Film w
reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz
napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęcia odpowiadał Erik Wilson
(Better Man, Paddington), a muzykę skomponował Blanck Mass (Ted K, Gazza, The
Rig).
Film opowiada
o Mike’u Davisie (Chris Hemsworth), zawodowym złodzieju dokonującym precyzyjnych
napadów o wysokiej wartości łupu w okolicy kalifornijskiej drogi numer 101. Rabunków
tych dokonuje w sposób niezwykle przemyślany, nie pozostawiając miejsca na
żaden błąd, rezygnując również ze stosowania przemocy. Zmęczony tym trybem
życia planuje ostatni duży skok, ale podążając tropem jego napadów śledztwo
prowadzi starzejący się detektyw Lou Lubesnick (Mark Ruffalo) oraz nasłany przez
dawnych mocodawców inny złodziej, Ormon (Barry Keoghan).
Kryminalny
thriller w reżyserii Barta Laytona bazuje w dużo większym stopniu na powolnym
budowaniu napięcia i kalifornijskim klimacie niż na scenach akcji, tworząc film
wolniejszy, ale mający w sobie pewną esencję i stawkę. Kompetentnie nakręcony,
przyjemny dla oka, solidnie zagrany, choć o nieco przewidywalnym finale i zbyt
ckliwym, naiwnym zakończeniu.
Całkiem solidna
obsada, zwłaszcza Halle Berry w roli agentki ubezpieczeniowej dla obrzydliwie
bogatych oraz podstarzały, ale pełen pasji policjant po przejściach, w którego
wcielił się Mark Ruffalo. Na dalszym planie nieco mniejsze role Moniki Barbaro
i Barry’ego Keoghana. Kością niezgody może być główna rola i to, jak wypadł w
niej Chris Hemsworth, mający swoje ewidentne ograniczenia aktorskie i który
lepiej odnajduje się w bardziej komediowych lub przerysowanych rolach. Tutaj
musiał zagrać aspołecznego, niemal autystycznego, ale przystojnego oraz
czarującego złodzieja i jakkolwiek żywię do niego sympatię, to nie potrafię
jednoznacznie ocenić, czy podołał roli.
Autorski projekt Emerald Fennell (Obiecująca. Młoda. Kobieta, Obsesja Eve, Saltburn), która podjęła się kolejnej adaptacji klasycznej powieści Emily Brontë. Autorem zdjęć był ceniony Linus Sandgren (La La Land, Pierwszy człowiek, Nie czas umierać oraz nadchodząca trzecia część Diuny), a autorem muzyki był Anthony Willis (poprzednie dwa filmy Fennell oraz M3GAN, ponadto sporo głośnych filmów, do których tworzył dodatkową muzykę).
Nie czytałem powieści Bronte,
więc na temat zgodności z materiałem źródłowym nie potrafię się wypowiedzieć,
widziałem jednak opinie o luźnej podejściu Fennell do adaptacji. Na tegoroczne Walentynki
widzowie otrzymali opowieść o relacji Cathy (Margot Robbie) oraz Heathcliffa
(Jacob Elrodi), którzy wychowywali się wspólnie od dziecka w wiejskiej
posiadłości ojca dziewczyny (Martin Clunes) na angielskiej prowincji, w majątku
Wichrowe Wzgórza. Gdy Cathy i Heatcliff dorastają, ich przyjaźń przeradza się w
romans, ale ze względu na różnice w statusie społecznym nie jest im dane być ze
sobą. Gdy Cathy planuje wyjść za mąż za bogatego sąsiada, Heatcliff postanawia zbić
fortunę i zawalczyć o ich miłość, prowadzi to jednak ostatecznie do coraz
bardziej skomplikowanej sytuacji…
Nie jestem docelowym odbiorcą
tego rodzaju historii, gdyż nie da się ukryć, że romanse, zwłaszcza te
klasyczne w typie mezaliansu, nie zaszczycam przesadną uwagą. Tutaj przede
wszystkim przyciągnęła mnie obietnica audiowizualnej uczty łączącej nowoczesną
muzykę z fantastycznie wyglądającym filmem kostiumowym, któremu miano dodać
nieco pikanterii i „momentów”. Tych ostatnich w zasadzie nie było, a wątek
romantyczny nieco mnie nudził w drugiej połowie, gdy cała toksyczność relacji
bohaterów zaczęła przekraczać normy ISO dopuszczone w Unii Europejskiej. Ale film
prezentował się nader imponująco, przede wszystkim w warstwie wizualnej.
Nie jestem także hejterem Margot
Robbie i Jacoba Elrodiego w tych rolach, oglądało mi się ich nawet przyjemnie i
elektryzująco, na tyle na ile pozwalał scenariusz, coraz bardziej pogrążający odgrywane
przez nich postaci, w odmętach obsesji. Na drugim planie kilka fajnych ról, m.in.
Hong Chau, którą miło wspominam z serialu Watchmeni, a także The Menu.
Z Wichrowych wzgórz, ku swojemu
zaskoczeniu, wyszedłem usatysfakcjonowany, nie należąc do grona krytykantów
walczących z tym filmem i produkcję oceniam na 7,25/10, przede wszystkim za
ciekawą aranżację audiowizualną.
P.S. Film do obejrzenia w ramach
abonamentu na HBO Max czy jak to tam się nazywa obecnie.
Intrygująca i frapująca produkcja
w reżyserii i według scenariusza Mary Bronstein, która na koncie miała jedynie
Yeast z 2008 r. oraz krótkometrażowy Round Town Girls z 2009. Autorem zdjęć był
Christopher Messina (Chilling Island, Love has won, Amerykański spisek). Film
nie posiada oryginalnie skomponowanej muzyki.
Film opowiada o Lindzie (Rose
Byrne) - psychoterapeutce, która sama mierzy się z wieloma osobistymi
problemami, m.in. wychowywaniem cierpiącej na zaburzenia żywienia córki, która
przyjmuje posiłki pozajelitowo; remontem domu, w którym zarwał się sufit, co
zmusza je do tymczasowego pomieszkiwania w hostelu; nieobecnością męża, Charlesa
(Christian Slater); przepracowywaniem dawnych traum przy pomocy kolegi z pracy
(Conan O’Brien). W pewnym momencie w życiu Lindy kumuluje się zbyt dużo
problemów, z którymi osamotniona kobieta musi radzić sobie, jak umie najlepiej.
Czyli dość przeciętnie.
Chwalona i doceniania produkcja
okazała się dla mnie seansem niezwykle męczącym. Doceniam podjętą tematykę
zdrowia psychicznego oraz macierzyństwa, ale emocjonalnie i mentalnie film
przeszedł obok mnie i nie wzbudził we mnie niczego poza irytacją, znudzeniem i
ogólnym zniechęceniem. Doceniam jego wartość artystyczną oraz poruszenie
ciekawej tematyki, ale odbiłem się od tego filmu.
Dziwny, a momentami
psychodeliczny bez wyraźnego powodu, gubił mnie swoją fabułą, ratowała go
niejednokrotnie Rose Byrne w głównej roli, która dwoiła się i troiła na
ekranie. Na drugim planie pojawił się również sympatyczny Conan O’Brien pozbawiony
typowego dla siebie humoru.
Film oceniam na 6,75/10 i to
nawet trochę naciągając ze względu na artystyczne ambicje Mary Bronstein, nigdy
jednak do seansu nie wrócę, choć też nie odradzam, bo może z kimś zarezonuje
bardziej.
P.S. Filmu obecnie nie ma w
abonamencie żadnej platformy streamingowej i trzeba za niego zapłacić.
Film norweskiego reżysera
Joachima Triera, autora świetnego Najgorszego człowieka na świecie, któremu w
pracy nad scenariuszem jak zwykle pomagał Eskil Vogt. Za zdjęcia odpowiadał
Kasper Tuxen (Profesor i szaleniec, Jeźdźcy sprawiedliwości, Wybraniec), a
muzykę stworzyła polska kompozytorka, Hanna Raniszewska (Jak najdalej stąd,
Śubuk, Śniegu już nigdy nie będzie).
"Wartość sentymentalna" opowiada historię rodziny
zamieszkującej pewien stary dom w Oslo, skupiając się na trudnych relacjach obecnych
członków rodziny, ale sięga również do poprzednich pokoleń, wskazując na pewne
historyczno-społeczne uwarunkowania, które mogą rzutować na współczesność.
Główną osią fabularną filmu jest
relacja między córką, aktorką teatralno-serialową Norą (Renate Reinsve) oraz
jej ojcem, reżyserem filmowym Gustavem Borgiem (Stellan Skarsgaard). Gustav powraca
do rodzinnego domu na pogrzeb swej żony, którą zostawił przed laty z dwójką
dzieci i poświęcił się karierze filmowej. Powrót ten dość chłodno przyjmuje Nora,
ale jej młodsza siostra, Agnes (Inga Ibsdotter Lilleaas) nie jest aż tak wrogo
nastawiona do ojca.
Gustav natomiast planuje
nakręcenie ważnego dla niego filmu zakorzenionego głęboko w jego rodzinnej
przeszłości, a w głównej roli pragnie obsadzić swoją córkę, Norę. Gdy ta
odrzuca propozycję, Gustav składa ofertę wschodzącej gwieździe amerykańskiego kina,
Rachel Kemp (Elle Fanning), którą poznaje na festiwalu filmowym.
Po drodze jednak produkcja
napotyka kolejne problemy, które uświadczają Gustava w przekonaniu, że to jego
córka musi zagrać główną rolę produkcji.
Wobec filmu żywiłem spore
oczekiwania, zarówno ze względu na reżysera, którego poprzedni film zrobił na
mnie ogromne wrażenie, jak i bardzo dobrą obsadę w głównych rolach, przede
wszystkim Stellana Skarsgaarda, ale również moją ulubioną polską kompozytorkę,
Hanię Rani. Czy film sprostał moim oczekiwaniom?
Wartość sentymentalna to ciekawe
spojrzenie na dość szeroki wachlarz ludzkich problemów, zarówno tych
zwyczajnych jak i związanych z artystyczną profesją. Trier jak zwykle w
naturalny sposób podchodzi do swoich bohaterów, a widz szybko zapomina, że
ogląda aktorów, a nie obserwuje prawdziwe postacie. Film świetnie operuje
emocjami, dostarczając widzowi szerokiej palety doświadczeń. Pomagają w tym z
pewnością świetne kreacje aktorskie, zarówno Renate Reinsve oraz Ingi Ibsotter
Lilleaas jak i oczywiście fantastycznego Stellana Skarsgaarda.
Film jednak nie zrobił na mnie aż
takiego wrażenia, jak się spodziewałem. Fabule można zarzucić pewną monotonność
i jednostajność, a całej historii… zbyt dużą kameralność. Przede wszystkim
chyba jednak nie porwała mnie muzyka Hani Rani, za który to film wszak
nagrodzono ją „europejskim Oscarem” w Berlinie.
Podsumowując, w mojej opinii
Wartość sentymentalna to nadal dobry film, w pewnych aspektach bardzo dobry,
ale nie porwał mnie i otrzymuje ode mnie solidne 7,5/10 i z pewnością po latach
zechcę wrócić do niego jeszcze raz.
P.S. Filmu obecnie nie ma w
abonamencie żadnej platformy streamingowej i trzeba za niego zapłacić.



















































