niedziela, 31 marca 2024

PROBLEM TRZECH CIAŁ (2024) - RECENZJA SERIALU

W tym roku jednym z najciekawszych nowych seriali, niebędących kontynuacją znanych marek, zapowiadał się być serial Netflixa pt. „Problem trzech ciał”. Platforma streamingowa miała wobec produkcji wysokie oczekiwania i liczyła na kolejny hit, który zawładnie przestrzenią internetowej dyskusji i umysłami widzów. Czy faktycznie tak się stało i czy hype był uzasadniony?


Showrunnerami serialu jest m.in. duet Benioff i Weiss, których ostatnim dużym projektem była Gra o tron (2011-2019). Dyskusyjna jakość zakończenia tej wielkiej telewizyjnej serii sprawiła Benioffowi i Weissowi sporo problemów i nadszarpnęła reputację w hollywoodzkim środowisku. Tym razem w czuwaniu nad całością pomagał im Alexander Woo, znany choćby z produkcji seriali Terror (2019) oraz Czysta krew (2008-2013). Warto też odnotować, że jako producenci serialu zaangażowani byli reżyser Rian Johnson oraz aktorzy Brad Pitt oraz Rosamund Pike. 

Serial jest adaptacją pierwszego tomu trylogii „Wspomnienia o przeszłości Ziemi” chińskiego pisarza Liu Cixina. Uznana za jedną z najważniejszych pozycji współczesnego science-fiction oraz nagrodzana m.in. literacką nagrodą Hugo, książka „Problem trzech ciał” z 2008 roku stawiana jest obok takich klasyków gatunku jak „Fundacja” Isaaca Asimova czy „Diuna” Franka Herberta.

Trudno jest pisać o fabule „Problemu trzech ciał” bez wchodzenia w spoilery. Serial rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych – we współczesności oraz retrospekcjach rozgrywających się w głównej mierze w Chinach od 1966 roku. Produkcja łączy w sobie elementy twardego sci-fi, murder mystery, komentarza społeczno-politycznego, jednak bez nachalnego moralizatorstwa i implementowania ideologii. Obserwujemy losy grupy przyjaciół z czasów studiowania fizyki, z których jedni podążyli własną drogą a inni rozpoczęli akademicką pracę badawczą.

W niewyjaśnionych okolicznościach na całym świecie wybitni naukowcy popełniają podobne samobójstwa, co budzi poważny niepokój w środowisku naukowym i rządowym. Nasi bohaterowie znajdują się pod obserwacją tajnych służb, ponadto w ręce dwojga z nich trafiają tajemnicze gogle pozwalające grać w osobliwą grę w wirtualnej rzeczywistości wyprzedzającej ówczesny stan technologii. Rozgrywka stawia przed graczami wyzwanie uratowania cywilizacji poprzez przewidzenie ruchu ciał niebieskich, stoi za nią natomiast tajemnicza organizacja próbująca zrekrutować w swe szeregi wybitne umysły.


Do grona paczki przyjaciół należą: pracujący na uczelni fizyk Saul Durand (Jovan Adepo), który jednak nie potrafi wykrzesać w sobie ambicji potrzebnej do dokonania czegoś przełomowego; ambitna i szlachetna Auggie Salazar (Eiza Gonzalez, której kariera w Hollywood nabiera rozpędu), która założyła firmę produkującą nanowłókna mające zrewolucjonizować świat; najbystrzejsza z nich Jin Cheng (Jess Hong), która próbuje połączyć swoją akademicką karierę z nową relacją z oficerem brytyjskiej marynarki wojennej Rajem (Saamer Usmani); zakochany bez wzajemności w Jin Will Downing (Alex Sharp), który zrezygnował z pracy akademickiej i naucza fizyki w szkole; obrotny i zawadiacki Jack Rooney (John Bradley, najbardziej rozpoznawalny aktor z młodszej obsady, znany z roli Samwella Tarly'ego z Gry o tron), który całkowicie zarzucił naukę i jest właścicielem dobrze prosperującej firmy produkującej niezbyt zdrowe przekąski.

Zbierają się wszyscy w jednym miejscu na pogrzebie ich uczelnianej mentorki Very Ye (Vedette Lim), która popełniła samobójstwo bez wyraźnej przyczyny i pozostawienia powodu. Jin znajduje w jej pokoju futurystyczne gogle VR i rozpoczyna eksplorację zagadkowej gry, wciągając w nią Jacka. Will dowiaduje się, że ma zaawansowany nowotwór. Auggie zaczyna widzieć przed sobą odliczanie, a tajemnicza nieznajoma sugeruje jej zarzucenie przełomowego projektu. A cyniczny ruchacz Saul przez większość serialu nie robi nic ciekawego i jego rola długo ogranicza się do emocjonalnego wspierania Willa. Jin i Auggie zostają wplątane w śledztwo prowadzone przez agenta MI6 Da Shiego (Benedict Wong) oraz jego przełożonego, apodyktycznego Thomasa Wade’a (Liam Cunnigham). Starają się dopaść tajną organizację przewodzoną przez ekscentrycznego miliardera Mike’a Evansa (Jonathan Pryce), którego łączy zagadkowa relacja z matką zmarłej Very, Ye Wenjie (Rosalind Chao), której przeszłość w Chińskiej Republice Ludowej okazuje się kluczowa dla losów świata…

Na początku oglądania „Problemu 3 ciałodczuwałem pewien vibe „Zagubionych, spodziewając się, że cały pierwszy sezon będzie skupiony na Nieodgadnionym, zagadkowych morderstwach i samobójstwach, tajemniczej organizacji i przedstawianiu nam intrygujących konceptów z zakresu astrofizyki oraz technologii. Niestety, już w trzecim odcinku kurtyna opada i wiemy, do czego zmierza cała historia, a zagadka odarta z wcześniejszej tajemniczości już tak nie nęci widza. Z czasem jednak przyzwyczajamy się do sposobu prowadzenia narracji i zżywamy się z bohaterami oraz kibicujemy idei stojącej za drugą połową sezonu. 

Niestety, bohaterowie prowadzeni są w nierówny sposób. Każdy ma rozpisaną odmienną drogę, ale jak na mój gust nieco za bardzo skupiamy się na ich wewnętrznych problemach i komplikacjach życiowych, a za mało na sednie historii. Jak już wcześniej zaznaczyłem, postać Saula Duranda dopiero na koniec serialu dostaje ważniejszą rolę w całej fabule, a do tego momentu twórcy nie mają na niego pomysłu. Podobnie z postacią Willa Downinga, który choć ma bardzo wyraźnie wytyczoną ścieżkę związaną z interesującym zagadnieniem egzystencjalnym, to droga do zwieńczenia wątku jest nudna i mało angażująca. Najciekawiej śledziło się losy Jin oraz Auggie ze względu na ich różne postawy i moralny stosunek do "Wielkiego Problemu", choć w wyniku moich prywatnych przekonań i makiawelicznego usposobienia w wielu momentach nie zgadzałem się z nimi i nie mogłem sympatyzować. A to one prezentować miały rzekomo ten racjonalny, naukowy, pierwiastek chłodnej kalkulacji. W tym konflikcie stałem zdecydowanie po stronie „wielko-dobrego skurwysyństwa” uosabianego przez postać Liama Cunninghama, a nie emocjonalnej, partykularnej moralności.

Warto również nadmienić, że na początku serialu najbardziej pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie wątek osadzony w przeszłości w Chinach i oglądało mi się go najlepiej, a wszak to przez niego odbiłem się za pierwszym razem od lektury książki w postaci audiobooka (po seansie rozpocząłem drugą próbę, tym razem z dużo lepszym rezultatem).

Pewnym rozczarowaniem była dla mnie warstwa audiowizualna serialu. Budżet produkcji oscylował w okolicach 160 mln dolarów (20 mln na odcinek), a więc jeden z droższych nowych seriali Netflixa. Oczekiwałem zdecydowanie więcej po VR-owych sekwencjach serialu, a kilkukrotnie rozczarowałem się jakością efektów specjalnych i brakiem spodziewanego rozmachu. Podobnie muzyka w „Problemie 3 ciał” w ogóle nie zwróciła mojej uwagi, a jak się okazuje kompozytorem był sam Ramin Djawadi, z którym Panowie Benioff i Weiss współpracowali przy okazji Gry o tron.



Kwestią gustu jest, czy w serialu odczujecie niedobór science-fiction lub nadmiar nieco nużących osobistych wątków emocjonalnych tak jak ja. „Problem 3 ciał” porusza ciekawe tematy kosmologiczno-egzystencjalne, prezentuje interesujące koncepty i opakowuje to w całkiem angażującą formę. Różnorodna paleta bohaterów i całkiem zdolnych aktorów sprawia, że śledzimy ich losy z zainteresowaniem, nawet jeśli nie wszystkich darzymy sympatią (w moim odczuciu Liam Cunnhingham kradnie show, zwłaszcza w duecie z Benedictem Wongiem). Niestety całość pozostawia pewien niedosyt i choć balon oczekiwań nie pęka z hukiem, to jednak uchodzi z niego powietrze pod względem zarówno formy jak i treści. Z pewnością jednak serial zostaje w głowie i budzi przemyślenia oraz skłania do stawiania pytań. Na przykład czemu miała służyć scena, w której Eiza Gonzalez po spożyciu nadmiernej ilości alkoholu wymiotuje, mając na sobie komplet ślicznej czarnej bielizny eksponującej jej niezwykle seksowne ciało? Nie, żebym miał coś przeciwko, po prostu chciałbym dowiedzieć się więcej na ten temat z czysto naukowych powodów...

Podsumowując, „Problem 3 ciał” to serial niepozbawiony wad, ale przyciągający uwagę odbiorcy i poruszający myślenie. Potencjał był ogromny, wyszło po prostu solidnie i choć nie wieszczę serialowi gigantycznego sukcesu komercyjnego czy artystycznego to warto sięgnąć zarówno po serial jak i po książkę, a ja będę czekał na drugi sezon z nadzieją, że to był dopiero nieśmiały wstęp. Oceniam „Problem 3 ciał” na 7,5/10 i wracam do lektury dzieła Liu Cixina.



wtorek, 26 marca 2024

AVATAR: THE LAST AIRBENDER (2024) - RECENZJA.

W ostatnim czasie Netflix postanowił obdarować widzów adaptacjami znanych i lubianych marek anime, przenosząc je z wersji animowanych do live action. Po udanym, acz momentami absurdalnym One Piece, teraz otrzymaliśmy Avatara: Ostatniego Władcę Wiatru, który już otrzymał zielone światło na dwa kolejne sezony.



Marka Avatara (nie mylić z franczyzą Jamesa Camerona o niebieskich kotołakach z Pandory) wywodzi się z serialu animowanego autorstwa Bryana Konietzko oraz Michaela Dante Di Martino znanego pod tytułami Avatar: The Last Airbender albo Avatar: Legend of Aang oraz jego kontynuacji Avatar: Legend of Kora. Swoją filmową próbę adaptacji podjął M. Night Shyamalan w 2010 roku, jednak jego wizja nie przypadła publice do gustu. Sam nigdy nie oglądałem serialu animowanego, natomiast film widziałem (podobno i to nie cały), także nie mam żadnego emocjonalnego związku z tą franczyzą i nie działają na mnie tanie sztuczki twórców, choć na samą produkcję czekałem po przyjemnie wyglądających zwiastunach. Czy showrunner i współscenarzysta Albert Kim (pracował wcześniej z przy takich serialach jak Nikita, Jeździec bez głowy czy animowany Pantheon) sprostał zadaniu? 

Fabuła serialu opowiada o losach fikcyjnego świata, w którym każdy z czterech narodów dysponuje magią jednego z żywiołów: Powietrza, Ziemi, Wody i Ognia, a o równowagę dba Awatar, istota panująca nad wszystkimi żywiołami. Naród Ognia wykorzystał nieobecność Awatara i zgładził Nomadów Powietrza oraz wypowiedział trwającą od stu lat wojnę Królestwu Ziemi i Plemionom Wody. Wówczas z letargu budzi się Aang, tytułowy ostatni władca wiatru, który jest nowym Awatarem. Wraz z poznanymi na swej drodze przyjaciółmi musi uratować świat i pokonać Naród Ognia dążący do podboju świata i zjednoczenia go pod swoimi rządami.




Podstawowym moim problemem z tym serialem jest jego fatalny scenariusz opierający cały swój ciężar na prostackich dialogach ekspozycyjnych pisanych przez pijanego albo niespełna rozumu absolwenta Wyższego Przedszkola Lazywritingu. Od pierwszego odcinka uderzała mnie nieudolność, z jaką twórcy wkładali w usta bohaterów pokraczne zdania mające nam tłumaczyć świat oraz przekazywać emocje i charakter bohaterów. Absolutnie nie przypadł mi do gustu główny bohater Aang (Gordon Cormier), choć trudno zbyt wiele oczekiwać od aktora dziecięcego z jakimś emocjonalnym ADHD i typową dla dzieci teatralną nadekspresją pozbawioną choć odrobiny subtelności i naturalności. Nieco lepiej z dwojga ekranowego rodzeństwa Katary (Kiawentiio) i Sokki (Ian Ousley) wypadła według mnie dziewczyna, której postać miała w sobie odrobinę większą głębię i aktorka wypadła w roli sympatycznie w porównaniu z grubo ciosaną kreacją Iana Ousleya.

Sytuacja prezentuje się lepiej na drugim planie, w gronie antagonistów lub antybohaterów serialu, gdzie zobaczyć mogliśmy trzy rozpoznawalne twarze. W rolę Ozaia, przywódcy Narodu Ognia, wcielił się Daniel Dae Kim (Jin Kwon z serialu Zagubieni) i choć nie była to rola duża, to dobrze wypadł jako sterujący wszystkim zza pałacowych kulis władca. Jako narzędzie wojny w rękach Ozaia, dowodzącego flotą admirała Zhao, wcielił się Ken Leung (Miles z serialu Zagubieni) – antagonista dość tekturowy, ale też znajdujący się w dalszym szeregu, toteż nie trzeba było wymagać zbyt wiele. Najciekawszym wątkiem całego serialu była natomiast relacja między księciem Zuko (Dallas Liu, wystąpił m.in. w marvelowskim Shang-chim) oraz opiekującym się następcą tronu wujem, generałem Irohem (Paul Sun-Hyung Lee znany choćby z seriali tzw. "Mandoverse", ale przede wszystkim z serialu Kim’s Convenience). Te dwie postaci miały najciekawszą drogę, a bohaterowie okazali się mieć najbardziej pogłębione charaktery w całym serialu i nawet jeśli czasem napisane były w infantylny sposób, to w perspektywie całego wątku broniły się najlepiej i nie irytowały tak, jak protagoniści, którym powinniśmy kibicować.


Warstwa wizualna serialu była nierówna: efekty specjalne i krajobrazy prezentowały się dość dobrze, ale choreografia walk była czasami bardzo chaotyczna i sztuczna, a towarzyszące im komputerowo wygenerowane akrobacje i ewolucje na ekranie budziły we mnie dziwne wspomnienia z oglądania Herkulesa czy innej Xeny wojowniczej księżniczki… Choć zaprezentowanie możliwości magii Ognia, Wody i Ziemi zazwyczaj nie budziły większych zastrzeżeń. Fabularnie jednak nudziłem się znacząco przez zdecydowaną większość serialu i dopiero, gdy finałowym odcinku (MINOR SPOILER ALERT) pojawia się Kaiju to produkcja złapała moje zainteresowanie.

Podsumowując, nie miałem żadnego czynnika nostalgii i poza relacją Zuko i Iroha losy bohaterów nie obchodziły mnie w żaden sposób, nie wywołując cienia emocji. Twórcy od samego początku swoim infantylnym, prostackim pisaniem pretekstowego scenariusza wypełnionego sztampowymi, nijakimi dialogami, okraszonymi przeciętną grą aktorską odstręczali mnie od oglądania i bywały momenty, że chciałem po prostu zostawić ten serial w połowie. Jednym z elementów, które interesowały mnie w tej produkcji był występ urodzonej w Krakowie polsko-chińskiej aktorki Marii Zhang wcielającej się w elitarną wojowniczkę Suki. Jak się jednak okazało, jej występ ograniczył się zaledwie do jednego odcinka… Serial był słabo napisany, ale nie był fatalny i pomimo całej mojej niechęci przechodzącej w obojętność, oceniam go na 6/10 i prawdopodobnie szybko o nim zapomnę do momentu zwiastuna drugiego sezonu.



poniedziałek, 25 marca 2024

PRZETAINA (2022) - RECENZJA

Andrzej Pilipiuk jest autorem literatury fantastycznej o silnym nacechowaniu historycznym, wynikającym z zainteresowań i wykształcenia pisarza. Uważany za największego grafomana polskiej sceny fantasy, Pilipiuk zasłynął przede wszystkim jako autor mocno humorystycznej serii o Jakubie Wędrowyczu (bimbrowniku-egzorcyście) oraz serii poważniejszych opowiadań o Robercie Stormie (współczesnym archeologu-detektywie) i doktorze Skórzewskim (lekarzu i badaczu zjawisk paranormalnych przełomu XIX i XX wieku).


Moja znajomość literatury pisanej przez Andrzeja Pilipiuka sięga dość odległych czasów i można określić mnie jako fana (choć nie czytałem wielu pomniejszych serii czy książek). Powieść Przetaina, która premierę miała w czerwcu 2022 roku, jest bodaj pierwszym dziełem tego rozmiaru w repertuarze autora, w którym własnoręcznie kreuje wyimaginowany świat i odchodzi od mniej lub bardziej odległej czasowo znanej nam rzeczywistości historycznej. W maju tego roku przewidziana jest premiera drugiego tomu pt. Okiść, stąd postanowiłem nadrobić zaległości i zapoznać się z „Przetainą” wysłuchując audiobooka czytanego przez Macieja Kowalika.

Powieść napisana jest z perspektywy pierwszoosobowej i śledzimy w niej losy młodzieńca Dave’a żyjącego wraz z całym swoim rodem w mieście Tess osiemset lat po upadku cywilizacji Przodków. W obliczu zagrożenia wybuchem wulkanu oraz potencjalnym najazdem wrogiego plemienia, starszyzna miasta wysyła go jako członka poselstwa do odległej krainy, z której wywodzi się jego plemię. Gdy zostają zdradzeni w trakcie podróży, Dave musi przyjąć rolę lidera wyprawy i zaopiekować się kapłanką Aną oraz wychowaną w innym plemieniu dziewczynę imieniem Tyra.


Książka ma wykreowany całkiem prosty, ale przyjemnie interesujący świat, który zachęca czytelnika do jego eksploracji. Nie jesteśmy zarzuceni dziesiątkami państw i kultur, setką miejsc i bohaterów, które mogłyby przysporzyć bólu głowy. Wyobrażam to sobie jako quasi-średniowieczne post-apo, gdzie potężna i prężnie rozwijająca się (stosunkowo bardziej jednorodna od naszej) cywilizacja antyczna upadła wskutek kataklizmu naturalnego, a po niemal tysiącleciu ich potomkowie próbują utrzymać choć część dawnej świetności starego świata.

Niestety za angażującą uwagę koncepcją startową nie idzie ani interesująca fabuła ani ciekawi bohaterowie. Jakkolwiek narracja prowadzona jest w sposób pierwszoosobowy, to głównym bohaterem książki jest trójka młodych osób – Dave, Tyra i Ana. Przemierzają znaczną odległość, ale charakterologicznie nie przebywają żadnej drogi i choć mierzą się z problemami zewnętrznymi, nie mają między sobą żadnej interesującej dynamiki. Są to statyczni bohaterowie o płaskich, jednowymiarowych charakterach i nie budzą w czytelniku głębszych emocji. Brakuje im wyrazistości, konfliktu, osobowości. Być może w planach autora jest przewidziany ich rozwój, ale nastąpi to w kolejnych tomach. Jeszcze bardziej nijako prezentuje się drugi plan, gdzie mamy na przestrzeni całej powieści kilku bohaterów z tektury, o których bardzo szybko zapominamy. Podobnie fabuła książki jest prostolinijna i niewyszukana, z jednym interesującym momentem przełomowym w środku i mozolnym brnięciem ku końcowi, w którym największą przeciwnością stojącą na drodze bohaterów jest pogoda.

Powieść „Przetaina” Andrzeja Pilipiuka jest w moim odczuciu książką w najlepszym razie poprawną, choć płynącą bardzo powolnym i spokojnym nurtem. Pozbawiona głębi bohaterów oraz wciągającej fabuły, broni się jedynie przyjemnie skonstruowanym w moim odczuciu światotwórstwem i jedynymi interesującymi momentami podczas lektury było odkrywanie tajemnic upadłej cywilizacji. Być może sięgnę po drugi tom, ale raczej z ciekawości, czy pierwsza część cyklu była tylko nieumiejętnym rozstawieniem pionków na planszy oferującej coś więcej. Książkę oceniam na 6/10, poniżej średniej możliwości autora, którego lekką i przyjemną prozę zawsze sobie ceniłem.



poniedziałek, 11 marca 2024

THE GENTLEMEN (2024) - RECENZJA.

Guy Ritchie, brytyjski reżyser znany z takich produkcji jak „Przekręt”, „Porachunki”, „Sherlock Holmes”, czy „Aladyn”, powraca do wykreowanego przez siebie uniwersum brytyjskich gangsterów-dżentelmenów, w którym oferuje widzowi ostrą fabułę, cięte dialogi, intrygi i zdrady, brudny biznes narkotykowy, a wszystko to podane na złotej zastawie w książęcym pałacu i okraszone swoim wyjątkowym autorskim stylem. Tym razem w roli showrunnera oraz reżysera pierwszych odcinków, pozwolił swojemu światu rozrosnąć się i rozwinąć skrzydła.

            

        W 2020 roku, tuż przed wybuchem pamiętnej pandemii, premierę miał film Guya Ritchiego pt. Dżentelmeni w gwiazdorskiej obsadzie zawierającej m.in. Matthew McConaughey’a, Charliego Hunnama, Hugh Granta czy Colina Farrella. Film opowiadał o narkotykowym imperium Mickey’a Pearsona, który chciał wycofać się z biznesu i sprzedać sieć plantacji i system dystrybucji marihuany. Błyskotliwość Guya Ritchiego uderzała zarówno w kreacji bardzo wyrazistych postaci jak i sposobie prowadzenia narracji, toteż z całą sympatią polubiłem tamtą produkcję i przyznałem jej ocenę 8/10. Przy okazji serialu bardzo liczyłem, że ponownie Ritchie mnie nie zawiedzie.

        Serial, stanowiący bardziej spin-off i wariację na temat niż jakąś kontynuację filmu, skupia się na nieco innej stronie medalu tworzącego marihuanowe imperium ulokowane pod ziemskimi posiadłościami arystokratycznych brytyjskich rodów. Śledzimy perypetie Edwarda Hornimana (Theo James), który po śmierci swojego ojca dziedziczy tytuł księcia Halstead wraz z całym majątkiem oraz nieoczekiwanym obciążeniem. Pod posiadłością ulokowana jest bowiem plantacja marihuany, która należy do mafijnej rodziny Glassów, reprezentowanej pod nieobecność odsiadującego wyrok ojca (Ray Winstone) przez obrotną i kompetentną Suzie Glass (Kaya Scodelario).

           Eddie, z zawodu żołnierz służący na zagranicznych misjach pokojowych, musi zmierzyć się z zupełnie nowym dla siebie środowiskiem brytyjskich gangsterów, tych bardziej i tych mniej dżentelmeńskich. Aby chronić swoją rodzinę i spuściznę rodową, główny bohater stara się wykręcić ze współpracy. Na przeszkodzie ciągle stają  jednak nieoczekiwane przeciwności i perypetie, często prowokowane przez jego starszego brata, Freddy’ego (Daniel Ings), rozczarowanego pominięciem w sukcesji nieudacznika życiowego. Natomiast zarówno na samą posiadłość rodową jak i całe imperium Glassów łakomie spogląda amerykański biznesmen Stanley Johnston (Giancarlo Esposito), który może mieć bardziej makiaweliczne plany niż się na pierwszy rzut oka wydaje.


Narracja serialu prowadzona jest w nieco antologiczny sposób, a w każdym odcinku główny bohater mierzy się z innym problemem i poznaje innych ludzi należących do przestępczego półświatka, by w finale serialu wszystkie wątki znalazły połączenie w jeden większy węzeł fabularny. Tempo serialu jest szybkie i energetyczne, choć w montażu dość często przewija się slow motion podbudowane klasyczną muzyką salonową. Typowo dla Ritchiego serial wypełniony jest meta-narracją oraz wizualnymi podpisami prezentującymi informacje przekazywane w dialogach. Wizualnie produkcja prezentuje się na wysokim poziomie, a widz przebywa wraz z bohaterami w eleganckich salonach i gabinetach arystokracji, biznesowych apartamentach ale również gangsterskich garażach czy w cygańskim taborze. Szybkie auta, stare pałace, drogie cygara, jądro Adolfa H. – czego można więcej oczekiwać?

Z pewnością, poza samą warstwą produkcyjną i jasno określoną wizją artystyczną, siłą produkcji jest zaangażowanie do niej aktorów, którzy stworzyli sympatycznych bohaterów, których losy i relacje chce się śledzić. Na etapie zapowiedzi miałem wątpliwości co do głównego bohatera granego przez Theo Jamesa, którego widzowie mogą znać z takich produkcji jak Niezgodna, Zbuntowana czy serialowy Biały Lotos, ale ja ich nie widziałem. Szybko się jednak przekonałem do aktora, który poza elegancką brutalnością miał w sobie tę potrzebną odrobinę uroku i sarkastycznego humoru. Świetnie partnerowała mu Kaya Scodelario (pamiętam ją tylko z Piratów z Karaibów 4), która emanowała chłodną kalkulacją, zaradnością w trudnym i niebezpiecznym świecie oraz intrygującą prezencją i pewnością siebie. 

Na drugim planie przemykali nieco bardziej znani aktorzy: Joely Richardson jako matka głównego bohatera, Vinnie Jones jako dozorca posiadłości Hornimanów, ale przede wszystkim wspomniani już Ray Winston jako szef marihuanowego imperium pociągający za sznurki czy starający się przejąć jego biznes ekscentryczny Giancarlo Esposito. W rolach epizodycznych świetnie wypadli również m.in. Kristof Hivju czy Peter Serafinowicz.


W mojej opinii serialowi Dżentelmeni nie byli tak urokliwi jak filmowa inkarnacja tego uniwersum, ale ze względu na inne medium mieli więcej miejsca na rozwój bohaterów czy prezentację różnorodniejszej gamy postaci. Barwny świat pełen nietuzinkowych postaci i chętnie doń powrócę, jeśli Guy Ritchie zdecyduje się go kontynuować. Serial oceniam na solidne 8/10, bowiem trafia w moje gusta pod względem stylu, sposobu narracji i humoru.




poniedziałek, 4 marca 2024

DIUNA: CZĘŚĆ II (2024) - RECENZJA

 

Po kilku latach przerwy Denis Villeneuve, jeden z najlepszych współczesnych reżyserów, powraca z sequelem Diuny, dopełniając ekranizacji pierwszego tomu kultowej serii sci-fiction autorstwa Franka Herberta. Kanadyjski twórca ponownie przeniósł nas na pustynną planetę Arrakis, na której ważyć się będą losy całego Wszechświata, bowiem ten, kto posiada Przyprawę, posiada władzę.


Z pierwotnego tria scenarzystów wykruszył się uznany Eric Roth (Forest Gump, Monachium, Ciekawy przypadek Benjamina Buttona, Narodziny gwiazdy, Czas krwawego księżyca), a Denisowi Villeneuve towarzyszył jedynie nieco mniej doświadczony Jon Spaihts (Prometeusz, Doktor Strange, Pasażerowie). Scenariusz doszlifowywał natomiast Craig Mazin, twórca takich produkcji jak Czarnobyl i The Last of Us. Za warstwę audiowizualną ponownie odpowiadali Hans Zimmer (muzyka) oraz Greig Fraser (zdjęcia).

            Diuna z 2021 roku wywarła na publice ogromne wrażenie, a ja sam byłem na tyle oczarowany filmem, że przyznałem mu ocenę 9/10. Wizja Villeneuve niezwykle celnie trafiła w mój gust i z ogromnym przejęciem czekałem na kontynuację losów Paula Atrydy w jego krętej drodze w poszukiwaniu Złotej Ścieżki. Poprzeczka była zawieszona niezwykle wysoko i od dawna tak bardzo nie wyczekiwałem na jakąkolwiek filmową premierę, prawdopodobnie od czasu… premiery pierwszej części Diuny.

Pierwszy film, zgodnie z ostatnim zdaniem „This is only the beginning”, był jedynie wstępem właściwej historii i rozstawieniem pionków na planszy. Wobec rosnącego znaczenia rodu Atrydów Imperator przekazał im we władanie kluczową gospodarczo planetę Arrakis, którą dotychczas rządzili okrutni Harkonnenowie. Baron Vladimir Harkonnen miał jednak inne plany i zgodnie z wolą Imperatora zaatakował Atrydów, którzy w bitwie o Arrakeen zostali zdziesiątkowani, a ich przywódca, książę Leto Atryda, zginął. Zmusiło to jego dziedzica, młodego Paula Atrydę, do ucieczki i schronienia się wraz z matką Jessicą, członkinią Zakonu Bene Gesserit, na pustyni wśród Fremenów. Zaczęło wypełniać się przeznaczenie Paula jako Kwisatz Haderach – efektu wielowiecznego projektu genetycznego mającego na celu stworzenie istoty o potężnym umyśle potrafiącym widzieć przeszłość oraz przewidywać przyszłość, oraz Lisana al – Gaiba – proroka wytyczającego społeczności Fremenów drogę do Raju…



Akcja drugiej części zaczyna się tuż po zakończeniu pierwszej, gdy Paul Atryda (Timothee Chalamet) zostaje przyjęty jako gość przez fremeński oddział pod dowództwem Stilgara (Javier Bardem). Podczas gdy Paul walczy wraz Fremenami przeciwko Harkonnenom, jego brzemienna matka, Lady Jessica (Rebeca Ferguson), zostaje Matką Wielebną i wbrew woli syna prowadzi religijną agitację podsycającą wiarę Fremenów w nadzwyczajną rolę Paula. Obserwujemy, jak między Paulem a Fremenką Chani (Zendaya) rodzi się uczucie, a sam Paul uczy się przetrwania na pustyni i w końcu zostaje Fremenem – otrzymuje imię Usul oraz nadaje sobie wojenny przydomek Muad’Dib. Baron Vladimir Harkonnen (Stellan Skarsgaard), widząc niepowodzenia swojego bratanka Glossu Rabbana (Dave Bautista) w zapewnieniu produkcji Przypawy i pacyfikacji Fremenów, ustanawia gubernatorem Arrakis jego młodszego brata, Feyda-Rauthę (Austin Butler), wobec którego nie tylko Vladimir Harkonnen ma plany. Na dworze Padyszacha Imperatora Znanego Wszechświata Szaddama IV Corrino (Christopher Walken) za sznurki władzy pociągają siostry zakonu Bene Gesserit, wśród których jest również jedna z jego córek, księżniczka Irulana (Florence Pugh). Matka Wielebna Gaius Helena Mohiam (Charlotte Rampling) chce, by to Feyd-Rautha zasiadł na Tygrysim Tronie. Wszystko rozstrzygnie się na pustyni Arrakis, gdzie fundamentaliści religijni oczekują na przybycie Mesjasza Diuny…

W pierwszym filmie nawet tych głównych bohaterów poznaliśmy dość powierzchownie. Paul był niedoświadczonym młodzieńcem zagubionym między powinnością a przeznaczeniem, Lady Jessica zaś nosiła maskę Bene Gesserit, zza której z rzadka ukazywały się szczere emocje. Pustynia ich otworzyła – Paul dojrzał, zarówno jako wojownik i przywódca, ale też jako mężczyzna. Jessica, oczekująca drugiego dziecka, musiała zatroszczyć się o własną głowę oraz przyszłość swoich dzieci, podejmując ryzykowną grę i stawiając wszystko na jedną kartę. Wszystko to jednak blaknie przy prawdziwej rozterce Paula Atrydy – zostawić przyszłość samej sobie i biernie reagować na zrządzenie losu czy podążyć ścieżką przeznaczenia, które krwawym piętnem odciśnie się na znanym Wszechświecie, a ogień Świętej Wojny pochłonie miliardy istnień. Tak jak przed pierwszą Diuną miałem wątpliwości, czy Timothee Chalamet udźwignie ciężar postaci i aktor przekonał mnie swoim występem, tak tutaj ponownie miałem obawy, czy zdoła ukazać w wiarygodny sposób przemianę bohatera. Muszę przyznać, że już drugi raz Chalamet przekonał mnie do siebie i z pewnością mogę zakrzyknąć „Lisan al.-Gaib, tak jak zostało zapisane!”. Podobnie wobec kreacji Lady Jessiki w wykonaniu Rebeki Ferguson nie mam zastrzeżeń i podobało mi się to chłodne zdecydowanie w dążeniu do celu zdeterminowanej matki.

Wśród postaci drugoplanowych, które odgrywały znaczniejszą rolę w pierwszym filmie, warto wspomnieć wspierających Paula przywódcę siczy Stilgara oraz atrydzkiego zbrojmistrza Gurneya Hallecka (Josh Brolin). Tak jak Brolin w pierwszej części (wówczas wespół z Duncanem Idaho granym przez Jasona Momoę) odgrywał znaczącą rolę formacyjną w życiu Paula, tak w drugiej części to miejsce wypełnia postać Stilgara, który z czasem zaczyna darzyć Atrydę fanatyczną religijną czcią i wierzy, że Muad’Dib faktycznie jest przepowiedzianym Lisanem al-Gaibem. Postać Stilgara wprowadza jednak jeden istotny element narracyjny – poprzez swoje humorystyczne wstawki zapewnia komediową przeciwwagę dla bardzo poważnej, pompatycznej i tragicznej historii większej niż życie, jaką jest Diuna. To przy Stilgarze widzimy Paula luźnego i niemal beztroskiego, przy postaciach takich jak Gurney Halleck czy Lady Jessica ciąży na nim zbyt wielkie brzemię dziedzica Atrydów i Kwisatz Haderacha. O postaci Vladmira Harkonnena trudno napisać cokolwiek więcej, że Stellan Skarsgaard w udany sposób kontynuował swój świetny występ z pierwszej części, sama postać barona jednak nie miała jednak aż tyle przestrzeni, żeby wyróżnić się w szczególny sposób, bowiem musiał podzielić się rolą antagonisty z nowo wprowadzonymi bohaterami Feyda Rauthy jak i Imperatora Szaddama IV.

Jakkolwiek postać Chani pojawiła się już w pierwszej części, choć poza snami i wizjami dopiero na samym końcu filmu, to wówczas była to postać w zasadzie bez charakteru. W drugiej części Diuny poznaliśmy, kim jest Chani Sidhaja – odważna, waleczna, zdecydowana i pełna energii kobieta, która gotowa jest poświęcić się dla dobra swego ludu, ale nie wierzy w religijne proroctwa i przepowiednie, skupiając się na doczesnej walce o lepsze jutro dla Fremenów. Czy w pełni widziałem na ekranie uczucie pomiędzy Chani a Paulem Atrydą, teasowane zarówno nam jak i głównemu bohaterowi w poprzednim filmie? Wystarczająco, abym mógł uwierzyć w oddanie, jakie żywiła do Paula i jej rozczarowanie tym, jaką drogą podążył jej ukochany.

Tak jak głównym przeciwnikiem politycznym Paula Atrydy był Imperator Szaddam IV Corrino, tak przeciwnikiem fizycznym miał zostać Feyd-Rautha Harkonnen – sadystyczny psychopata, w którym można wyczuć nutę honoru. Austin Butler stworzył świetną kreację bohatera przesiąkniętego złem, który jednak poza grozą budzi również fascynację. Przeciwwaga dla Paula, z którym łączy go nie tylko fakt, iż brał nieświadomie udział w programie eugenicznym Bene Gesserit, ale przejawiał zdolności prekognicji. Choć to starszy brat Feyda-Rauthy, Rabban, był nazywany Bestią, to zdecydowanie bohater grany przez Butlera kojarzył się z drapieżnością, dzikością i nieprzewidywalnością.

Zupełnie inny portret swojemu bohaterowi wymalował Christopher Walken wcielający się w Padyszacha Imperatora Znanego Wszechświata Szaddama IV z rodu Corrino, potomka dynastii od tysiącleci władającej kosmosem. Imperator jest starszym mężczyzną, który żyje w przekonaniu absolutnej władzy i snucia intryg, sam jest jednak przedmiotem intrygi Bene Gesserit. Doradza mu jego ukochana córka Irulana, wszechstronnie wykształcona siostra zakonu Bene Gesserit. Prezencja Christophera Walkena w tym przypadku jest bez zarzutu, ale pod względem scenariuszowym jego postaci brakuje potrzebnej charyzmy. Nie dostaje też zbyt dużo przestrzeni do rozwinięcia skrzydeł ze względu na mocno ograniczony czas ekranowy. Nieco więcej swoją grą aktorską udaje się osiągnąć Florence Pugh, bowiem jej Irulana, poza fantastycznymi kostiumami, ma w sobie właśnie tę iskrę charyzmy potrzebną inteligentnemu, przebiegłemu politykowi.





Bez wątpienia jedną z podstawowych zalet obu części Diuny jako wizji Denisa Villeneuve jest jej monumentalność w aspekcie audiowizualnym. Rozmach pod względem scenograficznym, wysublimowane podejście do kostiumów, rekwizytów i architektury oraz majestatyczne zdjęcia budzą pełen podziw, a dopełniający efektu dźwięk kapitalnie komponujący się z tym, jak Diuna wygląda na wielkim ekranie zaiste przywraca wiarę w Kino. Pod względem technicznym część druga Diuny jest mistrzowskim dziełem, tak jak jej poprzedniczka.

Osobnym wątkiem jest muzyka Hansa Zimmera, co do której mam mieszane uczucia i póki co nie jestem w stanie na podstawie tylko jednego seansu wydać definitywnej opinii. Sąd pierwszej instancji wydał werdykt, że jakkolwiek sama wizja artystyczna kompozytora jest świetna i wpisuje się w audiowizualny monumentalizm filmu, tak w pewien sposób czuć niedosyt i nadmierne poleganie na tym, co Zimmer skomponował do pierwszego filmu. Wniesiona została apelacja i sąd drugiej instancji wyda wkrótce wyrok po dogłębnym zapoznaniu się z materiałem dowodowym.

Przy okazji ekranizacji legendarnej i kultowej powieści nie można uciec od porównań z literackim pierwowzorem i różnicami względem materiału źródłowego oraz oceną artystycznej wizji reżysera. Pierwsza część Diuny stanowiła w moim odczuciu jedną z lepszych adaptacji i nie narzekałem zanadto, gdy pojawiały się drobne rozbieżności z prozą Franka Herberta czy pominięciem kilku scen. W przypadku części drugiej Diuny, ekranizującej drugą połowę książki, pojawiło się tych rozbieżności nieco więcej, a Villeneuve skierował swoją narrację w konkretnym kierunku, pozbywając się elementów, które prawdopodobnie nie będą mu potrzebne w ekranizacji drugiego tomu Kronik Diuny. Nie da się jednak zaprzeczyć, że reżyser w swej istocie oddał charakter książki i wiernie podszedł do przyświecających jej motywów. Akuratne według mnie będzie tu porównanie do trylogii Władcy Pierścieni zrealizowanej przez Petera Jacksona, który dużo bardziej „drastycznie” potraktował prozę Tolkiena, ale wszystko to, co najważniejsze i pasujące mu do własnej interpretacji zachował z szacunkiem do materiału źródłowego.

Villeneuve skompresował powieść Franka Herberta do dwóch filmów, choć sama książka strukturalnie jest podzielona na trzy części i znając treść powieści zrozumiałe jest, że narracyjnie podjął dobrą decyzję z obecnym podziałem. Bogatsza w wydarzenia i punkty widzenia druga połowa Diuny musiała zostać niestety pocięta, a niekonieczne lub zbędne elementy wycięte, by móc stworzyć koherentny produkt przeznaczony dla masowego odbiorcy. Czy chciałbym, żeby film był o godzinę dłuższy? Bez wątpienia. Czy bez „brakującej” godziny dzieło jest niekompletne? W żadnym wypadku. Nie jest to według mnie adaptacja idealna, ale wystarczająco dobra, bym mógł ją kochać. Rozumiem zdecydowaną większość zmian (nawet tak dużych jak ta związana z obecnością w filmie siostry Paula Atrydy). Tylko jedna zmiana względem książkowego pierwowzoru, na sam koniec filmu, budzi moje wątpliwości i jej nie rozumiem, bo realizacja jednej sceny z jedną krótką rozmową między dwójką bohaterów zajęłaby może nawet nie minutę czasu ekranowego, którą później spożytkowano na realizację tej zmiany. Domyślam się, że jest to swego rodzaju cliff-hanger i budowanie napięcia w trzecim filmie i jako fan kanadyjskiego reżysera akceptuję to, bo Denis Villeneuve jeszcze mnie nie zawiódł.

Podsumowując, film „Diuna: Część II” jest monumentalnym pomnikiem kina science-fiction i jednym z najlepszych sequelów ostatnich lat, przez niektórych porównywanym do Mrocznego Rycerza Christophera Nolana czy Imperium kontratakuje Irvina Kershnera i George’a Lucasa. Nie jestem na tyle kompetentny, żeby wygłaszać tak radykalne opinie, ale z mojego osobistego punktu widzenia jest to dzieło ze wszech miar wybitne. Nie jest to film idealny, niektórzy prawdopodobnie mogą mieć też problem z tempem czy prezentacją postaci, ale wszystkie te pomniejsze uwagi blakną przy całym majestacie dzieła (zwłaszcza w czarno-białej sekwencji na rodzinnej planecie Harkonnenów, Giedi Prime i jego czarnym słońcu). Fantastyczny film wojenny i kapitalne dzieło o pogrążaniu się w religijnym fanatyzmie i bezrefleksyjnym podążaniu za idolami, autorytetami czy prorokami. Nawet jeśli ci prorocy starają się opierać swemu przeznaczeniu w obawie przed straszliwymi konsekwencjami, jakie będą miały ich działania. Fenomenalne kino łączące studium bohatera i monumentalną wojnę oraz zapowiedź trzeciego filmu, w którym ku mojej z trudem okiełznanej ekscytacji w rolę Alii Atrydki zwanej „świętą Alią od noża” wcięli się jedyna w swoim rodzaju Anya Taylor-Joy i tylko z samego tego faktu być może będę bił swój rekord seansów kinowych jednego filmu (obecnie jest to 7 seansów Epizodu VIII Gwiezdnych Wojen: Ostatni Jedi). Panie Villeneuve, ufam Tobie!

Diuna: Część II otrzymuje ode mnie subiektywną ocenę 9/10 i nie mogę doczekać się kolejnego seansu.



FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...