wtorek, 31 grudnia 2024

RECENZENCKI ROZKŁAD JAZDY - STYCZEŃ 2025

 
Nowy rok otwieramy mocnym uderzeniem filmowym oraz kilkoma serialami, z kolei w giereczkowie na ciekawsze premiery trzeba będzie poczekać do lutego. Książkowo też raczej nadrabianie zaległych pozycji z ubiegłego roku niż nowości wydawnicze.


W styczniu w kinach będzie solidny maraton mniej lub bardziej interesujących produkcji upchanych w terminarzu premier. Na samym początku do polskich kin zawita ciepło przyjęty w Ameryce Sonic 3 oraz dramat We Live in Time z Garfieldem i Pugh w rolach głównych. Nieco później obok intrygującej Babygirl w szranki o widzów stanie kuriozalny polski duet Kleks 2 oraz Putin. Patryk Vega powraca w glorii i chwale z ukoronowaniem swej twórczości!

Trzeci weekend stycznia zapowiada się bardzo interesująco, bowiem na ekrany kin wejdzie duński kandydat do Oscara w polskiej koprodukcji, czyli Dziewczyna z igłą oraz biografia Boba Dylana, w którego wcieli się Timothee Chalamet w Kompletnie nieznanym. Dodatkowo otrzymamy horror od twórcy Niewidzialnego mężczyzny, czyli Wilkołaka.


W drugiej połowie stycznia będzie można również zobaczyć animowany Flow o kotku starającym się przetrwać powódź oraz abstrakcyjny Better Man o Robbim Williamsie, a także sequel do Pieprzyć Mickiewicza.

Na koniec szykuje się prawdziwy deser, czyli niezwykle ceniony The Brutalist z Adrienem Brodym, jeden z oscarowych faworytów, a także akcyjniak z Markiem Wahlbergiem pt. 3000 metrów nad ziemią.


W świecie seriali lekki sen zimowy, choć znajdzie się kilka interesujących produkcji. Na pierwszy ogień pójdzie Wzgórze psów, czyli kolejna adaptacja prozy Jakuba Żulczyka. W połowie miesiąca powróci z piątym sezonem animowana Harley Quinn, która jest wysoko oceniania, ale nigdy nie spróbowałem tej wybuchowej produkcji. Przy okazji drugiego sezonu Severance jednak skuszę się już na nadrobienie zaległości. W drugiej połowie miesiąca będzie można również śledzić dalsze losy bohaterów takich seriali jak Nocny agent czy Mythic Quest.



poniedziałek, 30 grudnia 2024

DIUNA: PROROCTWO (2024) - RECENZJA SERIALU

 
Denis Villeneuve w ostatnich latach zachwycił publiczność swoimi dwoma częściami ekranizującymi powieść Franka Herberta pt. Diuna. Warner postanowił kuć żelazo, póki gorące i w oczekiwaniu na ekranizację Mesjasza Diuny przygotował widzom osadzony 10 mileniów wcześniej prequel na podstawie mniej docenionej prozy literackich sukcesorów Herberta.


Serial przez ostatnich kilka lat przechodził produkcyjne piekło nie tylko związane ze strajkiem aktorów, ale dużo wcześniejszych kreatywnych różnic. Początkowo w serial Dune: Sisterhood miał być zaangażowany duet Denis Villeneuve i Jon Spaihts odpowiedzialny za dwa dotychczasowe filmy. Z powodu zbyt małych parytetów kobiecych, do Jona Spaihtsa dokooptowano Danę Calvo jako co-showrunnerkę, a chwilę później Spaihts opuścił projekt. Dana Calvo została wkrótce zastąpiona przez Diane Ademu-John (pracowała wcześniej przy serialach Medium, Anatomia prawdy, The Originals, Imperium). Villeneuve też nie mógł pracować nad serialem, a reżyserią miał zająć się Johan Renck (odcinki Breaking Bad, Wikingowie i przede wszystkim Czarnobyl), jednak i on odszedł w czasie produkcji. Ademu-John również odeszła przed zakończeniem prac nad serialem, choć jej wkład był na tyle znaczący, że uchowała się jako jedna z licznego grona producentów. Samodzielną showrunnerką pozostała Alison Schapker, osoba doświadczona w branży dzięki takim produkcjom jak Czarodziejki, Agentka o stu twarzach, Zagubieni, Fringe, Almost Human, Flash, Skandal, Altered Carbon i Westworld.

Nad scenariuszem, opartym na książce Briana Herberta i Kevina J. Andersona pt. Sisterhood of Dune z 2012 roku pracowali ponadto Suzanne Wrubel (Westworld, Weird City), Elizabeth Padden (Umbrella Academy, The Walking Dead: Nowy świat, Altered Carbon), Kor Adana (Gwiezdne Wojny. Akolita, Mr. Robot), Leah Benavides Rodriguez (Imperium, The Arrangement), Jordan Goldberg (Westworld, pracował też jako pomniejszy producent przy filmach Prestiż, Insterstellar, Incepcja, Mroczny Rycerz i Mroczny Rycerz powstaje), Kevin Lau (Ród Smoka, Westworld, Nierealne, Kraina Lovecrafta), Monica Owusu-Breen (Czarodziejki, Agentka o stu twarzach, Zagubieni, Fringe, Agents of SHIELD, Midnight, Texas, Percy Jackson i bogowie olimpijscy), Carlito Rodriguez (Imperium oraz odcinek The Leftovers). Za reżyserię odcinków odpowiadali ostatecznie Anna Foerster (Outlander, Jessica Jones, Carnival Row, Westworld, Underworld: Wojny krwi), doświadczony Richard J. Lewis (Westworld, Dom grozy: Miasto Aniołów, Impersonalni, The Defenders, CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas i wiele innych) oraz John Cameron (ciekawa persona, bo po odcinku Xeny: Wojowniczej księżniczki oraz Herkulesa miał przerwę od 1998 do 2017 roku, kiedy wyreżyserował odcinek Fargo, a później cztery odcinki Legiona [których był również pełnoprawnym producentem, jak i Severance oraz kilku filmów pokroju Ladykillers, czyli zabójczy kwintet, Zły Mikołaj, Bracie, gdzie jesteś?, Big Lebowski).

Za muzykę odpowiadał Volker Bertelmann, którego tylko w tym roku można było usłyszeć w serialach Dzień Szakala, Hrabia Monte Christo, Social Studies oraz filmach Konklawe i Kruk.


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Serial Diuna: Proroctwo opowiada historię osadzoną dziesięć tysięcy lat przed wydarzeniami książkowej Diuny, około stulecie po zakończeniu jihadu butleriańskiego i pokonaniu myślących maszyn. Ludzkość nadal liże rany po wielkiej wojnie, a Galaktyczne Imperium na dobrą sprawę wciąż się formuje, serial jednak nam o tym nie mówi. W cieniu polityką zaczyna sterować kobiecy zakon później znany jako Bene Gesserit, który wedle własnego tajemniczego planu dąży do koligacji między wysokimi rodami oraz steruje poczynaniami możnych tego świata, z padyszachem imperatorem Javicco Corrino na czele (w tej roli znany i lubiany Mark Strong, który zaliczył w tym roku epizod w Legendzie Vox Machiny oraz Pingwinie, a także filmach Atlas i Godzina ciszy).

Na czele zakonu stoi matka przełożona Valya Harkonnen (w roli starszej wersji Emily Watson, którą można kojarzyć z roli Uliany Chomiuk w Czarnobylu; młodszą wersję zaś gra Jessica Barden, The End of the Fucking World, Układanka, You & me, American Horror Stories), a kontrolę nad zgromadzeniem pomaga jej sprawować jej siostra, matka wielebna Tula Harkonnen (Olivia Williams, The Crown, Nierealne, Ojciec, Odpowiednik, Projekt Manhattan; młodszą jej wersję odgrywa Emma Canning, Nic nie mów, Władcy przestworzy, Domina).

Wśród ich uczennic wymienić można m.in. siostrę Lilę (Chloe Lea), siostrę Theodosię (Jade Anouka), siostrę Jen (Faoileann Cunningham) czy siostrę Emeline (Aoife Hinds) – każda z nich charakteryzuje się nieco innymi predyspozycjami i odegra odmienną rolę w serialowych wydarzeniach, to jednak zbyt mało ciekawe i zbyt skomplikowane, by o tym pisać…

Zakon chce przyjąć w swe szeregi następczynię tronu, księżniczkę Ynez Corrino (Sarah-Sofie Boussnina), która spędza bezproduktywnie czas w pałacu wraz ze swym przyrodnim bratem, księciem Konstantinem Corrino (Josh Heuston) oraz mistrzem miecza, Keiranem Atrydą (Chris Mason), w którym się zakochuje. Niezbyt przychylnie na ten pomysł patrzy cesarzowa Natalya (Jodhi May, znana choćby z roli królowej Calanthe w pierwszym sezonie Wiedźmina), a wpływy Zgromadzenia maleją, gdy na dworze Corrinów pojawia się tajemniczy żołnierz Desmond Hart (Travis Fimmel, najbardziej znany z roli Ragnara Lothbroka w Wikingach), który wykazuje się przebiegłością i tajemniczymi mocami.

Obserwujemy zatem wielorakie intrygi pałacowe i przepychanki między Zakonem a Desmondem Hartem, między Imperium a Rebeliantami, między Imperatorem a wysokimi rodami oraz tymi, którzy chcą słabym imperatorem manipulować, a także intrygi i niesnaski w samym Zgromadzeniu tak współcześnie jak i kilkanaście lat wcześniej, gdy młoda i ambitna Valya Harkonnen przejęła kontrolę w znanym Wszechświecie, ale przeszłość wyciąga po nią ręce i zwiastuje czarne chmury nad losem Zgromadzenia…

Serial ten podczas oglądania wywierał na mnie wrażenie połączenia amazońskiego Koła czasu z netflixowym uniwersum Wiedźmina bardzo mocno inspirowanego ejczbiowską Grą o tron. Podstawowym jednak problemem, poza wieloma pomniejszymi, był chaotycznie pisany scenariusz i widać wyraźnie, jak produkcja ucierpiała na tych wszystkich zmianach personalnych osób odpowiedzialnych za fabułę i prowadzenie narracji (a wszak i aktorsko też nastąpiły zmiany, wszak w trakcie zdjęć z roli zrezygnowały Shirley Henderson jako Tula oraz Indira Varma jako cesarzowa Natalya).

Wykreowano serial ze słabo napisanymi postaciami, które nie potrafiły wzbudzić sympatii widza oraz fatalnymi dialogami, ponadto mając do dyspozycji tak bogaty świat jak Diuna zdecydowano się praktycznie nic nie tłumaczyć, a proste wątki niepotrzebnie komplikować i udziwniać. Serial miotał się od melodramatycznej space opery mydlanej poprzez intrygancki thriller polityczny po young adult dramę na sterydach kosmicznych zakonnic, wszystko to jednak okazywało się mało interesujące na dłuższą metę. Trzeba jednak przyznać, że finały odcinków budowały napięcie, które zmuszało do sięgnięcia po kolejny odcinek...

Ponadto, brakowało serialowi rozmachu w kontekście scenografii, rekwizytów, kostiumów i ogólnej wielkości świata, wszystko bowiem wydawało się bardzo małe i nieciekawe. Serial miał jedynie przebłyski ciekawych momentów i ujęć, w większości przypadków wydając się płaskim. W porównaniu z filmową Diuną brakowało tu polotu zarówno narracyjnego jak i wizualnego, a muzyka Bertelmana również była rozczarowująca.

Wśród aktorów przez moment na początku tylko Travis Fimmel wzbudzał moje zainteresowanie swoim przerysowaniem i tajemniczością, szybko jednak mnie zgubił popadnięciem w jednowymiarowy manieryzm oraz miałkością wątku, pod koniec nieco sympatii zyskała w moich oczach Olivia Williams, pokazując najwięcej człowieczeństwa w swej roli, pozostała reszta to były gadające kukły wygłaszające przemowy, a nie dialogi i nikomu nie kibicowałem.


Podsumowując, aby nie znęcać się niepotrzebnie i nie roztrząsać przykrych szczegółów produkcji, Diuna: Proroctwo to jedno z większych serialowych rozczarowań tego roku ze względu na spory potencjał, który nie został wykorzystany. Nie było może tragedii, ale poprzeczka była zawieszona dużo wyżej, dlatego serial otrzymuje ode mnie ocenę 6/10 i drugi sezon z pewnością obejrzę, ale bez przesadnego oczekiwania i bez miłości. Wierzę jednak, że bardziej spójnie zaplanowany drugi sezon pozbawiony całego bałaganu może okazać się lepszy, póki co jednak Dune: Prophecy stoi na poziomie Pierścieni Władzy w uniwersum Władcy Pierścieni.




niedziela, 29 grudnia 2024

SECRET LEVEL (2024) - RECENZJA SERIALU

 

Twórca Love, Death and Robots postanowił stworzyć kolejny antologiczny serial animowany, tym razem zaprzęgając do nowego projektu twórców mających przedstawić widzom historie osadzone w różnych uniwersach pochodzących z gier komputerowych. Jak wypadła intermedialność tego dzieła i które odcinki podobały mi się najbardziej?


Za Ukrytym poziomem stoi showrunner Tim Miller, który poza Miłością, śmiercią i robotami zasłynął również jako reżyser Deadpoola (był to jego debiut pełnometrażowy) oraz filmu Terminator: Mroczne przeznaczenie. Głównym reżyserem koordynującym odcinki był Dave Wilson, który poza odcinkiem Love, Death and Robots nakręcił również film Bloodshot, działał również w dziale animacji i efektów specjalnych z ramienia Blur Studio (założonego przez Millera w 1995 roku) przy takich produkcjach jak gry Warhammer 40,000: Dawn of War, Company of Heroes, Halo Wars, Mass Effect 2, Star Wars: The Force Unleashed II, Star Wars: The Old Republic, BioShock Infinite, The Elder Scrolls Online, The Division oraz filmie Avengers: Czas Ultrona.


Serial ukazał się w dwóch częściach, w pierwszej dominował pesymistyczny, przygnębiający nastrój, a odcinki w drugiej części charakteryzowały się mniej mroczną narracją. Za produkcję 15 odcinków (których realny czas trwania oscylował między 5 a niemal 20 minut) odpowiadało 7 studiów: Blur Studio z USA, Unit Image z Francji, Digic Pictures z Węgier, Illusorium z Hiszpanii, Goodbye Kansas Studios ze Szwecji, Axis Studios ze Szkocji i Platige Image z Polski.

Odcinki poświęcone różnym grom w odmienny sposób podchodziły do tematu przekazania widzowi game-playu oraz fabuły, często skupiając się jedynie na pewnym szkicu fabularnym i wycinku esencji konkretnej gry. Krótki metraż nie pozwalał wszystkim zagłębić się w charakter postaci, to co jednak na ogół prezentowały było zadowalające.


*

Pierwszy odcinek był poświęcony systemowi Dungeons and Dragons (nie będąc bezpośrednio ekranizacją konkretnej gry, a systemu D&D i świata), a stworzyli go Maxime Luère, Léon Bérelle, Dominique Boidin, Rémi Kozyra z francuskiego Unit Image. W odcinku obserwujemy grupę awanturników, którzy z rąk wyznawców Kultu Smoka uwolnili przeznaczonego na ludzką ofiarę młodzieńca Solona. Dostrzegając w nim objawy opętania, próbują dostarczyć go do potężnego Oriela, który może mu pomóc oraz powstrzymać depczących im po piętach kultystów. Nie wszystko idzie jednak po ich myśli, a zmierzyć się będą musieli z dużo poważniejszym zagrożeniem niż im się zdawało…

Odcinek był bardzo przyjemny, wyglądał świetnie i zadowalał widza solidną dawką akcji. Bohaterowie zostali nakreśleni dość stereotypowo, ale wszystko składało się na przyjemną całość i zawierało w sobie odpowiedni gatunkowi poziom epickości, dlatego odcinek oceniłem na 7,5/10 jako fan tego uniwersum.

*

Drugi odcinek związany był z grą Sifu, a za jego powstanie odpowiadał László Ruska z węgierskiego Digit Pictures. Obserwujemy w nim losy chińskiego wojownika MC, który idzie śladem bandytów, którzy zabili jego ojca. Mistrz sztuk walk ma jednak nie tylko zdolności pozwalające mu wykazać się w solidnej bijatyce – za każdym razem, gdy przeciwnicy go zabiją, powraca do życia kosztem kilku lat życia. W rezultacie, w finałowej walce z szefem gangu odpowiedzialnym za śmierć ojca, jest już starcem napędzanym tylko zemstą…

Gra mi nie znana, ale odcinek zrobił wrażenie ciekawym ukazaniem akcji i sprawnie zawiązaną historią oraz nieco odmiennym stylem animacji. W krótkim czasie autorom udało się przekazać wiele drobnych elementów budujących świat i bohatera, dlatego ten odcinek również oceniam na 7,5/10.

*

Trzeci odcinek ukazuje widzowi świat gry New World i stworzony został ponownie przez zespół z Unit Image. Opowiada on o przygodzie króla Aelstroma (Arnold Schwarzenegger), który płynął na czele swej floty na podbój nowych ziem, jednak w wyniku sztormu rozbił się na legendarnej wyspie Aeternum, na której każdy jest nieśmiertelny. Z całej jego załogi został jedynie jednoręki doradca imieniem Scaevola (Steven Pacey). Aelstrom, żądny podboju, wyzywa na pojedynek króla tej wyspy, Zima (Gabriel Luna), jednak w serii różnorodnych starć zostaje pokonany i celem sięgnięcia po koronę zdecyduje się na demoniczną pomoc. Czy ta jednak przyniesie mu to, czego pragnie jego serce?

Odcinek jako jeden z nielicznych w tym sezonie wypełniony czarnym humorem, tworząc nieoczywistą relację między bohaterami Aelstroma i Scaevoli. Utrzymany w nieco mniej przygnębiającym i mrocznym klimacie, miał w sobie nieco więcej w zakresie przemiany bohatera i również przypadł mi do gustu, oceniam go zatem na 7/10.

*

Czwarty odcinek to gra Unreal Tournament i jego autorem był Franck Balson z Blur Studio. Osadzony w świecie, w którym roboty wykorzystywane bezlitośnie przez ludzi do prac górniczych w kosmosie podjęły próbę buntu, który został spacyfikowany. Za karę roboty, którym przewodzi Xan zwiastujący przebłyski samoświadomości i wyższej inteligencji, zostają wysłane na arenę, a ich celem zostaje przysporzenie rozrywki publiczności obserwującej ich zmagania i dziesiątkowanie przez żadnych emocji i wyzwania awanturników. Ludzie nie są jednak świadomi potencjału maszyn, a Xan staje się symbolem oporu wobec opresji.

Bardzo dobry odcinek, który bardzo szybko chwycił mnie swoim klimatem i prezentowaną akcją. Fabularnie prosty, ale pozwalający sympatyzować z tymi słabszymi, tłamszonymi przez bezduszną korporację. Oceniłem odcinek na 8/10.

*

Piąty odcinek osadzony został w uniwersum Warhammera 40k, a za jego stworzenie odpowiadał Dave Wilson z Blur Studios. Opowiadał on o misji, jaka została przydzielona samobójczemu oddziałowi Space Marines, którzy za zadanie mieli zniszczyć relikt kultystów Chaosu. Dzielna ekipa zabijaków musiała przedrzeć się przez hordy wroga oraz zmierzyć się ze swoim największym strachem, a na taką konfrontację potrzebny był wyjątkowy żołnierz…

Fantastyczny odcinek, w którym małą ilość dialogu nadrabiały świetne prowadzenie narracji poprzez akcję oraz kapitalne wizualia i ciężki klimat świata Warhammera. Z niecierpliwością czekam na adaptację przygotowywaną przez Henry’ego Cavilla, tymczasem odcinek ten uzyskał ode mnie 8,5/10.

*

Szósty odcinek stanowiący interpretację gry Pack-man autorstwa Victora Maldonado i Alfredo Torresa z hiszpańskiego Illusorium prezentował nieco inny styl artystyczny i podejście do tematu. Pokazywał nam historię pozbawionej wspomnień istotny, która obudziła się w podejrzanym kompleksie w głuszy, powitana przez unoszącą się w powietrzu kulę. Kula ta towarzyszyła naszemu bezimiennemu bohaterowi, racząc go kilkoma radami pomagającymi mu przetrwać w bezlitosnym, brutalnym świecie, w którym przetrwa najsilniejszy, a celem jest wydostanie się z tej pułapki. Jaki jednak cel przyświeca lewitującej kuli?

Intrygująca produkcja, tajemnicza i niosąca elementy psychologicznego survival-horroru, stanowiła ciekawe urozmaicenie w stosunku do nieco bardziej standardowych ekranizacji innych gier. Z pewnością wywołać może odmienne reakcje publiki, ja jednak oceniam odcinek pozytywnie na 7/10.

*

Siódmy odcinek dotyczący gry strzelankowej Crossfire został stworzony przez Damiana Nenowa z polskiego studia Platige Image ukazuje nam sytuację, w której dwie grupy komandosów rywalizują między sobą na śmierć i życie. Jedna z drużyn ma dokonać ekstrakcji VIPa opiekującego się tajemniczą walizką, druga ma za cel odbić przesyłkę, obie zaś twierdzą, że stoją po tej dobrej stronie barykady…

Odcinek posiada mniej fabuły, a skupiony jest na zaprezentowaniu różnorodnej akcji angażującej wiele typów broni i walki, co nie każdemu może przypaść do gustu. Z pewnością jednak wizualnie robi wrażenie poprzez fotorealistyczną grafikę i mnie wciągnął na tyle, że oceniam go na 7,5/10.

*

Ósmym odcinkiem, ostatnim w pierwszej części sezonu, było Armored Core wyreżyserowane ponownie przez Dave’a Wilsona z Blur Studio. Śledzimy tam losy wzmocnionego cybernetycznie i wyposażonego w moduł ze sztuczną inteligencją mężczyznę zwanego augiem i stojącego na uboczu społeczeństwa (Keanu Reeves). Jest on pilotem mecha, a dodatkowe wzmocnienia zapewniają mu dużo większą sprawność bojową, co przydaje mu się w walce z rywalizującymi o zasoby innymi pilotami.

Świetny odcinek łączący w sobie ciekawe motywy sci-fi, sporą dawkę nieźle zaserwowanej akcji oraz mroczny, psychologiczny wątek głównego bohatera sprawiły, że w moim odczuciu był to jeden z lepszych odcinków serii. Oceniam na 8/10 i z chęcią dowiedziałbym się więcej o tym świecie i tym bohaterze.

*

Dziewiąty odcinek, otwierający drugą część sezonu, eksplorował uniwersum gry The Outer Worlds, prezentując nam podróż do dziwnego świata pełnego czarnego humoru. Opowiada nam o losie Amosa, sieroty zbierającej złom na trzeciorzędnej planecie, którego optymizm pozwalał mu przeżyć w trudnych warunkach. Zgłasza się on do programu testowania specyfików opracowywanych w korporacji medycznej Cioteczka Cleo, bowiem tam jako naukowiec dostała się jego przyjaciółka Felicity, w której się zakochał. Bycie królikiem doświadczalnym pozbawia go większości kończyn, tworząc z niego cyborga, ale w końcu umożliwia spotkanie z przyjaciółką. Rzeczywistość okazuje się dużo trudniejsza, gdy Amos uświadamia sobie, jakie idee przyświecają naprawdę Felicity…

Solidny odcinek, prezentujący barwny świat utrzymany w retro-futurystycznym stylu i grafice na wysokim poziomie, oferujący przede wszystkim osobliwy humor i ciekawą relację bohaterów. Wybija się pozytywnie zwłaszcza w porównaniu z resztą odcinków zaserwowanych w tym rzucie, dlatego oceniam na 7,5/10.

*

Dziesiąty odcinek pokazuje nam genezę Mega Mana, a jego autorem był Alex Beaty z hiszpańskiego Illusorium. Najkrótszy odcinek serii, bo zaledwie oferujący widzowi 4-5 minutowy seans opowiada o tym, w jaki sposób robo-chłopiec Rock stworzony przez Doktora Lighta stał się Mega Manem walczącym z zagrożeniami stojącymi przed mieszkańcami Mega City. Krótki, nudny, pozbawiony ciekawych elementów, do zapomnienia. 4/10.

*

Jedenastym odcinkiem z serii był ten poświęcony grze Exodus: Odyssey, a reżyserem ponownie był Alex Beaty. Widz obserwuje losy Nicka Hansona, mechanika na mroźnej planecie Lindon, który wyrusza w szaleńczą podróż celem uratowania swej córki, która uciekła z poznanym awanturnikiem Rafaelem celem odszukania artefaktów po upadłej kosmicznej cywilizacji. W wyniku dylatacji czasu starzeją się w różnym tempie, toteż gdy w końcu ojciec odnajduje córkę, ta już nie jest tą samą osobą…

Dobry odcinek osadzony w ciekawym uniwersum, oferującym interesujący koncept rodem z Interstellar Christophera Nolana. Niestety brakowało trochę ciekawszego zarysowania bohaterów, bowiem brakowało mi głębszego zaangażowania w ich losy. Odcinek oceniam na 7/10, ale potencjał był według mnie większy.

*

Dwunasty odcinek poświęcony został grze Spelunky, a jego autorką była Emily Dean z Illusorium. Utrzymany w innej, bardziej rysunkowej stylistyce, skupiał się bardziej na przedstawieniu game-playu arcadowej gry z 2008 roku polegającym na eksploracji ciągu jaskiń i ruin oraz odnajdowaniu ukrytych tam skarbów. Trick polega na tym, że po śmierci bohatera wraca on do życia, a tor przez jaskinie zupełnie się zmienia, nasza bohaterka odkrywa jednak, że nie przejście jaskini jest celem, a przeżyta przygoda.

Nienajgorszy odcinek, jednak poprzez artystyczny wybór odstający wizualnie od reszty, a fabularnie prosty i mało angażujący. W moim odczuciu można było zdecydować się na jakąś ciekawszą grę z bardziej interesującym światem lub bohaterem. Oceniam na 6/10.

*

Trzynastym odcinkiem był ten osadzony w świecie gry Concord, nad którą Sony pracowało przez 8 lat, jednak gracze odrzucili ten projekt, na który wydano setki milionów dolarów, a serwery gry wyłączono po zaledwie niespełna dwóch tygodniach. Autorem odcinka był Patrick Osborne ze szkockiego Axis Studios. Odcinek opowiada nam o przygodach drużyny kosmicznych Freegunnerów, czyli awanturników i łowców przygód. Kapitan załogi została pojmana przez Gildię kontrolującą podróże i trasy międzygwiezdne za wykradzenie drogocennego chipu zawierającego niezwykle wartościowe informacje. Jej załoga, złożona z ekstrawaganckich indywiduów, próbuje odbić ją z rąk oprawców, nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem, a uciekający Freegunnerzy będą musieli zaryzykować wiele, by uciec obławie…

Pomimo iż gra nie spotkała się z ciepłym przyjęciem i umarła, nim światło dzienne ujrzał te odcinek, oglądało mi się go całkiem przyjemnie i miał on ten vibe Strażników Galaktyki, który lubię. Kolorowy i zabawny, ze zwrotami akcji, dawał odrobinę frajdy w tym ponurym świecie, dlatego odcinek oceniam na 7/10.

*

Czternastym odcinkiem był poświęcony chińskiej mobie Honor of Kings, którego autorem był Csaba Vicze z Digit Pictures i który nijak nie wyglądał jak adaptowana gra. Obserwujemy Yi Xing, młodego sierotę kroczącego ulicami żywego mechanicznego miasta Tiangong sterowanego sztuczną inteligencją. Bohater ma zamiar rzucić wyzwanie Tiangongowi, obwiniając go o śmierć rodziców, a same miasto bowiem w jego opinii rozpada się i nie działa tak, jak powinno, stanowiąc zagrożenie dla mieszkańców. Tiangong na progu swego pałacu przybiera formę dostojnego starca i zaprasza Yi Xinga w swe progi, oferując mu możliwość przejęcia władzy nad miastem, jeśli ten pokona go w grze go. Tiangong, wszechwiedząca maszyna przewidująca przyszłość, odkrywa przez Yi Xingiem swe tajemnice i pokazuje mu, w jakich okolicznościach zginęli jego rodzice, co zmienia percepcję młodzieńca.

Odcinek interesujący swoją estetyką i filozoficznymi przemyśleniami, wybijał się tym spośród innych oferowanych w tej antologii. Głębsza rozkmina ukryta pod warstwą wizualiów, zupełnie odmienna od miałkiej gry, na której bazowała, zasłużyła według mnie ocenę 7/10.

*

Piętnasty, ostatni odcinek pierwszego sezonu Secret Level, osadzony został w świecie „Playtime” stanowiącym promocję różnych produkcji spod szyldu Sony Play Station takich jak Helldivers 2, Shadow of Colossus czy God of War, prezentując wartką akcję pozbawioną głębszej narracji i stanowiącą najbardziej ze wszystkich dotychczasowych odcinków formę promocji konkretnego produktu. Odcinek był średni, choć animacja dynamiczna i miła dla oka, toteż odcinek otrzymuje ode mnie 5,5/10.  

*


Podsumowując, Secret Level to antologia oferująca kilka świetnych historii, kilka solidnych, kilka średnich i kilka słabszych, finalnie jednak cały projekt zasługuje na uwagę i wart jest poświęcenia mu czasu. Niektórym odcinkom brakuje czasu, by złapać wiatr w żagle, ale starają się nadrobić wysoką jakością wykonania i klimatem. Pierwszy sezon Secret Level otrzymuje ode mnie 7/10 i z chęcią zobaczę, co twórcy szykują w sezonie drugim.



piątek, 27 grudnia 2024

WICKED (2024) - RECENZJA FILMU

 

Jednym z najbardziej widowiskowych filmów roku zapowiadano ekranizację jednego z najpopularniejszych w historii broadwayowskich musicali. Czy w Wicked było wystarczająco dużo magii, aby nawet mi, stroniącemu od śpiewania w filmach, spodobała się ta historia? Czy warto czekać na drugą część?


Wicked to kinowa wersja musicalu o tym samym tytule, który na Broadwayu premierował 30 października 2003 roku, do którego piosenki i muzykę napisał Stephen Schwartz, muzyk nagrodzony Oscarami i Złotymi Globami m.in. za Pocahontas czy Dzwonnika z Notre-Dame. Scenariusz musicalu był autorstwa Winnie Holzman, która oparła sztukę na podstawie powieści Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu napisanej przez Gregory’ego Maguira w 1995 roku. Książka natomiast ukazuje perspektywę antagonistki książki Czarnoksiężnik z Krainy Oz autorstwa Lymana Franka Bauma z 1900 roku. Mamy więc do czynienia z „przekładem czwartego stopnia” w kontekście klasycznego dzieła.

Za reżyserię odpowiada Jon M. Chu, który karierę zaczynał od filmu Step up 2 i wiele z jego późniejszych filmów nosiła znamiona musicali albo zawierających znaczące elementy taneczno-śpiewane. W późniejszym jego dorobku należy wyróżnić m.in. G.I. Joe: Odwet, Iluzja 2, Bajecznie bogaci Azjaci, In the Heights: Wzgórza marzeń. Scenariusz napisała Dana Fox (Co się zdarzyło w Las Vegas, Raj dla par, Ben and Kate, Jak to robią single, Cruella, Zaginione miasto czy serial Home Before Dark) przy wsparciu Winnie Holzman.


W filmie wykorzystano muzykę i piosenki Schwartza, kompozytorem ścieżki dźwiękowej był natomiast John Powell, w którego bogatej filmografii wyróżnić można m.in. liczne animacje takie jak serie Shrek, Kung Fu Panda, Jak wytresować smoka, Epoka lodowcowa (poza pierwszą częścią), a wśród filmów aktorskich choćby seria o Jasonie Bournie, X-men 3: Ostatni bastion, Pan i Pani Smith, Jumper, Hancock). Autorem zdjęć była Alice Brooks, która z Chu współpracowała przy okazji In the Heights, Home Before Dark czy Legion Niezwykłych Tancerzy, a ponadto ma na koncie także ciepło przyjęty tick, tick... Boom! czy The Walking Dead: Red Machete.


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film opowiada o relacji łączącej Elphabę (Cynthia Erivo, nominowana do Oscara za rolę w Harriet, ponadto Źle się dzieje w El Royale, Wdowy, Pinokio [wersja Roberta Zemeckisa z 2022] czy seriale Carrier i Genius), która później stanie się tytułową Złą Czarownicą oraz Galindę (Ariana Grande, popularnej piosenkarce, którą można było już widzieć na ekranach przy okazji Nie patrz w górę). Elphaba, od urodzenia zielonoskóra córka gubernatora Manczkinlandii, od zawsze była obiektem szyderstw i niechęci również za sprawą magicznych predyspozycji, których nie potrafiła opanować. Wbrew swym planom została przyjęta do Uniwersytetu Shiz, gdzie miała zaopiekować się tylko swoją poruszającą się na wózku inwalidzkim siostrą Nessarosą (Marissa Bode), jej potencjał dostrzegła jednak rektorka uczelni, Madame Morrible (Michelle Yeoh, w ostatnich latach Duchy w Wenecji, Wiedźmin: Rodowód krwi, Shang-chi i legenda dziesięciu pierścieni i przede wszystkim Wszystko wszędzie naraz, za który to dostała Oscara).

Na studiach los Elphaby przecina się z perypetiami Galindy, gdy te zostają współlokatorkami. Postacie o zupełnie przeciwnych charakterach początkowo prowadzą niewypowiedzianą wojnę, nie potrafiąc się porozumieć i dopasować. Sytuacja zmienia się, gdy na uczelnię trafia wzbudzający sensację bawidamek książę Fiyero (Jonathan Bailey, Bridgertonowie, Towarzysze podróży, W1A, Broadchurch, Jack Ryan), a wszyscy pod jego wpływem dostają kociokwiku, zaś splot wydarzeń sprawia, że Elphaba i Galinda zbliżają się do siebie i zostają przyjaciółkami (o nadal trudnej do przewidzenia dynamice relacji).

Innym wątkiem jest pogarszająca się rola zwierząt w Oz, zwłaszcza po tym, jak wykluczony z uczelni zostaje ostatni animalistyczny wykładowca, kozioł nauczający historii, doktor Dillamond (Peter Dinklage, Tyrion z Gry o Tron). Elphaba, czując więź z prześladowaną mniejszością, pragnie pomóc potrzebującym, jednak wezwana zostaje do Szmaragdowego Miasta na zaproszenie samego Czarnoksiężnika (Jeff Goldblum, którego przedstawiać nie trzeba). W podróż z nią wybiera się również Galinda, nie wszystko jednak okaże się w stolicy być takie, jak sobie wyobrażały, a obie dziewczyny będą musiały wybrać stronę w nadchodzącym konflikcie.


Film wypada zaskakująco dobrze pod względem realizacji, a na wysokim poziomie stoją kostiumy, rekwizyty, scenografie i cała warstwa wizualna. Barwna produkcja wykonana jest gustownie i nie wpada w kicz oraz plastikowość. Dużą siłą filmu jest również wartkie tempo wypełnione piosenkami i towarzyszącym im tańcem, utrzymując dzięki choreografii uwagę widza i nie pozwalając mu na nudę.

Dobrze wypadają główne bohaterki – co do Erivo nie było wątpliwości, że będzie mogła wykazać się swoim aktorskim potencjałem, zaskakująco pozytywnie zaprezentowała się jednak Ariana Grande, która choć odgrywała stereotypowy charakter, to nie brakowało jej charyzmy i wprowadzała niezbędną pompatycznej historii komedię. Nieco słabiej niestety wyglądało to na drugim planie, gdzie brakowało wyrazistych bohaterów – lekki plus można zapisać przy Jonathanie Baileyu w roli Fiyero, który wprowadził dynamizm do historii i sam przeszedł przemianę, minus przy Michelle Yeoh, która miała znikomą rolę i pojawiała się na ekranie incydentalnie, mało czasu również dostał Jeff Goldblum jako Czarnoksiężnik, choć nadrabiał charyzmą.

Nawet piosenki, które w filmie występowały często i gęsto, nie popsuły mi seansu, choć jakby było ich mniej, to dla mnie byłoby korzystniej – jednak widziały gały co brały i trudno od musicalu wymagać, żeby nie było tam piosenek, tańców, hulanek i swawoli.

Fabularnie natomiast film wygrywał skomplikowaną relacją Elphaby i Galindy, wątek sytuacji w Oz bowiem budowany był powoli i niespiesznie, rzucając dopiero na koniec w widza wyjaśnieniami, kto stoi za całym zamieszaniem i jaka jest prawdziwa intryga. Rozwinięcie tego zobaczymy pewnie w większym stopniu w części drugiej, według mnie brakowało jednak szerszego zarysowania kontekstu już teraz.


Podsumowując, Wicked to nadspodziewanie solidna produkcja w gatunku, za którym nie przepadam, ale potrafię docenić jakość produkcyjną i czysty fun z tego, co działo się na ekranie. Część pierwsza Wicked otrzymuje ode mnie 7,5/10 i wcale nie dziwi mnie tak pozytywne przyjęcie filmu zarówno wśród krytyków jak i przez publiczność, najwidoczniej w Internecie wygrał zielonoskóry solidaryzm, który powstrzymał trolli przed review bombingiem filmu. Z chęcią natomiast wybiorę się na drugą część, by poznać dalsze losy Elphaby i Galindy.


czwartek, 26 grudnia 2024

KRAVEN ŁOWCA (2024) - RECENZJA FILMU

 

SSU, czyli Sony’s Spider-men Universe uraczyło nas już kilkoma produkcjami pozbawionymi obecności samego Człowieka-Pająka, a najbardziej prominentną była seria o Venomie. Jakość tych filmów pozostawiała wiele do życzenia, a wedle różnych doniesień ostatnim (przynajmniej na jakiś czas) ma być film poświęcony Kravenowi Łowcy.


Za reżyserię filmu odpowiadał J.C. Chandor, który w swej niezbyt bogatej filmografii zapisać może sobie dość dobrze przyjęte filmy Chciwość, Wszystko stracone, Rok przemocy czy Potrójna granica w gwiazdorskiej obsadzie. Za scenariusz odpowiadali Richard Wenk (seria Equilizer, Niezniszczalni) oraz duet Art Marcum i Matt Holloway  (Iron Man, Punisher: Strefa wojny, Transformers: Ostatni rycerz, Men in Black: International, Uncharted).


Autorem zdjęć do filmu był Ben Davies, mający na koncie kilka ciekawych filmów, w tym Hannibal. Po drugiej stronie maski, Gwiezdny pył, Kick-Ass, Gniew Tytanów, Strażnicy Galaktyki, Avengers: Age of Ultron, Doktor Strange, Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, Kapitan Marvel, Dumbo, Cry Macho, Eternals, Duchy Inisherin, King's Man: Pierwsza misja. Za muzykę odpowiadali Benjamin Wallfisch (ostatnio choćby Twisters czy The Flash, wcześniej m.in. Niewidzialny człowiek, Shazam!, Dunkierka, Zniewolony, Robin Hood) oraz bracia Evgueni i Sacha Galperine (ostatnio Reniferek, Becoming Karl Lagerfeld, Sceny z życia małżeńskiego, ale także polskie Boże Ciało czy Skłodowska z Rosamund Pike).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film opowiada o losach Sergeia Kravinoffa (Aaron Taylor-Johnson, ostatnio m.in. Kaskader i Bullet Train, wcześniej choćby Avengers: Czas Ultrona, Godzilla czy Kick-Ass), syna rosyjskiego szefa mafii Nikolaia Kravinoffa (Russell Crowe, jego przedstawiać nie trzeba), którego pasją jest polowanie na dzikie bestie. Sergei wychowany wraz z młodszym przyrodnim bratem Dmitrim (Fred Hechinger, w tym roku można go było widzieć w Gladiatorze II czy Nickel Boys) w szkole z internatem i z dala od matki, nie ma najlepszych relacji z despotycznym ojcem afirmującym tylko siłę. Po śmierci matki ojciec zabiera synów na safari, podczas którego młody Sergei (grany przez Leviego Millera) niemal umiera podczas ataku ogromnego lwa, próbując osłonić młodego Dmitriego (granego przez Billy’ego Barratta). Uratowany zostaje dzięki magicznemu mambo-jambo wykonanego przez młodą Calypso (Diaana Babnicova), która przypadkiem dostała od babci, afrykańskiej czarownicy, wskrzeszający lek. Specyfik dał Sergeiowi również nadludzką siłę, szybkość i wyostrzone zmysły, tworząc z niego niezwykle skutecznego wojownika i drapieżnika. Gdy Nikolai oferuje synowi uczynienie go swoją prawą ręką i następcą przestępczego imperium, Sergei ucieka z ich angielskiej posiadłości na Syberię, pozostawiając słabego Dmitriego pod kuratelą ojca.

Sergei odkrywa swoje moce i zaczyna wykorzystywać je celem polowania na ludzi parających się kłusownictwem i zabijaniem zwierzyny dla zabawy, później jednak pod pseudonimami Kraven oraz Łowca rozszerza swoją działalność na innych złodupców, którzy wpadną na jego listę. Odnajduje również starszą już Calypso (Ariana deBose, Hamilton, West Side Story, Wish, Argylle – Tajny szpieg), która dzięki pracy w renomowanej londyńskiej kancelarii zna wielu szemranych typów i ma szerokie kontakty w półświatku. W tym czasie do walki o wpływy na przestępczym rynku pragnie wejść Aleksei Systevich (Alessandro Nivola, Brutalista, Amsterdam, Wszyscy święci New Jersey, Selma, American Hustle, Gol!), który w branży nosi pseudonim Rhino, prawdopodobnie dlatego, że potrafi przemienić się w nosorożca. Rhino rzuca wyzwanie Nikolaiowi, porywa Dmitriego, a tropem Kravena podąża posiadający niezwykłe umiejętności zabójca Obcokrajowiec (Christopher Abbott, Biedne istoty, Pierwszy człowiek, Rok przemocy, Vox Lux).


Kraven The Hunter to film opierający się na charyzmie Aarona Taylora-Johnsona, który dwoi się i troi, żeby zapewnić widzowi rozrywkę, niestety jest w tym osamotniony, bo cały drugi plan jest wypełniony karykaturalnymi albo płaskimi postaciami bez żadnej głębi, które nie wzbudzają żadnej sympatii, respektu czy zainteresowania. A do tego wszystkiego dostajemy jeszcze poszatkowaną fabułę stanowiącą zlepek luźno powiązanych narracyjnie ze sobą scen wypełnionych suchą ekspozycją. Głupoty scenariuszowe i dziwne decyzje fabularne wymieniać można by długo i na tym polu, obok miałkiej konstrukcji bohaterów, film cierpi najbardziej.

Nie jest najgorzej pod względem scen akcji, bo Taylor-Johnson wygląda przekonująco w roli szybkiego, silnego koksa, który potrafi zabić gołymi rękami albo przy użyciu najróżniejszych przedmiotów, które akurat znajdują się pod jego ręką. Film jest brutalny i dynamiczny, oferując nam sporo mniej lub bardziej ciekawych sekwencji walki i pościgów.

Nie wypełnia to jednak dziur logicznych i mielizn, które ukazuje nam ta produkcja. Na specjalną uwagę zasługuje rola Rhino, opatrzona jednozdaniowym backgroundem i minimalnym wytłumaczeniem. Antagonista filmu grany jest przez Nivolę karykaturalnie za pomocą dziwnych, irytujących manieryzmów, co wywoływało mój niezamierzony przez twórców śmiech na sali. Również karykaturalnie, ale nieco mniej irytująco, prezentował się Russell Crowe jako rosyjski boss mafii. Lepiej pod tym względem prezentował się antagonista drugoplanowy, czyli Obcokrajowiec, niestety nie było go na ekranie zbyt dużo (a scenarzyści w jego przypadku również byli bardzo enigmatyczni). W zasadzie jedyna rola kobieca w tym filmie, czyli Calypso, była czysto pretekstowa i służyła scenarzystom jako wytrych fabularny, a Ariana deBose była po prostu nijaka, czyli mogło być gorzej…


Podsumowując, Kraven Łowca to nie był udany film. Scenariusz był do bólu pretekstowy, a historia naciągana. Bohaterowie kuriozalni i nie ratował tego nawet Aaron Taylor-Johnson, który był jedynym jasnym elementem produkcji. Kraven mógł sprawdzić się jako bohater drugoplanowy w większym filmie, tutaj albo brakowało na niego jednorodnego pomysłu, albo twórcy pomysł mieli, tylko słaby. Kraven Łowca otrzymuje ode mnie 5/10 i to tylko dzięki głównemu bohaterowi, reszta była mizerna. Oczekiwania jednak nie były wygórowane, choć więcej można się było spodziewać po twórcach stojących półkę wyżej od tych stojących za Morbiusem czy Madame Web.



poniedziałek, 23 grudnia 2024

WŁADCA PIERŚCIENI: WOJNA ROHIRRIMÓW (2024) - RECENZJA FILMU

 

W ostatnim czasie studio Warner Brothers postanowiło na nowo otworzyć swoje filmowe tolkienowskie uniwersum, a pierwszym projektem, który ujrzał światło dzienne stał się film anime o losach króla Rohanu Helma Hammerhanda. Czy film ten udanie przetarł szlak nadchodzącym produkcjom, czy też bazował jedynie na nostalgii?


Za reżyserię filmu odpowiadał Kenji Kamiyama, który w Japonii znany jest głownie z pracy nad takimi uniwersami jak Ghost in the Shell, Ultraman czy Cyborg 009, a także Blade Runner: Black Lotus. Za scenariusz odpowiadał niezbyt doświadczony zespół, w skład którego wchodzili: duet Jeffrey Addiss i Will Matthews mający na koncie Ciemny kryształ: Czas buntu i Life in a Year, a także duet Arty Papageorgiou i Phoebe Gittins, którzy przed kilkunastoma laty stworzyli film The Sorrows, a panna Gittins znana jest nadal najbardziej z tego, że jest córką Philippy Boyens, która z Peterem Jacksonem współpracowała nad wieloma jego projektami jako scenarzystka czy producentka, głównie w uniwersum Śródziemia.


Za muzykę odpowiadał Steven Gallagher, który pracował wcześniej już przy Hobbitach, Dystrykcie 9 czy Avatar: Istota wody, nie był jednak kompozytorem muzyki tych filmów.

Film powstał z dwóch powodów – po pierwsze i przede wszystkim studio musiało zrobić jakikolwiek film z uniwersum celem zachowania praw do marki. Po drugie, twórcy chcieli odgrzać stary kotlet przyprawiony „współczesną wrażliwością uśmiechniętego społeczeństwa Zachodu”, aby zdobyć glorię chwały i rozbić box-office…

Wojna Rohirrimów fabularnie rozgrywa się około 250 lat przed wydarzeniami z Dwóch Wież i opowiada o wewnętrznym konflikcie w Rohanie za czasów panowania króla Helma Żelaznorękiego (Brian Cox, ostatnio najbardziej znany z roli Logana Roya w Sukcesji). Następcami Helma byli bracia Haleth (Benjamin Wainwright) i Hama (Yazdan Qafouri), ale król najbardziej hołubił córkę Herę (Gaia Wise). Hera była silną i niezależną niewiastką, która wolała samodzielnie patatajać na koniku po rohańskich stepach, uciekając przed swą opiekunką i dawną tarczowniczką Olwyną (Lorraine Ashbourne, ostatnio choćby Bridgertonowie). Helm planuje wydać ją za mąż za księcia Gondoru (nie kojarzę wówczas takiego, może chodziło o namiestnika Gondoru, gdyż Gondor nie ma króla, Gondor nie potrzebuje króla…), w konkury o rękę Hery staje jednak też Wulf (Luca Pasqualino, Snowpiercer, Cień i kość, Muszkieterowie, Rodzina Borgiów), syn lorda Freki z plemienia Dunledingów. Mariaż ten zostaje odrzucony przez króla, na co urażony Freka wyzywa Helma na pojedynek, w którym ginie, a jego pałający żądzą zemsty syn zostaje wygnany.

Zupełnym przypadkiem podczas konnej przejażdżki nasza girlboss eskortowana przez kuzyna Frealafa (Laurence Ubong Williams) napotyka zabłąkanego mumakila (zwanego też olifantem), a uciekając od niego wpada na służącego Wulfowi generała Targga (Michael Wildman), który porywa ją do Isengardu, który swoją siedzibą uczynił sobie Wulf. Przy pomocy heroiny Olwyny udaje jej się uciec, Rohan jednak jest zagrożony inwazją Dunledingów. Helm pragnie stanąć do bitwy z rzucającym mu wyzwanie Wulfem, a Edoras, stolica Rohanu, zostaje pozbawiona ochrony. Bitwa, w wyniku forteli i zdrad, przechyla się na korzyść Wulfa, zwłaszcza gdy z jego ręki pada następca tronu, Haleth. Ranny Helm zostaje zabrany do Rogatego Grodu (później przemianowanego na Helmowy Jar), a Wulf, nie bacząc na zbliżającą się zimę, rozpoczyna oblężenie niezdobytej twierdzy, z której Hera i garstka wiernych jej Rohańczyków nie mają ucieczki.


Hera nie od tego ma jednak głowę, żeby deszcz nie leciał jej do wnętrzności, lecz z pewnością wykoncypuje jakiś sprytny plan, jak wystrychnąć na dudka tego huncwota Wulfa, a Helm swój przydomek Żelaznoręki wziął też nie od pracy w kuźni, więc oszalały z rozpaczy będzie rozpierdalał wszystkich jak leci, to jednak na mizernych barkach Hery (i heroiny Olwyny) spocznie ciężar rozjebania całej armii Wulfa, gdyż tak stanowi Najwyższe Prawo Śródziemia objawione w samej muzyce Ainurów, bo gdyby to było złe, to Eru Iluvatar inaczej stworzyłby Ardę.

Władca Pierścieni: Wojna Rohirrimów od samego początku nie stara się wykreować ciekawych, skomplikowanych postaci, w których losy można byłoby się zaangażować. Historia jest prosta i pretekstowa, a bohaterowie nieciekawi. Wybija się tu charyzmatyczny Helm ugłosowiony przez kapitalnego Briana Coxa, ale cała reszta nie zwróciła mojej uwagi. Na plus poczytać jeszcze można było przewijającą się od czasu do czasu narrację prowadzoną przez Mirandę Otto, która wcielała się w postać Eowiny.

Fabuła i bohaterowie byli nijacy, a cały film bardzo mocno mrugał okiem do widza w zakresie nawiązań do filmów Petera Jacksona, prezentując nam sporo klisz i w wielu miejscach odbijając sceny niemal od kalki. Nie były to może przeniesienia jeden do jednego, ale w moim odczuciu było to zbyt nachalne opieranie narracji o nostalgię, a za mało własnej inwencji. A tam, gdzie starano się o coś oryginalnego, opierano się na girl-bossowości głównej bohaterki, która zwinna i sprawna w boju niczym elfka naklepała by amazońskiej Galadrieli i się nawet nie spociła. Przesadzam z moją awersją do tej postaci tylko odrobinę, gdyż wpisuje się niestety we współczesny schemat i szablon bohaterki lepszej we wszystkim od wszystkich, która odrzuca tradycyjny wzorzec i walczy z patriarchalnymi okowami panującymi w społeczeństwie.


Poza gęsto wplecionymi nawiązaniami w filmowy wątek Rohanu z trylogii Jacksona, z niezbyt uzasadnionych przyczyn film wrzuca również sporo nawiązań do szerszego kontekstu Władcy Pierścini, upychając niemal kolanem pod koniec odwołania do Sarumana i Gandalfa oraz poszukiwania Jedynego Pierścienia, co według mnie nie było w ogóle potrzebne w tej historii, ale bez tego najwidoczniej film nie przechodził kontroli jakości zgodności z lorem i odhaczeniem check-boxów.

Ponadto, wizualnie animacja mi się nie podobała, co najwyżej kilka sekwencji było ciekawych i płynnych, reszta zakrawała o filmy animowane sprzed trzech czy czterech dekad. I może wynika to z faktu, że chciano oddać hołd dawnej animowanej wersji Władcy Pierścieni, a może tak po prostu nadal kręci się w Japonii – nie wiem, bo nie oglądam chińskich bajek...


Podsumowując, Władca Pierścieni: Wojna Rohirrimów to średni film ze szczątkową historią klejoną na siłę nostalgii w rytm utworu „Rohan greatest hits, women edition”. Bohaterowie przezroczyści, historia mało angażująca, nostalgia do porzygu, wizualnie film niezbyt interesujący i momentami zacofany jak somalijskie rolnictwo. Nie zadziałała na mnie magia Środziemia tym razem i liczę, że więcej pomysłu będzie na aktorskie filmy z tego uniwersum - Panie Jackson, nie spierdol tego. Wojna Rohirrimów dostaje ode mnie 5,5/10 i nigdy więcej nie wrócę do tego filmu.



FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...