poniedziałek, 29 lipca 2024

FLY ME TO THE MOON (2024) - RECENZJA FILMU

 

Komedia romantyczna w historycznej scenerii sprzed pół wieku czy luźna wariacja na temat amerykańsko-radzieckiej rywalizacji w wyścigu o kosmos i lądowaniu na Księżycu? Luźny film z niezłą obsadą na spokojny wieczór z drugą połówką, który można opisać jednym słowem – sympatyczny.


Za reżyserię filmu odpowiadał Greg Berlanti, który nie ma zbyt wiele doświadczenia tego typu, a Fly me to the Moon (pol. Zabierz mnie na Księżyc) to jego piąty film, poprzednim zaś był ciepło przyjęty Twój Simon. Dużo większa jest jednak producencka filmografia Berlantiego, bowiem zaczynał on jeszcze przy Jeziorze marzeń w poprzednim stuleciu, a w ostatnich kilkunastu latach zasłynął jako jeden z czołowych producentów i scenarzystów telewizyjnego uniwersum DC na kanale CW (Arrow, Flash, Supergirl, Batwoman, Black Lightning, Stargirl, Titans, Superman i Lois), ale także seriali takich jak Riverdale, Ty, Stewardesa, Martwi detektywi, All American).

Za pomysł odpowiadali Keenan Flynn (znikomy dorobek scenopisarski, udzielał się jako producent teledysków muzycznych Beyonce) oraz Bill Kirstein (niewiele większe doświadczenie scenopisarskie, karierę do tej pory robił jako operator kamery mający na koncie kilkadziesiąt projektów). Za scenariusz zaś odpowiadała Rose Gilroy, dla której był to debiut scenopisarski. Jeśli jednak kojarzy Wam się to nazwisko, to zupełnie słusznie, gdyż jest to córka scenarzysty i producenta Dana Gilroya (oraz aktorki Rene Russo), którego braćmi są uznany reżyser i scenarzysta Tony Gilroy oraz montażysta filmowy John Gilroy.


Muzykę skomponował uznany brytyjski twórca Daniel Pemberton (animowana trylogia Spider-versum, seriale Kulawe konie, Great British Menu czy Hell’s kitchen oraz filmy Kryptonim U.N.C.L.E., Steve Jobs, Król Artur: Legenda miecza, Ocean’s 8, Yesterday, Ptaki Nocy (i niezwykła emancypacja pewnej Harley Quinn, Enola Holmes, Ferrari). Za kamerą staną zaś nasz rodak Dariusz Wolski, ceniony w Hollywood operator filmowy odpowiedzialny za zdjęcia do wielu filmów Ridleya Scotta takich jak Dom Gucci, Ostatni pojedynek, Napoleon, Marsjanin, Obcy: Przymierze, ale także 4 filmów z serii Piraci z Karaibów, Sicario 2, Mroczne miasto, Morderstwo doskonałe, Kruk, Alicja w Krainie Czarów).

Film jest nominalnie komedią romantyczną, ale z dużo większym nacechowaniem komedii skupionej na polityce USA lat 60 i 70 oraz tym, jak rozwijał się wówczas marketing i reklama. Wątek romantyczny jest dużo bardziej subtelny i obecny w drugiej części filmu. Fly me to the Moon opowiada o tym, jak do amerykańskiej agencji NASA opracowującej program lądowania na Księżycu zatrudniona zostaje przez szemranego, wysoko postawionego agenta rządowego Moe Berkusa (Woody Harrelson, znany z True Detective, Igrzysk śmierci, Skandalisty Larry’ego Flinta, Urodzonych morderców czy ostatnio Hydraulików z Białego domu, W trójkącie i Venoma 2) specjalistka od marketingu i naciągania innych, Kelly Jones (Scarlett Johansson, której chyba szerzej nie trzeba przedstawiać). Jej zadaniem jest ponowne sprzedanie ambitnego pomysłu lądowania na Księżycu amerykańskiemu społeczeństwu coraz bardziej negatywnie nastawionemu do kosmicznego programu NASA w obliczu wojny w Wietnamie. Bez społecznego poparcia amerykański Kongres i Senat będą chciały blokować bowiem fundusze niezbędne do ukończenia marzenia prezydenta Kennedy’ego oraz przede wszystkim dyrektora lotów NASA, odpowiadającego za program Apollo Cole’a Davisa (Channing Tatum, Step up, Wrogowie publiczni, 21 Jump Street, Magic Mike, Kingsman: Złoty Krąg, Free Guy, Pies, Zaginione miasto, Bullet Train).

Kelly, wraz ze swoją asystentką Ruby (Anna Garcia), zaczyna szeroko zakrojoną kampanię marketingową wymierzoną tak w społeczeństwo Ameryki jak i przeciwnych finansowaniu programu Apollo senatorom i angażuje w to niechętnego temu Cole’a oraz jego współpracownika Henry’ego Smallsa (Ray Romano). Jednak gdy już udaje się, pomimo rozbieżności charakteru i podejścia do tego wielkiego przedsięwzięcia, wypracować wzajemny szacunek i zaufanie (a także rodzące się uczucie), agent Moe zmusza Kelly, żeby na wypadek wypadku przygotowała wariant awaryjny i lądowanie na Księżycu nakręciła na planie zdjęciowym w nieużywanym hangarze NASA bez wiedzy Cole’a i jego zespołu inżynierów.


Film w przyjemny dla widza sposób łączy komedię i romans z historią, ukazując pewną jej wersję wydarzeń z perspektywy postrzegania przez społeczeństwo epokowego wydarzenia. Twórcy nie szarżują z wątkiem miłosnym, zostawiając go na późniejszy etap filmu, skupiając się na warstwie komediowo-obyczajowo-politycznej. W mojej opinii był to całkiem dobry wybór, gdyż o wiele bardziej niż relacja bohaterów Channinga Tatuma i Scarlett Johansson interesowała mnie cała medialno-marektingowa otoczka programu Apollo oraz rządowych nacisków w związku z wyścigiem kosmicznym z Sowietami.

W swoich rolach udanie wypadli Tatum i Johansson, choć nie były to szczególnie wymagające role. Dobrze oglądało się jednak tę parę na ekranie, bardziej nawet w momentach utarczek w pracy i odmiennych charakterów niż ekranowej chemii romantycznej. Solidne wsparcie na drugim planie zapewniali im typowy dla siebie Woody Harrelson oraz sympatyczni Ray Romano, Anna Garcia czy ekscentryczny Jim Rash w roli reżysera fałszywego lądowania na Księżycu.

Pod względem scenariuszowym film był solidny, choć trochę zbyt długi i gdyby wyciąć wątek romantyczny, to film w sumie niewiele by stracił, a dynamika między postaciami zostałaby zachowana. Zdjęcia Dariusza Wolskiego były ok, ale nic ponadto, choć tym razem utrzymane w ciepłej kolorystyce Florydy, miła odmiana od zwykle szaroburych filmów Ridleya Scotta. Brakowało w mojej opinii wyrazistszej ścieżki dźwiękowej, zwłaszcza że Daniel Pemberton udowodnił niejednokrotnie, że stać go na więcej.

Podsumowując, film nie był wybitny, ale oglądało się go przyjemnie i sympatyzowało z bohaterami. W ostatnich latach rynek komedii romantycznych zaczyna przeżywać wzrost solidnych produkcji i z pewnością Fly me to the Moon jest takim filmem. Subtelna komedia z jeszcze subtelniejszym romansem mająca na siebie ciekawy pomysł otrzymuje ode mnie solidne 7/10, może nieco zawyżone, ale za polski wątek (nie tylko za kamerą, ale również przed nią) i debiut scenopisarski niech mają ode mnie tego plusika.


sobota, 20 lipca 2024

THE BOYS Sezon 4 (2024) - RECENZJA SERIALU

 
Jednym z najprężniej rozwijających się serialowych uniwersów, które szturmem zdobyło uwagę widzów na całym świecie jest adaptacja komiksu Gartha Ennisa pt. The Boys. Absurdalnie brutalna satyra na współczesną scenę polityczno-korporacyjno-społeczną Ameryki oraz pastisz na kino superbohaterskie zdobyło uznanie nie tylko publiczności, ale również krytyków, prezentując skomplikowanych bohaterów i intrygującą fabułę. Czy czwarty sezon potrafi utrzymać niezwykle wysoki poziom poprzedników?


Twórcą The Boys jest Eric Kripke, który od prawie 20 lat tworzył również uniwersum Supernatural (pol. Nie z tego świata). Do innych dzieł, przy których pracował, należą m.in. seria Boogeyman, seriale Ghostfacers, Revolution i Poza czasem, ma na koncie również scenariusz do filmu Zegar czarnoksiężnika.

The Boys jest jedną z czołowych produkcji Amazon Prime Video, przesuwającą granice dobrego smaku i eksploatacji oraz tego, co może zszokować widzów tak przemocą jak i seksualnymi fetyszami, dokładając do tego masę czarnego humoru i komentarza społecznego, w którym obrywało się zarówno amerykańskiej prawicy (bardziej) jak i lewicy (mniej). Sam jednak aspekt wyśmiewania czy to kina superbohaterskiego jak i korporacyjnej Ameryki nie byłby tak atrakcyjny, gdyby nie fantastycznie zbudowane postaci pierwszo i drugoplanowe, tworzące niezwykłą mozaikę bohaterów ze złożonymi charakterami i nieoczywistymi motywacjami. Poprzednie sezony ocierały się w mojej opinii o oceny między 8/10 (sezon pierwszy), 8,5/10 (sezon drugi) a 9/10 (sezon trzeci). Czy utrzymana została tendencja rosnąca czy na etapie czwartego sezonu serial zaczął zadyszkę?


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Fabuła The Boys coraz bardziej eskaluje i zmierza do konfliktu wykraczającego poza starcie między tytułowymi Chłopakami a Siódemką i korporacją Vought – zarówno Homelander (Anthony Starr, którego poza The Boys można kojarzyć głównie z serialu Banshee) jak i Starlight (Erin Moriarty, występowała m.in. w serialach Szkarłatna wdowa, Jessica Jones oraz From Now) tworzą własne zantagonizowane obozy polityczno-społeczne, których różnice światopoglądowe coraz bardziej się zaogniają, a wojna domowa w Ameryce wisi na włosku.

W skład Chłopaków wchodzą Starlight, William „Billy” Butcher (Karl Urban, mający na swoim koncie występy we Władcy Pierścieni, Thor: Ragnarok, trylogii Star Trek, Kronikach Riddicka czy Dredd 3D), ekscentryczny chemik-narkoman i zabójca Frenchie (Tomer Capone), supersilna i regenerująca się Kimiko (Karen Fukuhara, Legion Samobójców, Bullet Train), coraz mniej nieporadny życiowo, będący w związku ze Starlight Hughie Campbell (Jack Quaid, Igrzyska śmierci, Rampage: Dzika furia, Krzyk czy ostatnio Oppenheimer) oraz Marvin „Mother’s Milk” Milk (Laz Alonso, Avatar, Szybcy i wściekli 6, Jeden gniewny człowiek czy seriale Tajemnice Laury i L.A. Finest), który przejął rolę lidera grupy wobec choroby Butchera.

Po stronie Vought stoją wchodzący w skład Siódemki Supermen Homelander, Aquamen The Deep (Chace Crawford, głównie kojarzony z Plotkary), Flash A-Train (Jessie T. Usher, m.in. Level up, Survivor’s remorse, filmy Shaft, Bankier i Smile), Batman odmieniony Black Noir (Nathan Mitchell) oraz nowe nabytki – Firecracker (Valerie Curry, Zaginiony symbol, Kleszcz, The Following) oraz Sister Sage (Susan Heywards, Orange is the new Black, Powers, Vinyl, The Following), a także CEO firmy Ashley (Colby Minifie, Fear of the Walking Dead, Jessica Jones, Wspaniała Ms. Maisel) czy kandydująca na urząd wiceprezydent Victoria Neuman (Claudia Doumit, Poza czasem, How to be a Vampire czy seria gier komputerowych Call of Duty: Modern Warfare (ta nowa).


Głównym wątkiem fabularnym jest ogólny konflikt między The Boys a Vought, w którym Chłopaki starają się powstrzymać Homelandera przed zdobyciem władzy nad Ameryką oraz skompromitowanie Vought. O ile wcześniej jednak konflikt ten obrazował antagonizm między Butcherem a Homelanderem, tak teraz postać Karla Urbana została zepchnięta na dalszy plan, a twarzą sprzeciwu wobec Homelandera stała się Starlight. Butcher, schorowany i tracący kontakt z rzeczywistością, za cel obrał uratowanie przed Homelanderem jego syna, Ryana (Cameron Corvetti), co obiecał jego matce a swej żonie, Rebece. W tle zaś pojawia się motyw wirusa wprowadzonego w spin-offie The Boys, czyli serialu Gen V, który mógłby posłużyć w ostatecznym rozwiązaniu kwestii superbohaterskiej oraz plan zamachu stanu i zabójstwa prezydenta-elekta, jakże aktualny w obecnej sytuacji geopolitycznej.

Serial, zwłaszcza w pierwszej połowie, skupił się bardzo na coraz mniej subtelnym komentowaniu współczesnej sytuacji politycznej w USA i walenie w prawaków jak w bęben nie przeszkadzałoby mi mimo moich poglądów, gdyby było napisane w mniej prostacki sposób. Nie przeszkadzałoby mi to również, gdyby skonstruowane w angażujący sposób wątki poboczne jakkolwiek mnie interesowały – niestety przeszłość Frenchiego oraz Kimiko i ich wzajemna relacja były mało interesujące; wątek choroby ojca Hughiego (Simon Pegg) poza jego finałem był mało zajmujący, miłosne rozterki Deepa były słabe (jakkolwiek zabawna, jest to jedna z najsłabszych postaci serialu). Nieco lepiej na tym tle wypadały wątki A-Traina mającego wątpliwości wobec swoich wyborów i kariery oraz rodzicielska relacja Homelandera i Ryana. Na plus w moich oczach wypadł wątek poboczny Victorii Neuman, która stała się bardziej ludzka.

O ile wcześniej serial dużo lepiej potrafił balansować między czarnym i czasem absurdalnym humorem a krwawym rozpierdolem i obrzydliwościami na ekranie, tak tutaj zacząłem czuć się zmęczony szczuciem shock value, a stracili na tym bohaterowie. Wykastrowanie wątku Billy’ego Butchera i kilku innych prominentnych postaci przy jednoczesnym roztaczaniu nadal ochronnego parasola nad wszystkimi, na etapie już czwartego sezonu, po prostu nudzi. Twórcy tak bardzo chcą szokować widza, a poprzeczkę stawki podbijają coraz bardziej, że widz emocjonalne już się gotuje, a mimo to wszyscy wiemy, że każdy z głównych bohaterów jest bezpieczny i nic mu nie grozi. Owszem, trup ściele się gęsto i część drugo i trzecioplanowych bohaterów umiera, ale nie wzbudza to w widzu głębszych emocji na tym etapie. Nawet Homelander, absolutnie fantastycznie skonstruowany antagonista, nie miał tyle miejsca, żeby błyszczeć poza kilkoma znakomitymi momentami.

Co prawda na plus serialu trzeba poczytać fakt, iż finał czwartego sezonu, pomimo wolnego tempa i chaotycznie prowadzonej narracji, w końcu zmienia status quo w uniwersum i zostawia Chłopaków w innym miejscu niż kończyli do tej pory. Otwiera to ciekawe furtki na sezon piąty, mający być tym ostatnim, dopinającym klamry narracyjne. Jakość produkcyjna jak zwykle pozostaje na wysokim poziomie, choć w mojej opinii brakowało tu obecnych w poprzednich sezonach bardziej charakterystycznych scen z udziałem nieoczywistych wyborów muzycznych. Serial również nie ustrzegł się review bombingu rozsierdzonych fanów, którzy oburzyli się na fakt, iż Homelander jest alegorią Trumpa, a twórcy wyrażają serialem sprzeciw i pogardę wobec konserwatywnej Ameryki.

Podsumowując, w mojej opinii czwarty sezon był najsłabszym dotychczas w uniwersum The Boys, choć nadal jest to dobry poziom. Formuła się jednak wyczerpuje i ostatni sezon będzie musiał przynieść szersze konsekwencje. Zobaczymy też jak uniwersum zamieszają spin-offy, czyli drugi sezon Gen V oraz The Boys: Mexico. Sezon czwarty The Boys otrzymuje ode mnie 7,5/10, a Erik Kripke dostaje żółtą kartkę ostrzegawczą, bo stać go na więcej.




piątek, 19 lipca 2024

STAR WARS. THE ACOLYTE (2024) - RECENZJA SERIALU

 

Uniwersum Star Wars w ostatnich latach nie ma najlepszej passy. W mojej opinii nie jest w tak dramatycznym stanie jak niektórzy internetowi znawcy sądzą, bo w tym roku obchodzimy 25. rocznicę śmierci Gwiezdnych Wojen, które zabił sam twórca, George Lucas, wypuszczając do kin Mroczne Widmo, przez zagorzałych wówczas fanów uznawane za abominację. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jakość produkcji Lucas Filmu mocno podupadła i dlatego wiele obiecywałem sobie po Akolicie, który miał przywrócić równowagę Mocy dzięki odcięciu się od Sagi Skywalkerów. Jak wyszło?

Za Akolitę odpowiadała Leslye Headland, która pisała między innymi Terriers, Wieczór panieński, Sypiając z innymi i przede wszystkim docenioną Russian doll. Nie jest to zatem imponująca filmografia, ale zgrabnie napisany i skonstruowany serial Netflixa budził w tym zakresie pewne nadzieje. W ogóle nie interesowały mnie kwestie ideologiczne wyznawane przez Headland, liczyłem natomiast na to, że jako fanka Starego Kanonu przemyci wiele ciekawych smaczków do swojej produkcji.

Ośmioodcinkowy serial reżyserowali m.in. showrunnerka Leslye Headland, Hanelle M. Culpepper (pojedyncze odcinki seriali Westworld, Star Trek: Discovery i Star Trek: Picard, Supergirl i Flash, Mayans M.C., Castle i Zabójcze umysły, NOS4A2 czy Lucyfer), Alex Garcia Lopez (Wiedźmin, Cowboy Bebop, Chilling Adventures of Sabrina, Punisher, Daredevil, Luce Cage, Fear the Walking Dead) oraz Kogonada (w ostatnich latach autor docenionego filmu Yang oraz serialu Pachinko).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Fabuła serialu umiejscowiona jest sto lat przed wydarzeniami Epizodu I Gwiezdnych Wojen w epoce schyłkowej Wielkiej Republiki, kiedy to Zakon Jedi stoi u szczytu swej potęgi, a Galaktyka nie jest zagrożona większymi konfliktami. Czas spokoju i zacieśniania więzi między różnymi zakątkami Republiki zostaje zmącony przez fakt, iż ktoś poluje i morduje Jedi mających związek z incydentem, jaki miał miejsce 16 lat wcześniej na peryferyjnej planecie Brandok. Serial prowadzi narrację z kilku różnych perspektyw, starając się mniej lub bardziej udolnie utrzymać atmosferę tajemnicy.

Śledzimy losy Oshy (Amandla Stenberg, widzieć ją można było w filmach Igrzyska śmierci, Nienawiść, którą dajesz, Drogi Evanie Hansen czy Bodies Bodies Bodies), która oskarżona zostaje o zabójstwo mistrzyni Indary (Carrie-Anne Moss, czyli Trinity z serii Matrix ponadto kojarzyć ją można z filmów Memento, Pompeje czy Jessiki Jones i pokrewnych seriali z netflixowego Marvel-versum. Śledztwa podejmuje się jej dawny mistrz Jedi, Sol (Lee Jung-jae, koreański aktor, któremu światową sławę przyniosła główna rola w serialu Squid Game) oraz towarzysząca mu padawanka Jeckie (Dafne Keen, którą kojarzyć można przede wszystkim z roli X-23 w filmie Logan oraz z głównej roli w serialu Mroczne materie), rycerz Jedi Yord (Charlie Barnett, Russian doll, Red Frontier, Ty, Arrow, Valor, Podejrzany i Chicago Fire. Odkrywają oni, że za śmierć Indary oraz mistrza Torbina (Dean-Charles Chapman, Gra o tron, 1917, Król, Pasażer) odpowiada bliźniacza siostra Oshy, Mae (również Amandla Stenberg), która miała zginąć przed 16 laty. Mae, której towarzyszy Qimir (Manny Jacinto, kanadyjsko-filipiński aktor znany z seriali Dobre miejsce, Nowy smak wiśni, Dziewięcioro nieznajomych, Marigold Breach oraz pomniejszych ról w filmach Źle się dzieje w El Royale oraz Top Gun: Maverick), trenowana jest przez tajemniczego użytkownika Ciemnej Strony Mocy, co martwi Zakon i nadzorującą tę misję mistrzynię Jedi Vernestrę Rwoh (Rebecca Henderson, Z pamiętnika samotnej alkoholiczki, Russian doll, Westworld, Manhunt, a prywatnie żona showrunnerki).

W trakcie narracji okazuje się, że Jedi nie powiedzieli Oshy całej prawdy o tym, jak doszło do katastrofy, którą jako jedyna miała przeżyć spośród jej feministycznego plemienia/kultu wiedźm starających się w ukryciu przed Jedi praktykować Moc wedle własnych tradycji i poglądów. W skład zespołu Jedi badającego Moc na planecie Brandok wchodzili wówczas mistrzyni Indara i jej padawan Torbin, rycerz Sol oraz przedstawiciel rasy Wookie, mistrz Kelnacca (Joonas Suotamo, który w erze Disneya wciela się już w rolę Chewbacci). Okoliczności śmierci liderki sekty, matki Aniseyi (Jodie Turner-Smith, Ostatni okręt, Nightflyers, Sex Education czy niesławna Anna Boleyn oraz filmy Biały szum czy Yang) spowite są tajemnicą, która zaważy nad przyszłością młodej Mae oraz zaufaniem Oshy do Jedi. Wykorzystać bowiem chce to tajemniczy Sith, którym okazuje się niepozorny Qimir, starający się przeciągnąć Oshę na Ciemną Stronę Mocy, gdy jej siostra, Mae, zaczęła mieć wątpliwości i chciała uciec spod jego wpływu i nauk.

Fabuła serialu sili się na zwroty akcji, nieudolne zaskoczenia i budowanie napięcia oraz mrocznego klimatu, wypełniona jest jednak dziurami i głupotami, które odbierają tym pozytywnym elementom swój wydźwięk i ciągną serial w dół. Słabo napisane dialogi oraz bohaterowie nie są może czymś, co zaskakuje w uniwersum Gwiezdnych Wojen, bo można to traktować jako hołd wobec samego George’a Lucasa, w tej produkcji po prostu wybijają się na pierwszy plan i psują seans. Konceptualnie, jako fan Gwiezdnych Wojen, nie miałem problemu z wieloma decyzjami, których podjęli się twórcy w tym serialu i chętnie zobaczyłbym jeszcze szerszą eksplorację przedstawionych wątków, tematów i elementów gwiezdnowojennego lore, zawiodło jednak ich wykonanie na wielu płaszczyznach. Dyada Mocy, niepokalane poczęcie przez Midichloriany, tajemniczy Sith/nie-Sith i kosmiczne wiedźmy oraz tuszująca prawdę wszechmocna sekta religijna będąca również przypadkowo inkwizycją – to wszystko spokojnie mogłoby wpisywać się w nową wizję Gwiezdnych Wojen oderwaną od przeżutej i wyplutej historii skupionej wokół Anakina Skywalkera lub wynikającej z jego pro-imperialnych działań.

Mizerna jakość napisanych wątków, sposób prowadzenia narracji w  mocno chaotyczny lub przewidywalny sposób, średnio napisane postaci (większość postaci) albo średnio zagrane przez aktorów (młodsze wersje głównych bohaterek) tworzą wizję nieudanego produktu, który poległ w obliczu dużego potencjału i nieograniczonych możliwości, jakie niosła historia osadzona jeszcze dawniej temu w Odległej Galaktyce…

Większość problemów scenariusza udałoby się przeboleć, gdyby zarysowani bohaterowie byli albo ciekawi albo przynajmniej sympatyczni lub aktorzy ich grający oferowali coś przykuwającego uwagę. Niestety, większość tych postaci była słabo napisana bez większej głębi albo zagrana na autopilocie i jako widz nie widziałem tam realnych postaci. Główne bohaterki grane przez Amandlę Stenberg przez większość seansu mnie nudziły (ich młodsze wersje wręcz irytowały), a ich los mało interesował, choć finalnie konkluzja (choć nieco przewidywalna), była w miarę satysfakcjonująca. Mistrz Sol, początkowo wobec którego czułem sympatię, wraz z rozwojem serialu przygasał i tracił w moich oczach. Liczyłem na większy udział Dafne Keen i Deana-Charlesa Chapmana, niestety role tych młodych, lubianych przeze mnie aktorów były bardzo ograniczone i totalnie do zapomnienia, podobnie jak rola Charliego Barnetta, którego jedynym zadaniem było grać przystojnego sztywniaka z kijem w dupie. Początkowa antypatia wobec Vernestry Rwoh, którą jako jedyną kojarzyłem z książek Wielkiej Republiki, powoli łagodniała i finalnie aż tak mi nie przeszkadzała, nie mogłem jednak wyzbyć się wrażenia, że nie patrzę na postać, a na aktorkę nieudolnie starającą się wcielić w rolę zielonej kosmitki.


Odrębną kwestią była jednak rola tajemniczego Sitha, który początkowo, jako niepozorny Qimir nie aprobował uwagi widza w szczególny sposób, budził jednak obawy, że serial pójdzie w mało wyszukaną i oczywistą stronę. Fabularnie stało się zgodnie z przewidywaniami, jednak sama postać odgrywana przez Manny’ego Jacinto okazała się ciekawsza niż można było przypuszczać i interesujące połączenie stoicyzmu oraz chłodnej pewności siebie z drzemiącymi pod powierzchnią emocjami w grze aktora spowodowała, że z zaciekawieniem patrzyłem na tę kreację. Nieoczywiste spojrzenie na przedstawiciela Ciemnej Strony Mocy, dużo oszczędniejsze w typowym dla Sithów dramatyzmie było pewnym powiewem świeżości – tak samo jak motywacja bohatera, który nie miał na celu zdobycie władzy dla samej władzy z powodu bycia złym, ale uwolnienie się od wszechmocnej kurateli Jedi nie dopuszczających innego spojrzenia na Moc niż ich sztywna doktryna. Poza tym, jak pokazał finałowy odcinek – twórcy kryją tam jeszcze więcej niezgłębionych elementów, które wymagają eksploracji.

Osobnym wątkiem, jaki przewijał się przez ostatnie tygodnie, było przyjęcie serialu przez fandom. Dość dobre opinie recenzentów rozminęły się ze stosunkowo niskimi wrażeniami publiczności. Do tego doszły jeszcze głosy oburzonych „fanów”, którzy kręcili często bezzasadne gównoburze przypierdalające się do poszczególnych elementów serialu albo bez znajomości kontekstu, albo wykazując się samemu dość ograniczonym zrozumieniem lore. Wszystko to okraszone review bombingiem na wielu portalach i wystawianie najniższych możliwych ocen oraz ociekających chamstwem komentarzy, nawet myląc serial z filmem o podobnym tytule. Czy LucasFilm, zatrudniając lewicową showrunnerkę-lesbijkę o głęboko feministycznych poglądach celowo dążył do osiągnięcia „efektu woke” zamiast „efektu wow” wśród widzów? Trudno powiedzieć, mnie obecność czarnoskórych postaci lub o innej orientacji w gwiezdnowojennej Galaktyce nie przeszkadza tak bardzo, jak obecność słabo napisanych bohaterów mówiących drętwe dialogi pełne ekspozycji do niezbyt ciekawie prowadzonej fabuły.

W kwestii spojrzenia na świat przedstawiony, poszerzania uniwersum i adaptowania elementów, które spowiła mgła niedomówień Legend, ukazywania innych perspektyw dla widzów przyzwyczajonych do nieco dualistycznego podziału tego świata… nie mam większych spostrzeżeń. Twórcy starali się pewne kwestie w kreatywny sposób rozwinąć, ale z mizernym skutkiem i tylko mniej lub bardziej wzburzyli pewnych mniej lub bardziej rozgarniętych fanów. Z drugiej strony serial pod pewnymi względami był dość bezpieczny i kameralny – obiecywałem sobie więcej po rozmachu, scenografiach i kostiumach, a wszystko wyszło płasko. Wysoki budżet nie zawsze było widać, czasami bowiem serial wyglądał tandetnie i nie ratowało go kręcenie na prawdziwych lokacjach. Efekty specjalne i praktyczne na ogół wyglądały dość dobrze, ale rekwizyty, kostiumy i ciasne scenografie już zdecydowanie nie imponowały. Na plus jednak można zapisać dość różnorodną walkę, tak walkę wręcz (dość rzadki widok w Gwiezdnych Wojnach) jak i na miecze świetlne. Choreografie kilku walk były ciekawe, a sposób operowania kamerą może nie wybitny, ale satysfakcjonujący i pozwalający na nieco dłuższe ujęcia.

Podsumowując, serial po prostu był średni niezależnie jaką ideologię propagował i mało co w nim wybijało się ponad przeciętność poza choreografią walk. Dodatkowo zupełnie bezbarwna warstwa muzyczna, w której niestety najbardziej w pamięci zapadały  współczesne utwory śpiewane z napisów końcowych, a także nijakość wizualna nie potrafiąca zdefiniować stylistyki serialu. Oczekiwania były dużo większe, niestety zostawiono je niespełnione. W finale pozostawiono jednak otwartych kilka ciekawych furtek i przy lepszym doborze scenarzystów oraz podwyższeniu jakości produkcyjnej serial ma szanse wyjść na prostą w kolejnych sezonach (jak to się stało choćby z Wojnami Klonów, które po filmie kinowym i pierwszym sezonie nie obiecywały zbyt wiele widzom). Tak, czekam na drugi sezon Akolity, ale tylko pod warunkiem, że LucasFilm zatrudni lepszych twórców. Tę produkcję natomiast oceniam na 6/10, bo według mnie nie było aż tak tragicznie, jak mówią w internetach, choć do dobrego poziomu sporo brakowało.



środa, 17 lipca 2024

GLINIARZ Z BEVERLY HILLS: AXEL F. (2024) - RECENZJA

 

Po 30 latach przerwy Netflix postanowił odkurzyć popularną serię komedii sensacyjnej z Eddiem Murphym na czele, czyli Gliniarza z Beverly Hills. Czwarta część powróciła wraz z wieloma aktorami oryginalnej trylogii, którą oglądałem wiele lat temu w telewizji i pomimo ciepłych wspomnień, pamiętałem bardzo mało. Czy Eddie Murphy, jeden z bohaterów mojego dzieciństwa, nadal daje radę?


Za produkcją Netflixa stał reżyser Mark Molloy, dla którego była to pierwsza duża produkcja (a film kosztował aż 150 mln dolarów), wcześniej bowiem zajmował się kręceniem wysokobranżowych reklam (Apple, Nissan, Johny Walker, podobno też ceniony w kinie nieco bardziej artystycznym i alternatywnym) i spisał się całkiem solidnie. Za scenariusz odpowiadał zespół złożony z Willa Bealla (wspominanego ostatnio przy okazji Bad Boys 4, których scenariusze są zaskakująco podobne), oraz Tom Gormican (Nieznośny ciężar wielkiego talentu) oraz Kevin Etten (producent i scenarzysta seriali takich jak Gotowe na wszystko, Hoży doktorzy, Workaholics, Agenci Paranormalni czy Kevin can fuck himself oraz Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu). O ile reżyseria raczej daje radę, to problemów filmu upatrywałbym w scenariuszu.

Zdjęcia do filmu kręcił hiszpański operator Eduard Grau, który pomimo stosunkowo młodego wieku zebrał już spore doświadczenie w kinie europejskim (Sufrażystka, Francuska suita, Vale, Samotny mężczyzna, Pogrzebany), jednak bez styczności z dużymi hollywoodzkimi produkcjami. Wypadł jednak całkiem przyzwoicie. Za muzykę odpowiadał wspomniany niedawno Lorne Balfe oraz powracający do serii Harold Faltermeyer, twórca legendarnego motywu muzycznego (poza serią Gliniarz z Beverly Hills komponował również Top Gun), a rzeczony motyw Axela Foleya w kilku aranżacjach przebijał się przez cały film.

Gliniarz z Beverly Hills: Axel F. to produkcja mocno ukierunkowana na nostalgię i odwołania do poprzednich części, momentami aż za bardzo. Film opowiada nam po raz kolejny o Axelu Foleyu (Eddie Murphy, którego przedstawiać nie trzeba, a który po znaczącym spadku kariery zaczyna wracać do większych produkcji), ekscentrycznym i kontrowersyjnym mimo dużego stażu pracy policjancie z Detroit, który z powodów osobistych po raz kolejny udaje się do Los Angeles w sprawie związanego z bliskimi mu osobami śledztwa. Tym razem leci pomóc córce, prawniczce Jane Saunders (Taylour Paige, seriale Gracze, Hit the Floor czy The Baxters oraz filmy Kokainowy Rick, Ma Rainey: Matka bluesaka bluesa), która wplątuje się śledztwo dotyczące morderstwa policjanta pracującego pod przykrywką w narkotykowym kartelu. Sprawę tę prowadził dawny znajomy Axela, Billy Rosewood (Judge Reinhold, Beztroskie lata w Ridgemont High, Gremliny rozrabiają, Śnięty Mikołaj), którego z powodu nacisków szefa wydziału narkotykowego Cade’a Granta (Kevin Bacon, znany z takich produkcji jak JFK, Apollo 13, Footloose, Rzeka tajemnic, Zły dotyk, Frost/Nixon, X-men: Pierwsza klasa czy seriale The Following oraz Miasto na wzgórzu) zawiesił komendant John Taggart (John Ashton, mający na koncie całe mnóstwo epizodycznych ról w amerykańskich serialach lat 70., 80. i 90. XX wieku).

Axel Foley musi połączyć rozwiązywanie śledztwa z odnowieniem relacji z córką, z którą nie utrzymywał kontaktu od dłuższego czasu.  Pomaga mu w tym detektyw Bobby Abbot (Joseph Gordon-Levitt, znany z filmów takich jak Niesamowici bracia Bloom, Snowden, Don Jon, Looper, Incepcja, Proces Siódemki z Chicago, Mroczny Rycerz powstaje), który był w związku z córką Foleya.

Film całkiem sprawnie nakręcony z solidną akcją, kaskaderką i efektami praktycznymi, ale kulejącymi efektami CGI, których jednak nie ma zbyt dużo. Konceptualnie stojący jednak w rozkroku – z jednej strony starający się odtworzyć klimat oryginalnej trylogii i sensacyjnych komedii, z drugiej serwujący mnóstwo nostalgii, fanserwisu i meta-komentarza odnoszącego się do poprzednich filmów. Film za dużo czasu poświęca pobocznemu wątkowi budowania relacji ojca z córką, a za mało na soczystą komedię lub mięsistą akcję. Fabuła ponadto jest bardzo prosta i mało oryginalna, a im dalej w las tym staje się bardziej przewidywalna i oklepana. Jest to jednak bądź co bądź film Netflixa i nie można było oczekiwać tu jakiejś większej kreatywności, raczej po prostu „solidna netflixówa”.

Pod względem aktorskim również było nierówno – dość dużo miejsca dostali powracający starzy aktorzy jak Judge Reinhold oraz John Ashton i ja rozumiem, że Eddie Murphy koniecznie chciał nakręcić to z kumplami w duchu szacunku do ich postaci. Niestety fakt ten ciążył narracji, bo nie dawali ani tyle akcji, ani komedii, ani dramatu, a czas ekranowy mógł być oddany w większym stopniu w ręce Josepha Gordon-Levitta, wobec którego miałem tu większe oczekiwania, a po prostu nie miał czego grać. Przeciętnie wypadła również Taylour Paige, której z kolei pomógłby bardziej skompresowany i skrócony wątek. Osobliwą rolę miał Kevin Bacon, idący na granicy szarży w graniu antagonisty filmu (żaden to spoiler, bo to się widzi od razu, jak pojawia się na ekranie), ale dzięki swojej charyzmie wypadał przyzwoicie pomimo bardzo jednowymiarowej postaci. Na drugim i trzecim planie przemknęło kilku ciekawych aktorów jak leciwy już Christopher McDonald (Thelma i Louise, Quiz Show, Requiem dla snu, Farciarz Gilmore i mnóstwo seriali), Mark Pellegrino (Nie z tego świata, Trzynaście powodów, The Returned, Rdza ale przede wszystkim mała, choć bardzo znacząca rola Jacoba w Zagubionych), Luis Guzman (Code Black: Stan krytyczny, Narcos, Jak to się robi w Ameryce, a ostatnio przede wszystkim Wednesday) czy wracający do roli Serge’a Bronson Pinchot (ostatnio Chilling Adventures of Sabrina, A Voice in Violet, Nasza bandera znaczy śmierć).

Wszystko jednak sprowadzało się do tego, czy Eddie Murphy grający tytułową postać Axela F. da radę pociągnąć ten wózek i w mojej opinii wypadł zaskakująco dobrze. Nie była to energetyczna komediowa bomba jak w latach 80 i 90, kiedy święcił największe tryumfy, za które pokochały go miliony widzów na całym świecie, ale swoją charyzmą i urokiem osobistym spajał wszystkie lepsze i gorsze momenty filmu. Humor jest kwestią bardzo subiektywną, ale nawet jeśli nie był to ociekający żartami film to przynajmniej w wykonaniu Murphy’ego się bronił.

Początek filmu zapowiadał się bardzo obiecująco, z czasem jednak poziom zaczął spadać i utrzymał się finalnie na średnim pułapie. Porównując to z podobnym Bad Boys 4, tam początek był aoglądalny, ale później film nabrał lepszego tempa, tu było niestety odwrotnie. Gliniarz z Beverly Hills 4 jest jednak przede wszystkim komedią sensacyjną i tu wypada lepiej od konkurenta, który komediowymi wstawkami (o bardzo różnej jakości) raczej tylko urozmaicał przeładowaną akcję. Pod względem zaś scen akcji Bad Boysi 4 wypadali lepiej, choć wielokrotnie przeginali z nagromadzeniem absurdalnych sekwencji, eksploatując cierpliwość widza swoim ADHD. Delikatny melodramat (jakkolwiek zbyt długi) w Gliniarzu nie przeszkadzał jednak tak bardzo jak karykaturalny dramatyzm Bad Boysów, których oglądam już tylko ze względu na Willa Smitha (absolutnie nie czekając na występy Martina Lawrence’a), kolejnego Gliniarza z Beverly Hills zaś z wielką przyjemnością obejrzę dla samego Eddiego Murphy’ego.

Podsumowując, Gliniarz z Beverly Hills 4 miał dużo większy potencjał, który niestety nie udało się twórcom wykorzystać. Zbyt długi metraż, brak zachowania odpowiednich proporcji między scenami komediowymi i akcji względem tych bardziej obyczajowo-dramatycznych, przeładowanie filmu nostalgią i starymi bohaterami wobec niewykorzystania Josepha Gordona-Levitta, brak (poza kilkoma scenami) tego staroszkolnego pierdolnięcia akcyjno-komediowego jak w poprzednich filmach. Mając na uwadze powyższe, Gliniarz z Beverly Hills 4 nie jest dobrym filmem, ale średnim. Oglądało mi się go jednak zaskakująco przyjemnie i gdyby nie obiektywne wady obniżające jakość produkcji, przyznałbym mu z chęcią wyższą ocenę, bo bawiłem się dobrze (a nie jestem przesadnym fanem serii, choć wspominam te filmy z dzieciństwa zdecydowanie pozytywnie). Dlatego Gliniarz z Beverly Hills 4 dostaje ode mnie 6,5/10 i jeśli ktoś potrzebuje luźnego filmu na netflixowy wieczór, to spokojnie może sięgnąć po ten film. Mam nadzieję, że twórcy uwzględnią wymienione problemy i dokręcą śrubę przy kolejnym filmie, jeśli takowy jest w ogóle w planach.




wtorek, 16 lipca 2024

CICHE MIEJSCE: DZIEŃ PIERWSZY (2024) - RECENZJA

 

John Krasinski w 2018 roku zapoczątkował nowe horrorowe uniwersum napisanym przez siebie i wyreżyserowanym filmem Ciche miejsce. W 2021 roku otrzymaliśmy drugą część kontynuującą losy rodziny Abbotów. Tym razem otrzymujemy spin-off tej serii, ukazujący widzom jak wyglądał pierwszy dzień końca świata w wielkiej metropolii. Czy udało się zachować magię i wyjątkowość charakterystyczną dla Cichego miejsca?


Reżyserem filmu był Michael Sarnoski, mało rozpoznawalny twórca do 2021 roku i filmu Pig (pol. Świnia) z Nicolasem Cagem. Odpowiadał również za scenariusz wraz z inicjatorem uniwersum, Johnem Krasinskim (najbardziej znany jako aktor z The Office, Jacka Ryana oraz Doktora Strange w multiversum obłędu oraz reżyser dwóch filmów Quiet Place oraz tegorocznych Istot fantastycznych). Za muzykę odpowiadał Alexis Grapsas (seriale Trigonometry, The Change, Big Shot oraz film Świnia), zaś za zdjęcia Pat Scola (Monsters and Men, Sing Sing oraz Świnia).



Ciche miejsce: Dzień pierwszy przenosi nas do Nowego Jorku, w którym poznajemy chorą na raka Samirę (Lupita Nyongo’o, znana z filmów Zniewolony, To my, trylogii sequeli Star Wars, serii Czarna Pantera) mieszkającą w hospicjum poetkę, zrezygnowaną nieustannym bólem i rozgoryczoną swoim losem. Podczas wyjazdu na Manhattan do teatru, który zorganizował jej opiekun Reuben (Alex Wolff, który zaliczył pomniejsze role w Oppenheimerze, Old, Świni, serii Jumanji, Hereditary), podróżująca ze swoim kotem Frodo Sam motywowana jest jedynie pragnieniem wyjścia na prawdziwą pizzę. Wówczas na Nowy Jork spadają z nieba znane z wcześniejszych części potwory wrażliwe na dźwięki, a w mieście panuje panika.

W czasie walki o przetrwanie Sam zostawia poznanego wcześniej Henri’ego (Djimon Hounsou, którego spotkamy później w Quiet Place: Part 2, a którego kojarzyć można z filmów takich jak Gladiator, Krwawy diament, a także Strażnicy Galaktyki oraz Kapitan Marvel z MCU, Shazam i Shazam 2 oraz Black Adam z DC, Tarzan: Legenda, Król Artur: Legenda miecza, Wyspa czy seria Rebel Moon) i udaje się w podróż do związanej z jej dzieciństwem pizzerii, a na swej drodze napotyka Erica (Joseph Quinn, znany z takich seriali jak Stranger Things, Cormoran Strike, Katarzyna Wielka, Nędznicy oraz nadchodzących filmów Gladiator 2 i nowa Fantastyczna Czwórka), studiującego prawo Brytyjczyka. Na podstawie tych kontrastujących postaci widzimy dwie odmienne postawy życiowe w obliczu zagłady ludzkiej cywilizacji.

Film, jakkolwiek skalą dużo większy niż poprzednie części, opowiada równie kameralną i intymną historię głównej bohaterki, która na swoich warunkach pragnie przeżyć koniec świata. W sercu wielkiego miasta, otoczona tysiącami przerażonych ludzi ukrywających się przed zagrożeniem, pragnie wykonać swoją misję i spełnić marzenie. Pomaga jej w tym zagubiony i przerażony, ale zdeterminowany, aby przetrwać przypadkowo poznany młodzieniec, którego na jej drogę skierował niesforny, ale uroczy kot Frodo.

Dzień pierwszy pokazuje nam zupełnie inny zakątek tego apokaliptycznego świata. Dewastowany Nowy Jork, tak przez szarżującą hordę potworów jak i bombardowany przez amerykańskie wojsko, skąpany jest w nienaturalnej dla siebie ciszy. Bohaterowie muszą nauczyć się tej ciszy albo wykorzystać otaczającą rzeczywistość, by nie zwabić na siebie śmierci. To wszystko jednak już widzieliśmy i nowością jest jedynie środowisko, w którym obserwujemy akcję.

Sama historia i konstrukcja bohaterów wydaje się jednak ciekawa, zwłaszcza w przypadku bohaterki odgrywanej kapitalnie przez Lupitę Nyongo’o. Sam jest uduchowiona i wykształcona, jednak choroba zniszczyła w niej entuzjazm i wygasiła emocje. Jest w gruncie rzeczy pogodzona z losem i wszystko jedno, czy umrze z powodu nowotworu czy zabita przez monstra. Ma jednak jeden błahy cel – zjeść dobrą pizzę na Harlemie, a motywacje stojące za tym poznajemy wraz z otwieraniem się Samiry przed towarzyszącym jej Erickiem. Bohater Josepha Quinna jest postacią o dużo mniej skomplikowanej konstrukcji, ale aktor roztacza wokół niego ten odpowiedni urok, który każe widzowi kibicować mu oraz przede wszystkim kotu, którego Eric i Sam starają się chronić. 

Film operuje tymi samymi chwytami, co poprzednie filmy, czyli grą odgłosami i ciszą. Pod względem dźwięku stoi na wysokim poziomie, solidne są również zdjęcia zniszczonego miasta, zabrakło trochę charakterystycznej dla Quiet Place muzyki podbudowującej emocjonalnie sceny (albo zdążyłem już przez dwa tygodnie od seansu zapomnieć). Brakuje również nieco bardziej rozbudowanego światotwórstwa, które szerzej pokazywałoby okoliczności katastrofy i tego, jak państwo lub świat nimi zarządzał. Liczyłem również na nieco więcej Djimona Hounsou, który stanowił tylko tło i łącznik z Cichym miejscem: Częścią 2.

Film jednak, opowiadający swoją własną historię według własnego tempa, oglądało mi się przyjemnie i kibicowałem postaciom. Nie była to tak dobra historia jak duologia rodziny Abbotów, ale seans był satysfakcjonujący. Ciche miejsce: Dzień pierwszy oceniam na 7/10 i chętnie przyjmę kolejne filmy z tej serii, bo jest tu jeszcze pole do eksploracji.



środa, 10 lipca 2024

BAD BOYS: RIDE OR DIE (2024) - RECENZJA


W 2020 roku filmem Bad Boys For Life powróciły po siedemnastu latach na ekrany kin Złe Chłopaki, czyli para policjantów z Miami walczących z narkotykowymi kartelami i własnymi trudnymi charakterami. Ożywienie uniwersum zapoczątkowanego przez Michaela Baya okazało się skuteczne, czy jednak twórcy obrali właściwą drogę dla ukazywania coraz absurdalniejszych przygód Mike’a i Marcusa?



Za sterami Bad Boys Ride or Die ponownie stanął współpracujący ze sobą od kilkunastu lat duet reżyserski Bilall Fallah i Adil El Arbi, dla których praca nad trzecią częścią Bad Boys była pierwszym dużym projektem (później odpowiadali również za dwa odcinki serialu Ms Mavel oraz za wyrzucony do kosza przez szefa Warner. Discovery Davida Zaslava projekt Batgirl). Do scenarzysty drugiej części Chrisa Bremnera (na jego koncie widnieje poza tym tylko Człowiek z Toronto) dołączył tym razem Will Beal (mający w swojej filmografii takie pozycje jak Aquaman, Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera, tegorocznego Gliniarza z Beverly Hills oraz odcinki seriali takich jak Castle, Training Day i Deputy).


Za zdjęcia odpowiedzialny był Robrecht Heyvaert, współpracujący z Fallahem i El Arbim przy większości ich produkcji, natomiast muzykę skomponował Lorne Balfe, mający na koncie całkiem sporo rozpoznawalnych tytułów w gatunku filmów, seriali i gier komputerowych, w ostatnich latach wymienić można by chociaż seriale takie jak Koło czasu, Mroczne materie (których motywy przewodnie z serialowych intr bardzo lubiłem), filmy jak Dungeons and Dragons: Złodziejski Honor, Gran Turismo, Black Adam czy ostatnie części Mission Impossible.


Film kontynuuje wątki rozpoczęte w poprzedniej części przygód naszych nieokiełznanych gliniarzy toczących wojnę z kartelem zalewającym narkotykami Florydę. Zmarły w poprzedniej części ich przełożony Kapitan Howard (Joe Pantoliano, znany z Matrixa, Ściganego, Memento czy Brudnych pieniędzy) zostaje wrobiony w bycie łącznikiem karteli w policji przez rzeczywistą wtykę, byłego oficera wywiadu McGratha (Eric Dane, ostatnio znany szerszej publiczności jako ojciec Nate’a z Euforii, widywany również w Chirurgach i Ostatnim okręcie). Policjanci Mike Lowrey (Will Smith, którego przedstawiać nie trzeba, a który musiał odzyskać sympatię publiki po słynnym The Slap na oscarowej gali) oraz Marcus Burnett (Martin Lawrence, znany z filmów Agent XXL, Zgon na pogrzebie, Diamentowa afera, Gang dzikich wieprzy czy Plażowy haj) muszą oczyścić go z zarzutów. Sprawy komplikują się, gdy ich śladem rusza policyjny pościg prowadzony przez szefową policji Ritę (Paola Nunez, w ostatnich latach seriale takie jak Noc oczyszczenia, Zagłada Domu Usherów, Resident Evil: Remedium czy Królowa Południa), prokuratora Lockwooda (Ioan Gruffud, Mister Fantastic w Fantastycznej Czwórce oraz role w Titanicu, Królu Arturze, Helikopterze w ogniu) oraz szeryf Judy (Rhea Seahorn, seriale Better Caul Saul, Figurantka, Whitney), gdy w wyniku ich działań z więziennego konwoju ucieka syn Mike’a, Armando Aretas (Jacob Scipio, którego można było ponadto widzieć w Nieznośnym ciężarze wielkiego talentu, Niezniszczalnych 4, Więźniach dzielnicy i… Bobie Budowniczym). Jedyną drogą do uratowania dobrego imienia, honoru oraz bliskich, którym zagraża kartel, jest totalny rozpierdol w opuszczonym parku rozrywki poświęconym aligatorowi albinosowi…


Pierwszy akt filmu to jest narracyjna umieralnia (w przenośni i dosłownie), pod względem tempa nastawiona raczej na budowanie postaci i komedię. Jedno i drugie niestety mocno zawodziło niczym wilk w księżycową noc. W drugim akcie ilość scen akcji prześcignęła komedię, by pod koniec filmu strzelanina, wybuchy oraz tani dramatyzm papierowych postaci niemal całkowicie zdominowały żarty niskich lotów. Na plus zapisać można złoczyńcę filmu, który swą aparycją i charakterystycznym głosem budował pustą na scenariuszowej karcie postać.

Już trzecia część nie podobała mi się pod względem kreowania niektórych bohaterów, ale tym razem Martin Lawrence ze swoją kreacją Marcusa Burnetta zdecydowanie przesadził i autentycznie nie mogłem na niego patrzeć. Przerysowany i kuriozalny Marcus, przeżywający duchową odnowę po zawale, ciągle pierdolący jakieś kocopoły o duszy i przeszłych wcieleniach, działa po prostu na nerwy, a nie bawi. Żeby jednak nikt nie posądzał mnie o rasizm powiem, że Will Smith jako Mike Lowrey był spoko i jego wątek z niepokornym synem był najciekawszym elementem filmu, choć wątkiem trzecioplanowym.


Jakkolwiek trochę kreatywności w sposobie przedstawiania akcji Bad Boys 4 nam zaproponowało, był to jeden wielki mało czytelny chaos i papka przypominająca mi jako żywo ostatnie filmy z uniwersum Godzilli i Konga. Jestem jednak chyba w mniejszości, bo chociaż recenzenci mają mieszane lub umiarkowanie pozytywne odczucia wobec tego typu filmów, to publika je uwielbia i tłumnie chodzi na nie do kina. Dla mnie jednak zmierzają pod względem scenariuszy, tropów narracyjnych i przeładowanej akcji bez ciekawych postaci w kierunku serii Szybcy i wściekli.

Film Bad Boys Ride or die oceniam na 6/10, głównie dzięki pewnym ciekawym ujęciom, solidnemu Willowi Smithowi i ładnej Florydzie oraz występowi gościnnemu Khaby Lame’a oraz trzecioplanowemu zięciowi Marcusa Reggiemu (Dennis Green, dla którego 3 filmy z serii Bad Boys są jednymi w filmografii). Kolejny film z serii pewnie powstanie, ale obejrzę go już tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku aniżeli entuzjazmu, chyba że znowu kupi mnie zwiastun.


        

poniedziałek, 8 lipca 2024

INSIDE OUT 2 (2024) - RECENZJA

 

Kontynuacja popularnego i docenionego filmu z 2015 roku miała uratować pozycję Pixar Studios na rynku animacji. Inside out 2 (pol. W głowie się nie mieści 2) szturmem wzięło kina i sympatię widzów, okazując się ogromnym sukcesem. Czy sequel był tak dobry jak pierwsza część filmu i jakie nowe emocje narodziły się w głowie naszej nastoletniej bohaterki?


Przy Inside out w roli reżysera i scenarzysty pracowała jedna z legend Pixara, czyli Pete Doctor (reżyserował i pisał m.in. Co w duszy gra, Odlot oraz Potwory i Spółka, produkował zaś większość z dużych filmów Pixara), któremu partnerował Ronnie del Carmen (pracujący przy animacjach od lat 90’). Przy drugiej części na stanowisku reżysera i scenarzysty zastąpił go Kelsey Mann (nie posiadający wielkiego doświadczenia na tym polu, wcześniej pracujący w różnym zakresie m.in. nad Dobrym Dinozaurem, Naprzód czy Uniwersytetem Potwornym). W grono scenarzystów weszli również Dave Holstein (niezwiązany wcześniej z animacjami, twórca takich seriali jak Trawka czy Kidding) oraz pracująca nad pierwszą częścią Meg LaFueve (poza Inside out mająca na koncie również Dobrego Dinozaura i Kapitan Marvel).


W głowie się nie mieści 2 powraca do bohaterów pierwszej części, czyli kilkunastoletniej Riley (Kensington Tallman), która wraz z rodzicami (Kyle MacLachlan oraz Diane Lane) przeprowadziła się z Minnesoty do San Francisco, a doświadczenia te obserwowaliśmy z perspektywy Emocji funkcjonujących w jej umyśle, czyli Radości (Amy Poehler), Smutku (Phyllis Smith), Gniewu (Lewis Black), Strachu (Bill Hader) oraz Odrazy (Liza Lapira). W drugiej części Riley wchodzi powoli w okres dojrzewania, dlatego pojawiają się w jej życiu nowe Emocje takie jak Spina (Maya Hawk), Zazdrość (Ayo Edibiri), Nuda (Adele Exarchopoulos) czy Zakłopotanie (Paul Walter Hauser). Riley musi zmierzyć się z nową sytuacją, w której jej koleżanki wybierają się do innego liceum i nie będą mogły razem grać w drużynie hokeja, a przepracować to będzie musiała na hokejowym obozie, który może zaważyć na jej karierze.


Pierwsze Inside out było wspaniałym filmem łączącym w sobie komediowy sznyt oraz radzenie sobie z rodzącymi się w dziecku emocjami wywoływanymi przez stresujące sytuacje. Drugi film kontynuuje ten motyw, dokładając do dorastającego umysłu dziecka coraz bardziej skomplikowane zagadnienia i sytuacje. Poprzeczka zostaje podniesiona, gdy Riley zaczyna być aktywna społecznie i wcześniej prominentną rolę rodziców zajmują znajomi, a nasza bohaterka musi zdecydować między starą przyjaźnią a potencjalną nową relacją. Do tego dochodzi również motyw jej sportowych marzeń i ambicji, które motywują ją do działania. Oddaje to na naszych oczach rewolucja, jaka zachodzi w Centrum Dowodzenia, gdzie Emocje pomagają  Riley funkcjonować, reagować na rzeczywistość i przede wszystkim kształtować jej tożsamość. Pierwszy film uczył nas, że wszystkie emocje są potrzebne i nie powinniśmy ich tłamsić, sequel z kolei pokazuje, że oddanie sterów swego życia tylko jednej emocji również nie prowadzi do niczego dobrego, a we wszystkim potrzebne jest zachowanie umiaru i balansu.

Film oglądało się przyjemnie (pomimo iż doznałem drastycznej przesiadki z angielskiej ścieżki głosowej na polski dubbing), choć nie ukrywam, że spodziewałem się historii eksplorującej nieco bardziej sam motyw dojrzewania, bowiem Inside out 2 w zasadzie skupia się jedynie na hokeju i przyjaźni. Film postawiony przed sobą cel zrealizowało jednak umiejętnie, a potencjalna kontynuacja będzie miała przed sobą ogromne pole do popisu.


W głowie się nie mieści 2 to mądry film animowany w ciekawy sposób pozwalający widzom przejrzeć się jak w lustrze. Dostarcza nam co prawda ogranych i mało odkrywczych lekcji, ale może stanowić ważny element formacyjny dla oglądającej go młodzieży, która być może nie wyłapie wszystkich żarcików umieszczonych tam przez twórców, ale zrozumie jego przesłanie. Pierwsza część w mojej opinii, dzięki swej oryginalności, była lepiej przemyślanym i skonstruowanym narracyjnie dziełem, ale drugą część również oglądało się bardzo dobrze. Otrzymuje ode mnie  7,5/10 i z chęcią dowiem się, jak dalej potoczą się losy Riley i jej Emocji.






FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...