sobota, 25 października 2025

1670 Sezon 2 (2025) - RECENZJA SERIALU

 
Przed drugim sezonem satyrycznego serialu historycznego, który zdobył ogromną sympatię polskiej widowni, stało spore wyzwanie i duże oczekiwania. Czy kontynuacja hitu Netflixa dowiozła?











Twórcami 1670 są scenarzysta Jakub Rużyłło, który napisał scenariusz również do takich produkcji jak The Office PL, Kryptonim Polska czy Sexify oraz reżyserzy Maciej Buchwald (Szczęście, KAC) i Kordian Kądziela (LARP. Miłość, trolle i inne questy, Mental).

Autorem zdjęć jest szwedzki operator Nils Crone (Teściowie 2, Sexify, Nic nie ginie, Sponsor), a muzykę skomponował Jerzy Rogiewicz, którego filmografię przedstawiałem przy okazji filmu Teściowie 3.











Pierwszy sezon 1670 wszedł szturmem do polskiej popkultury, wybijając się oryginalnym podejściem i umiejętnym balansowaniem na granicy absurdu i żenady oraz społecznego komentarza. Oceniłem go na solidne 8/10. Jak zaprezentował się drugi sezon i czy potrafił powtórzyć sukces?

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Powrót do Adamczychy rozpoczynamy od wyjazdu Adamczewskich na wakacje do tureckiego kurortu wypoczynkowego, zaś kolejne odcinki fabularnie spina organizacja przez ten ród gminnych dożynek, które swoją osobą ma zaszczycić sam król Polski.

Jan Paweł Adamczewski (Bartłomiej Topa, wśród licznych ról aktorskich można wymienić choćby Wesele, Zróbmy sobie wnuka, Dom zły, Drogówka, Pod Mocnym Aniołem, Karbala, Wataha, Kler), poprzez organizację dożynek, stara się osiągnąć poparcie sąsiadów, by zostać wybranym na głowę gminy. Jego żona, Zofia Adamczewska (Katarzyna Herman, w ostatnich latach m.in. Brzydka siostra, Piękne!, Belfer, Sobowtór), zmaga się z głębokim poczuciem wstydu za intymną relację, jaka połączyła ją Rozalią Ryczyńską (Marta Król).

Córka Admaczewskich, Aniela (Marta Byczkowska, kojarzyć ją można ze Skazanej, Absolutnych debiutantów, Skrzyżowania, a w tym roku wystąpiła ponadto w Nieprzyjacielu, Chopin, Chopin! i LARP-ie), stara się zmodernizować podupadający folwark, a jej tajemny związek z pomocnikiem kowala wystawiony jest na próbę, gdy w Adamczysze pojawia się przystojny, zaradny i obdarzony podobnie otwartym umysłem szlachcic Marcin Jaskulecki (Jędrzej Hycnar, Vinci 2, Dziewczyna i kosmonauta, Brokat, Profilerka).

Synowie Jana Pawła, ksiądz Jakub (Michał Sikorski, m.in. Kos, Wujek Foliarz, Przesmyk, Masz Ci los, Czarna owca, Wszyscy moi przyjaciele nie żyją) oraz Stanisław (Filip Zaręba, debiutował w poprzednim roku w Prawada 24 oraz gra główną rolę w tegorocznym filmie LARP) wspólnie zarządzają ojcowskim folwarkiem, jednak praca w duecie nie wychodzi im na dobre i muszą poszukać dla siebie własnej, indywidualnej drogi.

Bogdan (Dobromir Dymecki, w tym roku grał w Czarnych stokrotkach, Projekcie UFO, Porządnym człowieku, Zamachu na papieża i Seksie dla opornych), szwagier Jana Pawła, który wzbogacił się i wyszedł z nędzy, poszukuje natomiast dla siebie wybranki serca, ale plany te może jednak skomplikować demon, który go opętał. Natomiast chłop Maciej (Kirył Pietruczuk, The Liberator, Magdalena, Listy do M. Pożegnania i powroty), zakochany ze wzajemnością w Anieli, stara się zarobić pieniądze, by móc zacząć z ukochaną nowe życie i wplątuje się w nielegalny handel solą…











Od samego początku serial stara się pokazać, że w drugim sezonie będzie więcej, lepiej i śmieszniej. Niestety, chęci twórców niekoniecznie korelują z osiąganymi efektami, a produkcja sprawia tym razem wrażenie „przedobrzonej”. Nie da się zaprzeczyć, że w drugim sezonie widzowie otrzymali wiele interesujących i zabawnych momentów, jednak całości brakowało pewnej spójności i błyskotliwości, a może też i świeżości zauważalnej przy sezonie pierwszym.

Problemy scenariuszowe należy w tym przypadku rozpatrzeć dwojako. Po pierwsze słabo napisane wątki fabularne, które w większości mnie nudziły i tylko pojedynczymi elementami przykuwały uwagę. Po drugie poziom żartów był nierówny, pozostawiając wiele z nich bez szczególnej reakcji. Z pierwszego sezonu do codziennego użycia weszło wiele wyróżniających się tekstów i gagów, z drugiego liczba ta jest znikoma. Najlepiej w mojej opinii wypadły wątki Anieli, w którym było najwięcej realnych emocji i życiowych dylematów oraz Bogdana, który z kolei był najbardziej absurdalny i dzięki temu oryginalny.

Pod względem realizacyjnym przyznać trzeba, że ekipa postarała się dostarczyć dopracowany produkt. Scenografie, kostiumy i rekwizyty stały na wysokim poziomie jak na tego typu serial satyryczny. Niezłe zdjęcia Szweda Crone i przyjemna muzyka Rogiewicza dopełniały całości.

Nawet jeśli scenariusz nie domagał, to na wysokości zadania stawali aktorzy, wkładający w swoje role sporo pracy i własnej inwencji. Świetnie wypadają zarówno Bartłomiej Topa jako absurdalny Jan Paweł jak i Katarzyna Herman jako jego pobożna, acz skrywająca sekret żona. Niezwykle wyrazistą kreację ambitnego księdza kreuje Mikołaj Sikorski, natomiast jego brata, Stanisława (wcześniej wcielał się w niego Michał Balicki) sportretował tym razem Filip Zaręba, który otrzymał nieco więcej aktorskiej przestrzeni. Świetnie prezentowała się również Marta Byczkowska, która w mojej opinii stanowi serce tego absurdalnego serialu. W specyficznej roli dobrze odnajduje się natomiast Dobromir Dymecki odgrywający Bogdana. Szczególnej sympatii nie zaskarbił w moich oczach Kirył Pietruczuk i w jego miłosnym trójkącie z Anielą kibicowałem bohaterowi Jędrzeja Hycara.











Zabrakło w drugim sezonie wyrazistych postaci drugoplanowych, które miałyby rolę większą niż odcinek. Powracają m.in. Stasia (Elżbieta Okupska), Bodzio (Marek Pyś) czy Andrzej (Andrzej Kłak), a w pierwszym odcinku jako Jan Sobieski przymyka Tomasz Schuchardt, ale stała obsada nie zostaje w zasadzie skonfrontowana z nikim nowym (poza Hycnarem)

Podsumowując, drugi sezon 1670 to w mojej opinii rozczarowanie. Twórcy starali się zrobić za dużo, przez co wszystko wyszło im słabiej niż za pierwszym razem. Głównym problemem w moim odczuciu były niedostatki scenariusza, który nie wytworzył ciekawych wątków bohaterom i nie obfitował w zapadające w pamięć żarty. Tragedii jednak też nie było, toteż finalnie sezon drugi serialu 1670 oceniam na 6,5/10 i czekam na kolejną odsłonę.



poniedziałek, 13 października 2025

MARVEL ZOMBIES (2025) - RECENZJA SERIALU

 

Czteroodcinkowy serial animowany od Marvela utrzymany w klimacie zombie horroru, rozwijający historię ukazaną w jednym z odcinków pierwszego sezonu What if…? obiecywał sporo brutalnej akcji połączonej z marvelowskim humorem i swadą. Czy się udało?











Showrunnerem serialu jest Zeb Wells, który głównie pracował przy produkcjach takich jak Robot Chicken oraz SuperMansion, a w Marvelu m.in. napisał jeden odcinek She-Hulk oraz pracował nad scenariuszem do Deadpool i Wolverine.

Przy scenariuszach do odcinków serialu pracowali również Bryan Andrews (nad animacjami pracuje od trzech dekad, m.in. Faceci w czerni, Atomówki, Gwiezdne Wojny: Wojny Klonów oraz Samuraj Jack, a ostatnio Primal i marvelowskie What if…?), a także Jon Roth (What if…?).

Autorkami muzyki są Laura Karpman (Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, Marvels, Ms. Marvel oraz Kraina Lovecrafta, Underground, 61th Street, Amerykańska fikcja, Duster) i Nora Kroll-Rosenbaum (What if…?, Epic Bill, Don't Look Deeper). W departamencie artystycznym prominentnymi postaciami byli Kristina Vardazaryan (What if…?, Watchemn: Chapter I), Ryan Magno (What if…?, Legenda Vox Machiny, Spoza układu, Harley Quinn) i Cynthia Halley (What if…?, The Venture Bros.)











RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Serial pokazuje nam marvelowski świat, który dotknęła epidemia zombie i większość ludzkości oraz superbohaterów zmieniła się w krwiożercze monstra. Główną bohaterką tej opowieści zostaje Kamala Khan/Ms. Marvel (Iman Vellani), która próbuje przetrwać w towarzystwie przyjaciółek, Kate Bishop/Hawkeye (Hailee Steinfeld) oraz Riri Williams/Ironheart (Dominique Thorne). Gdy jednak odnajdują nadajnik S.H.I.E.L.D. mogący sprowadzić pomoc i naprawić zniszczoną Ziemię, wyruszają w niebezpieczną podróż, w czasie której na swej drodze spotkają m.in. Red Guardiana (David Harbour) i Yelenę Belovą (Florence Pugh), Shang-chiego (Simu Liu) i Katy (Awkwafina), Valkyrie (Tessa Thompson) czy przede wszystkim Blade Knighta (w roli wampirycznego awatara egipskiego boga Księżyca wystąpił Todd Williams). Ich śladem podąża zaś armia trupiej królowej, która zaczęła rozgaszczać się w tym ociekającym krwią i niedojedzonymi mózgami pierdolniku, czyli Wandy Maximoff (Elizabeth Olsen)



Marvel Zombies oferuje widzom nieco inne niż zazwyczaj podejście do marvelowskich bohaterów, bo w zasadzie nikt nie jest bezpieczny i nie należy przywiązywać się do postaci spotykanych na drodze, gdyż jest więcej niż pewne, że większość z nich nie dotrwa do następnego odcinka. Do tego, wraz z rozwojem serialu, robi się coraz mroczniej i brutalniej, a trup ściele się gęsto i nieraz nawet widowiskowo. Prawda jest jednak taka, że oczekiwania były ciut większe w tym temacie, zwłaszcza po ociekających heavy metalem zwiastunach.

Może powodem delikatnego rozczarowani było zbyt dużo typowo marvelowskiego humorku i mruganie do widza znajomą twarzą i głosem, z drugiej strony kiedy jak nie w takim projekcie wrzucić do garnka solidną porcję postaci drugo-, trzecio- i czwartoplanowych, które będę mogły wziąć udział w kilku epickich walkach?

Narracyjnie serial nie był niczym ciekawym, ot fabuła przysparzała naszym bohaterom coraz to nowych trudności, a do kompanii dołączał ktoś nowy, zajmując miejsce poległych. Fajnie na tym tle zapowiadał się Blade Knight, choć liczyłem na szersze wykorzystanie tej intrygującej postaci ograniczającej się do sporadycznych efekciarskich scen akcji i popychania fabuły do przodu, gdy zdawało się, że ekspedycja ratunkowa świat w wykonaniu Ms. Marvel utknęła w martwym punkcie. Na plus kilka twistów, zwłaszcza w drugiej połowie widowiska, a sam finał otwierający możliwości kolejnego sezonu pozostawił mnie w oczekiwaniu na więcej.











Krótka marvelowska przygoda spoza głównego nurtu i wariacja na temat uniwersum jest łatwo przyswajalna nawet dla nieco mniej zaangażowanych fanów MCU. Dobór głównych bohaterów nieco mniej oczywisty i nie każdemu widzowi podpasuje, ale zrekompensować to może szybkie tempo, sporo krwawej akcji i spore grono cameosów.

Podsumowując, bawiłem się całkiem nieźle, choć apetyt był zdecydowanie większy, mimo iż na ten serial szczególnie nie czekałem. Marvel Zombies oceniam na 6,75/10 i chętnie wrócę na kolejny sezon w wolnym czasie, mając nadzieję, że będzie lepszy.



niedziela, 12 października 2025

SKOMPLIKOWANI (2025) - RECENZJA FILMU

 

Niestandardowa komedia nie-romantyczna o złożonych relacjach damsko-męskich w nowoczesnym wydaniu, pełna absurdalnych sytuacji i barwnych bohaterów zbiera pochlebne recenzje. Czy warto sprawdzić Skomplikowanych?











Reżyserem i scenarzystą filmu jest Michael Angelo Covino, który do tej pory stworzył tylko jeden pełnometrażowy projekt (Pod górkę z 2019 roku), a bardziej znany był ze swych drugoplanowych ról aktorskich. Jako scenarzysta współpracował z nim Kyle Marvin, aktor i producent, który wyreżyserował film Osiemdziesiątki dla Brady’ego. Obaj grają główne role męskie tej produkcji.



Muzykę skomponowali Dabney Morris (Procesja, Czasem myślę o umieraniu, Pavements) oraz David Wingo (Motocykliści, Egzorcysta. Wyznawca, Mayans MC, Barry, Kidding). Za zdjęcia odpowiadał Adam Newport-Berra, operator w serialu Studio, który poza teledyskami m.in. Kendricka Lamara kręcił odcinki takich seriali jak Euforia, Peryferia, The Bear.











RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Po niespełna roku małżeństwa podcasterka terapeutyczna Ashley (Adria Arjona, w ostatnich latach Star Wars: Andor, Hit Man, Morbius, 6 Underground, Mrugnij dwa razy) informuje swego męża, Careya (scenarzysta Kyle Marvin, Pod górkę, WeCrashed: upadek start-upu), że potrzebuje zmiany i chce wziąć rozwód. Zrozpaczony Carey udaje się po poradę do swego przyjaciela, Paula (reżyser i scenarzysta Michael Angel Covino, m.in. Nowiny ze świata, Riff Raff, Pod górkę, All Wrong), który mieszka wraz z żoną, Julie (Dakota Johnson, ostatnio Materialiści, Madame Web, Nocą w Nowym Jorku) i problematycznym synkiem Russem (Simon Webster, From, Black Phone 2, Brilliant Minds).

Zaprzyjaźnione małżeństwo informuje Careya, że prowadzi otwarty związek, w efekcie czego Carey spędza noc z Julie. Gdy informuje o tym Paula, dochodzi do wybuchowej konfrontacji między przyjaciółmi, a Carey postanawia pozwolić na eksplorowanie jej seksualnych potrzeb bez rozwodu, a w ich domu zaczynają mieszkać jej liczni kochankowie, m.in. gitarzysta Jackson (Charlie Gillespie, Julie and the Phantoms, Suze), masażysta Fede (David Castaneda, The Umbrella Academy, Ballerina) czy szefowa kuchni Antoneta (Nahéma Ricci). Carey zaś, wypełniając ojcowskie obowiązki w rodzinie Paula, który prowadząc firmę rzadko ma czas dla żony i syna, rozwija emocjonalną relację z Julie. Dla obu „par” zaczyna się prawdziwy rollercoaster obfitujący w liczne i ostre zakręty w ich relacjach oraz zrozumieniu własnych potrzeb i oczekiwań od partnera.











Trudno opowiedzieć o fabule filmu Skomplikowani, gdy ta, zgodnie z tytułem, jest dość skomplikowana, a relacje między bohaterami gęste są od komediodramatycznych wydarzeń. Cały film charakteryzuje jednak pewna lekkość, sprawiając iż natłok sytuacji nie przytłacza widza i płynie on z nurtem emocji i uniesień bohaterów. Duża zasługa w tym duetu Covin i Marvin, którzy napisali dla siebie wyraziste role, wzbogacając film o cięty dowcip i dynamiczny rozwój akcji oraz postaci.

Aktorsko też wypadli najlepiej z głównej obsady. Widać między pracującymi od lat chemię i lekkość w relacji. Nominalnie głównym bohaterem filmu był Kyle Marvin, ale to Michael Angelo Covin wywarł na mnie większe wrażenie ze względu na bardziej błyskotliwy charakter. Przyzwoicie wypadły w swoich rolach Dakota Johnson, której specyficzny styl aktorski dobrze wpasował się w ramy filmu oraz dużo bardziej energiczna i uwodzicielska Arja Arjona, choć bohaterka przez nią odgrywana była najmniej sympatyczna.











Film był solidnie zrealizowany pod względem audiowizualnym, ale główną siłą, poza bohaterami, był aspekt komediowy, operujący często w sferze damsko-męskich relacji, również seksulanych, ale bardziej intelignetny niż wyuzdany. Warto też wspomnieć, że to raczej męska część obsady świeciła golizną. Absurdalne sytuacje i zachowania bohaterów pasowały do tej produkcji, która już od początku narzuciła specyficzny ton, od którego część widzów może się odbić. Kwintesencją tego komizmu była natomiast świetnie zrealizowana scena walki pełna długich ujęć i świetnej choreografii rodem z filmów o Johnie Wicku, podszyta jednak sytuacyjnym humorem. W powierzchownie skomplikowanym scenariuszu ukryto zaś stosunkowo proste przesłanie, a droga do konkluzji bohaterów była nader kręta, co również nie wszyscy muszą przyjąć z entuzjazmem.

Podsumowując, Skomplikowani to rzeczywiście skomplikowana fabularnie komedia pełna absurdów i złożonych relacji między bohaterami, którzy poszukują miłości, zrozumienia i akceptacji. Nasycona specyficznym humorem, buduje ciekawą narrację o bohaterach, których da się polubić i im kibicować. Nieszablonowy humor podbija odbiór tego dzieła, toteż oceniam Skomplikowanych na 7,25/10 i śmiało mogę powiedzieć, że to jedna z lepszych tegorocznych mainstreamowych komedii, choć film sam w sobie jest dość specyficzny i nie każdy odbiorca wczuje się w jego vibe.




niedziela, 5 października 2025

TEŚCIOWIE 3 (2025) - RECENZJA FILMU

 
Trzecia część uwielbianej przez polskich widzów serii komediodramatów prezentujących różnice kulturowo-społeczne polskiego społeczeństwa święci tryumfy w kinach. Co tym razem słuchać u teściów?











Reżyserem filmu jest Jakub Michalczuk, który debiutował w 2019 roku filmem Tomorrow, a kolejnym projektem była pierwsza część Teściów w 2021 roku. Zamiast zabrać się za sequel, wyreżyserował Miało Cię nie być w 2023 roku, a teraz powraca do zapoczątkowanej przez siebie franczyzy. Scenarzystą filmu jest Marek Modzelewski, który napisał również pierwszych i drugich Teściów, ponadto ostatnio seriale Porządny człowiek i Klara.



Muzykę skomponował bardzo aktywny w ostatniej dekadzie Jerzy Rogiewicz, który ma na koncie m.in. filmy Teściowie, Fucking Bornholm, Iluzja, Tata, Przepiękne! oraz seriale 1670, Matki pingwinów, Morderczynie, Brokat, Nieobecni. Za zdjęcia odpowiadał ceniony Kacper Fertacz, który w swej filmografii ma m.in. Hardkor Disco, Ostatnią rodzinę, Żeby nie było śladów, Minghun oraz seriale Król, Przesmyk i Nielegalni.











Pierwsi Teściowie szturmem podbili serca widzów, ja sam zaś film oceniłem na 8/10, gdyż był to powiew świeżości w polskiej kinematografii, nieco ambitniejsze kino mainstreamowe łączące w sobie świetnie zbalansowaną komedię, dramat i komentarz społeczny. Teściowie 2 nie byli już tak udani, skręcili bowiem dużo bardziej w kierunku typowej polskiej „komedii z białym plakatem”, swoim przaśnym i krindżowym humorem sprawiając, że w moich oczach zasłużyli na ocenę 6,5/10. Jak będzie tym razem?

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Trzecia część epopei ukazującej relację inteligenckiej warszawskiej rodziny Wilków oraz prowincjonalnej, konserwatywnej rodziny Chrapków przynosi nam kolejną okazję do zderzenia światów i charakterów. W kurorcie wypoczynkowym Tropical na Podlasiu odbywa się bowiem chrzest syna Łukasza Wilka (Ignacy Martusewicz, Legiony) oraz jego żony, Weroniki (Katarzyna Chojnacka, Wszyscy moi przyjaciele nie żyja, Czarna owca, Bracia, Niepewność. Zakochany Mickiewicz). Małżeństwo żyje na co dzień w Berlinie, ale pociskami ze strony rodziny Weroniki decydują się na wyprawienie dziecku chrztu.

Za organizację przyjęcia odpowiadają rodzice Weroniki, czyli rubaszny Tadeusz Chrapek (Adam Woronowicz, ostatnio choćby The Office PL, Bokser, Wujek Foliarz, Lady Love, Krew z krwi czy Zamach na papieża) oraz dewotka Wanda Chrapek (Izabela Kuna, ostatnio m.in. Krew z krwi, Morderczynie, Miało Cię nie być, Znachor, Masz Ci los), chcąc dobrze wypaść przed resztą rodziny, zwłaszcza ojcem Wandy (Joachim Lamża, ostatnio Heweliusz, Porządny człowiek, Znachor, Gang Zielonej Rękawiczki, Johnny).

Na przyjęcie, nieświadoma jego prawdziwego celu, przyjeżdża z Warszawy matka Łukasza, Małgorzata (Maja Ostaszewska, ostatnio Chopin, Chopin!, Projekt UFO, Zielona granica, Broad Peak czy Klangor), która jest wykształconą lekarką gardzącą prowincjonalnym zacofaniem i religijnymi zabobonami. Z powodu załamania nerwowego spowodowanego odejściem od niej męża, zabiera ze sobą swoją terapeutkę i przyjaciółkę, Grażynę (Magdalena Popławska, m.in. Scheda, Zielona granica, Morderczynie, Szadź, Czarna owca). Sytuacja nabiera nieoczekiwanego zwrotu, gdy na imprezie pojawia się również (nieobecny w części 2) mąż Małgorzaty, Andrzej Wilk (Marcin Dorociński, mający w swoim dorobku kilka zagranicznych produkcji takich jak Mission Impossible: Dead Reckoning – Part I oraz Mission Impossible: Final Reckoning, Wikingowie: Valhalla czy Gambit królowej, a na polskim poletku Niebezpiecznych dżentlemanów, Minghuna, Vinci 2). Andrzej bowiem, zostawiwszy Małogosię, wyjechał do Australii, z której przyjechał teraz z kilkuletnim synem, Stanleyem (Noah Lucewicz). Otwiera to nowy rozdział konfliktów między kwartetem teściów, do którego włącza się nieoczekiwanie właściciel kurortu, Marek Vajs (Wojchech Mecwaldowski, ostatnio m.in. Niebezpieczni dżentlemani, W szachu. Ostatnia rozgrywka, Rozwodnicy).











Teściowie 3, wraz z powrotem reżysera Michalczuka i aktora Dorocińskiego, sprawiają wrażenie, że bliżej im do pierwszej niż drugiej części, czy to za sprawą otwierającego film jedno-ujęciowego master-shota czy lepszym balansie między komedią a dramatem obyczajowym. Niestety scenariusz nadal obarczony jest naleciałościami z drugiej części, przejawiającymi się nieco mniej wyszukanym niż na początku serii humorem. W filmie tym walczą ze sobą dwa wilki – jeden chciałby być poważnym dramatem obyczajowym urozmaiconym okazjonalnymi komediowymi wstawkami, drugi chciałby potaplać się w sosie żywcem wyjętym z ostatnich iteracji serii Kogel-mogel. Zupełnie jakby twórcy chcieli zrobić konkretny film, ale producenci z tabelkami excela pokazywali im, że kierunek powinien być nieco inny, a szkoda, bo przy pierwszej części udało się to znakomicie.

Na szczęście produkcję ratują aktorzy, z którymi zdążyliśmy się już zżyć, a za Dorocińskim nawet stęsknić w wyniku jego nieobecności spowodowanej zapewne konfliktem w harmonogramie zdjęć. Tak jak w drugiej części film stał w znacznej mierze duetem Ostaszewska-Kuna, tak tutaj ta ostatnia jest zepchnięta nieco na bok, a pierwsze skrzypce grają duety Dorociński-Woronowicz oraz Dorociński-Ostaszewska, nadając filmowi emocjonalnej głębi i słodko-gorzkiego wymiaru obyczajowego.

Nieco mniej interesującymi postaciami wydają się bohaterowie odgrywani przez Mecwaldowskiego i Popławską, choć nadają oni nieco kolorytu produkcji i zmuszają naszych bohaterów do konfrontacji z własnymi przywarami. Pewien problem da się również dostrzec w dość szybkim i nagłym zakończeniu filmu, w finale którego brakuje przynajmniej kilku minut więcej.











Humor w filmie nie zawsze siadał, choć trudno produkcji tej zarzucić bazowanie na kloacznym i slapstickowym komizmie. Film stara się też wystrzegać nawiązań do obecnej sytuacji polityczno-społecznej w Polsce i nie gra na konkretną stronę barykady, oferując widzowi dość bezstronne podejście do polskiego społeczeństwa i trapiących go światopoglądowych i obyczajowych problemów.

Podsumowując, Teściowie 3 to film nastawiony dużo bardziej na sferę obyczajową perypetii bohaterów niż na tani humor obecny w części drugiej, co z pewnością sprawia, że jest to produkcja lepsza i dojrzalsza. Paradoksalnie to właśnie w aspekcie komediowym tej produkcji odczuwać można pewne rozczarowanie, ja spodziewałem się na pewno więcej i mocniej. Teściów 3 oceniam finalnie na 6,75/10 i mam nadzieję, że kolejna część znowu przyniesie zwyżkę formy, bo z chęcią wrócę do tych bohaterów, by razem z nimi przejrzeć się w tym polskim lustrze.



sobota, 4 października 2025

WIELKI MARSZ (2025) - RECENZJA FILMU.

 

Pierwsza próba adaptacji jednej z pierwszych powieści amerykańskiego mistrza grozy wkroczyła do kin i potknęła się finansowo na starcie mimo ciepłego przyjęcia zarówno przez krytyków jak i publiczność. Jak prezentuje się ten psychologiczny thriller i komentarz społeczny?



            






Reżyserem filmu jest Francis Lawrence, który zasłynął najpierw jako reżyser teledysków m.in. Jennifer Lopez, Aerosmith, Britney Spears, Green Day, Shakiry, Willa Smitha, później zaś twórca takich filmów jak Constantine, Jestem legendą, Woda dla słoni, Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia oraz obie części Igrzysk śmierci: Kosogłosa, a także Czerwonej jaskółki, netflixowej Krainy snów oraz Igrzysk śmierci: Ballady ptaków i węży. Wśród spodziewanych jego następnych projektów widnieją: kolejna część Igrzysk śmierci, Jestem legendą 2, Constantine 2 czy adaptacja gry BioShock. Scenarzystą filmu jest JT Mollner, który dotychczas skupiał się na tworzeniu krótkometrażowych filmów. Ostatnimi jego projektami były pełnometrażowe filmy Bandyci i aniołki oraz ciepło przyjęte Strange Darling.



            Muzykę skomponował Jeremiah Fraites założyciel lubianego przeze mnie zespołu The Lumineers (jest autorem tekstów piosenek i perkusistą), który komponował już do filmów III, Unearth czy tegorocznego biograficznego Springsteen: Ocal mnie od nicości. Za zdjęcia odpowiadał belgijski operator Jo Willems współpracujący z Lawrencem przy jego ostatnich projektach, ponadto również Pułapka, London, 30 dni mroku, Wyznania zakupoholiczki, Jestem Bogiem, Czyj to dom?, Finch, Czarne lustro.



            






Film oparty jest na jednej z pierwszych powieści napisanych przez Stephena Kinga, a wydanej w 1979 roku pod pseudonimem Richard Bachmann (kilka lat po Carrie, Miasteczku Salem czy Lśnieniu, ale stworzona w podobnym czasie). Dopiero więc po 46 latach „A long walk” doczekał się adaptacji, od razu wskakując do czołówki kinematografii opartej o prozę Stefana Króla.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Wielki marsz przenosi nas do dystopijnej wersji Ameryki, która nadal nie może podnieść się po wyniszczającej wojnie domowej sprzed dwóch dekad. „Ku pokrzepieniu” amerykańskich serc bezwzględny Major (Mark Hamill, najbardziej znany z krytykowania Donalda Trumpa oraz roli Luke’a Skywalkera w Gwiezdnych Wojnach, ostatnimi laty można go było usłyszeć w takich produkcjach jak Sandman, Niezwyciężony i Dziki robot oraz zobaczyć w Życiu Chucka i Zagładzie Domu Usherów) organizuje coroczny Wielki Marsz, w którym widzowie z całego kraju obserwują zmagania grupy młodzieńców reprezentujących każdy stan USA w śmiertelnej rywalizacji. Zasady są bowiem proste: nie ma mety ani odpoczynku, a ten, kto dojdzie najdalej, wygrywa znaczną sumę pieniędzy oraz możliwość spełnienia jednego życzenia. Ci zaś, którzy nie utrzymują określonego tempa marszu albo zejdą poza jego tor, po trzecim ostrzeżeniu zostają wyeliminowani przez strzał w głowę.

Marsz obserwujemy głównie oczami Raymonda Garraty’ego (Cooper Hoffman, syn zmarłego Philipa Seymoura Hoffmana, debiutował w Licorice Pizza, później m.in. Dziki kot, Saturday Night, Mistrzowie zbrodni i Poetic License), który zgłosił się do marszu z bardzo osobistych powodów. Obok niego maszeruje grupa innych młodych mężczyzn, m.in. pobożny Art/Numer 6 (Tut Nyuot, Cena milczenia, Mały topór, The Dumping Ground, Wiedźmin: Rodowód krwi), wygadany Hank/Numer 46 (Ben Wang, Karate Kid: Legendy, Mean Girls, Urodzony w Ameryce), milczący Collie/Numer 48 (Joshua Odjick, Odwet oceanu czy nadchodzące To: Witajcie w Derry), niepełnoletni Curley/Numer 17 (Roman Griffin Davies, debiutował w Jojo Rabbit), dupkowaty Gary/Numer 5 (Charlie Plummer, Zakazane imperium, Wszystkie pieniądze świata, Looking for Alaska, a ostatnio Powrót Odyseusza), małomówny i wysportowany Stebbins/Numer 38 (Garret Wearing, Turbulencje, Ransom Canyon). Raymond zaprzyjaźnia się jednak najbardziej z Peterem McVries/Numer 23 (David Johnson, Deep State, Branża, The Road Trip i przede wszystkim Obcy: Romulus). Chłopcy, maszerując ramię w ramię, pomagają sobie nawzajem i motywują do dalszego stawiania kroków mimo kryzysów fizycznych i psychicznych, wspierając również tych słabszych, którym z wielkim trudem przychodzi znoszenie tego nieludzkiego wysiłku…



            






Film swoją siłę opiera na ciekawych, sympatycznych bohaterach, którzy szybko tworzą między sobą więź, toteż przyjemnie ogląda się ich walkę o przetrwanie. Choć wiemy, że wygrać może tylko jeden, to kibicujemy wszystkim i chcemy, by wszyscy szli jak najdłużej. Trudno jest zrealizować film oparty w zasadzie na jednym pomyśle, który trzymałby w napięciu do samego końca. Zaskakująco dobrze udało się to Lawrencowi w tym przypadku, bo choć film może wydać się monotonny (półtorej godziny chłopy idą i gadają), to jednak angażuje widza i trzyma go w niepewności o los bohaterów.

Wielki marsz jest filmem prostym, ale nie prostackim - nie sili się na szczególne wyrafinowanie i skomplikowanie fabuły, nie popada też jednak w pompatyczność i wydumanie, gdy mówi ustami bohaterów o idealizmie, dobru i poświęceniu. Pasuje to do młodych, żyjących marzeniami mężczyzn, których życie, nawet w trudnych czasach, nie pozbawione zostało jeszcze ducha. Z ponurego, przygnębiającego świata przedstawionego przebija w nich odrobina pozytywności i światła, choć z czasem jest go coraz mniej, gdy liczba uczestników drastycznie spada. A barwna to była kompania, wypełniona odróżniającymi się od siebie, charakterystycznymi jednostkami.

Niestety, film trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza i przymknąć oko na pewne głupoty, przede wszystkim na fakt, iż bohaterowie przemierzają bez odpoczynku i snu ogromną odległość, co fizycznie wydaje się niemożliwe. Dość ograniczone jest też ukazanie świata zewnętrznego poza torem marszu, bo jakkolwiek tematycznie można to porównać do Igrzysk śmierci, to obserwatorów i oprawy widowiska tutaj nie widzimy prawie wcale. Brak nakreślenia szerszego kontekstu polityczno-społecznego i pozbawienie widza innej perspektywy niż głównego bohatera dla niektórych może być narracyjnym problemem i budzić niedosyt, choć u mnie uczucie to było umiarkowane i nie narzekam na małą skalę skupionego na uczestnikach filmu. Można tu było jednak przekazać więcej treści i podbudować przesłanie, a sama postać matki Raya Garraty’ego odgrywana przez Judy Greer została niewykorzystana.

Realizacyjnie film wypada dobrze, zarówno pod względem audiowizualnym jak i aktorskim. Mark Hamill robi dobrą robotę mimo ograniczonej prezencji ekranowej, dobrze wypada większość bohaterów drugiego planu. Na szczególną pochwałę zasługuje jednak duet Cooper Hoffman i David Johnson, których chemia ekranowa podbija odbiór dzieła, zwłaszcza ich moralne dylematy, rozmowy o etyce i motywacje.











Brakuje w ostatnim czasie nieco prostszego kina środka, gdyż większość współczesnego kina mainstreamowego musi ekscytować publiczność i dawać widzom nieustanne skoki dopaminy. W Wielkim marszu mamy dziwną mieszankę niemal kontemplacyjnego kina drogi o przyjaźni z brutalistycznymi obrazami w tle oraz nieuchronnym odliczaniem do smutnego końca, w którym niemal wszyscy bohaterowie zginą.

Podsumowując, Wielki marsz to intrygujące kino łączące społeczny komentarz i pozytywne przesłanie oparte na poświęceniu, przyjaźni i chęci zmiany świata na lepsze z brutalizmem tyranii. Czy można było wykrzesać z tego materiału więcej? Zapewne tak, ale twórcom udało się emocjonalnie zaangażować mnie w historię, dlatego oceniam Wielki marsz na 7,5/10 i polecam go sprawdzić, sam zaś planuję zabrać się za książkę Kinga.





piątek, 3 października 2025

EDDINGTON (2025) - RECENZJA FILMU

 

Film opowiadający o dzikich czasach pandemii i o tym, jak spolaryzowało to społeczeństwo Ameryki, który stara się stosunkowo bezstronnie przestawić obecny podział polityczno-społeczny w tym kraju, wszystko zaś utrzymane jest w nurcie satyry, dramatu obyczajowego i westernu.











Reżyserem i scenarzystą filmu jest Ari Aster, znany do tej pory z horrorów i dramatów psychologicznych pokroju Dziedzictwo: Hereditary, Midsommar i Bo się boi.











Za muzykę odpowiadali Daniel Pemberton (uznany brytyjski kompozytor, którego filmografię omawiałem przy okazji Materialistów i Zabierz mnie na Księżyc) oraz Bobby Krlic (seriale Snowpiercer, Inwzaja, Awantura, Alienista oraz filmy Bo się boi, Blue Beetle, Midsommar, gra Returnal). Autorem zdjęć był Darius Khondji, nominowany do Oscara za Evitę w 1997 roku oraz w 2023 roku za Bardo, fałszywa kronika garści prawd, ponadto Mickey 17, Nieoszlifowane diamenty, Okja, Niebiańska plaża, Dziewiąte wrota, Obcy: Przebudzenie, Siedem).











RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

W filmie śledzimy losy małego miasteczka Eddington w Nowym Meksyku w czasie pandemii koronawirusa. Burmistrz Ted Garcia (Pedro Pascal, przestawiać nie trzeba, bo gra ostatnio we wszystkim), kandydujący na re-elekcję w zbliżających się wyborach samorządowych, wprowadza zgodnie z zaleceniami stanowymi lock-down i obostrzenia w przestrzeni publicznej. Nie podoba się to części społeczeństwa, m.in. szeryfowi Joe Crossowi (Joaquin Phoenix, nagrodzony Oscarem za tytułową rolę w Jokerze, ponadto Gladiator, Ona, Napoleon, C'mon C'mon, Bo się boi), który widzi w tym ograniczenie swobód obywatelskich.

Ma on również na pieńku z aroganckim burmistrzem, bowiem niestabilna emocjonalnie i cierpiąca na depresję żona Joe, Louise (Emma Stone, zwyciężczyni Oscara za La La Land i Biedne istoty oraz nominowana za Birdmana i Faworytę, ponadto m.in. jeszcze rola w Cruelli, Wojnie płci, Niesamowitym Spider-Manie) oskarża Teda o wykorzystanie seksualne, gdy była jeszcze nastolatką. Negatywne emocje podsyca hołdująca teoriom spiskowym mieszkająca z nimi matka Louise, Dawn (Deidre O’Connel, ostatnio m.in. Pingwin, Peryferia, Daredevil, Romans, Sekta).

Konflikt między mężczyznami eskaluje, gdy Joe postanawia rozpocząć swoją kampanię na burmistrza Eddington i rozpoczyna polityczną walkę z Tedem. Po jego stronie stają podlegający mu funkcjonariusze, czarnoskóry Mike (Michael Ward, Piękna gra, Imperium światła, Top Boy, The A List, The Old Guard) i białoskóry Guy (Luke Grimes, Yellowstone, seria Pięćdziesiąt twarzy Greya, Siedmiu wspaniałych), jednak sytuacja w miasteczku komplikuje się, gdy Amerykę ogarnia szaleństwo protestów Black Lives Matter.

W demonstracje angażują się m.in. młody chłopak Brian (Cameron Mann, Mare z Easttown, For Life), który pragnie poderwać aktywistkę Sarę (Amélie Hoeferle, Igrzyska śmierci: Ballada ptaków i węży), która chce wzbudzić zazdrość w policjancie, Mike’u. Na sytuacji tej wygrywa kolega Briana, a syn burmistrza Garcii, Eric (Matt Gomez Hidaka, Silos), z którym romans rozpoczyna Sara. Od Joe odchodzi również żona, która niezadowolona z decyzji męża o kandydaturze na burmistrza i wciągnięciu jej przeszłości w polityczną grę ucieka z charyzmatycznym aktywistą/oszustem Vernonem (Austin Butler, ostatnio m.in. Motocykliści, Elvis, Diuna: Część 2 i Złodziej z przypadku).

To wszystko zaś jest tylko wstępem przed tragicznymi wydarzeniami, jakie wstrząsną Eddington, m.in. brutalnym zabójstwem i śledztwem oraz najazdem na miasteczko lewicowej grupy terrorystycznej, która za cel obrała sobie prawicowego szeryfa…











Ari Aster stara się w tym filmie wrzucić wiele elementów, które w ostatnich latach zdominowały polityczno-społeczny obraz Ameryki, m.in. pandemię i teorie spiskowe z nią związane, konflikt liberalnych Demokratów i konserwatywnych Republikanów, ruch Black Lives Matter i jemu podobne lewicowe zjawiska, lobbing wielkich korporacji technologicznych wśród polityków i wpływ social-mediów na społeczeństwo. Już samo to wystarczyłoby do obdzielenia kilku filmów, Aster jednak dorzuca do tego liczne wątki obyczajowe i kryminalne, przeładowując film zarówno pod względem czasu trwania jak i treści.

Film budzi kontrowersje, gdyż stara się nie oceniać jednej lub drugiej strony, choć momentami wyolbrzymia pewne absurdalne aspekty zarówno amerykańskiej prawicy jak i lewicy. Niestety Aster nie potrafi złapać balansu między wątkami, w efekcie czego wszystko jest albo niedogotowane albo przeszarżowane.

Aktorsko o dziwo film nie miał zbyt wiele do zaoferowania. Głównym bohaterem jest Joaquin Phoenix i stara się wyciągać ze swojej roli, co może, ale nie była to porywająca kreacja. Pedro Pascal wbrew pozorom był mało obecnym elementem filmu i nie miał przestrzeni do rozwoju. Tej przestrzeni, zwłaszcza w pierwszej połowie, miała więcej Emma Stone, jednocześnie jednak grała tak, jakby jej tam nie było i była strasznie antypatyczna na ekranie. W drugoplanowych i trzecioplanowych rolach również nikt nie błysnął.



Momentami miałem wrażenie, jakbym oglądał amerykańską wersję (i dużo bardziej artystyczną) Patryka Vegi, który swego czasu lubił bieżące tematy i sprawy przekładać na język filmowy, brakowało mu jednak mózgu umiejętności, by jego produkcje przestawały być teledyskiem o chlaniu, ćpaniu i ruchaniu. Aster niebezpiecznie momentami zbliżył się do tego vibe’u (choć treść była zgoła odmienna), tworząc film aspirujący do tego, by współczesna, zdegenerowana Ameryka przejrzała się w jego lustrze.

Podsumowując, Eddington to film dziwny, pełny sprzeczności, mający w sobie nieco trafiającego w punkt komentarza polityczno-społecznego, ale przygniecionego toną dziwnych wyborów fabularnych i pomieszania gatunków. Średni aktorsko, nienajgorszy realizacyjnie, ale zdecydowanie za długi, choć z intrygującym zakończeniem. Do obejrzenia na własną odpowiedzialność, ja Eddington oceniam na 6,25/10 – było tam kilka ciekawych elementów, ale też wiele trudnych do objęcia rozumem scen i wątków…



FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...