Najdroższy
serial w historii zmierzyć musiał się z mieszanym przyjęciem publiczności, w
tym z poważną krytyką zagorzałych fanów Śródziemia. Czy przy okazji drugiego
sezonu Amazon wyciągnął wnioski, poprawiając jakość swej luźnej adaptacji prozy
Tolkiena?
Showrunnerami
drugiego sezonu byli ponownie Adam McKay oraz John D. Payne, którzy wcześniej
mieli na koncie jedynie niewielki udział przy tworzeniu scenariuszy do filmów
Star Trek: W nieznane oraz Wyprawa do dżungli. Wśród reżyserów odcinków
ponownie mogliśmy zobaczyć Charlotte Brändström (mającą duże doświadczenie w
reżyserowaniu seriali takich jak m.in. Shogun, Witcher, Man from the High
Castle, Outlander, Colony, Conterpart, Madame Secretary), a wśród nowych twarzy
wymienić należy Louise Hooper (mającą na koncie odcinki seriali takich jak
Witcher, Treason, Sandman, Flesh and Blood, Stan’s Lee Lucky Man) oraz Sanaę
Hamri (reżyserowała m.in. w serialach Gen V, Wheel of Time, Shameless,
Elementary oraz Imperium, którego była również producentką). W skład
scenarzystów powracających przy drugim sezonie należy wspomnieć Justina Doble
(Stranger Things), Jasona Cahilla (Rodzina Soprano, Halt and Catch Fire), Helen
Shang (13 Reasons Why, Hawaii 5.0), Glenise Mullins (Peryferia, Surface, Star
Trek: Discovery), Nicholasa Adamsa (dokument Fail State), Gennifer Hutchison
(Breaking Bad, Better Call Saul). Za zdjęcia do drugiego sezonu odpowiadali:
Alex Disenhof (Kod 8, Rebelia oraz seriale Watchmen, Egzorcysta, Legion,
Wybrzeże Moskitów), Jean-Philippe Gossart (Witcher i Witcher: Blood Origin,
Treason, Monarch: Dziedzictwo Potworów, Cowboy Bebop, Gra pozorów), Laurie Rose
(seriale Inwazja, Silos, Niedaleko pada jabłko, Peaky Blinders oraz filmy Stan
i Ollie, Smętarz dla zwierzaków, Piękna i rzeźnik, Operacja Overlord).
Pierwszy
sezon Pierścieni władzy w mojej opinii nie był produkcją tragiczną i miał kilka
niewątpliwych plusów. Z pewnością nie należał do nich scenariusz, bowiem serial
cierpiał na liczne bolączki w zakresie ekspozycji, dialogów, sposobu pisania
postaci, prowadzenia narracji oraz logiki. Nie pomagał twórcom zapewne fakt, iż
Amazon nie nabył praw do ekranizacji Silmarillionu, a jedynie dodatków do
Władcy Pierścieni. Nie twierdzę jednak, że całość Pierścieni władzy była nic
nie warta. Na pochwałę zasługiwała muzyka skomponowana przez Bearego
McReary’ego, odróżniająca się od ścieżki dźwiękowej stworzonej przez Howarda
Shore’a (współpracującego przy kreacji muzyki do intra serialu). McReary w swej
filmografii ma wiele różnorodnych produkcji, komponując ścieżki dźwiękowe do
seriali takich jak Battlestar: Galactica, Terminator: Kroniki Sary Connor, Demony
da Vinci, Agents of SHIELD, Black Sails, Masters of the Universe, Pearcy
Jackson i Bogowie Olimpijscy; filmów Happy Death Day, Godzilla II: Król
potworów, Demeter: Przebudzenie zła czy do gier komputerowych God of War i God
of War: Ragnarok. Pod względem wizualnym również produkcja potrafiła zrobić
wrażenie, mając kilka bardzo ciekawych i dobrze zrealizowanych konceptów.
Serial pod tym względem nie był jednak równy i kulał momentami w zakresie
jakości rekwizytów i scenografii.
Rings of Power nie potrafiły sobie poradzić z mnogością wątków i bohaterów, w
większości przypadków słabo poprowadzonych i napisanych. Pozytywnie
postrzegałem relację Elronda i Durina, na plus również poczytywałem postać
Nieznajomego. Słabo w mojej opinii wypadał wątek Numenoru, który nie potrafił
zdecydować się, czy bliżej mu do Gry o tron czy do Klanu. Podobnie wątek
bezlitosnych Harfootów o wielkich stopach nie wiedział, czy jest Szybkimi i
wściekłymi czy jednak bardziej Na wspólnej. Swoje poważne problemy miał wątek
koegzystencji elficko-ludzkiej w obliczu zagrożenia ze strony orków oraz romans
Arondira i Bronwyn. Na pierwszy plan jednak wybijał się wątek główny w postaci
perypetii Galadrieli miotającej się po Śródziemiu w poszukiwaniu nie zaginionego
męża lecz Saurona…
Finalnie,
sezon pierwszy nie zyskał mojego uznania (łaskawa ocena 6/10), choć z czasem
zdobył nieco sympatii, co zaowocowało ostatnio rewatchem co ciekawszych i
bardziej istotnych fabularnie momentów.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Drugi
sezon Pierścieni władzy wstęp już miał za sobą, prezentując nam strony
konfliktu, planszę oraz rozstawione na niej pionki. Wystarczyło tylko pchnąć to
w odpowiednim kierunku, rozbudować, podrasować i poprawić niedociągnięcia.
Lembas z masłem… Showrunnerzy wywiązali się z tego w niejednoznaczny sposób,
nadal nie potrafiąc zbalansować wątków i równo ich poprowadzić.
Jako
słabszy wątek należy wskazać podróż Nieznajomego (Daniel Weyman, Milczący
świadek, Detektyw Foyle) i towarzyszących mu Harfootek Nori (Markella Kavanagh) i Poppy (Megan
Richards) do krainy Rhun. Ich podróż przez pustkowia porównać można do
rozdziału Ciri w Czasie pogardy, gdy wędruje przez Pustynię Korath i dłuży się
to niemiłosiernie, irytując czytelnika swoją miałkością. Pojawiają się w tym
wątku dwie intrygujące postaci, czyli legendarny Tom Bombadil (Rory Kinnear,
Penny Dreadful, Gra tajemnic, Ministerstwo niebezpiecznych dżentlemenów) oraz
Mroczny Czarodziej (Ciaran Hinds, ostatnio spośród bogatej filmografii wymienić
można Grę o tron, Belfast, Kobietę w czerni, Terror, Pierwszego człowieka,
Milczenie). Nie są to jednak postaci z wykorzystanym potencjałem i wyraźnie
widać, że twórcy nie mieli tu większego pomysłu, otwierając jedynie ciekawą
furtkę na kolejny sezon. Liczę natomiast, że wątek Harfootów zostawimy już za
sobą, tak jak oni zostawiają na końcu karawany najsłabsze ogniwa plemienia...
Słabiej
również wybrzmiewa wątek ludzi, którzy wygnani przez orków osiedlili się w
Pelagirze, numenoryjskiej kolonii. Perypetie Theo (Tyrone Muhafidin) i Arondira
(Ismael Cruz Cordova, Stacja Berlin, Ray Donovan, Żona idealna) oraz Isildura
(Maxim Baldry, Rzym, Życie w Hollyoaks, Rok za rokiem) i poznanej przez niego
dziewczyny Estrid (Nia Towle), w której się zakochał, wnosiły do całości
historii mniej niż mało. Mizernie wypadła również historia posiadająca ogromny
potencjał, a więc polityczne rozgrywki w Numenorze. Majestatyczne miasto jest
tylko bladym tłem serialu, a cała ta sekcja fabularna jest tanią farsą bez
głębi i angażujących bohaterów. Bardzo bym chciał przejmować się losami
Elendila (Lloyd Owen, Monarch of the Glen, The Originals, filmy i seriale z
serii Młody Indiana Jones, a także Apollo 18) oraz królowej Tar-Miriel (Cynthia
Addai-Robinson, Power, Shooter, Spartacus: Krew i piach), a także nie lubić
Ar-Pharazona (Trystan Grevell, Księga czarownic, Exile, Terror, Pan Selfridge)
i jego syna Kemena (Leon Wadham). Jest to jednak wszystko niezmiernie nudne i
nieangażujące emocjonalnie.
Solidny jak na standardy Pierścieni władzy poziom utrzymał wątek krasnoludów w Khazad-dum, bodaj jedyny, w którym czuć, że bohaterowie to ludzie (choć niscy), a nie narracyjne figury fabularne. Konflikt między królem Durinem III (Peter Mullen, After the Party, Payback, Kolej podziemna, Ozark, Zamęt) a jego synem, księciem Durinem IV (Owain Arthur, Wyznanie, Na sygnale, The Palace) i wspierającą go żoną, księżniczką Disą (Sophia Nomvete, Pirackie potyczki, Wednesday, Mafia Mamma, rola głosowa w Baldur’s Gate III) był tą dramą polityczno-rodzinną podgrzaną czającym się w podziemiach pomniejszym Majarem, która zapewniała minimum emocjonalnego zaangażowania w losy bohaterów.
Nieco w tym sezonie zagubił się nam Elrond Półelf (Robert Amarayo, Gra o tron, Zwierzęta nocy, Co kryją jej oczy, King’s Man: Pierwsza misja), który dużo bardziej wybrzmiewał w pierwszym sezonie poprzez swoje relacje z Galadrielą czy przede wszystkim z Durinem III. Tym razem mniejszy nacisk położono na relacje elfów i krasnoludów, a większy nacisk na odpowiedzialność samych elfów za losy Śródziemia. Większą rolę niż tylko posąg przybrany złotą szatą oddano Najwyższemu Królowi Lindonu Gil-Galadowi (Benjamin Walker, Sztandar chwały, Abraham Lincoln: Łowca wampirów oraz seriale Traitors czy Jessica Jones) i o dziwo nieco lepiej wypadła sama Galadriela (Morfydd Clark, Duma, uprzedzenie i zombie, Pełzająca śmierć, Patrick Melrose, Mroczne Materie, Drakula czy przede wszystkim świetna tytułowa rola w Saint Maud), kiedy zeszła nieco z pierwszego planu i powściągnęła swój nieokiełznany charakter gnany niezrównanym imperatywem narracyjnym. W drugiej połowie sezonu jej rola stawała się coraz bardziej prominentna poprzez interakcje z głównymi antagonistami, jej występ oceniam zaś nie najgorzej.
Główną
osią fabuły drugiego sezonu był wątek Eregionu władanego przez Celebrimbora
(Charles Edwards, do znaczącej filmografii brytyjskiego aktora zaliczyć można m.in.
występy w serialach Terror, The Crown, Under the Vines, The Halycon, Sherlock,
Downton Abbey czy filmach Książę, Tajemnica Filomeny, Batman: Początek) oraz wykucie przez niego tytułowych
pierścieni władzy, najpierw trzech dla krasnoludów, później dziewięciu dla
ludzi. Dokonał tego wbrew woli Gil-Galada, będąc pod przemożnym wpływem
manipulującego nim Saurona pod postacią valarskiego wysłannika Annatara
(Charlie Vickers, który na koncie miał jedynie role w Palm Beach oraz serialach
Medyceusze i Wszystkie kwiaty Alice Hart). To ich relacja oraz cały wątek
Saurona, odtrąconego przez sługę, Adara (Josepha Mawle w drugim sezonie
zastąpił Sam Hazeldine i o dziwo nawet bardziej przypadł mi do gustu, nie
grając swej roli z teatralną egzaltacją poprzednika – Hazeldina można kojarzyć
z występów we Władcach przestworzy, Witcherze, Sandmanie, Kulawych koniach,
Temple, Innocents czy Templariuszach) stanowi najlepszy i najciekawszy element
serialu. Intryga momentami dość naiwna i prowadzona po najmniejszej linii oporu,
ostatecznie jednak łapała widza na emocjonalnym zaangażowaniu, w
przeciwieństwie choćby do takiego Numenoru. Losy Celebrimbora, nieco bardziej
uczłowieczonego i emocjonalnego niż standardowy wizerunek stoickiego elfa,
pozwalały żywić doń sympatię, a Vickers w roli Saurona/Annatara wypadał dla
mnie wystarczająco przekonująco i miał chyba, obok Edwardsa, najwięcej do
zagrania. Ich dynamika miała po prostu najwięcej mięsa, a i cały wątek oblężonego
przez orków Eregionu, któremu poświęcono sporo miejsca, wypadł dość dobrze.
Podsumowując,
drugi sezon Pierścieni władzy był krokiem w dobrą stronę, pomimo iż nadal nie
wszystko wyglądało tak jak powinno. Pod względem audiowizualnym serial stał na
dość dobrym poziomie, choć lepiej pod względem zarówno ścieżki dźwiękowej jak i
interesujących zdjęć oceniam sezon pierwszy. Nadal główną bolączką Rings of
Power jest scenariusz i nieumiejętność stworzenia przez twórców wiarygodnych
bohaterów z angażującymi wątkami, ale w tym sezonie było zauważalnie mniej
logicznych fikołków i głupot, które tak raziły w oczy podczas oglądania sezonu
pierwszego. Kilka wątków oglądało się lepiej, dlatego i ocena końcowa
nieznacznie wzrośnie. Pierścienie władzy otrzymują ode mnie ocenę 6,5/10 i
liczę, że trzeci sezon znowu zanotuje skok jakości, bo lepiej późno niż wcale.
Z przyjemnością wrócę do tego fanfiku o Śródziemiu, choć nadal będzie to love/hate
relationship.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz