterki do tragedii byłoby może ciekawe, gdyby nie brak subtelności i zamknięcie logiki w schowku na szczotki.

Na osobną uwagę zasługuje interesujące połączenie dwóch rodzajów seksualności – film z jednej strony ocieka seksapilem, gdy prezentowana jest przede wszystkim postać Sue (a trzeba przyznać, że Margaret Qualley wygląda tu dobrze we wszystkim, a jeszcze lepiej bez niczego) i momentami niemal wpycha widzowi do ust łyżkę z komercjalizacją kobiecej seksualności wylewającej się z mediów, z drugiej strony pokazuje dużo bardziej intymną, naturalną wersję kobiecego ciała, głównie uosobionego bohaterką starszej, dostrzegającej upływ czasu i wpadającej przez to w kompleksy postaci Demi Moore (która nadal jest petardą i dobrym milfem). Nawet ja, stary lubieżnik i zwyrol, czułem się jednak nieco zażenowany i przytłoczony ilością golizny na ekranie, często zupełnie niepotrzebnej i momentami głupiej, wymuszonej przez narrację o seksistowskich producentach filmowych i rekinach show-biznesu, wrzucających do amerykańskiej telewizji śniadaniowej wszechobecny negliż…



Film spotyka się z zaskakująco ciepłym przyjęciem tak krytyków jak i widzów, pomimo swej kontrowersyjnej treści i formy. A może po prostu ja jestem zbyt wielkim ignorantem, by docenić Wielkie Kino, które z pewnością odbije się echem w sezonie nagród. Znamienna była jednak reakcja pary siedzącej rząd wyżej na sali kinowej – pod koniec filmu, gdy gówno uderzyło w wentylator, słychać było co jakiś czas odgłos chrząknięć dziewczyny walczącej z odruchami wymiotnymi, zaś jej partner, nim jeszcze film się skończył, skwitował go retorycznym pytaniem „i to dostało 8 od recenzentów?”. Amen, bro…

Gdyby reżyserka zechciała nie iść w iście napoleońskiej szarży europejskiego kina artystycznego ze swoim natarczywym i podkreślonym grubym flamastrem zakończeniem, film oceniłbym dużo lepiej. Było w nim wiele łakoci i witamin oraz innych smakowitych kąsków, tak wizualnych jak i intelektualnych (a Demi Moore dawno nie była tak dobra, znikając z szerszej sceny oświetlonej tymi najlepszymi reflektorami w mniej widowiskowe i komentowane produkcje). Wszystko to jednak jak krew w piach, a ja nie potrafię wznieść się ponad migrenę i obrzydzenie, jakie wywołało we mnie zakończenie filmu.

Podsumowując, Substancja to intrygujące kino społecznego niepokoju, które zasługuje na zauważenie i każdy powinien wyrobić sobie własny osąd – do mnie po prostu nie trafiło i odbiłem się od przerostu formy nad treścią. Film ten oceniam na 6/10, choć może, gdy bitewny kurz opadnie wraz z emocjami, perspektywa na produkcję Coralie Fargaet również się zmieni. Z pewnością jednak do filmu już nie wrócę, chyba że stęsknię się za widokiem nagiej Margaret Qualley…



sobota, 12 października 2024

WOLFS (2024) - RECENZJA FILMU

 

Film autorstwa Jona Wattsa utrzymany w stylu „buddy-mob comedy”, korespondujący z pamiętną postacią Winstona Wolfa z Pulp Fiction, w którego w filmie Quentina Tarantino wcielił się Harvey Keitel. Czy wojna, jaką stoczyły o ten film platformy streamingowe, wygrana ostatecznie przez AppleTV+, była warta świeczki?


Reżyserem i scenarzystą filmu Samotne wilki (oryg. Wolfs) jest Jon Watts, najbardziej znany z reżyserii aktualnej trylogii Spider-mana osadzonego w uniwersum MCU, czyli Spider-man: Homecoming, Spider-man: Far From Home i Spider-man: No Way Home. Zbliża się również serial w świecie Gwiezdnych Wojen od tego twórcy, czyli Załoga rozbitków (Skeleton Crew), wcześniej natomiast Watts znany był z takich produkcji jak Radiowóz, The Onion czy Clown. Ostatnio był także współtwórcą serialu Old Man z Jeffem Bridgesem.



Za muzykę odpowiadał Theodore Shapiro, który w swojej pokaźnej filmografii ma m.in. wiele komedii początku stulecia (To nie jest kolejna komedia dla kretynów, Old School: Niezaliczona, Dodgeball, Starsky i Hutch, Dziś 13, jutro 30), a także filmy takie jak Diabeł ubiera się u Prady, Jaja w tropikach, Zabójcze ciało, Sekretne życie Waltera Mitty, w ostatnich latach Trolle 2 i Trolle 3, Gorący temat, Oczy Tammy Fae, Kapitan Majtas czy serial Severance. Operatorem był Larkin Seiple, który łączy karierę operatora filmowego (zdjęcia do seriali Awantura i Gaslit oraz filmów Człowiek-scyzoryk czy przede wszystkim Wszystko wszędzie naraz) z kręceniem teledysków (do albumów takich gwiazd jak Childish Gambino, Shawn Mendes, Adam Lambert, Adam Levine).



Fabuła filmu zaczyna się w momencie, gdy pani prokurator imieniem Margaret (Amy Ryan, ostatnio Zbrodnie po sąsiedzku, Sugar, Bo się boi, Birdman, wcześniej The Office czy Prawo ulicy) znajduje ciało roznegliżowanego, młodego mężczyzny (Austin Abrams, Euforia, Dash i Lily, This is us, pomniejsze role w The Walking Dead, Shameless, The Americans, Silicone Valley) w sypialni wynajętego hotelowego apartamentu. Aby pozbyć się ciała, dzwoni do polecanego specjalisty, który zajmuje się takimi przypadkami i sprawia, że wpływowi ludzie pozbywają się kłopotów. Gdy na miejsce zdarzenia przybywa „jej człowiek” (takie miano nosi bohater grany przez George’a Clooneya, którego bliżej przedstawiać nie trzeba), zaczyna zajmować się problemem. Sytuacja komplikuje się, gdy do apartamentu wchodzi inny „fixer”, wezwany przez obserwującą wszystko na ukrytym monitoringu szefową hotelu, Pam (której głosu udzieliła Frances McDormand, zdobywczyni Oscara za role w Trzy billboardy za Ebbing, Missouri oraz Nomadland). Mężczyzna przysłany przez Pam (w jego rolę wciela się Brad Pitt, którego bliżej przedstawiać nie trzeba) jest kopią postaci Clooneya – ubiera się tak samo i zachowuje się tak samo, choć widzowi sugerowane jest, że Clooney zbliża się powoli do kresu swojej kariery, a Pitt jest u jej szczytu (aktorów różnią z kolei zaledwie dwa lata). Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w plecaku młodzieńca znajdują sporo narkotyków pochodzących najprawdopodobniej z zaginionego przerzutu albańskiej mafii...


Mężczyźni zmuszeni zostają do współpracy, co przyjmują bardzo niechętnie, bowiem cechą charakterystyczną w ich zawodzie jest praca solo jako tytułowy samotny wilk. Jednym z pryncypiów ich pracy jest niewiązanie się w żadne relacje zawodowe, bo nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie sprzątnąć przyjaciela. Rozpoczyna się więc dla nich noc pełna przygód i zwrotów akcji, pościgów, ucieczek, przesłuchań, nie omijają również wesela córki szefa chorwackiej mafii. W tym czasie rodzi się między nimi relacja, sami dostrzegają jak podobni są do siebie i jak wiele ich łączy, zarówno pod względem zawodowym jak i życiowym. I to obserwowanie właśnie tej rodzącej się z niechęci i rywalizacji relacji jest najlepszym elementem filmu. Obaj starają  się udowodnić, że są lepsi od tego drugiego, bardziej doświadczeni i kompetentni, jednocześnie przeglądając się jak w lustrze. Smaczku tej dynamice dodaje postać młodzieńca, który SPOILER ALERT wcale nie umarł i jest interesującą przeciwwagą oraz emocjonalnym haczykiem, zwłaszcza dla postaci Clooneya.


Film ma swoje plusy i minusy – kilka fajnych scen akcji i podwójnego pościgu przez miasto. Ze względu jednak na trzymanie przez autorów tajemnicy wokół prawdziwej istoty zdarzeń do samego finału, w filmie brakuje wyrazistego antagonisty, realnego zagrożenia względem naszych bohaterów. Można również było pokusić się o nieco bardziej charakterystyczny montaż i sposób prowadzenia narracji, na myśl przychodzi mi tu choćby Bullet Train. Fabuła (póki nie zostanie uchylony rąbek tajemnicy na koniec) nie wydaje się przesadnie angażująca, a satysfakcji dostarcza raczej obserwowanie wzajemnych relacji, podrasowanych subtelnym humorem.

Podsumowując, Wolfs podobało mi się prawdopodobnie bardziej niż powinno, ale trafiło swoim klimatem i dynamiką głównych bohaterów w mój gust. Przyjemnie było oglądać rodzącą się przyjaźń między postaciami Clooneya i Pitta, choć w samym filmie aż tak dużo się nie działo i w głównej mierze opierał się na relacji tych dwóch aktorów. Samotne wilki oceniam na 7/0 i szkoda, że nad scenariuszem nie popracował ktoś, kto nadałby filmowi więcej charakteru. Z chęcią zobaczyłbym kontynuację, tylko nieco podkręconą i z ciekawym przeciwnikiem.



MINISTERSTWO NIEBEZPIECZNYCH DRANI (2024) - RECENZJA FILMU

Ekranizacja opartej na faktach książki brytyjskiego dziennikarza i korespondenta wojennego Damiena Lewisa pt. „Churchill's Secret Warriors: The Explosive True Story of the Special Forces Desperadoes of WWII” z 2014 roku opowiadającej o utworzeniu przez Winstona Churchilla jednostki Special Operations Executive (protoplaści komandosów do zadań specjalnych). Film skupia się na fabularyzowanej i podkręconej wersji operacji Postmaster, mającej na zadaniu zaatakowanie bazy u-bootów ulokowanej na neutralnym terytorium hiszpańskiej wyspy Fernando Po w Zatoce Gwinejskiej.


Reżyserem filmu The Ministry of Ungentlemanly Warfare jest ceniony brytyjski twórca Guy Ritchie (m.in. Przekręt, Kryptonim U.N.C.L.E., Aladyn, Król Artur: Legenda mieczaDżentelmeni, Sherlock Holmes, Jeden gniewny człowiek). Poza nim za scenariusz odpowiadali: Paul Tamsay (poza filmem The Fighter z 2010 roku ma na koncie głównie serię familijnych produkcji o psach zapoczątkowanych filmem Niezwykły Bud z 1997); współpracujący z Tamsayem Eric Johnson (The Fighter, Czas próby, Dzień patriotów) oraz Arash Amel (Wschodząca gwiazda, Prywatna wojna, Grace księżna Monaco).


Za muzykę odpowiadał Christopher Benstead, który samodzielnie zaczął komponować muzykę od 2019 roku (Dżentelmeni) i pracował z Ritchiem przy wielu jego ostatnich produkcjach (Jeden gniewny człowiek, Przymierze, Gra Fortuny, serial Dżentelmeni), natomiast wcześniej był w różnym stopniu zaangażowany w pracę przy ścieżkach dźwiękowych wielu projektów (Wonder Woman, Aladyn, Kapitan Phillips, Merida Waleczna, W.E. Królewski romans, Thor, Czarny łabędź, Eragon, Duma i uprzedzenie, Królestwo niebieskie). Operatorem był Ed Wild, który odpowiadał za zdjęcia do m.in. odcinków seriali Halo, Wojownik, Dżentelmeni, Dzicz czy Black Mirror oraz filmów Jak wywołałem byłą żonę, Przymierze, Londyn w ogniu).


Fabuła filmu opowiada o "operacji Postmaster", którą najwyższe dowództwo Brytyjczyków chciało zachować w tajemnicy zarówno przed sojusznikami, jak i własnymi strukturami wojskowymi. Do zadania wytypowano majora Gusa Marcha-Phillipsa (Henry Cavill, znany z roli Supermena z filmów Człowiek ze stali, Batman v. Superman, Liga Sprawiedliwości oraz ostatnio z roli Geralta z Rivii w netflixowym Wiedźminie, a także Argylle, serii Enola Holmes czy Mission Impossible: Fallout) – osadzonego za wybryki i niesubordynację żołnierza Jego Królewskiej Mości. Premier Winston Churchill (Rory Kinnear, w ostatnich latach m.in. Pierścienie Władzy, Dyplomatka, Nasza bandera znaczy śmierć, Men, pomniejsza rola w bondowskiej serii z Danielem Craigiem, Gra tajemnic i przede wszystkim serial Penny Dreadful) powierza mu misję sformowania oddziału, mającego za zadanie dokonania sabotażu wymierzonego w niemiecką dominację u-bootów na Atlantyku. Celem jest baza zaopatrzeniowa nazistów na hiszpańskiej wyspie Fernando Po u wybrzeży Gwinei. Do infiltracji wyspy zostają oddelegowani Heron (Babs Olusanmokun, ostatnio znany z roli Jamisa z Diunie, wcześniej epizodyczne role w Defenders, Za starzy na śmierć, The Widow, Pete kombinator, Black Mirror, Korzenie), który prowadzi tam kasyno oraz agentka Marjorie Stewart (Eiza González, w ostatnim czasie można ją było widzieć w Problemie trzech ciał, Ambulansie, Godzilla vs. Kong, Bloodshot, Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw czy Baby Driver), której zadaniem jest uwiedzenie kapitana niemieckiego garnizonu, Heinricha Luhra (Til Schweiger, Bękarty wojny, Atomic Blond, Trzej muszkieterowie, Król Artur, Tomb Raider: Kolebka życia).

Gus rekomenduje zwierzchnikom, czyli Brygadierowi „M” Gubbinsowi (Cary Elwes, m.in. Narzeczona dla księcia, Kolekcjoner, Piła, Stranger Things i przede wszystkim tytułowy bohater filmu Robin Hood: Faceci w rajtuzach) oraz jego podkomendnemu Ianowi Flemingowi (autora serii o Bondzie zagrał Freddie Fox, w ostatnich latach znany z seriali Ród Smoka, Dżentelmeni, Kulawe konie, Wielka, miał też role w Król Artur: Legenda miecza, Victor Frankenstein, Trzej muszkieterowie) kilku swoich ludzi: eksterminatora nazistów zwanego „duńskim młotem” Andersa Lassena (Alan Ritchson, ostatnio znany z tytułowej roli w Reacher, wcześniej role w dwóch częściach Wojowniczych Żółwi Ninja, Titans, Igrzyskach śmierci: W pierścieniu ognia), specjalistę od wybuchów Freddy’ego Alvareza (Henry Golding, Bajecznie bogaci Azjaci, Dżentelmeni, Snake Eyes: Geneza G.I. Joe), irlandzkiego marynarza Henry’ego Haynesa (Hero Fiennes Tiffin, znany głównie jako Hardin z serii filmów After). Zanim zajmą się zleconą misją, muszą uratować z niemieckiego więzienia u wybrzeży Afryki kapitana Geoffreya Appleyarda (Alex Pettyfer, Jestem numer 4, Wyścig z czasem, Katyń. Ostatni świadek, Magic Mike), przyjaciela Gusa, który starał się infiltrować wcześniej niemiecką bazę u-bootów.


Otrzymujemy zatem dwa i pół wątku: równolegle prowadzone wątki infiltracji niemieckiej bazy na Fernando Po przez Herona i Marjorie oraz formowania się oddziału Gusa, które zbiegną się w finale filmu, przerywane są mini-wątkiem londyńskim, w którym obserwujemy sytuację w brytyjskim sztabie – losy Winstona Churchilla jako premiera zależą od przerwania niemieckiej dominacji na Atlantyku paraliżującej dostawy z Ameryki, tylko wąskie grono jest poinformowane o nieformalnej misji tytułowych niebezpiecznych drani, natomiast w angielskim dowództwie rodzi się opozycja przeciwko nieprzejednanej postawie premiera. Pewnego smaczku dodaje tam występ Brygadiera M oraz Iana Fleminga.

Niestety, oba główne wątki filmu nie wykorzystują swojego potencjału, choć przyjemniej oglądało mi się planowanie intrygi przez Herona i Marjorie (nie tylko ze względu na zjawiskową urodę Eizy Gonzalez). Było tam napięcie i niepewność o losy bohaterów otoczonych przez wrogie oddziały oraz nieco szpiegowskiego klimatu. Wątek odbicia kapitana Appleyarda, a później „infiltracja bazy” przez oddział Gusa był nieustanną sieczką i mordobiciem, w którym nasi bohaterowie bez szwanku i bez zagrożenia przechodzili przez oddziały Niemców jak siekiera przez masło. Nonszalancja i brak powagi, z jaką grali Henry Cavill (przede wszystkim) i Alan Ritchson (nieco mniej) wytrącała mnie z tych resztek immersji, burząc cały seans. Z przykrością stwierdzam, że Henry Cavill, którego bardzo lubię, absolutnie nie wzbudził we mnie w tym filmie entuzjazmu. Tak samo nie zapałałem sympatią do żadnego z Niebezpiecznych Drani, którzy wyszli płascy i nudni jak z taniego serialu.


Na plus poczytać można było sporą ilość mięsistej akcji, zwłaszcza za sprawą Alana Ritchsona, który jak buldożer przechodził po trupach nazistów zabijanych w wymyślny sposób. Do tego trochę fajnych zdjęć w ładnych plenerach, poza tym jednak pustka. Guy Ritchie, czyli "angielski Quentin Tarantino", chciał zrobić swoją wersję Bękartów wojny opartą na faktach oraz prawdziwych postaciach, ale pozbawił się charakterystycznego dla siebie stylu. Humorowi brakowało subtelności i inteligencji, które cechują produkcje tego twórcy. Kapitalny materiał aż prosił się o nieco zabawy formą pod względem zdjęć, montażu i sposobu prowadzenia narracji. Wielu postaciom brakowało wyrazistości i charakteru, inne były z kolei przerysowane (zwłaszcza ta, która miała dać największą inspirację Jamesowi Bondowi), nikt nie wzbudzał sympatii, a największe zaangażowanie czułem czytając finalne plansze prezentujące prawdziwe postaci, które tworzyły "Ministerstwo" i dały początek późniejszym oddziałom specjalnym.

Podsumowując, Ministerstwo Niebezpiecznych Drani było idealnym filmem dla mnie, skrojonym pod moje gusta i upodobania, a niestety sam seans rozczarował mnie i pozostawił głęboki niedosyt. Filmowi brakowało tego charakterystycznego autorskiego sznytu Guya Ritchiego widocznego w wielu innych jego dziełach. Film co najwyżej poprawny, ale bezpieczny i płaski, przez co mało angażujący. Kilka jaśniejszych elementów to za mało, żeby spełnić oczekiwania wobec tego filmu, toteż oceniam Ministerstwo niebezpiecznych drani na 6/10 – nisko jak na Guya Ritchiego, słabo jak na tak ciekawą historię…




FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...