Film Substancja odbija się w filmowych kręgach szerokim echem, pomimo kontrowersyjnej formy zbierając pochlebne opinie i wzbudzając szok wśród krytyków oraz widzów. Jakie nielegalne substancje zażyła paryska reżyserka przed stworzeniem Substancji i co brać przed seansem, żeby dobrze wchodził?
Reżyserką
i scenarzystką była Coralie Fargaet, francuska twórczyni, która debiutowała
pełnometrażowym filmem Zemsta w 2017 roku. Na koncie miała ponadto
krótkometrażowe filmy Le télégramme oraz Reality+, a także dziewiąty odcinek
pierwszego sezonu serialu Sandman.
Za
muzykę odpowiadał brytyjski kompozytor Raffertie, czyli Benjamin Stefanski,
mający na swoim koncie ścieżki dźwiękowe do seriali The Continental, Alex
Rider, Strangers, 99. Operatorem był
Benjamin Kracun, autor zdjęć do filmów Obiecująca. Młoda. Kobieta., Starcie,
Monsoon, Pod ciemnymi gwiazdami.
Film
Substancja opowiada o starzejącej się gwieździe filmowej Elisabeth Sparkle
(Demi Moore, znana z filmów Uwierz w ducha, Niemoralna propozycja, Striptiz,
G.I. Jane, Przejrzeć Harry’ego, Aniołki Charliego 2: Zawrotna Prędkość, a w
ostatnich latach z seriali Imperium, Zwierzęta, Nowy wspaniały świat,
Konflikt), która zostaje pozbawiona swojego programu fitness przez
uosabiającego seksistowskie stereotypy producenta Harveya (nazwiska się można
domyślić, w tej roli Dennis Quaid, którego bogata filmografia obejmuje między
innymi Wielkie kule ognia, Ostatniego smoka, Nie wierzcie bliźniaczkom,
Częstotliwość, Traffic, Alamo, Pojutrze, Lot Feniksa, 8 części prawdy, Legion,
a ostatnio seriale takie jak Vegas, Sztuka i zbrodnia, Full Circle oraz film
Raegan).
W
dzień urodzin, rozkojarzona pozbawieniem pracy i mijającym życiem, Elisabeth
uczestniczy w wypadku samochodowym. Podczas badania tajemniczy pielęgniarz
podrzuca jej do płaszcza pendriva, na którym znajduje się enigmatyczna reklama
tytułowej substancji, która może odmienić jej los i sprawić, że znów będzie
mogła żyć pełnią życia. Początkowo niechętna, widząc jak może wyglądać jej egzystencja
pozbawiona blasku fleszy i zainteresowania publiczności ze względu na jej wiek,
Elisabeth decyduje się na skorzystanie z podejrzanej propozycji, dając tym
samym życie swojej młodszej i lepszej wersji, Sue (Margaret Qualley, córka
Andie McDowell debiutowała w Palo Alto, później grając role w Nice Guys,
serialu Leftovers, filmach Nowicjat i Notatnik śmierci, w ostatnich latach
natomiast w Pewnego razu… w Hollywood, serialu Sprzątaczka, Biednych istotach,
Rodzajach życzliwości oraz Żegnajcie, laleczki).
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Feministyczne
kino pani Fargaet z pewnością rości sobie prawa do miana ambitnego, niepokojącego
i uderzającego widza mocnymi akcentami. Sama koncepcja natomiast jest ciekawym
połączeniem niezbyt przemyślanego science-fiction (po zadaniu sobie kilku pytań
o sens całego przedsięwzięcia związanego z substancją i logiki się tym
kierującej zaprzestałem szukania odpowiedzi) z manifestem dotyczącym z jednej
strony problemu postrzegania kobiecego ciała przez świat mediów, z drugiej
bardziej intymnym komentarzem wobec samoakceptacji tak cielesnej jak i
nieuchronnie przemijającego czasu. Gdyby nie ten abstrakcyjny finał uznałbym
nawet, że całość wyszła całkiem zgrabnie i choć może nie trafiała w moją
estetykę, to z pewnością budziła zastanowienie.
Ciekawą
dynamikę bohaterek Demi Moore oraz Margaret Qualley zaburzało w moim odczuciu
ich coraz bardziej oderwane od rzeczywistości, nielogiczne zachowanie i
wpadanie w narzucony imperatywem scenariuszowym motyw samolubnego skupienia się
na własnej osobie. Stopniowe pogrążanie się w szaleństwie i obsesji,
doprowadzające obie bohaterki do tragedii byłoby może ciekawe, gdyby nie brak
subtelności i zamknięcie logiki w schowku na szczotki.
Na osobną uwagę zasługuje interesujące połączenie dwóch rodzajów seksualności – film z jednej strony ocieka seksapilem, gdy prezentowana jest przede wszystkim postać Sue (a trzeba przyznać, że Margaret Qualley wygląda tu dobrze we wszystkim, a jeszcze lepiej bez niczego) i momentami niemal wpycha widzowi do ust łyżkę z komercjalizacją kobiecej seksualności wylewającej się z mediów, z drugiej strony pokazuje dużo bardziej intymną, naturalną wersję kobiecego ciała, głównie uosobionego bohaterką starszej, dostrzegającej upływ czasu i wpadającej przez to w kompleksy postaci Demi Moore (która nadal jest petardą i dobrym milfem). Nawet ja, stary lubieżnik i zwyrol, czułem się jednak nieco zażenowany i przytłoczony ilością golizny na ekranie, często zupełnie niepotrzebnej i momentami głupiej, wymuszonej przez narrację o seksistowskich producentach filmowych i rekinach show-biznesu, wrzucających do amerykańskiej telewizji śniadaniowej wszechobecny negliż…
Film
spotyka się z zaskakująco ciepłym przyjęciem tak krytyków jak i widzów, pomimo
swej kontrowersyjnej treści i formy. A może po prostu ja jestem zbyt wielkim ignorantem,
by docenić Wielkie Kino, które z pewnością odbije się echem w sezonie nagród. Znamienna
była jednak reakcja pary siedzącej rząd wyżej na sali kinowej – pod koniec
filmu, gdy gówno uderzyło w wentylator, słychać było co jakiś czas odgłos chrząknięć
dziewczyny walczącej z odruchami wymiotnymi, zaś jej partner, nim jeszcze film
się skończył, skwitował go retorycznym pytaniem „i to dostało 8 od recenzentów?”.
Amen, bro…
Gdyby reżyserka zechciała nie iść w iście napoleońskiej szarży europejskiego kina artystycznego ze swoim natarczywym i podkreślonym grubym flamastrem zakończeniem, film oceniłbym dużo lepiej. Było w nim wiele łakoci i witamin oraz innych smakowitych kąsków, tak wizualnych jak i intelektualnych (a Demi Moore dawno nie była tak dobra, znikając z szerszej sceny oświetlonej tymi najlepszymi reflektorami w mniej widowiskowe i komentowane produkcje). Wszystko to jednak jak krew w piach, a ja nie potrafię wznieść się ponad migrenę i obrzydzenie, jakie wywołało we mnie zakończenie filmu.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz