niedziela, 20 października 2024

RINGS OF POWER Sezon 2 (2024) - RECENZJA SERIALU

 
Najdroższy serial w historii zmierzyć musiał się z mieszanym przyjęciem publiczności, w tym z poważną krytyką zagorzałych fanów Śródziemia. Czy przy okazji drugiego sezonu Amazon wyciągnął wnioski, poprawiając jakość swej luźnej adaptacji prozy Tolkiena?


Showrunnerami drugiego sezonu byli ponownie Adam McKay oraz John D. Payne, którzy wcześniej mieli na koncie jedynie niewielki udział przy tworzeniu scenariuszy do filmów Star Trek: W nieznane oraz Wyprawa do dżungli. Wśród reżyserów odcinków ponownie mogliśmy zobaczyć Charlotte Brändström (mającą duże doświadczenie w reżyserowaniu seriali takich jak m.in. Shogun, Witcher, Man from the High Castle, Outlander, Colony, Conterpart, Madame Secretary), a wśród nowych twarzy wymienić należy Louise Hooper (mającą na koncie odcinki seriali takich jak Witcher, Treason, Sandman, Flesh and Blood, Stan’s Lee Lucky Man) oraz Sanaę Hamri (reżyserowała m.in. w serialach Gen V, Wheel of Time, Shameless, Elementary oraz Imperium, którego była również producentką). W skład scenarzystów powracających przy drugim sezonie należy wspomnieć Justina Doble (Stranger Things), Jasona Cahilla (Rodzina Soprano, Halt and Catch Fire), Helen Shang (13 Reasons Why, Hawaii 5.0), Glenise Mullins (Peryferia, Surface, Star Trek: Discovery), Nicholasa Adamsa (dokument Fail State), Gennifer Hutchison (Breaking Bad, Better Call Saul). Za zdjęcia do drugiego sezonu odpowiadali: Alex Disenhof (Kod 8, Rebelia oraz seriale Watchmen, Egzorcysta, Legion, Wybrzeże Moskitów), Jean-Philippe Gossart (Witcher i Witcher: Blood Origin, Treason, Monarch: Dziedzictwo Potworów, Cowboy Bebop, Gra pozorów), Laurie Rose (seriale Inwazja, Silos, Niedaleko pada jabłko, Peaky Blinders oraz filmy Stan i Ollie, Smętarz dla zwierzaków, Piękna i rzeźnik, Operacja Overlord).

Pierwszy sezon Pierścieni władzy w mojej opinii nie był produkcją tragiczną i miał kilka niewątpliwych plusów. Z pewnością nie należał do nich scenariusz, bowiem serial cierpiał na liczne bolączki w zakresie ekspozycji, dialogów, sposobu pisania postaci, prowadzenia narracji oraz logiki. Nie pomagał twórcom zapewne fakt, iż Amazon nie nabył praw do ekranizacji Silmarillionu, a jedynie dodatków do Władcy Pierścieni. Nie twierdzę jednak, że całość Pierścieni władzy była nic nie warta. Na pochwałę zasługiwała muzyka skomponowana przez Bearego McReary’ego, odróżniająca się od ścieżki dźwiękowej stworzonej przez Howarda Shore’a (współpracującego przy kreacji muzyki do intra serialu). McReary w swej filmografii ma wiele różnorodnych produkcji, komponując ścieżki dźwiękowe do seriali takich jak Battlestar: Galactica, Terminator: Kroniki Sary Connor, Demony da Vinci, Agents of SHIELD, Black Sails, Masters of the Universe, Pearcy Jackson i Bogowie Olimpijscy; filmów Happy Death Day, Godzilla II: Król potworów, Demeter: Przebudzenie zła czy do gier komputerowych God of War i God of War: Ragnarok. Pod względem wizualnym również produkcja potrafiła zrobić wrażenie, mając kilka bardzo ciekawych i dobrze zrealizowanych konceptów. Serial pod tym względem nie był jednak równy i kulał momentami w zakresie jakości rekwizytów i scenografii.


Rings of Power nie potrafiły sobie poradzić z mnogością wątków i bohaterów, w większości przypadków słabo poprowadzonych i napisanych. Pozytywnie postrzegałem relację Elronda i Durina, na plus również poczytywałem postać Nieznajomego. Słabo w mojej opinii wypadał wątek Numenoru, który nie potrafił zdecydować się, czy bliżej mu do Gry o tron czy do Klanu. Podobnie wątek bezlitosnych Harfootów o wielkich stopach nie wiedział, czy jest Szybkimi i wściekłymi czy jednak bardziej Na wspólnej. Swoje poważne problemy miał wątek koegzystencji elficko-ludzkiej w obliczu zagrożenia ze strony orków oraz romans Arondira i Bronwyn. Na pierwszy plan jednak wybijał się wątek główny w postaci perypetii Galadrieli miotającej się po Śródziemiu w poszukiwaniu nie zaginionego męża lecz Saurona…

Finalnie, sezon pierwszy nie zyskał mojego uznania (łaskawa ocena 6/10), choć z czasem zdobył nieco sympatii, co zaowocowało ostatnio rewatchem co ciekawszych i bardziej istotnych fabularnie momentów.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Drugi sezon Pierścieni władzy wstęp już miał za sobą, prezentując nam strony konfliktu, planszę oraz rozstawione na niej pionki. Wystarczyło tylko pchnąć to w odpowiednim kierunku, rozbudować, podrasować i poprawić niedociągnięcia. Lembas z masłem… Showrunnerzy wywiązali się z tego w niejednoznaczny sposób, nadal nie potrafiąc zbalansować wątków i równo ich poprowadzić.


Jako słabszy wątek należy wskazać podróż Nieznajomego (Daniel Weyman, Milczący świadek, Detektyw Foyle) i towarzyszących mu Harfootek  Nori (Markella Kavanagh) i Poppy (Megan Richards) do krainy Rhun. Ich podróż przez pustkowia porównać można do rozdziału Ciri w Czasie pogardy, gdy wędruje przez Pustynię Korath i dłuży się to niemiłosiernie, irytując czytelnika swoją miałkością. Pojawiają się w tym wątku dwie intrygujące postaci, czyli legendarny Tom Bombadil (Rory Kinnear, Penny Dreadful, Gra tajemnic, Ministerstwo niebezpiecznych dżentlemenów) oraz Mroczny Czarodziej (Ciaran Hinds, ostatnio spośród bogatej filmografii wymienić można Grę o tron, Belfast, Kobietę w czerni, Terror, Pierwszego człowieka, Milczenie). Nie są to jednak postaci z wykorzystanym potencjałem i wyraźnie widać, że twórcy nie mieli tu większego pomysłu, otwierając jedynie ciekawą furtkę na kolejny sezon. Liczę natomiast, że wątek Harfootów zostawimy już za sobą, tak jak oni zostawiają na końcu karawany najsłabsze ogniwa plemienia...

Słabiej również wybrzmiewa wątek ludzi, którzy wygnani przez orków osiedlili się w Pelagirze, numenoryjskiej kolonii. Perypetie Theo (Tyrone Muhafidin) i Arondira (Ismael Cruz Cordova, Stacja Berlin, Ray Donovan, Żona idealna) oraz Isildura (Maxim Baldry, Rzym, Życie w Hollyoaks, Rok za rokiem) i poznanej przez niego dziewczyny Estrid (Nia Towle), w której się zakochał, wnosiły do całości historii mniej niż mało. Mizernie wypadła również historia posiadająca ogromny potencjał, a więc polityczne rozgrywki w Numenorze. Majestatyczne miasto jest tylko bladym tłem serialu, a cała ta sekcja fabularna jest tanią farsą bez głębi i angażujących bohaterów. Bardzo bym chciał przejmować się losami Elendila (Lloyd Owen, Monarch of the Glen, The Originals, filmy i seriale z serii Młody Indiana Jones, a także Apollo 18) oraz królowej Tar-Miriel (Cynthia Addai-Robinson, Power, Shooter, Spartacus: Krew i piach), a także nie lubić Ar-Pharazona (Trystan Grevell, Księga czarownic, Exile, Terror, Pan Selfridge) i jego syna Kemena (Leon Wadham). Jest to jednak wszystko niezmiernie nudne i nieangażujące emocjonalnie.


Solidny jak na standardy Pierścieni władzy poziom utrzymał wątek krasnoludów w Khazad-dum, bodaj jedyny, w którym czuć, że bohaterowie to ludzie (choć niscy), a nie narracyjne figury fabularne. Konflikt między królem Durinem III (Peter Mullen, After the Party, Payback, Kolej podziemna, Ozark, Zamęt) a jego synem, księciem Durinem IV (Owain Arthur, Wyznanie, Na sygnale, The Palace) i wspierającą go żoną, księżniczką Disą (Sophia Nomvete, Pirackie potyczki, Wednesday, Mafia Mamma, rola głosowa w Baldur’s Gate III) był tą dramą polityczno-rodzinną podgrzaną czającym się w podziemiach pomniejszym Majarem, która zapewniała minimum emocjonalnego zaangażowania w losy bohaterów.

Nieco w tym sezonie zagubił się nam Elrond Półelf (Robert Amarayo, Gra o tron, Zwierzęta nocy, Co kryją jej oczy, King’s Man: Pierwsza misja), który dużo bardziej wybrzmiewał w pierwszym sezonie poprzez swoje relacje z Galadrielą czy przede wszystkim z Durinem III. Tym razem mniejszy nacisk położono na relacje elfów i krasnoludów, a większy nacisk na odpowiedzialność samych elfów za losy Śródziemia. Większą rolę niż tylko posąg przybrany złotą szatą oddano Najwyższemu Królowi Lindonu Gil-Galadowi (Benjamin Walker, Sztandar chwały, Abraham Lincoln: Łowca wampirów oraz seriale Traitors czy Jessica Jones) i o dziwo nieco lepiej wypadła sama Galadriela (Morfydd Clark, Duma, uprzedzenie i zombie, Pełzająca śmierć, Patrick Melrose, Mroczne Materie, Drakula czy przede wszystkim świetna tytułowa rola w Saint Maud), kiedy zeszła nieco z pierwszego planu i powściągnęła swój nieokiełznany charakter gnany niezrównanym imperatywem narracyjnym. W drugiej połowie sezonu jej rola stawała się coraz bardziej prominentna poprzez interakcje z głównymi antagonistami, jej występ oceniam zaś nie najgorzej.

Główną osią fabuły drugiego sezonu był wątek Eregionu władanego przez Celebrimbora (Charles Edwards, do znaczącej filmografii brytyjskiego aktora zaliczyć można m.in. występy w serialach Terror, The Crown, Under the Vines, The Halycon, Sherlock, Downton Abbey czy filmach Książę, Tajemnica Filomeny, Batman: Początek) oraz wykucie przez niego tytułowych pierścieni władzy, najpierw trzech dla krasnoludów, później dziewięciu dla ludzi. Dokonał tego wbrew woli Gil-Galada, będąc pod przemożnym wpływem manipulującego nim Saurona pod postacią valarskiego wysłannika Annatara (Charlie Vickers, który na koncie miał jedynie role w Palm Beach oraz serialach Medyceusze i Wszystkie kwiaty Alice Hart). To ich relacja oraz cały wątek Saurona, odtrąconego przez sługę, Adara (Josepha Mawle w drugim sezonie zastąpił Sam Hazeldine i o dziwo nawet bardziej przypadł mi do gustu, nie grając swej roli z teatralną egzaltacją poprzednika – Hazeldina można kojarzyć z występów we Władcach przestworzy, Witcherze, Sandmanie, Kulawych koniach, Temple, Innocents czy Templariuszach) stanowi najlepszy i najciekawszy element serialu. Intryga momentami dość naiwna i prowadzona po najmniejszej linii oporu, ostatecznie jednak łapała widza na emocjonalnym zaangażowaniu, w przeciwieństwie choćby do takiego Numenoru. Losy Celebrimbora, nieco bardziej uczłowieczonego i emocjonalnego niż standardowy wizerunek stoickiego elfa, pozwalały żywić doń sympatię, a Vickers w roli Saurona/Annatara wypadał dla mnie wystarczająco przekonująco i miał chyba, obok Edwardsa, najwięcej do zagrania. Ich dynamika miała po prostu najwięcej mięsa, a i cały wątek oblężonego przez orków Eregionu, któremu poświęcono sporo miejsca, wypadł dość dobrze. 


Podsumowując, drugi sezon Pierścieni władzy był krokiem w dobrą stronę, pomimo iż nadal nie wszystko wyglądało tak jak powinno. Pod względem audiowizualnym serial stał na dość dobrym poziomie, choć lepiej pod względem zarówno ścieżki dźwiękowej jak i interesujących zdjęć oceniam sezon pierwszy. Nadal główną bolączką Rings of Power jest scenariusz i nieumiejętność stworzenia przez twórców wiarygodnych bohaterów z angażującymi wątkami, ale w tym sezonie było zauważalnie mniej logicznych fikołków i głupot, które tak raziły w oczy podczas oglądania sezonu pierwszego. Kilka wątków oglądało się lepiej, dlatego i ocena końcowa nieznacznie wzrośnie. Pierścienie władzy otrzymują ode mnie ocenę 6,5/10 i liczę, że trzeci sezon znowu zanotuje skok jakości, bo lepiej późno niż wcale. Z przyjemnością wrócę do tego fanfiku o Śródziemiu, choć nadal będzie to love/hate relationship.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...