niedziela, 30 marca 2025

SEVERANCE Sezon 2 (2025) - RECENZJA SERIALU

 

Po świetnie przyjętym przez krytyków i widzów pierwszym sezonie Rozdzielenia, twórcy mieli ciężkie zadanie udźwignięcia na swych barkach ciężaru sensownego wyjaśniania publice tajemnic skrywających się za korporacją Lumon. Czy udało im się to, czy jednak sami gubią się w zeznaniach i nie wiedzą, dokąd to zmierza?


Showrunnerem serialu jest Dan Erickson, który wcześniej nie miał niemal żadnego doświadczenia na tym stanowisku, współprodukując jedynie serial Chambers. Przy pracy nad scenariuszem pomagali mu m.in. Adam Countee (Dolina Krzemowa, Community, Vice Principals), Mohamad El Masri (Tu i teraz), Mark Friedman (Bezimienna, Wybrana, Miasteczko Wayward Pines), K.C. Perry (The Originals, Damien), Megan Ritchie (debiut scenopisarski), Erin Wagoner (Alexa i Katie, Bless the Harts) oraz Wei-Ning Yu (W matni, Zepsuta krew, Gen V).

Reżyserami odcinków byli Uta Briesewitz (doświadczona pracą nad takimi produkcjami jak The 100, Orange is the New Black, Tacy jesteśmy, Altered Carbon, Westworld, Stranger Things, Koło czasu, Stary człowiek oraz Iron Fist, Jessica Jones, The Defenders), Samuel Donovan (Utopia, Humans, Wdowa, The Crown), Jessica Lee Gagné (debiut reżyserski Francuzki, przede wszystkim jest operatorką kamery i autorką zdjęć m.in. do 15 odcinków Severance) oraz oczywiście Ben Stiller (jeden z ojców Rozdzielenia pełniący również funkcję jednego z głównych producentów serialu, a najbardziej znany z licznych ról komediowych, jako reżyser stworzył m.in. Telemaniaka, Zoolandera, Jaja w tropikach, Sekretne życie Waltera Mitty’ego).


Pierwszy sezon Severance zdobył ogromne uznanie, stając się jednym z najbardziej intrygujących seriali ostatnich lat. Śledzimy w nim pracownika międzynarodowej firmy, który w wyniku traumy po śmierci żony zdecydował się przejść tytułową procedurę rozdzielenia opracowanego przez Lumon, dzięki któremu potrafi odseparować od siebie to, co dzieje się w jego życiu prywatnym od tego, co robi w pracy, której dedykowana jest jego druga osobowość. W pewnym momencie jednak zarówno w jego życiu prywatnym jak i życiu zawodowym dochodzi do rewolucji, a firma, dla której pracuje, okazuje się być dużo bardziej dziwna i tajemnicza, niż wydawało mu się na początku. Pierwszy sezon serialu stanowiącego korporacyjną satyrę i filozoficzne rozważania dotyczące ludzkiej natury, pomimo kilku nudniejszych wątków i epizodów, przypadł mi do gustu i otrzymał ode mnie wysoką ocenę 8/10, liczyłem zatem, że drugi sezon utrzyma poziom i zaoferuje w końcu widzom nieco wyjaśnień tych misternie tkanych intryg i machinacji…

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Po emocjonującym finale pierwszego sezonu, w którym dowiadujemy się, że Pani Casey (Dichen Lachman, The 100, Shameless, Altered Carbon, Agents of S.H.I.E.L.D, Królestwo zwierząt, Jurrasic World: Dominion, Królestwo Planety Małp) jest w rzeczywistości uważaną za zmarłą w wypadku żoną głównego bohatera serialu, czyli Marka Scouta (Adam Scott, najbardziej znany z Park and Recreations, ponadto Agenci Paranormalni, Wielkie kłamstewska, Dobre miejsce, Melanż z muchą, a filmowo ostatnio Madame Web czy Małpa), Mark wraca do pracy w Lumon, starając się dowiedzieć więcej na temat przetrzymywanej przez jego pracodawcę żony i wyciągnąć ją stamtąd. Starają się mu w tym również pomóc jego współpracownicy, czyli Dylan G. (Zach Cherry, Fallout, Ty, epizodyczne role w Spider-man: Homecoming czy Shang-chi i legenda Dziesięciu Pierścieni oraz wiele ról głosowych w animacjach), Irving B. (John Turturro, w ostatnich latach role w filmach W pokoju obok, The Batman, Transformers: Ostatni rycerz i w serialach Spisek przeciwko Ameryce, Imię róży, Długa noc) oraz przede wszystkim Helly R. (Britt Lower, Bez zobowiązań, Man Seeking Woman, Agenci Paranormalni, Future Man, W potrzebie), która okazuje się być w „prawdziwym życiu” Heleną Egan, dziedziczką rodu sprawującego kontrolę nad Lumon.

Na drodze Marka S. stało będzie kierownictwo Lumon na czele z jego nowym bezpośrednim przełożonym Panem Milchikiem (Tramell Tillman, Dietland, Ojciec chrzestny Harlemu, Barron’s Cove czy nadchodzący Mission Impossible: Final Reconing) oraz stojącym jeszcze wyżej w korporacyjnej hierarchii Panem Drummondem (Ólafur Darri Ólafsson, poza licznymi rolami głosowymi, islandzkiego aktora można było spotkać w serialach Zamęt, Zaginiony, Lady Dynamite, Wdowa, Dark Crystal, NOS4A2, W pułapce, Turysta czy animowanym Zmierzch Bogów oraz filmie Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Griendenwalda i Jak wytresować smoka 3), nieoczekiwanie pomocną dłoń może okazać zaś poprzednia przełożona, Pani Cobel (Patricia Arquete, Boyhood, Medium, Stygmaty, Ed Wood, Zakazane imperium, CSI: Cyber), sam Mark decyduje się natomiast na trudną operację Reintegracji mającą połączyć obie jego osobowości…


Serial zaczyna się znowu mocno od kilku solidnych odcinków, w środku jednak traci impet i zaangażowanie widza, czego kulminacją jest fatalny odcinek 8, finał jednak znowu przyciąga uwagę i obiecuje sporo po kolejnym sezonie, mieszając mocno w status quo. Całościowo serial nadal stoi na wysokim poziomie, jednak wkrada się coraz więcej nierówności w jakości pisania wątków oraz umiejętnego balansowania między rozbudowywaniem tajemnicy a udzielaniem odpowiedzi na postawione już pytania.

Bardzo dobry aktorsko, zwłaszcza w przypadku Adama Scotta i Britt Lowery, choć może to wynikać również z sympatii, jaką darzy się tych bohaterów. Na wysokim poziomie stoi cała obsada drugoplanowa, a swoje momenty dostaje znowu duet John Turturro i Christopher Walken, choć szczerze powiedziawszy ich wątek obchodził mnie tylko trochę mniej niż życiowe dylematy Dylana G. Ciekawe rozwinięcie dostała postać odgrywana przez Dichen Lachman, niestety trochę zagubiła się w drugim sezonie Patricia Arquete, a całkowicie z radaru zainteresowania wypadł odgrywający Rickena Michael Chernus.

Rozdzielenie to produkcja ambitna nie tylko ze względu na poruszane tematy egzystencjalne, ale i świetnie zrealizowana pod względem audiowizualnym. Bardzo przemyślane kompozycje kadrów, scenografie i zdjęcia windują go do ścisłego topu serialowych produkcji ostatnich lat. Niestety, gdy głównym haczykiem serialu ma być rozwikłanie tajemnicy, jakość produkcyjna musi ustąpić temu, w jaki sposób zarządza się intrygą (czego przykładem może być przeciągnięty i niezdecydowany serial Zagubieni). A tu pojawia się coraz więcej wątpliwości z mojej strony.

Nierówno poprowadzone wątki drugoplanowe dałoby się przeboleć, gdyby w pełni satysfakcjonujący był główny wątek serialu. Nie oczekuję uzyskania odpowiedzi na wszystkie pytania od razu, ale zbyt długie trzymanie widza w niepewności i serwowanie mu powolnej narracji potrafi nieraz frustrować. Tym bardziej natomiast irytują sytuacje, w których spotykają się bohaterowie, a ich rozmowa powinna rzucić solidne światło na to, co dzieje się wokół, jednak scenarzyści specjalnie ucinają te konwersacje lub prowadzą sztuczne rozmowy tak, by nadal trzymać widza w mroku niewiedzy. Albo po prostu porzuca się wątki bez pociągnięcia dalej... Śledztwo „prawdziwego” Irvinga? Zapomniał o nim niczym Daenerys o Żelaznej Flocie. Reintegracja? To trzeba na spokojnie, wrócimy do tego jak naszym scenarzystom się przypomni, pewnie pod koniec trzeciego sezonu albo w czwartym.


Na szczęście serial potrafi dostarczyć sporo frajdy z budowania napięcia i atmosfery, komentarza społecznego i krytyki korporacjonizmu, wyśmiewając piętrzące się absurdy i dziwactwa w Lumon (które niestety coraz bardziej trąci sztuczną teatralnością im dalej brniemy w ten las, gdyż całość w moich oczach staje się coraz mniej wiarygodna). No i przede wszystkim udało im się wykreować na tyle sympatycznych i angażujących bohaterów, że kibicujemy im i śledzimy ich losy, zastanawiając się z jednej strony, dokąd zmierza pojebany kult Kierów w Lumon i co oni tam, Stopczyk, w ogóle palą oraz czy „innies” zasługują na te same prawa co „outies” i jak pogodzić dwie istoty, by nikt nie został poszkodowany.

Podsumowując, drugi sezon Severance jest delikatnym rozczarowaniem, obniżając nieznacznie jakość, jednak wciąż jest to bardzo solidna produkcja ze świetną grą aktorską i niezwykle przemyślana wizualnie. Choć czasem nuży powolne tempo i brak rozwoju wątków, to nadal ogląda się to przyjemnie, dlatego drugi sezon Rozdzielenia oceniam na 7,5/10 i mam nadzieję, że twórcy zwiększą tempo i zacieśnią intrygę w sezonie trzecim.



czwartek, 27 marca 2025

MICKEY 17 (2025) - RECENZJA FILMU

 

Jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier filmowych w tym roku było najnowsze dzieło science fiction uznanego koreańskiego reżysera. Czy jednak ambitny koncept udało się zrealizować tak, by powtórzyć sukces Parasite?


Reżyserem i scenarzystą filmu Mickey 17 jest Bong Joon Ho, którego poprzednim filmem był szeroko nagradzany Parasite, a ponadto stworzył między innymi jeszcze takie filmy jak Okja, Snowpiercer: Arka przyszłości, Matka, Zagadka zbrodni. W tym przypadku adaptował on powieść Mickey 7 z 2022 roku autorstwa amerykańskiego pisarza Edwarda Ashtona.


Autorem zdjęć do filmu był irański operator Darius Khondji, który zasłynął takimi filmami jak Siedem, Dziewiąte wrota, Obcy: Przebudzenie, Niebiańska plaża czy w ostatnich latach Zaginione miasto Z, Okja, Nieoszlifowane diamenty. Muzykę skomponował Koreańczyk Jung Jae-li (Parasite, Okja, Baby broker, Squid Game).


Mickey 17 jest satyrą z elementami czarnej komedii poruszającą interesujące zagadnienia moralne i koncepty science-fiction oraz komentująca hipokryzję elit, neokolonializm, konsumpcjonizm i kapitalizm oraz destruktywny wpływ naszej cywilizacji na środowisko, czy wnosi jednak coś ciekawego?

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Głównym bohaterem filmu jest Mickey Barnes (Robert Pattinson, między serią Zmierzch i The Batman zagrał również w The Lighthouse, Król, Tenet, Zaginione miasto Z, Cosmopolis), który zaciąga się na pokład statku kosmicznego zmierzającego na odległą i nieprzyjazną planetę Nilfheim wraz ze swoim kolegą i współpracownikiem Timo (Steven Yeun, ostatnio Minari, Awantura, Nope! czy główna rola w serialu Invincible). Uciekają oni z Ziemi, gdzie wpadli w finansowe tarapaty, zalegając znaczną sumę pieniędzy bezwzględnemu szefowi mafii Dariusowi Blankowi (Ian Hanmore, m.in. Gra o Tron, Dungeons and Dragons: Złodziejski honor, Carinval Row), jednak Timo potrafi wkręcić się do załogi pionierów jako pilot, a Mickey, pozbawiony charyzmy i zaradności, trafia na pokład statku jako Wymienialny.

Jego zadaniem jest wykonywanie najgorszych prac i stawanie w pierwszym rzędzie walki z nieprzychylną planetą (kosmiczne promieniowanie, śmiercionośne wirusy, niebezpieczna fauna) ze świadomością, że gdy zginie, wydrukowana zostanie z organicznych odpadków i kupska jego kolejna wersja, której wgrana zostanie na bieżąco aktualizowana matryca pamięci. Dlatego też, jak wskazuje tytuł filmu, bohaterem opowieści jest siedemnasta inkarnacja Micky’ego, który w czasie kilkuletniej wyprawy przeżył bardzo wiele traumatycznych doświadczeń i jedynym pozytywnym elementem jego życia była relacja z poznaną na statku dziewczyną, Nashą (Naomie Ackie, Mrugnij dwa razy, The End of the Fucking World, Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie).

Przywódcą ekspedycji jest skompromitowany amerykański polityk Kenneth Marshall (Mark Ruffalo, rola Hulka w MCU, a ponadto ostatnio Projekt: Adam, Biedne istoty, To wiem na pewno, Iluzja, Spotlight), któremu towarzyszy ekscentryczna żona Ylfa (Toni Colette, Szósty zmysł, Był sobie chłopiec, Hereditary, Zaułek koszmarów, Na noże, Mafia Mamma). Celem jest zasiedlenie Nilfheimu i stworzenie ludzkiej kolonii w obliczu coraz gorszych warunków życiowych na Ziemi, na przeszkodzie kolonistom stanąć jednak może żyjący na lodowej planecie gatunek zwierząt, a Mickey zostaje wytypowany do zdobycia okazu celem jego przebadania przez zespół naukowców. Jego misja nie idzie jednak pomyśli nie dlatego, że podczas niej umiera, ale dlatego, że nie umiera, a na statku zdążyli już wydrukować kolejnego Micky’ego, a obu wersjom grozi w takim przypadku unicestwienie…


Wielki potencjał filmu Bong Joon Ho został rozmieniony na drobne poprzez niewiarygodne spłycenie filozoficznej głębi, jaka kryła się w tym dziele. Wszystko zostało jednak sprowadzone do nieangażującej i mało zabawnej satyry pozbawionej finezji i polotu. Kapitalne koncepty naukowo-filozoficzne utonęły w gąszczu mało subtelnych komentarzy do tego, jak dziki kapitalizm nieco futurystycznej Ameryki wyobraża sobie koreański twórca, serwując widzom nudny, powolny seans wypełniony dziwactwami gryzącymi się tonalnie i męczącymi widza.

Aktorsko bronił się w pewien sposób Robert Pattinson, dźwigając na swoich barkach ten film i starając się przedstawić dwie zróżnicowane postacie wrzucone w absurdalną sytuację. Na drugim planie solidnie też prezentował się Steven Yeun, choć jego rola była bardzo ograniczona, pozytywnie wypadła też Naomie Ackie, co do której żywiłem obawy, że będzie mnie bardzo irytowała na ekranie. Po drugiej jednak stronie stanęli Mark Ruffalo i Toni Collete, którzy swoje role przeszarżowali w stylu kiczowatego slap sticku i błazenady, irytując widza coraz bardziej i bardziej.

Film nie wyglądał źle, efekty specjalne i scenografie wyglądały przekonująco, była to jednak tylko pusta w środku wydmuszka, nie mająca nic ciekawego do powiedzenia. Intrygująca historia uległa banalnej narracji wypełnionej pustymi frazesami, czerstwymi dialogami i miałkimi, przesterowanymi postaciami. Trudno jednoznacznie ocenić, czy Bong specjalnie zidiocił przekaz filmu, żeby był bardziej zrozumiały dla szerokiego amerykańskiego odbiorcy (i nie mam tu na myśli typowego klienta Walmarta), czy nie potrafił wykorzystać materiału źródłowego czy też film padł ofiarą przepychanek między wizją reżysera a interesami producentów z Warner Brothers.

Podsumowując, Mickey 17 to film rozczarowujący. Technicznie nie jest źle zrealizowany, niestety ogromny potencjał intelektualny zostaje zmarnowany na słabą warstwę komediową i miałką warstwę komentarza społecznego. Wiele z zasygnalizowanych ciekawych tematów zostało pogrzebanych przez średni scenariusz i nie wybrzmiało należycie. Spodziewałem się czegoś znacznie lepszego i dlatego Mickey 17 oceniam na przeciętne 6/10, szkoda…



środa, 26 marca 2025

FLOW (2025) - RECENZJA FILMU

Pozbawiony dialogów łotewski film animowany przez sezon nagród przeszedł jak burza, zdobywając między innymi Złoty Glob i Oscara oraz zaskarbiając sobie serca krytyków i widzów. Jak w mojej opinii wypadła animacja o kotku walczącym o przetrwanie w czasie powodzi?


Twórcą Flow był Łotysz Gints Zilbalodis (wcześniej wyreżyserował sześć animacji krótkometrażowych oraz pełnometrażową Odległą krainę), który do stworzenia kosztującego 3,5 miliona dolarów filmu wykorzystał darmowy program Blender. Przy produkcji pomagała mu garstka osób, m.in. scenarzysta Matīss Kaža, a muzykę skomponował Rihards Zalupe.

Film śledzi losy żyjącego w lesie czarnego Kota, który prowadzi samotnicze życie i stroni od innych zwierząt. Gdy jednak okolicę nawiedza wielka powódź, Kot decyduje się poszukać swojej szansy na przetrwanie na łódce, do której w wyniku splotu zdarzeń trafia kilka różnych gatunków zwierząt. Muszą nauczyć się współpracy, aby przetrwać kataklizm.


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Głównym bohaterem filmu jest Kot mieszkający w opuszczonym domu w leśnej głuszy. Spędza życie na spaniu, przechadzaniu się wśród drzew, polowaniu i uciekaniu przed psami. Sytuacja zmienia się, gdy nagle zmierzyć musi się z wielką powodzią, która nawiedziła świat i zmusiła wszystkie istoty do ucieczki. Przestraszony i zdesperowany, wspina się na najwyższy lokalny punkt, a gdy to okazuje się być niewystarczające, wskakuje na przepływającą nieopodal łódź zamieszkaną przez Kapibarę. Dryfująca żaglówka przemierza świat zalany woda, spod której wynurzają się tylko najwyższe drzewa, nieliczne skały i tajemnicze budowle pozostawione przez nieobecnych nigdzie ludzi. Po drodze na pokład trafiają również chomikujący wszelkie znaleziska Lemur, rozentuzjazmowany Pies rasy labrador oraz sterujący łodzią wielki Ptak, którego odrzuciło stado. Zwierzęta, początkowo zajęte sobą, z czasem uczą się współpracy i troski o dobro kompanów na tyle, na ile pozwala im ograniczona zwierzęca empatia międzygatunkowa.

Film, polegając tylko na narracji wizualnej i operowaniu obrazem, opowiada nam historię, w którą łatwo jest się zaangażować emocjonalnie, kibicując bohaterowi oraz jego towarzyszom, choć niektórzy mogą to uznać za nieco tani chwyt. Spodziewałem się, że mnie właśnie złapie to emocjonalnie, zwłaszcza że kilka tygodni przed seansem straciłem swojego kota i seans ten wydobędzie ze mnie głęboko utajone pokłady żałoby. Tak się jednak o dziwo nie stało i udało mi się cały seans odbyć bez przesadnych wzruszeń.

Niskobudżetowa animacja nie stawia na fotorealistyczność, ale na plastyczność i malarskość oddającą z jednej strony piękno stoickiej natury, z drugiej dynamizm energicznych zwierząt wchodzących ze sobą w interakcje. I trzeba przyznać, że film wygląda bardzo ładnie i dość szybko można przyzwyczaić się do momentami minimalistycznego stylu, który bardziej stara się oddać impresję chwili a nie każdy detal. Wszystko jednak dobrze komponuje się ze sobą, a ciągle podążająca za bohaterami kamera żywo śledzi to, co dzieje się na ekranie, nawet w tych statycznych ujęciach.

Niestety, ciągle z immersji wybijały mnie pytania o ulokowanie tej historii i kontekst sytuacji, który nie został nam przedstawiony. Co się stało z ludźmi? Gdzie rozgrywa się akcja? Czemu zwierzęta wykazują momentami większą, quasi-ludzką inteligencję i empatię? O co chodzi z nagle pojawiającą się powodzią i jeszcze szybciej opadającym poziomem wody na koniec filmu? Czym był wyglądający na magiczny lub mistyczny promień związany z Ptakiem? Wiele pytań, na które nie dostajemy odpowiedzi, a film nie oferuje nam żadnych konkretnych sugestii co do własnych interpretacji…

Przyjemny film dotykający takich problemów jak szacunek, współpraca i ogólna koegzystencja pokazane przez pryzmat zwierząt stanowiących alegorię do problemów współczesnego świata i skomplikowanych relacji międzyludzkich, wzbogacony o przesłanie związane z dbaniem o przyrodę i planetę, która łatwo może sobie poradzić z jej krnąbrnymi mieszkańcami.


Więcej oczekiwałem po muzyce w tym filmie, która z racji braku dialogów w moim odczuciu powinna była w większym stopniu angażować widza emocjonalnie w to, co działo się na ekranie

Podsumowując, Flow to poruszający film, którego siła tkwi w prostocie oraz jasnym przekazie, do którego nie potrzeba było słów. Szczerze jednak powiedziawszy, te wszystkie peany nastawiły mnie na coś jeszcze lepszego, toteż wyszedłem z seansu z lekkim rozczarowaniem, gdyż film, mimo zapowiedzi, nie zdruzgotał mnie emocjonalnie, a chyba trochę tego potrzebowałem i oczekiwałem... Uwzględniając jednak wszystko powyższe Flow otrzymuje ode mnie ocenę 7,5/10 i może stanowić bardzo wartościowy film do obejrzenia z dzieckiem.



piątek, 14 marca 2025

INVINCIBLE Sezon 3 (2025) - RECENZJA SERIALU

 

Trzeci sezon Niezwyciężonego powraca w glorii i chwale, serwując widzom kolejne pogłębienie psychologiczne bohaterów, moralnych dylematów przed nimi postawionych i dokładając do tego imponujący finał pełen totalnej napierdalanki, gdy emocjonalna stawka sięga zenitu.


Showrunnerami serialu ponownie są: autor komiksu Robert Kirkman (ponadto uniwersum The Walking Dead oraz scenariusz do Renfielda) oraz wspierający go Ryan Ottley i Cory Walker. Przy pisaniu trzeciego sezonu partycypowali ponadto: Simon Racioppa (poprzednie sezony Invincible i wiele innych animacji), Helen Leigh (Severance, Archiwum 81), Jay Faerber (Supergirl, Zoo, Ringer), Tania Lotia (The Witcher, The Witcher: Blood Origin, Carnival Row, Swamp Thing), Helen Shang (Hannibal, Trzynaście powodów, Hawai 5.0, Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy) i debiutant Ross Stracke

Drugi sezon nie był tak dobry jak pierwszy, ale nadal trzymał solidny poziom. Ze względu jednak na produkcyjne zawirowania podzielony został na dwie części, a całości brakowało koherentnego pomysłu. Podejmowane tematy traumy i odpowiedzialności gubiły się nieco wówczas, tutaj znowu stoją na pierwszym planie, ale udaje im się lepiej wybrzmieć.


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Tytułowy bohater, Mark Grayson (Steven Yeun, The Walking Dead, Minari, Awantura, Nope!) broni świata jako potężny superbohater Invincible, choć zmaga się również z traumą konfliktu z ojcem, Nolanem vel Omni-manem (J.K. Simmons, ostatnio m.in. Red One, Juror nr 2, Saturday Night) oraz nieumyślnym zabójstwem Angstroma Levy’ego (Sterling K. Brown, odsyłam do Paradise), a także prywatnymi rozterkami jak rozstanie z Amber (Zazie Beats, m.in. Deadpool 2 czy Joker) i wychowywaniem przyrodniego brata, Olivera (Christian Convery, Łasuch, Kokainowy miś czy ostatnio Małpa). W trzecim sezonie Mark znacząco zwiększa swój potencjał, przygotowując się na nieuchronną inwazję Imperium Viltrumitów, choć nim to nastąpi, będzie musiał zmierzyć się ze swoją przeszłością, przyszłością i multiwersum, a do tego kompletu dojdzie jeszcze rodzący się związek z Atom Eve (Gillian Jacobs, Misiek, Lakers: Dynastia zwycięzców, Community) oraz konflikt z makiawelicznym Cecilem Staedmanem (Walton Goggins, Biały lotos, Fallout, Prawi Gemstonowie, Deep State, a także Nienawistna Ósemka czy Django) dowodzącym Globalną Agencją Ochrony, który nie cofnie się przed niczym, by ocalić ludzkość…


Trzeci sezon w większym stopniu skupia się na Niezwyciężonym, inne dotychczas prominentne postaci spychając na drugi plan lub ich wątki łącząc bardziej bezpośrednio z Markiem Graysonem jak w przypadku Atom Eve czy Cecila oraz Olivera. Sam wątek głównego bohatera może nieco irytować, gdy widzimy wyraźnie, jak wciąż nastoletni Mark, wchodzący w przyśpieszonym tempie w dorosłość, nadal kieruje się w podejmowaniu decyzji emocjami, nie dopuszczając chłodnego rozumu do kalkulacji, gdy w grę może wchodzić los świata. I za to też kochamy Marka, że ponad wszystko próbuje zachować człowieczeństwo, bo wie, co może się stać, gdy przestanie się starać i zacznie przesuwać granicę coraz dalej

Narracyjnie sezon trzeci kontynuuje część wątków z sezonu drugiego, ale w znacznym stopniu wraca również do sezonu pierwszego (powrót kilku antagonistów czy wizualno-fabularne paralele między sezonami, jakby powiedział George Lucas „it’s like poetry, they rhyme”). Rozwój osobowości nadal najbardziej wybrzmiewa u Rexa (Jason Mantzoukas), który z dupka stał się normalnym bohaterem, nie tracąc przy tym swojej zawadiackości i ekspresyjności. Naczelnym motywem natomiast jest odpowiedzialność za innych oraz za swe własne czyny i fakt, że czasem trzeba pobrudzić sobie ręce dla większego dobra. O ile nadal w serialu znajdzie się kilka fillerowych odcinków, które mają na celu rozwój bohaterów i relacji między nimi niż pchanie fabuły do przodu, to dwa ostatnie odcinki trzeciego sezonu wrzucają znów najwyższy bieg i dostajemy emocjonalno-akcyjny roller coaster pełen przemocy i moralnej szarości.


Dwa podstawowe zarzuty do trzeciego sezonu to marginalizacja wątku Nolana oraz Allena the Aliena (Seth Rogen), którzy dostali zaledwie pół odcinka (ale dorzucono do nich Battle Beasta i solidną rozwałkę) oraz uproszczona animacja względem pierwszego sezonu (choć kilka scen finałowych było widowiskowych i widać było, że bardziej je dopieszczono), co wynika z bardzo ograniczonego budżetu i skróconego czasu produkcji (Panie Bezos, stać Cię na więcej!).

Podsumowując, trzeci sezon serialu od Amazon Prime Video opowiadający o przygodach Niezwyciężonego to powrót do bardzo wysokiej formy i jakkolwiek nadal widoczna jest supremacja pierwszego sezonu, to po lekkim potknięciu przy sezonie drugim Niezwyciężony znowu szybuje na poziomie, jaki bardzo nieliczne grono seriali animowanych potrafi osiągnąć. Pan Kirkman i spółka poprawili się i szykują nam znowu niesamowite emocje w następnych latach, a w mojej opinii sezon trzeci Invincible otrzymuje ode mnie 8,25/10 i gorąco polecam wszystkim.



czwartek, 13 marca 2025

PARADISE (2025) - RECENZJA SERIALU

 

Intrygujący thriller polityczny, w którym tajemnica goni tajemnicę, mimo to nie przytłacza nas nieustanną akcją i brutalizmem, skręcając bardziej w kierunku moralnych rozważań i radzenia sobie z traumą? Paradise daje to wszystko, a do tego potrafi emocjonalnie złapać widza na haczyk kibicowania bohaterom, nawet tym z pozoru złym…


Showrunnerem serialu jest Dan Fogelman, który zasłynął jako scenarzysta takich produkcji animowanych jak Auta i Auta 2, Piorun oraz Zaplątani, ponadto jest autorem takich seriali jak Galavant, Zagrywka, This is us oraz filmów jak To właśnie życie, Idol, Kocha, lubi szanuje oraz Last Vegas. Przy pisaniu serialu pomagali mu m.in. Stephen Markley (Zbrodnie po sąsiedzku), Nadra Widatalla (Mrs. Davies), Katie French (debiut scenopisarski, asystowała przy produkcji Mr. Robot i Homecoming).

Reżyserami odcinków byli: duet Glenn Ficarra i John Requa (Rabbit Hole, Next, This is us i film Focus), Hanelle M. Culpepper (m.in. Gwiezdne Wojny: Akolita, Westworld, Szczera prawda, Star Trek: Discovery, Star Trek: Picard, NOS4A2, Lucyfer, Castle, Flash) oraz Gandja Monteiro (Agatha All Along, Wednesday, The Walking Dead: Dead City, The Witcher, The Chi, Brand New Cherry Flavor). Kompozytorem muzyki był Siddhartha Khosla, autor ścieżek do seriali takich jak Zbrodnie po sąsiedzku, This is us, Elsbeth, Nancy Drew, Witamy w Chippendales, Twój Victor, Runaways), natomiast za zdjęcia odpowiadał japoński operator Yasu Tanida (This is us, Zabójcze umysły: Poza granicami, Zabójczy instynkt, State of Affairs).

Paradise to serial bazujący na wielowarstwowej tajemnicy i zwrotach fabularnych, dlatego niełatwo jest mówić o tej produkcji, postaram się jednak ograniczyć potencjalne spoilery do minimum.


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

W Paradise śledzimy losy agenta amerykańskiego Secret Service Xaviera Collinsa (Sterling K. Brown, ostatnio znany choćby z Invincible, Atlas, Amerykańska fikcja, This is us, Wspaniała Pani Maisel czy też Czarna Pantera), który na ekskluzywnym osiedlu ochrania bardzo ważną i wpływową postać Cala Bradforda (James Marsden, najbardziej znany z roli Cyclopsa w serii filmów X-men, ostatnio też z serii Sonic oraz seriali Westworld, Już nie żyjesz, Bastion, Jury Duty). Gdy jego podopieczny ginie, zaczyna się rozgrywka na wysokich szczeblach władzy, by odkryć mordercę i sprawić, aby tajemnice państwowe nie przedostały się do publicznej wiadomości. Xavier będzie musiał zadbać o bezpieczeństwo swoich dzieci, córki Presley (Aliyah Mastin) i syna Jamesa (Percy Daggs), gdy znajdzie się na celowniku szefowej ochrony, Robinson (Krys Marshall, For All Mankind, Małpi biznes, Supergirl) oraz pociągającej za wszystkie sznurki w tytułowym Paradise Samanthy „Sinatry” (Julianne Nicholson, Dope Girls, Mare of Easttown, Outsider, Masters of Sex, Zakazane imperium, Lakers: Dynastia zwycięzców, a także Dream Scenario, Blondynka, Ja, Tonya). Nic nie jest jednak takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka…


Paradise skrupulatnie buduje swoją dwutorową narrację osadzoną zarówno we współczesności jak i sporych rozmiarów retrospekcjach pokazujących przeszłość różnych bohaterów na przestrzeni lat oraz nakreślających kontekst sytuacji, w której się znaleźli. Serial jednak nie spieszy się z wyjaśnianiem widzowi wszystkich zagadek i odkrywaniem kart, powoli dawkując nam tak tajemnice jak i odpowiedzi na nie. Sama zaś intryga jest angażująca, dotykając zarówno personalnych doświadczeń postaci jak i szerszych moralnych dywagacji, czego uosobieniem jest siódmy odcinek, jeden z lepszych w tym roku kawałków telewizji.

Nie udałoby się tego osiągnąć bez nakreślenia postaci, z którymi w jakiś sposób możemy się utożsamić i sympatyzować, nawet jeśli dokonują niepopularnych wyborów, złych decyzji lub krzywdzą innych. Stoicki Sterling K. Brown jako główny bohater jest opanowany, kompetentny, spostrzegawczy i nie sili się na tanie żarciki, po prostu chce dobrze wykonywać swoją trudną pracę i wychować dzieci. James Marsden jest pyszałkowatym, bezpośrednim dupkiem, który nie owija w bawełnę i przechodzi szybko do konkretów bez typowego dla polityka lawirowania, ale wraz z rozwojem fabuły (pomimo śmierci postaci) poznajemy różne jego oblicza i dostrzegamy też pozytywy. Julianne Nicholson w udany sposób łączy tragizm prywatnych życiowych doświadczeń i emocjonalnej kruchości z wyrachowanym makiawelizmem utrzymania porządku w panującym wszędzie chaosie i stawiania wyższego dobra ponad los jednostek. Wszyscy na pierwszym planie wypadli solidnie i przekonująco. Na drugim planie zaś przewija się kilka mniej lub bardziej sympatycznych postaci, przede wszystkim Jon Beavers jako agent Bill Pace, który na oczach widzów pokazuje szeroką paletę postaw i zachowań, po których trudno jednoznacznie go ocenić. Wszystko to jednak skąpane jest w takim ciepłym słońcu, które sprawia, że nie jest zbyt mrocznie, a serial nie sili się na to, by być przygnębiająco katastroficzny mimo całego dramatu, z jakim musieli się mierzyć bohaterowie.

Te ciągłe przeskoki do przeszłości, wyjaśniające nam kontekst wydarzeń oraz zachowań postaci przypominały mi te poprzedzane zawsze charakterystycznym szumem przebitki w Zagubionych, mające w pewien poetycki sposób zrymować nam wydarzenia dziejące się „tu i teraz” z tymi „tam i wtedy”. Serial dzięki temu potrafił w dobry sposób zbalansować szybkie tempo i nie przeładować widza wydarzeniami, poświęcając sporo czasu na światotwórstwo i pogłębienie relacji między bohaterami.


Nie da się jednak ukryć, że serial nie ustrzegł się niedociągnięć. Scenariusz, prowadzony na ogół sprawnie, momentami chwytał się tanich zagrywek i sztuczek, których można było uniknąć i napisać coś mądrzejszego lub mniej opartego na emocjach. Na drugim planie brakowało większej liczby wyrazistych bohaterów, którzy bardziej zapadliby w pamięć. Sam finał zaś, poprzedzony świetnym odcinkiem, nie do końca potrafił udźwignąć ciężar eskalującej intrygi i odbił w mocno nieoczekiwanym kierunku. Myślę również, że jeszcze bardziej dokręcić śrubę można było w temacie społecznej traumy i tego, co przeszli bohaterowie.

Podsumowując, Paradise było nadspodziewanie przyjemnym thrillerem politycznym utrzymanym w nieco mniej złowieszczym, a bardziej wholesome klimacie, co podkreślał sielankowy motyw muzyczny. Obok intryg, spisków i katastrofy wybrzmiewały jednak najbardziej personalne wątki bohaterów – ich tragedie, traumy i stawianie się przeciwnościom losu, toteż nawet na pewne niedostatki scenariuszowe można było przymknąć oko. Pierwszy sezon Paradise wziął mnie z zaskoczenia i przykuł moją uwagę na tyle, że z niecierpliwością czekam na kontynuację tej historii, a produkcja Hulu otrzymuje ode mnie solidne 7,5/10 z serduszkiem, warto dać szansę!


wtorek, 4 marca 2025

ANORA (2024) - RECENZJA FILMU

 
Autorski projekt wyrazistego twórcy realizującego kino niezależne, które potrafi dotrzeć do szerszego odbiorcy, wygrało właśnie pięć Oscarów, w tym ten za najlepszy film, reżyserię i scenariusz. Co jest takiego wyjątkowego w Anorze, że trafia zarówno do krytyków jak i publiczności?


Reżyserem, scenarzystą i montażystą filmu był Sean Baker, twórca takich produkcji jak Gwiazdeczka, Mandarynka, Projekt Floryda czy ostatnio Red Rocket. Przyznaję jednak bez bicia, że Anora to pierwszy film Bakera, który dane mi było oglądać.


Za muzykę odpowiadał Joseph Capalbo, dla którego był to debiut kompozytorski. Autorem zdjęć był Drew Daniels, który współpracował z Bakerem przy jego poprzednim projekcie, ma również na koncie odcinki seriali Euforia, Idol, Rój, Peryferia oraz filmy Here we are, Fale, The Boy from Medelin.


Film opowiada o losach nowojorskiej sexworkerki, której świat wywraca się do góry nogami, gdy obsługuje syna rosyjskiego oligarchy. Początkowe zauroczenie podszyte wyrachowaniem i chłodną kalkulacją mogłoby przerodzić się w coś więcej, ale na drodze do ich szczęścia stoi rodzina chłopaka, a z lekkiego romansu Anora przeradza się w specyficzną komedię pomyłek podszytą klasowym dramatem społecznym.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Anora, która woli przedstawiać się jako Ani (Mikaela „Mikey” Madison, która przebiła się przy okazji Pewnego razu w… Hollywood oraz Krzyku (2022), grała również w serialu Lepsze życie, a ostatnio można ją było widzieć w produkcji AppleTV+ pt. Kobieta z jeziora z Natalie Portman), to pochodząca z Miami dziewczyna o rosyjskich korzeniach, która w jednym z nowojorskich nocnych klubów pracuje jako tancerka erotyczna. Los uśmiecha się do Ani, gdy w klubie jej klientem zostaje bogaty młody Rosjanin, Ivan (Mark Eydelshteyn), który okazuje się być synem rosyjskiego oligarchy, żyjącym dostatnio w ekskluzywnej rezydencji rodziców i korzystającym z ich bogactwa. Zauroczony w Ani Ivan, który do tej pory znany był ze swojego dziecinnego zachowania, prosi ją o tydzień „ekskluzywności”, w czasie których imprezują w Las Vegas, gdzie pod wpływem impulsu pobierają się, a po powrocie do Nowego Yorku Ani wprowadza się do rezydencji Zacharovów.

Wówczas do ich drzwi pukają Ormianin Garnik (Vache Tovmasyan) i Rosjanin Igor (Yura Borisov), których przysłał mający pilnować dzieciaka w czasie jego pobytu w Stanach Zjednoczonych pracujący dla Zacharovów starszy brat Garnika, Toros (Karren Karagulian, etatowy aktor w filmach Seana Bakera). Rodzice Ivana, czyli Galina (Darya Ekamasova) i Nikolai Zacharov (Aleksey Serebryakov, grał między innymi antagonistę filmu Nobody z Bobem Odenkirkiem oraz u Patryka Vegi w Small World), mają dla syna zupełnie inne plany i chcą doprowadzić do unieważnienia jego małżeństwa. Zaczyna się wówczas pełna absurdów i chaosu gonitwa, a spontaniczne małżeństwo Anory, które miało odmienić jej życie, zostanie wystawione na próbę…


Anora zaczyna się jak wyuzdana komedia romantyczna, w której Kopciuszek zamiast szorować podłogi w domu Macochy tańczy na rurze i wije się na kolanach i kroczu klientów do momentu, w którym trafia się jej Książę. Obserwujemy rodzącą się między bohaterami relację i choć wiemy, że bajka nie potrwa długo, ale przynajmniej dobrze się bawią, nie żałując sobie alkoholu, narkotyków i seksu. On mentalnie jest niedojrzałym zbuntowanym nastolatkiem, ona wyrachowaną, hedonistyczną dziewczyną, która świadomie sprzedaje swoje ciało dla korzyści i myśli, że złapała się na jej haczyk prawdziwa gruba ryba. Wyglądają jednak razem całkiem sympatycznie, więc kibicujemy im, póki sielanka trwa.

Gdy jednak rodzice Ivana dowiadują się o jego małżeństwie, wysyłają swoich ormiańskich goryli, by ci załatwili wszystko, zanim przylecą zabrać krnąbrnego syna do Rosji. Spodziewamy się gangsterów, którzy siłą wymuszą na dzieciach rozwód, przykładając broń do skroni Anory, ale Baker serwuje nam odwrócenie oczekiwań. Garnik i Igor nie są mafiozami i nie wiedzą, jak powstrzymać przed ucieczką Ivana oraz jak uspokoić rozszalałą Ani, co prowadzi do wielu zabawnych sytuacji.

Lekkość i naturalność prowadzenia narracji przez Bakera balansowana jest skrywającymi się w tle nieco poważniejszymi wątkami jak dysproporcje społeczne, uprzedzenia klasowe i stereotypy, niedojrzałość do związku, w końcu spojrzenie na życie oczami społecznie pogardzanego marginesu. Tytułowa Anora niosłaby natomiast całą tę historię na barkach, gdyby nie świetnie kontrastujący z całym tym rozgardiaszem spokojny sebix Igor, który po prostu dostał fuchę i chce się z niej jakoś wywiązać bez wdawania się dywagacje. Jednocześnie bije od niego urok osobisty i przeświadczenie, że sam muchy by nie skrzywdził, dopóki sytuacja go do tego nie zmusi.

Energetyczny vibe filmu już od początku wrzuca nas w dynamicznie zmieniającą się sytuację życiową Ani, ale od pewnego momentu sytuacja i emocje zaczynają mocno eskalować, a Mikey Madison daje z siebie wszystko, by wykrzesać całą paletę emocji, grając całą sobą rezolutną, zaradną dziewczynę, która całą swą wrażliwość skrywa za twardą skorupą sarkazmu, uzbrajając się w swoją najskuteczniejszą broń, czyli seksualność traktowaną lekko i powierzchownie, bez emocjonalnego przywiązywania się.

Mikey Madison, która za swoją rolę zdobyła Oscara, wykreowała wyrazistą postać, od której widz nie może oderwać wzroku, ale dla mnie show kradł Yura Borisov, który nominowany był za rolę drugoplanową i dynamika tych dwóch postaci, poza przewrotnym scenariuszem, stanowiła największy plus filmu. Na drugim planie sympatycznie wypadli Vache Tovmasyan i Karren Karagulian, niestety do gustu nie przypadł mi grający Ivana Mark Eydelshteyn, który w swoim braku dojrzałości i zeciarskich manieryzmach był irytujący (choć domyślam się, że taki był zamysł na tę postać i aktor wykonał swoją robotę dobrze).


Więcej oczekiwałem po muzyce i montażu, które bawiły w pierwszym akcie filmu, później schodząc na drugi plan, kiedy gówno uderzyło w wentylator, a sytuacja coraz bardziej zaczęła się komplikować. Spodziewałem się chyba czegoś bardziej wystrzałowego i początkowo Baker dostarczał fajerwerki, by później skupić się przede wszystkim na emocjach bohaterki i eskalującej sytuacji podkreślającej społeczne podziały. Finalnie też film nie jest w swym przekazie szczególnie odkrywczy, nie oferuje uderzającej do głębi historii, która poruszy wszystkich i zostanie z nami na długo. Nie jest to kolacja w wykwintnej restauracji, ale dobry craftowy burger z frytkami, który przyjemnie wchodzi i tym bardziej dziwi, że krytykom podoba się nawet bardziej niż publice, nie licząc tych filmwebowych narzekaczy od siedmiu boleści tęskniących chyba za niemieckim impresjonizmem czy francuską Nową Falą, którym kij głęboko wbity w dupę nie pozwala się schylić do poziomu zwykłych entuzjastów kina.

Podsumowując, Anora to przyjemny film balansujący między romansem a komedią i komentarzem społecznym, nawet jeśli ten ostatni nie jest przesadnie oryginalny. Film jest jednak energiczny, zabawny i elektryzujący, utrzymujący wysokie tempo narracji i utrzymujący uwagę widza dzięki zapadającym w pamięć bohaterom, przede wszystkim charyzmatycznej Mikey Madison. Pewne wątpliwości wywołuje nagrodzenie go Oscarem za najlepszy film, z pewnością jednak seans ten zapamiętam jako zdecydowanie przyjemny, a Anorę oceniam na 7,75/10 i zapisuję sobie twórczość Seana Bakera do nadrobienia.




poniedziałek, 3 marca 2025

GALA OSCARÓW 2025

 
97. oscarowa gala Amerykańskiej Akademii Filmowej odbyła się w nocy 3 marca, a o statuetki walczyły m.in. Emilia Perez z 13 nominacjami, Brutalista  i Wicked z 10 nominacjami, Konklawe i Kompletnie nieznany z 8 nominacjami czy Anora z 6 nominacjami. Imprezę poprowadził amerykański komik Conan O’Brien.


Monolog otwierający Conana O'Briena był solidny i w jego stylu balansującym na granicy zażenowania, ale zazwyczaj nieprzekraczającym jej dzięki naturalnemu urokowi i auto-ironii tego komika, który lubi absurd i groteskę, ale dzięki swej charyzmie potrafi zapanować nad tym bałaganem. Personalne wycieczki i wtręty polityczno-społeczne zostały ograniczone do minimum, w zasadzie do jednego żartu, w którym Adam Sandler przyszedł na galę ubrany w dres i musiał opuścić audytorium, a niektórzy z bardziej wojujących celebrytów i komików prowadzących galę w latach poprzednich z pewnością nie powstrzymaliby się od ostrzejszego ataku w administrację sprawującą władzę w USA oraz popierającą ją większą część społeczeństwa, którym Hollywood zwykło gardzić w sposób coraz mniej zawoalowany.


Sama gala jednak była stosunkowo nudnawa i przewidywalna, pozbawiona widowiskowych momentów godnych zapamiętania. Conan pojawiał się rzadko, zaś jego żarty były niezbyt częste i starały się nie ingerować w przebieg samej ceremonii i celebracji, choć na uwagę zasługuje jego żart, w którym przywołuje Kendricka Lamara mówiącego o pedofilskich inklinacjach Drake’a żywych jeszcze w pamięci amerykańskiej widowni po występie rapera podczas ostatniego SuperBowl. Miałem tutaj większy apetyt na występ Conana, który starał się grać bezpiecznie do jednej bramki z celebrytami i nie wprowadzać kwasu. Niestety, zgodnie z przewidywaniami też, gala przedłużyła się o ponad 45 minut, niestety nie była przesadnie urozmaicona wyjątkowymi występami scenicznymi, może poza hołdem złożonym serii filmów o Jamesie Bondzie.

Werdykty akademickiego gremium w zdecydowanej większości były przewidywalne, ale zasłużone i w zasadzie ciężko mówić w tym przypadku o jakichś poważniejszych zaskoczeniach. Poziom nominowanych produkcji przeważnie był dobry, choć niektóre kategorie miały o tyle wyrównane stawki, że trudno było wyróżnić wybitną produkcję na tle konkurencji, jak choćby kategorie scenariuszowe.

Wielkim wygranym wieczoru okazała się Anora, autorskie dzieło Seana Bakera, który zgarnął karetę i podniósł wszystkie 4 statuetki, które mógł, czyli za najlepszy film, najlepszą reżyserię, najlepszy montaż i najlepszy scenariusz oryginalny. Osobiście za reżyserię nagrodziłbym Brady’ego Corbeta za Brutalistę, temu też filmowi przyznałbym chyba statuetkę za najlepszy film, ale nie ma co płakać.


Brutalista sięgnął po 3 statuetki, co po pierwszych reakcjach krytyków i niektórych wcześniej przyznawanych nagrodach twórcy tego filmu mogą poczytywać za delikatne rozczarowanie, ale ich dorobek wygląda jednak nieporównywalnie lepiej niż Kompletnie nieznany, który mimo 8 nominacji wyszedł z gali bez ani jednej nagrody. Brutalista został nagrodzony za najlepszą muzykę (Daniel Blumberg) oraz najlepsze zdjęcia (Lol Crawley) i przyjmuję ten werdykt, sam zaś miałbym ciężki orzech do zgryzienia, bo równie solidne wydały mi się kompozycje do Konklawe (Volker Bertelman) czy Dzikiego robota (Kris Bowers), zaś w kwestii zdjęć wcale nie obraziłbym się na nagrodę dla Diuny: Część II (Greig Fraser) oraz Nosferatu (Jarin Blaschke).


W innych kategoriach technicznych statuetkami podzieliły się Diuna: Część II oraz Wicked. Film Denisa Villeneuve’a wygrał z małpami w solidnie obsadzonej kategorii najlepszych efektów specjalnych (pokonując m.in. Better Mana czy Królestwo Planety Małp) i bardzo dobrze, zdobył też laur za najlepsze udźwiękowienie, pokonując dwa musicale (Wicked i Emilia Perez), animowanego Dzikiego robota oraz biografię muzyka, czyli Kompletnie nieznany (który byłby w moim prywatnym zestawieniu na miejscu drugim). 


Wicked zaś zgarnęło nagrody za najlepszą scenografię oraz najlepsze kostiumy i nie jestem rozczarowany, bo były to niewątpliwie mocne elementy tego filmu, ale jakby wygrało choćby Nosferatu to też bym się nie obraził.


Wielkim przegranym można by ogłosić Emilię Perez, bo dwa Oscary z trzynastu to jednak słaby wynik, ale w większości kategorii nie miała w zasadzie żadnych szans i nawet ja, nie oglądając tego filmu, jestem w stanie zgodzić się z nagrodą za najlepszą piosenkę dla El Mal, które wybija się mocno w marketingu tego filmu. Nie będę jednak ukrywał, że tę kategorię mam wyjątkowo w dupie i mógł ją wygrać nawet legendarny Warszawiak z Karasina za utwór „Walencjo” i obeszłoby mnie to tyle samo.


Konklawe zwyciężyło tylko w jednej kategorii, nagrodzono je za scenariusz adaptowany, bazując na powieści Thomasa Harrisa. Ja bym nagrodził Diunę: Część II, ale ona nawet nie uzyskała nominacji mimo tego, że w niezwykle widowiskowy sposób udało się tam bardzo sprawnie dopasować trudny materiał oryginalny na potrzeby sztuki filmowej, realizując historię lepiej i sprawniej niż sam Frank Herbert. Konklawe jednak zasłużyło na swoją nagrodę pocieszenia.


Swoją nagrodę podniosła również Substancja, która dla wielu mogła być czarnym koniem tego wieczoru w większym stopniu niż Konklawe czy Kompletnie nieznany, a otrzymała ją za najlepszą charakteryzację. Jakkolwiek mój stosunek do tego filmu jest ambiwalentny to trudno jest mi dyskutować z werdyktem, choć Nosferatu też był warty docenienia, choć z pewnością nie tak widowiskowy.


W kategorii najlepszych filmów animowanych, powtarzając kilka wcześniejszych sukcesów międzynarodowych, wybrano łotewski Flow. Ja osobiście kibicowałem Dzikiemu robotowi, ale Flow nie oglądałem i może po seansie zmienię zdanie. Warto docenić łotewskich twórców, a Hollywood i Akademia lubią takie historie.


Najlepszym filmem międzynarodowym wybrano brazylijski I’m still here i jest to dla mnie pewne zaskoczenie, bo była to do niedawna kategoria, którą w cuglach miała wygrać Emilia Perez, ale ta upadała i sobie głupi ryj rozwaliła i dobrze. Polsko-duńska koprodukcja Magnusa von Horna, czyli Dziewczyna z igłą, nie miała większych szans na przebicie się w tej stawce, znajdując się daleko w kolejce po nagrody jeszcze między innymi za niemiecko-irańskim Nasieniem świętej figi.


Warto odnotować również te Oscary, które mało kogo interesują i praktycznie nikt nie zwraca na nie uwagi. W kategorii krótkich metraży najlepszą animacją wybrano irańskie W cieniu cyprysu, najlepszym filmem fabularnym wybrano holenderski Nie jestem robotem, a najlepszym dokumentem wybrano amerykańską Pierwszą dziewczynę w orkiestrze, natomiast najlepszym dokumentem pełnometrażowym wybrano palestyńsko-izraelski dokument o wysiedleniach pt. Nie chcemy innej ziemi, którego zwycięstwo było największym politycznie zaangażowanym momentem całej gali. 


Relację z ceremonii zakończymy kategoriami aktorskimi. 20 aktorów z 11 filmów walczyło o 4 statuetki: Brutalista i Kompletnie nieznany miał po 3 reprezentantów, Wicked, Konklawe, Wybraniec, Anora i Emilia Perez po 2 nominowanych, a po jednym mieli Prawdziwy ból, Substancja, I’m still here oraz Sing Sing.


W kategorii aktora drugoplanowego bez żadnych wątpliwości wygrał Kieran Culkin za rolę w Prawdziwym bólu, który kręcony był w Polsce i wieńczy to jego zwycięski marsz przez wszystkie festiwale i nagrody, a jego przemówienie na gali było najlepsze. Szczerze jednak ja bym tę statuetkę przekazał w ręce Guy’a Pearce’a za jego rolę w Brutaliście, a kto wie, czy nie w ręce Jeremy’ego Stronga, niestety jednak nie widziałem Wybrańca. Ale Kieran spoko, więc jest okejka.


W kategorii aktorki drugoplanowej, również zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, wygrała Zoe Saldaña za rolę w Emilii Perez i gdybym obejrzał film to mógłbym wypowiedzieć się bardziej na ten temat. Ja bym nagrodę przyznał Felicity Jones za rolę w Brutaliście, ale nie będę rozdzierał szat nad powszechnie przyjętym konsensusem, że należało się Saldanii, która może wrócić do roli najbardziej dochodowej aktorki w historii kinematografii.


W kategorii aktorki pierwszoplanowej niemal łeb w łeb szły przez długi czas dwie aktorki, czyli Demi Moore za rolę w Substancji oraz Mikey Madison za rolę w Anorze i jakkolwiek ja bym Oscara wręczył Demi, to cieszy mnie również nagroda dla Mikey. Wszyscy, aby nie Emilia Perez i Karol Zofiusz Gaskończyk.


W kategorii aktora pierwszoplanowego poważnych faworytów było trzech, choć z nich Ralph Fiennes jednak stał z boku, a Sebastian Stan mógł być upatrywany jako czarny koń. Gdy Timothee Chalamet zdobył niedawno uznanie Amerykańskiej Gildii Aktorów, wzbudziło to wątpliwości, czy aby nie sprzątnie nagrody nagrodzonemu już 22 lata temu Adrienowi Brody’emu, ale jednak to Brody za rolę w Brutaliście podniósł statuetkę i ja również bym mu ją wręczył. Normalnie kibicowałbym Fiennesowi, ale już po seansie Konklawe nie miałem przekonania, że było w niej coś na tyle wyjątkowego, by przebić się w tym wyścigu, a Brody kompletnie wtopił się ekranowo w Laszlo Totha, wyciągając z roli więcej niż przy okazji wspomnianego już Pianisty. Łzawe przemówienie o górnolotnych kwestiach mogło przerodzić się w tyradę o obecnym stanie USA i świata, ale nasz amerykańsko-żydowski wrażliwiec o polsko-węgierskich korzeniach powstrzymał się od moralizatorstwa i osądzania ludzkości z tronu świata, na jaki usiadł, odbierając statuetkę, więc mogło być gorzej.


Podsumowując, gala była bezpieczna, w większości momentów przewidywalna i trochę bez wyrazu. Gdyby jednak Akademia skręciła na drogę wojny z Trumpem oraz zajmowaniem stanowiska w sprawach polityczno-społecznych, to bym narzekał jeszcze bardziej, więc może lepiej, że zajęli się docenianiem autorskiego kina niezależnego i skupili na żywotności kinematografii jako takiej, która coraz bardziej musi walczyć o uwagę widza ze streamingiem. Więcej oczekiwałem od prowadzącego galę Conana, ale raczej na zasadzie „no był dobry, a mógł być bardzo dobry”. Kibicowałem bardziej Brutaliście, który dużo większe wrażenie wywarł na mnie swoim umiejętnym połączeniem rozmachu i kameralności, sam podjąłbym kilka innych decyzji, ale nie zżymam się na Anorę i Seana Bakera, bo regularnie nagrody wygrywają filmy, które trafiają „punktum” w chwilowy gust publiki, a po kilku latach większość o nich zapomni. Ktoś pamięta jeszcze o filmie CODA? A o Brutaliście ktoś będzie pamiętał, ja na pewno.

P.S. Sean Baker jest pierwszym od 1954 roku człowiekiem, który na jednej gali zgarnął aż 4 Oscary. Poprzednim był sam Walt Disney, który dokonał tego za cztery różne filmy.



FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...