piątek, 31 maja 2024

RECENZENCKI ROZKŁAD JAZDY - CZERWIEC 2024 - ZAPOWIEDŹ

 

Czerwiec pod względem filmowym będzie mniej intensywny niż maj, z kolei dostaniemy do oglądania kilka ciekawych propozycji w sferze seriali, a do tego wszystkiego jeszcze rozpoczynające się w połowie miesiąca mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Jak to wszystko pogodzić?



Czekają mnie oczywiście zaległości filmowe z maja, przede wszystkim Królestwo Planety Małp oraz Furiosa z serii Mad Max, może również Hit Man oraz Jedno życie. Z czerwcowych premier moją uwagę przykuwają m.in. czwarta część serii Bad Boys – poprzednia odrzuciła mnie przerostem kuriozalnej akcji nad filmową treścią, ale w tym przypadku zwiastun mnie przekonuje. W połowie czerwca głównym punktem programu będzie kontynuacja pixarowego Inside Out, czyli W głowie się nie mieści 2. Końcem miesiąca z pewnością będę chciał powrócić do uniwersum wykreowanego przez Johna Krasinskiego przy okazji premiery filmu Ciche miejsce: Dzień Pierwszy.


Pod względem serialowym czerwiec to mocne uderzenie głośnych tytułów. Już na początku miesiąca dostaniemy wyczekiwany serial live-action z uniwersum Gwiezdnych Wojen osadzony w epoce Wielkiej Republiki, czyli Akolitę. Pomimo kontrowersji marketingowych, ja mocno czekam na powiew świeżości w dusznym gwiezdnowojennym uniwersum zdominowanym przez sagę Skywalkerów.

13 czerwca na Amazon Prime Video powraca czwarty sezon The Boys, który znowu wywróci do góry nogami to, do czego jesteśmy na ogół przyzwyczajeni podczas oglądania super-bohaterszczyzny. Tona wybuchów, ekscytujących pojedynków, komentarz polityczno-społeczny uderzający w Amerykę jak obuchem. Natomiast kilka dni później z rykiem i zionąc ogniem wraca drugi sezon Rodu Smoka. Epicka przygoda oparta na Ogniu i krwi George’a R.R. Martina przyniesie nam w końcu konflikt, na który czekaliśmy cały sezon, a Westeros stanie w ogniu i spłynie krwią. Produkcje te zakończą emisję dopiero w lipcu i sierpniu i wtedy należy spodziewać się recenzji.

Na radarze mam ponadto jeszcze dwa seriale, które uraczą nas trzecimi sezonami. Na początku czerwca na SkyShowtime powróci po wypadku Jeremy Renner w Burmistrzu z Kingstown, natomiast końcem miesiąca otrzymamy kontynuację losów szefa kuchni w The Bear. W obu przypadkach jednak musiałbym nadrabiać zaległości, a na to zabraknie czasu.

Literacko ten miesiąc nie zapowiada się imponująco – pragnę skończyć wreszcie Problem 3 Ciał oraz ruszyć dalej historię Thrawna w jego kolejnych powieściach od Timothy’ego Zahna, czyli Thrawn. Sojusze oraz Thrawn. Zdrada.



 

czwartek, 30 maja 2024

TRYLOGIA PLANETY MAŁP (2011-2017) - RECENZJA

Jak przez mgłę z telewizji pamiętam oryginalną Planetę Małp z 1968 roku, opartą na powieści francuskiego pisarza Pierre’a Boulle’a. Z wersją uwspółcześnioną uniwersum miałem styczność jedynie przy okazji pierwszej części, której początek widziałem w telewizji. Z okazji premiery Królestwa Planety Małp zdecydowałem się w końcu zobaczyć zachwalaną trylogię, która przywróciła Małpy na wielkie ekrany.


Za reżyserię Genezy Planety Małp (org. Rise of the Planet of the Apes) odpowiadał niezbyt doświadczony i rozpoznawalny brytyjski twórca Rupert Wyatt (mający wcześniej na koncie tylko dwa filmy pełnometrażowe: The Escapist i Subterrain). Duetem scenarzystów było natomiast małżeństwo Ricka Jaffy i Amandy Silver, którzy po kilku próbach scenopisarskich w latach 90. XX wieku wrócili do branży przy okazji Genezy..., a później pracowali m.in. przy Jurrasic World, W samym sercu morza, Mulan i Avatar: Istota wody. Muzykę do pierwszej części stworzył Patrick Doyle (nominowany do Oscara za Hamleta oraz Rozważną i romantyczną, znany szerzej za ścieżki dźwiękowe do filmów Dziennik Bridget Jones, Harry Potter i Czara Ognia, a w ostatnich latach Thor, Merida Waleczna, Kopciuszek czy filmy Kennetha Branagha). Za zdjęcia odpowiadał operator Andrew Lesnie, znany choćby z trylogii Władca Pierścieni oraz Hobbit, King Kong z 2005 czy Jestem legendą.

Film opowiada o badaniach prowadzonych na szympansach w laboratorium Gen-Sys w San Francisco mających doprowadzić do stworzenia leku na Alzheimera. Kierownikiem badań jest Will Rodman (James Franco, który w ostatnich latach miał przerwę od aktorstwa i kojarzyć go można z The Disaster Artist oraz Kronik Times Square), szukający leku dla swojego schorowanego ojca, Charlesa (John Lithgow, którego szczyt kariery przypadał na lata 80. i 90. XX wieku, w ostatnich latach widziany w filmie Czas krwawego księżyca czy serialach Stary człowiek, Perry Mason czy The Crown).

W wyniku wypadku w ośrodku badawczym ginie szympansica, a program zostaje zamknięty, natomiast Will w tajemnicy przygarnia nowonarodzoną małpę, która wykazuje nadnaturalną inteligencję. Małpa imieniem Caesar (Andy Serkis, najbardziej znany jako odtwórca roli Golluma we Władcy Pierścieni oraz Hobbicie, a także jako Alfred w nowej serii The Batman czy Ulysess Klaue w Marvelu oraz reżyser drugiej części Venoma czy Mowgli: Legenda dżungli) w wyniku odziedziczonych zmian genetycznych rozwija się bardzo szybko, ale na skutek incydentu trafia do zakładu opieki nad małpami.

Pochodząc z zupełnie odmiennego środowiska, obserwuje własnymi oczami, jak źle traktowane są małpy przez ludzi. Poznaje tam przyjaciół: orangutana Maurice (Karin Konoval), goryla Bucka (Richard Ridings), szympansa Rocketa (Terry Notary). Gdy małpy, genetycznie wzmocnione nową wersją leku opracowaną przez Willa, uwalniają się ze swego więzienia i przypuszczają szturm na placówkę badawczą, bohaterowie jeszcze nie wiedzą, jakie konsekwencje to przyniesie dla całego świata.

Geneza Planety Małp to przyzwoity film rozpoczynający ambitną serię dotykającą wielu filozoficznych, socjologicznych i psychologicznych problemów. Podstawowymi jego bolączkami są natomiast mielizny scenariuszowe i toporne, pretekstowe potraktowanie wątku złej korporacji dążącej do opracowania leku bez względu na procedury i prawo. Film sili się również na nieco tani melodramatyzm w ludzkim wątku między bohaterami Jamesa Franco, partnerującej mu od czasu do czasu na ekranie Freidy Pinto oraz Johna Lithgowa. Antagoniści zaś w osobach Davida Oyelowo oraz Briana Coxa i przede wszystkim Toma Feltona są karykaturalni i jednowymiarowi.

Najjaśniejszym elementem z całą pewnością jest postać Cezara oraz wątek rodzącej się inteligencji wśród małp. Pokazanie ich emancypacji, zacieśnienia więzi społecznych, relacji i współpracy oraz walki o wolność było tym, co przyciągało uwagę widza. Pierwsze słowa wypowiadane przez Cezara miały wyjątkowy wydźwięk i sceny te zapadały w pamięć. Sympatycznie wyglądała również drugoplanowa małpia obsada, zwłaszcza mędrzec Maurice. 


Przy drugiej części, czyli Ewolucji Planety Małp (oryg. Dawn of the Planet of the Apes) zaszło wiele zmian w obrębie twórców. Reżyserię objął Matt Reeves, wówczas jeszcze mało znany autor pojedynczych odcinków poślednich seriali, który szerszej publice pokazał się horrorem Cloverfield (pol. Projekt: Monster), a obecnie znany jest z nowej wersji Batmana. Do duetu scenarzystów dołączył Mark Bomback (Szklana pułapka 4.0, Góra czarownic, Pamięć absolutna, Wolverine), natomiast za muzykę filmu odpowiadał Michael Giacchino, jeden z najlepszych i najpopularniejszych współczesnych kompozytorów filmowych (wśród długiej listy najbardziej znanych produkcji można wymienić Iniemamocnych, Zagubionych, nowe Star Treki, Jurrasic Worldy, Mission Impossible i Spider-many, a także Ratatuj, Odlot, Auta, Coco, Doctor Strange, Rogue One czy najnowszy The Batman). Jako operator kamery odpowiedzialny był Michael Seresin (Harry Potter i więzień Azkabanu, Step Up).

Od wydarzeń z części pierwszej minęła dekada, a 90% ludzkości wyginęło na skutek pandemii małpiej grypy związanej z ubocznymi skutkami rozprzestrzenienia się leku opracowywanego w Genezie. Caesar zbudował w kalifornijskich lasach małpią społeczność, rzadko natrafiając na oznaki ludzkiej działalności. Gdy jednak dochodzi do kontaktu z pozostałościami ludzkiej cywilizacji, musi zdecydować czy pomóc ludziom czy zadbać o własny gatunek. 

W San Francisco funkcjonuje ludzka enklawa, której przewodzi były wojskowy Dreyfus (Gary Oldman, którego przedstawiać nie trzeba). Ze względu na wyczerpujące się zasoby, wysyła ekspedycję celem ponownego uruchomienia elektrowni wodnej. W skład drużyny wchodzą m.in. Malcolm (Jason Clark, ostatnio można go było widzieć w serialach Lakers: Dynastia zwycięzców czy Katarzyna Wielka oraz filmach Oppenheimer, Smętarz dla zwierzaków czy Pierwszy człowiek), jego syn Alex (Kodi Smit-McPhee, w ostatnich latach rozpoznawalny dzięki rolom w Elvisie, Psich pazurach oraz jako młodego Nightcrawlera w ostatnich filmach z serii X-men) oraz partnerka Ellie (Keri Russel, znana z epizodycznych ról w filmach Star Wars: Skywalker.Odrodzenie, Byliśmy żołnierzami czy Mission Impossible III oraz seriali Felicity, Mój najlepszy wróg czy Zawód: Amerykanin).

Gdy ludzie, dzięki miłosierdziu Cezara, próbują przywrócić elektryczność swoim pobratymcom, Ci pozostali w enklawie szykują broń na wypadek konfliktu z małpami, co odkrywa Koba (Toby Kebbell) – inteligentny i zaradny szympans, którego Cezar uratował z ośrodka badawczego w pierwszym filmie. Koba, zawiedziony postawą Cezara i obawiający się ludzi, od których zaznał jedynie krzywdy, wznieca bunt i z armią małp rusza szturmować San Francisco. Ranny Cezar musi ratować kruchy pokój między gatunkami i powstrzymać bezmyślny rozlew krwi.

Ewolucja… to film dojrzalszy od poprzednika, wykorzystujący koncept pierwszego filmu i kierujący go w bardzo interesującym kierunku. Pozbawiony melodramatyzmu pierwszej części, wyciska najlepsze z wątku ludzkiego, stawiając na pierwszym planie losy Caesara jako przywódcy małp starającego się w racjonalny i sprawiedliwy sposób prowadzić swój lud w relacjach z ludźmi. Ograniczono karykaturalne ludzkie postaci do minimum, a antagonistą filmu uczyniono małpę, dopiero w drugiej kolejności walczącego o przetrwanie własnego gatunku i społeczności Gary’ego Oldmana (choć jego rola nie jest zbyt rozbudowana i byłem szczerze zaskoczony, że występuje w tej serii). Konflikt ideologiczny między Caesarem a Kobą stanowi oś filmu, a dylematy moralne nadają głębi dziełu, w którym trzy strony konfliktu mają swoje pewne racjonalne umotywowanie i rozumiemy zajmowane stanowiska, choć nie ze wszystkimi musimy się zgadzać. 

Widoczny jest również technologiczny postęp w aspekcie efektów specjalnych i zasłużenie film był nominowany w tej kategorii oscarowej. Pierwsza część miała solidne efekty jak na swoje czasy, w Ewolucji skoczyliśmy na wyższy poziom w jakości przedstawienia uczłowieczonych małp, zwłaszcza w kreacji Caesara, w którego kapitalnie wciela się Andy Serkis nadający bohaterowi głębi swoim głosem i emocjami.

Przy trzecim filmie serii , czyli Wojnie o Planetę Małp, Matt Reeves pracował nie tylko jako reżyser, ale również scenarzysta obok Marka Bombacka. Zwieńczenie trylogii Caesara rozpoczyna się od eskalacji konfliktu między ludźmi i małpami. Ocalałe wojsko amerykańskie poluje na Caesara i dąży do jego wyeliminowania jako tego, który spaja małpy w zwarte społeczeństwo. Po tragicznym w skutkach ataku na siedzibę małp Ceasar wysyła ocalałe małpy w poszukiwaniu nowego domu, a sam udaje się na drogę zemsty i gniewu w pogoń za Pułkownikiem (Woody Harrelson, w ostatnich latach widziany w filmach Venom i Venom 2, W trójkącie, Zombieland 2 i Han Solo oraz Trzy billboardy za Ebbing, Missouri). Towarzyszą mu orangutan Maurice, szympans Rocket i goryl Luca (Michael Adamthwaite), a w trakcie podróży dołącza bezimienna ludzka dziewczynka, którą nazywają Nova (Amiah Miller) oraz małpa pochodząca z innego plemienia imieniem Bad Ape (Steve Zahn). Gdy odnajdują bazę Pułkownika okazuje się, że wojsko uprowadziło małpy z plemienia Caesara, a sami ludzie zaczynają wykazywać oznaki degeneracji gatunku wskutek mutacji wirusa małpiej grypy i zatracają zdolności kognitywne i komunikacyjne. Caesar musi uwolnić swoich pobratymców i uratować ich przed bezwzględnym Pułkownikiem.

Wojna… jest filmem utrzymanym w dużo bardziej przygnębiającej stylistyce oraz zimowej aurze szarości i bieli. Zarówno ludzie jak i małpy są przyparci do muru, a na szali znajduje się przetrwanie jednego i drugiego gatunku. Osobista vendetta Caesara motywowana utratą bliskich doprowadza go na skraj… człowieczeństwa i nasz bohater musi walczyć z sobą, by nie stać się tak brutalnym jak ludzie, z którymi walczy. Ci z kolei potrafią przekonać do swej sprawy niektóre małpy i obietnicą pozostawienia przy życiu zaciągają je do wojska, by walczyły przeciwko swoim rodakom.

Początkowo postać Woody’ego Harrelsona wydaje się karykaturalnie zła (choć nadal trzyma aktorsko wysoki poziom), z czasem jednak odkrywamy jakie doświadczenia ukształtowały tego człowieka i jakie przyświecają mu motywy. Gdy widzimy, jak bardzo zatracił się w swojej idei, dostrzegamy ogrom determinacji i cierpienia, jakie go przepełniają. Nie odejmuje mu to jednak nic z jego diabolicznego charakteru pozbawionego człowieczeństwa.


Podwaliny położone w drugiej części serii, w Wojnie o Planetę Małp uzyskują kulminację, a cały film przesycony jest moralnymi pytaniami o postawy w kryzysowej sytuacji i poświęceniu dla dobra ogółu oraz powstrzymaniu się od postawienia kroku za dużo w stronę przepaści. Cały konflikt małpio-ludzki zwieńcza starcie charakterów Caesara i Pułkownika, którzy muszą zrobić wszystko dla własnego gatunku. Na etapie trzeciego filmu widz jest już bardzo zaangażowany w losy bohaterów i kibicuje małpom, a nie ludziom.

Co ciekawe, to właśnie ten najbardziej ponury wizualnie i tematycznie film z serii ma najwięcej momentów komediowych wprowadzonych za pomocą postaci Bad Ape, który swym komizmem łamie przygnębiający nastrój. Jest to też film, gdzie ograniczono obecność ludzkich bohaterów do zaledwie trzech: Pułkownika, jego podkomendnego Preachera (o trzeciorzędnym znaczeniu fabularnym) oraz niemej Novy, które jednak bardzo dobitnie pokazują, w jakim miejscu znalazła się ludzkość. Film ten ponadto po raz kolejny zrobił świetne wrażenie audio-wizualne i choć momentami mógł być nierówny pod tym względem, to w większości wyglądał imponująco jeśli chodzi o naturalizm oddania wyglądu małp.

Podsumowując, cała trylogia stoi na wysokim poziomie, zwłaszcza dwa filmy reżyserowane przez Matta Reevesa. Początek miał swoje deficyty, zostawiając sporo miejsca na rozwój technologii i efektów specjalnych, ale przede wszystkim w zakresie nierównego scenariusza. Późniejsze części podchodziły do widza z większym szacunkiem, minimalizując fabularne mielizny i momenty zawieszania niewiary. Konstrukcja charakterologiczna Caesara nie pozostawia złudzeń, że jest to jedna z najsolidniej poprowadzonych postaci współczesnego kina wysokobudżetowego. Genezę Planety Małp oceniam na 7/10, Ewolucję Planety Małp oceniam na 7,5/10, natomiast Wojnę o Planetę Małp oceniam na 8/10 i kończę ten wywód kultowym „Małpy razem silne!”.



sobota, 18 maja 2024

KOS (2024) - RECENZJA FILMU


Polskim chłopakom i branży filmowej brakuje luzu od dawna. Zwłaszcza w gatunku filmów historycznych i pseudo-patriotycznych, które uwielbia Polski Instytut Sztuki Filmowej. W ostatnich latach podjęto pewne próby zmiany tego sztywnego, skostniałego paradygmatu, tworząc pojedyncze projekty warte uwagi jak Kurier czy Niebezpieczni dżentelmeni. Tym razem inspiracją było kino spod szyldu Quentina Tarantino w stylu Nienawistnej Ósemki. Czy udała się ta transplantacja i czy pacjent przeżył?


Reżyserem nagrodzonego kilkoma statuetkami Orłów oraz gdyńskich Złotych Lwów filmu Kos był bliżej nieznany mi Paweł Maślona, twórca seriali Pisarze. Serial na krótko i Motyw oraz filmów Atak paniki i Mąż czy nie mąż. Za scenariusz odpowiadał debiutant Michał A. Zieliński, natomiast za zdjęcia utytułowany polski operator Piotr Sobociński Jr. (w jego bogatej i cenionej filmografii można wyróżnić takie filmy jak Bogowie, Wołyń, Najlepszy, Boże Ciało czy Wesele). Muzykę skomponował natomiast Mikołaj Trzaska, autor ścieżek dźwiękowych m.in. do filmów Drogówka, Pod Mocnym Aniołem, Wołyń, Kler oraz serialu Klangor.


Głównym bohaterem filmu o Tadeuszu Kościuszce pt. Kos jest chłop Ignac Sikora (Bartosz Bielenia, znany z filmów Boże Ciało, Magnezja, Prime time, Na granicy), który jako bękart umierającego szlachcica Duchnowskiego (Andrzej Seweryn, w ostatnich latach można go było zobaczyć w filmach Przysięga Ireny, Sobowtór, Niebezpieczni dżentelmeni, Zieja czy serialach Król oraz Królowa) liczy na to, że ojciec nada mu szlachecki herb i przekaże w spadku ziemię. Kradnie więc testament i ucieka z dworku, a w pościg za nim ruszają zbiry jego przyrodniego brata, szlachetnie urodzonego Stanisława Duchnowskiego (Piotr Pacek, najbardziej znany z seriali Sexify, Król i Lipowo. Zmowa milczenia oraz filmów Na Twoim miejscu i Marzec ’68). Ignacy wpada przypadkiem, próbując ukraść mu konia, na Domingo, w rzeczywistości Jeana Lapierra (Jason Mitchell, którego można było widzieć w filmach The Disaster Artist, Mudbound, Kong: Wyspa Czaski, Mustang) – czarnoskórego adiutanta Kościuszki. Tytułowy Kos, czyli generał Tadeusz Kościuszko (Jacek Braciak, znany z seriali Rodzinka.pl, Król, Druga szansa oraz filmów Kler, Żeby nie było śladów, Córka trenera, Wołyń, Pod Mocnym Aniołem czy Drogówka) przygotowuje bowiem na ziemi krakowskiej powstanie przeciwko rosyjskiemu zaborcy i stara się zmobilizować zarówno szlachtę jak i chłopstwo. Fatum splata losy Kościuszki, Domingo, Ignaca, Stanisława oraz dawnej miłości Kosa, pułkownikowej Marii Giżyńskiej (Agnieszka Grochowska, ostatnio widziana m.in. w Akademii Pana Kleksa, Fucking Bornholm, Jak pokochałam gangstera czy Żeby nie było śladów oraz serialach Zachowaj spokój, Motyw czy W głębi lasu), w której dworku Kos oczekuje na spotkanie z hetmanem Branickim. Nieoczekiwanie na popas i nocleg w tymże dworku zatrzymuje się wraz ze zbrojnym oddziałem rotmistrz Iwan Dunin (Robert Więckiewicz, znany w ostatnich latach z filmów Filip, Najmro, Wesele, Żeby nie było śladów, Kler czy Ukryta gra oraz seriali Behawiorysta, 1983 czy Ślepnąc od świateł) poszukującym z listem gończym Kościuszki carski oficer. Zasiadają do pełnej napięcia wieczerzy oraz gry w karty i nikt nie jest w stanie przewidzieć, jaki finał przyniesie to spotkanie...

Nie da się ukryć, że pewnym rozczarowaniem jest, iż w filmie nominalnie o Kościuszce tak mało jest Kościuszki, ale trudno byłoby sprzedać widowni film o tytule „Chłop”, albo „Ignac Sikora”. Jacek Braciak mógłby być świetny w tej roli, ale widzimy go w skąpej ilości scen mających jakiś większy wydźwięk. Dużo więcej aktorskiej przestrzeni dostaje Robert Więckiewicz w roli antagonisty i z czasem przestaje przeszkadzać jego łamana staroruszczyzno-polszczyzna. Byłby to świetny aktorski pojedynek, gdyby tylko twórcy filmu zdecydowali się dać więcej do zagrania tytułowemu bohaterowi. Rozumiem ideę stojącą za takim ustawieniem narracji, czyli pokazaniem inspirującej roli Kościuszki, który już samą swoją obecnością potrafił wzbudzić wśród chłopów niepodległościowy zryw, ale film zdecydowanie bardziej skupia się na pokazaniu tego, że szlachta polska to byli okropni ludzie traktujący chłopów jak niewolników, a swój folwark wyżej od ojczyzny. Chłopomańskie idee w stylu wątpliwej jakości literatury spod pióra Adama Leszczyńskiego o szlacheckim terrorze i wewnętrznym kolonializmie Rzeczpospolitej odcisnęły piętno na scenariuszu i wytyczyły pewne ideologiczne tory interpretacyjne pozbawione subtelności.


Pomijając już ten aspekt filmu, Kos dążył do wprowadzenia do polskiej kinematografii amerykańskiego sznytu w sposobie opowiadania historii, konstruowania narracji, eskalacji przemocy i odbrązowienia pompatycznych dialogów, czerpiąc z filmów Quentina Tarantino. Nawet w ramach marketingu sięgano do skojarzeń typu „Pewnego razu w Rzeczypospolitej” nawiązując do „Once upon a time… in Hollywood”. Pod tym względem próba udała się częściowo i z pewnością widać dokładnie elementy filmu zaczerpnięte od Tarantino, ale wykonane z różnym sukcesem. Film opowiada historię z podziałem na zupełnie odrębne dwa główne wątki, które w finale filmu zawiązują się w zgrabny węzeł, ale sama historia jest prostolinijna i brakuje jej tego błysku i polotu, którego oczekiwałem. Dialogi owszem, momentami próbują zerwać sztampowe kajdany i lawirują między elokwentną staropolszczyzną, ciętą ripostą oraz intensywnością, ale trudno powiedzieć, by były wyróżniającym elementem filmu. Eskalacja przemocy i podkręcenie tempa w finale częściowo ma miejsce, ale sceny walk nie są najmocniejszą częścią filmu, zwłaszcza w plenerze. Finalnie wygląda to tak, jakby ktoś obejrzał Bękarty wojny, Django, Nienawistną Ósemkę i Pewnego razu w Hollywood i chciał zrobić coś na tę modłę, ale nie bardzo wiedział jak, zapominając o ciekawszym, dynamiczniejszym montażu, zaburzeniu chronologicznym scen oraz wyrazistych, charyzmatycznych postaciach z błyskotliwymi dialogami.



Film jednak zrealizowany jest dość poprawnie i jakościowo*, choć nie porwał mnie ani ideologiczną treścią przesłania ani swoją quasi-tarantinowską formą nowatorską dla polskiego kina, choć z pewnością jest to zdecydowanie powiew świeżości w tej dusznej od czerwonych maków, drugowojennej martyrologii komunistycznej bezduszności kinowej sali. Brakowało jednak temu filmowi pierdolnięcia, wyraźnego złamania schematu, wyrwania się z narzuconych przez pokolenia bogoojczyźnianych filmowców ram i pozostawiło to we mnie niedosyt. Jednak w ostatecznym rozrachunku Kosa oceniam pozytywnie na 7/10 i chciałbym, aby sprawił mi więcej frajdy niż w rzeczywistości. Liczę, że to nie jest ostatnie podejście polskich filmowców czy to do postaci Tadeusza Kościuszki, czy to do nowatorskich filmów mających na celu odgrzybienie kina historycznego i kostiumowego, wszak w tym aspekcie mamy chlubne tradycje, które warto byłoby kontynuować.

*z jakością dialogów i głośnością jak zwykle w Polsce jest jednak problem i tu chyba nie zmieni się nic




środa, 15 maja 2024

X-MEN '97 (2024) - RECENZJA SERIALU

 

Kiedy zapowiedziano kontynuację jednej z najważniejszych animacji mojego dzieciństwa, czyli emitowanego w USA w latach 1992-1997 serialu X-Men, miałem spore wątpliwości, czy nie będzie to tylko nostalgia bait i twórcy będą chcieli opowiedzieć ciekawą historię czy tylko łatwo odcinać kupony. Ku zadowoleniu fanów na całym świecie, X-men ’97 okazał się dobrą produkcją z mnogością akcji, ukazaniem skomplikowanych relacji i emocjonalnych zwrotów fabularnych.


Za wskrzeszenie animowanego serialu o mutantach odpowiada Beau De Mayo, który jako scenarzysta zasłynął pracą przy serialach The Originals, a w ostatnich latach przy Moon Knightcie oraz Star Trek: Strange New Worlds. Najbardziej znany był jednak z pracy nad netflixowym uniwersum Wiedźmina jako autor scenariusza do filmu Wiedźmin: Zmora Wilka oraz jeden ze scenarzystów sezonu pierwszego The Witcher (i to właśnie on odszedł z projektu twierdząc, że showrunnerka i scenarzyści mają wyjebane na książki Sapkowskiego i wiedzą lepiej, co udowodnili w drugim i trzecim sezonie). Za muzykę i odświeżenie kultowego motywu z intra odpowiada duet The Newton Brothers specjalizujący się w komponowaniu ścieżek dźwiękowych do horrorów i thrillerów, znani choćby z filmów Doktor Sen, Oujia: Narodziny Zła, Five Night’s at Freddy’s oraz seriali The Haunting of Hill House, Zagłada Domu Usherów, The Devil’s Hour, In the Dark czy The Walking Dead: World Beyond. Do udziału w produkcji zaproszono wielu aktorów udzielających głosu bohaterom przed trzema dekadami.


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Dziesięcioodcinkowy serial jest kontynuacją historii opowiedzianej w latach 90. na przestrzeni 76 odcinków, w którym śledzimy losy tytułowych X-menów – grupy mutantów skupionych wokół szkoły profesora Charlesa Xaviera, walczących z zagrażającymi Ziemi silami oraz nietolerancją i strachem ludzi wobec przedstawicieli kolejnego kroku ewolucji.

W podstawowy skład tej grupy wchodzą: Scott Summers aka Cyclops (Ray Chase) – strzelający laserem z oczu taktyczny lider ekipy; Jean Gray aka Marvel Girl (Jennifer Hale) – żona Cyklopa, uzdolniona telepatycznie i telekinetycznie, nosząca niegdyś w sobie kosmiczny byt zwany Feniksem; Logan aka Wolverine (Cal Dodd) – rozrabiaka z niezniszczalnym szkieletem i szponami o zdolności regeneracji; Ororo Munroe aka Storm (Alison Sealy-Smith) – władająca pogodą i warunkami atmosferycznymi; Hank McKoy aka Bestia (George Buza) – przemieniony w niebieskiego futrzanego stwora naukowiec; Remy LeBeau aka Gambit (AJ. Lo Cascio) – ekstrawagancki cyrkowiec ładujący przedmioty wybuchową energią; Anna Marie aka Rogue (Lenore Zann) – potrafiąca latać i potężnie pierdolnąć, a także przejąć siły życiowe ofiary za pomocą dotyku, Jubilation Lee aka Jubilee (Holly Chou) – nastoletnia fanka fajerwerków strzelających z jej rąk; Kevin Sidney aka Morph (JP Karliak) – potrafiący przybrać dowolną postać wraz z jej mocami. Po „śmierci” Profesora Charlesa Xaviera (Ross Marquand), zgodnie z jego testamentem, przywództwo nad X-menami trafia do Erica Magnusa Lensherra, czyli Magneto (Matthew Waterson), ich zaciekłego wroga w sprawie ułożenia relacji między homo sapiens a homo superior.

X-meni muszą zmierzyć się tak ze swoimi prywatnymi problemami jak i zagrożeniami czyhającymi na ludzi i mutantów, wśród których można wymienić Bolivara Traska (Gavin Hammon) i jego program Sentinel oraz MasterMold; szalonego mutanta-genetyka-magika Mister Sinistera (Chris Britton) oraz przede wszystkim tajemniczego złoczyńcę Bastiona (Theo James), który za kulisami knuje wielką intrygę wymierzoną przeciwko mutantom.

Serial zaczyna się od trzech solidnych odcinków wprowadzających, które przypominają nam (momentami niezbyt udolnie), kim są te postacie i jakie przygody spotkały ich wcześniej, później natomiast serial w odcinku czwartym nieco wytracił tempo (odcinek podzielony na dwie odrębne części, której druga część była kontynuowana w odcinku szóstym). Jednak od absolutnie fantastycznego odcinka piątego serial utrzymywał się na wysokim poziomie, prezentując w miarę koherentną historię pełną emocji, mroku i dylematów.

Mieczem obosiecznym tej produkcji jest dość krótki metraż liczący około 30 minut na odcinek, co sprawia, że dobrze napisany scenariusz pozwala zachować duży dynamizm narracji i utrzymać wysokie tempo fabularne, jednak nie ma zbyt wiele czasu na rozleglejszą eksplorację charakterologiczną wielu bohaterów. A serial jest pełny ciekawych postaci, w ostatnich odcinkach pojawia się natomiast cała plejada bohaterów Marvela spoza szyldu X-menów, tworząc wrażenie wielkiego, spójnego uniwersum na wzór tego filmowego. Chciałoby się bardzo, aby wiele tych postaci było bardziej zaangażowanych w fabułę, nie ma na to jednak wystarczająco czasu.

Solidnie rozpisane melodramatyczne wątki Cyclopsa, Jean Grey, Madelyne Prior i Cable oraz Magneto, Rudej i Gambita przykuwały uwagę widza w niemniejszym stopniu niż potyczki na śmierć i życie z Sentinelami, Sentinelami Prime oraz knującymi w cieniu Mister Sinisterem i Bastionem. Do tego polityczno-społeczno-filozoficzne rozważania dotyczące miejsca i roli mutantów oraz ludzi, kwitowane często błyskotliwymi uwagami Magneto stanowiły esencję serialu, który nie starał się wbrew swoim predyspozycjom i pochodzeniu wpychać widzowi nachalnej agendy zgodnej ze współczesnymi standardami zachodniego świata.


Brakowało fanom dobrze oddanych postaci Rudej, Cyclopsa czy Gambita, którzy w filmowych przygodach X-menów byli cieniami komiksowych wersji i tutaj dostali zdecydowanie więcej miejsca i charakteru. Magneto również był wielką wartością dodaną, natomiast pewnym rozczarowaniem był Profesor X. Na plus można poczytać antagonistów serialu w osobach Mister Sinistera i Bastiona. Marvel przywrócił mutantom ich należne miejsce w popkulturowym dyskursie po fiasku, jakim zakończyło się kilka lat temu filmowe uniwersum Fox Studios. Zwłaszcza, że nadchodzący film Deadpool i Wolverine będzie garściami z niego korzystał i połączy to świętym węzłem małżeńskim z parkiem rozrywki imienia Kevina Feige.

X-men ’97 to produkcja niepozbawiona wad, w której czasem trzeba było przymykać oko na scenariuszowe niedociągnięcia lub brak poszerzenia historii i postaci. Mimo tych niedoskonałości, serial świetnie wywiązywał się z obietnicy fantastycznej przygody z ukochanymi bohaterami dzieciństwa i to, co robił, robił dobrze lub bardzo dobrze. Po wyrwanym z fabularnego kontekstu, fillerowym czwartym odcinku, po którym miałem spore wątpliwości co do jakości dalszych losów, uderzył w widza obuchem kapitalnego odcinka piątego, jednego z najlepszych animowanych dzieł ostatnich lat. Konstruktywny i przemyślany chaos wieńczący sezon pierwszy oraz zapowiedź tego, co czeka nas w sezonie drugim, daje dużo frajdy i dlatego oceniam serial na 8/10 i odsyłam do obejrzenia na Disney+.



wtorek, 14 maja 2024

PSY PANA (2023) - RECENZJA KSIĄŻKI

Książka reklamowana jako duchowy spadkobierca trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego, osadzona w czasie wojny trzydziestoletniej i religijnej zawieruchy w Niemczech. Wartka akcja, wyraziści bohaterowie i soczysty język odnajdują się bardzo dobrze w historyczno-magicznym anturażu, choć do prozy Sapkowskiego jeszcze troszkę brakuje. 


Psy Pana to debiutancka powieść Marcina Świątkowskiego, który jest początkującym młodym krakowskim pisarzem, z zawodu grafikiem komputerowym, a z wykształcenia literaturoznawcą zafascynowanym europejską historią nowożytną. Na tło powieści wybrał sobie niezwykle interesujący i barwny okres pierwszej połowy XVII wieku, osadzając akcję w 1633 roku w czasie wojny trzydziestoletniej pustoszącej ziemie Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, inaczej zwanego Rzeszą Niemiecką. Konflikt targający sercem chrześcijańskiej Europy rozgrywający się między katolikami a protestantami stał się punktem wyjścia dla pomysłu, który trzeba było podkręcić tylko jednym drobnym elementem światotwórczym. Magią, która nagle weszła na europejskie dwory oraz do uniwersyteckich bibliotek i klasztornych kaplic.

Powieść Świątkowskiego podzielona jest na dwa równoległe wątki śledzące poczynania bohaterów: niemieckiej nastoletniej szlachcianki Katarzyny von Besserer-Thalfingen, która wykazuje pewne nadnaturalne umiejętności oraz Dominikiem Ibanezem de Erquicią, hiszpańskim dominikaninem i inkwizytorem przemierzającym Niemcy w poszukiwaniu aramejskich manuskryptów. Po Katarzynę na jej rodzinny zameczek przybywają szwedzcy agenci, uzbrojeni dominikanie oraz niderlandzcy uczeni z Lejdy, w wyniku czego Katarzyna zostaje zmuszona wyruszyć w podróż pełną przygód w obstawie bandy najemników przewodzonej przez młodego zabijakę Schenka. Dominik zaś napadnięty zostaje przez grasantów na gościńcu, co komplikuje jego plany i rozkazy przekazane przez papieską i cesarską administrację, a z opresji ratuje go przypadkowo spotkany łowczy. A to wszystko w przededniu wznowienia działań wiosennych przez armie katolików i luteran dążących do stoczenia walnej bitwy...


Historia w Psach Pana bazuje na wartkiej akcji, plastycznym opisie otaczającego bohaterów świata oraz wyrazistych, sympatycznych bohaterach właśnie. Duża liczba sprawnie napisanych scen walki urozmaicona zostaje ciętymi dialogami żonglującymi elokwentnymi wypowiedziami oraz soczystym mięsem rzucanym przez prostych ludzi. Bohaterowie nie są przesadnie wielowarstwowi, ale tych kilka cech sprawiają, że z uwagą śledzi się ich losy i angażuje w przygody, których doświadczają. Zarówno Katarzyna, potrafiąca postawić na swoim dziewczyna, jak i pokorny i rezolutny Dominik starający się sprawiedliwie podchodzić do bliźnich, są na tyle zajmującymi i solidnie skonstruowanymi postaciami, że z pewnością będę chciał znać ich dalsze losy.

Samo też dołożenie do ogólnie znanych czasów i realiów elementu nadprogramowego, czyli nie do końca jeszcze zbadanej oraz wyjaśnionej magii dodaje smaku i wręcza bohaterom nieoczekiwane możliwości, co autor wykorzystuje w wybuchowy sposób. Marcin Świątkowski wychodzi też obronną ręką w kwestii poprawności historycznej dzieła i kiedy już ochłoniemy z zalewu niemieckich nazw i postaci, to płyniemy wartkim nurtem opowiadanej historii bez oglądania się na drobiazgi. Niestety, w warstwie technicznej, zwłaszcza pod koniec, wkradają się zaskakująco liczne chochliki, a przed wypuszczeniem książki do drukarni przydałaby się jej jeszcze spokojna redakcja i korekta…

Podsumowując, książkę Marcina Świątkowskiego czytało się nadspodziewanie przyjemnie. Licząca niespełna trzysta stron lektura była szybka i emocjonująca. Prosiłoby się o nieco szersze nakreślenie kontekstu, przedstawienie antagonistów czy rozwinięcie świata i mam nadzieję, że dostaniemy to w drugim tomie. Psy Pana oceniam na 7/10 i mogę polecić jako lekką, niezobowiązującą lekturę, która zaskoczy czytelnika i przyciągnie jego uwagę.




NIEPOKALANA (2024) - RECENZJA FILMU

 

Gwiazda Sydney Sweeney świeci coraz mocniej na hollywoodzkim firmamencie, choć jakość filmów z jej udziałem jest różna. Tym razem dostajemy horror o tajemniczym klasztorze gdzieś na włoskiej prowincji, skrywającym mroczną tajemnicę oraz blondwłosą piękność, która musi się z nią zmierzyć…


Za reżyserię Immaculate odpowiada Michael Mohan (współpracujący z Sydney Sweeney wcześniej przy produkcjach filmu Kiedy nikt nie patrzy czy serialu Everything sucks!). Za scenariusz odpowiadał mało doświadczony Andrew Lobel, który skrypt napisał ponad dekadę temu, lecz filmu wówczas nie udało się zrealizować. O rolę w 2014 roku ubiegała się młodziutka Sydney Sweeney i teraz, mając za sobą własne studio produkcyjne, finansowanie i rozpoznawalność, wskrzesiła projekt. Za kamerą stanęła Elisha Chritsitan, która nie ma zbyt imponującej filmografii, ale ze sporymi sukcesami pracowała przy około setce gier komputerowych, w tym serii Uncharted, Call of Duty, Spider-Man, God of War oraz The Last of Us Part II, Death Stranding oraz Star Wars Jedi: Fallen Order.


Film opowiada o losach młodej zakonnicy z USA, siostry Cecylii (Sydney Sweeney, znana z seriali Ostre przedmioty, Opowieść podręcznej, Euforia i Biały lotos oraz filmów Kiedy nikt nie patrzy, Reality, Tylko nie Ty i ostatnio Madame Web), która zostaje zaproszona do zgromadzenia sióstr Matki Boskiej Bolesnej pod Rzymem, czyli klasztoru opiekującego się chorymi, umierającymi i zniedołężniałymi zakonnicami. Bez znajomości języka włoskiego oraz lokalnych obyczajów dostaje się pod skrzydła matki przełożonej (Dora Romano, którą kojarzyć można z filmów Pachnidło: Historia mordercy, Ręka Boga, Mafia Mamma oraz tegorocznego Omen: Początek) oraz księdza Tedeschiego (Alvaro Morte, znanego przede wszystkim z roli Profesora w Domu z papieru oraz serialu Koło czasu). Zaprzyjaźnia się z czasem z siostrą Gwendoline (Benedetta Porcaroli, która debiutowała w sławnym filmie Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie), skrzywdzonej przez los przed wstąpieniem do zakonu. Wkrótce po złożeniu ślubów okazuje się, że tajemniczy, odosobniony klasztor skrywa mroczne tajemnice, a siostra Cycelia vel Cecylia staje się brzemienna bez popełnienia aktu cielesnego, co zakonnice traktują jako cud niepokalanego poczęcia. Cecylia nie ma jednak przekonania, żeby była błogosławiona i stara się odkryć mroczne sekrety konwentu…


Film przez dwa pierwsze akty zdaje się być całkiem przyjemnym horrorem klasy B, z ładnymi zdjęciami w ciekawych lokacjach i sprawnie budowanym napięciem oraz niepokojem. Nie obfituje w wiele horrorowych scen i oszczędnie epatuje brutalnością, skupiając się na klimacie religijnego misterium i tajemnicy skrywanej przez zakonnice. W pamięć zwłaszcza zapada scena adoracji błogosławionej siostry Cecylii podczas mszy. Pod względem audiowizualnym daje radę, choć nie szafuje kolorami i ekstrawagancją, a utrzymany jest raczej w niskiej, przyziemnej tonacji.


W trzecim akcie jednak film wychodzi z cienia i obiera jasny kierunek, a wyjaśnienie tajemnicy niezbyt przypadło mi do gustu. Film skręca wówczas w bardziej slasherowe rejony, gdy ciężarna zakonnica stara się uciec z klasztoru, zaś finałowa scena wchodząca mocno w exploitation jest męcząca. I nawet jeśli był to zamierzony cel twórców, to film po prostu zostawia widza nie tyle zmieszanego, co zmęczonego pomimo stosunkowo krótkiego metrażu. 

Sydney Sweeney miała tym razem co innego do zagrania, ponieważ nie mogła za bardzo eksponować swej urody (na szczęście film potrafił i tutaj co nieco pokazać), a rola wymagała od niej więcej emocji i w mojej opinii wypadła dobrze. Role drugoplanowe też były całkiem solidne, zwłaszcza Alvaro Morte o aparycji upadłego anioła z szatańskim uśmieszkiem prezentował się satysfakcjonująco.

Podsumowując, film przez jakiś czas utrzymywał zadowalający poziom i seans był obiecujący, jednak finał pozostawia wiele do życzenia pod względem scenariusza. Nieprzesadnie straszny, ale utrzymany w interesującym klimacie horror bronił się przez kilkadziesiąt minut, by jednak w finale polec pod naporem poronionych pomysłów i nie urodziło się z tego nic wartego większej uwagi (puns intended). Niepokalaną oceniam na 6/10 i nie traktuję jako całkowitej porażki, ale niespełnioną obietnicę i z całą pewnością nie zniechęci mnie to do kinematograficznego gatunku „film z Sydney Sweeney”.




niedziela, 12 maja 2024

FALL GUY (2024) - RECENZJA FILMU

Wysoce rozrywkowe kino łączące w sobie sporo komedii oraz szalonej akcji pełnej wybuchów zawsze budzi zainteresowanie, tym bardziej mając w obsadzie gwiazdorską obsadę. Do tego jeszcze meta-narracja komentująca branżę filmową i współczesny przemysł rozrywkowy, zaglądając za kulisy produkcji blockbusterów. Czego tu nie lubić?

Reżyserem filmu Fall Guy, znanego pod polską nazwą jako Kaskader, jest ekspert w dziedzinie lekkich i efektownych filmów, czyli David Leitch (niegdyś kaskader Brada Pitta i Matta Damona oraz producent filmów serii John Wick, później zaś reżyser Atomic Blonde, Deadpool 2, Szybcy i wściekli: Hobbs and Shaw oraz Bullet Train). Za scenariusz odpowiadał Drew Pearce, który wcześniej pracował przy Iron Man 3, Mission Impossible: Rouge Nation czy Hobbs and Shaw, a historia oparta jest na serialu z lat 80-90 pod tym samym tytułem. Za kamerą stanął Jonathan Sela, który z Leitchem pracował przy wszystkich jego produkcjach, ale również odpowiadał za zdjęcia filmów takich jak pierwszy John Wick, Transformers: Ostatni Rycerz i Zaginione miasto.

Film opowiada o losach Colta Seaversa (Ryan Gosling, którego szerzej przedstawiać nie trzeba, z ostatnich lat wymienić można filmy Barbie, Pierwszy człowiek, Blade Runner 2049 czy La La Land), który jest czołowym kaskaderem pracującym przy filmach gwiazdy kina akcji, Toma Rydera (Aaron Taylor-Johnson, znany z filmów Kick-ass, Godzilla, Anna Karenina, Avengers: Age of Ultron, czy ostatnio The King’s Man, Bullet Train czy nadchodzący Kraven the Hunter). Jego karierę oraz rodzącą się relację z operatorką kamery o reżyserskich ambicjach Jody Moreno (Emily Blunt, której również nie trzeba przesadnie anonsować, ostatnio widziana w Oppenheimerze, Wyprawie do dżungli, Cichym miejscu i Marry Poppins czy Sicario) przerywa wypadek na planie, któremu uległ i pogrążony w egzystencjalnym kryzysie wycofał się z branży.

Sytuacja odmienia się, kiedy na planie debiutanckiego filmu Jody znika jej gwiazda, Tom Ryder, a producentka filmu, Gail (Hannah Waddingham, znana przede wszystkim z seriali Ted Lasso, Sex Education czy Gra o tron) wzywa Colta na pomoc jako dublera oraz zleca mu odnalezienie aktora. Colt, chcąc odzyskać Jody, postanawia udać się do Australii, gdzie kręcona jest superprodukcja Metalstorm. Po dotarciu jednak nie wszystko układa się po jego myśli – to nie Jody chciała Colta jako kaskadera w swoim filmie, a w apartamencie Rydera Colt odnajduje tajemniczego trupa…

Komedia romantyczna w dawnym stylu poszerzona o mnóstwo intensywnych i kreatywnych scen akcji stanowiąca list miłosny przede wszystkim do kaskaderów wykonujących swą niewdzięczną, widowiskową pracę, ale również do ogółu ludzi zatrudnionych przy produkcji filmowej na zapleczu, za kulisami. Fajna chemia między głównymi bohaterami oraz jak zawsze sympatyczny Winston Duke na drugim planie sprawiało, że seans oglądało się przyjemnie i kibicowało postaciom.

Przede wszystkim Ryan Gosling w roli Colta Seaversa wypadał bardzo przekonująco i śledzenie jego poczynań dawało sporo frajdy, a sam aktor po raz kolejny udowodnił, że świetnie radzi sobie w komedii i nie powinien szufladkować się tylko w poważnych rolach pokroju Drivera czy Blade Runnera. Na plus również Emily Blunt, która zawsze potrafi się odpowiednio dostroić do tego, jaki vibe prezentowany jest w filmie. Nieco słabiej niestety muszę ocenić Aarona Taylora-Johnsona i Hannah Waddingham, którzy nie mieli rozbudowanych ról, a kierunek, który obrali, w mojej opinii nie był optymalny.


Film, pomimo śmiania się z tego problemu występującego w branży, sam cierpi na spore problemy w trzecim akcie. Narracja podkręca mocno tempo i kieruje się w kuriozalne rejony, a film niepotrzebnie wydłuża i komplikuje swój finał. Wodze fantazji popuszczono w tym przypadku nieco za bardzo, a film zyskałby na atrakcyjności gdyby skrócić go o kilkanaście minut. Nie da się jednak ukryć, że przez 2/3 filmu jest to bardzo przyjemny seans wypełniony miłością do kina, nawiązaniami do innych filmów i aspektów branży. Ta meta-narracja stanowi niewątpliwie wartość dodaną dla tych widzów, którzy nieco aktywniej śledzą przemysł filmowy, ale może spowodować się odbicie od filmu wśród tych, którzy liczą na nieco bardziej standardowy film.

Podsumowując, najnowsze dzieło Davida Leitcha to solidny letni film łączący w sobie romans, komedię i akcję oraz kinową meta-narrację. Pozycja godna uwagi, choć nie jest pozbawiona pomniejszych wad. Całość jednak prezentuje się na tyle sympatycznie, że zdecydowanie warto sięgnąć po Fall Guya, którego oceniam na 7,5/10 i jak zawsze chętnie zobaczę nową, ekscytującą produkcję od tego reżysera.



sobota, 11 maja 2024

CHALLENGERS (2024) - RECENZJA FILMU

 

Trójkąt miłosny z tenisem w tle, ociekający rywalizacją i seksualnym napięciem między bohaterami, skąpany w wysokooktanowym paliwie audiowizualnym, przesiąknięty autorskim stylem reżysera, zapewniający widzom szybsze bicie serca od pierwszej do ostatniej minuty. Jeden z najseksowniejszych filmów roku, wcale nie epatujący nachalnie erotyzmem.


Reżyserem filmu Challengers jest Luca Guadagnino (nieco kontrowersyjny twórca znany z takich filmów jak Tamte dni, tamte noce z 2017, Suspiria z 2018, Do ostatniej kości z 2022). Autorem scenariusza jest debiutujący w tej roli Justin Kuritzkes (prywatnie mąż Celine Song, która zasłynęła opartym na swoich własnych doświadczeniach filmie Poprzednie życie, sam najbardziej znany z autorstwa komediowego filmiku Potion Seller na YouTubie). Za zdjęcia odpowiadał tajski operator Sayombhu Mukdeeprom (współpracujący z Guadagnino przy Tamtych dniach i Suspirii oraz mający na koncie oparty na faktach film Trzynastu z 2022). Na wyróżnienie zasługują również kompozytorzy muzyki – Trent Reznor i Atticus Ross (współtworzący zespół Nine Inch Nails, którego ten pierwszy jest założycielem, współpracujący przy takich filmach jak Zabójca, Imperium światła, Do ostatniej kości, Mank, Co w duszy gra, Dziewczyna z tatuażem czy Social Network, za który to otrzymali Oscara, a także serial The Watchmen czy ostatnio Shogun).


Film opowiada o relacji łączącej trójkę tenisistów na przestrzeni lat i podzielony jest na dwie płaszczyzny czasowe – jedną rozgrywającą się współcześnie w trakcie finałowego meczu turnieju rangi Challenger; drugą ukazującą przeszłe wydarzenia doprowadzające do tej napiętej sytuacji między głównymi bohaterami, sięgając 13 lat w przeszłość. A ta, jak się okazuje, jest dość skomplikowana i emocjonalnie niejednoznaczna.

Na planie współczesnym, podczas finału turnieju w nowojorskim New Rochelle, obserwujemy starcie Arta Donaldsona (Mike Faist, którego kojarzyć można z filmu West Side Story, mającego perturbacje dystrybucyjne The Bikeriders oraz serialu Panic) z Patrickiem Zweigiem (Josh O’Connor, nieco bardziej rozpoznawalny dzięki udziałowi w takich produkcjach jak przede wszystkim The Crown i Emma, ale również dzięki epizodycznym rolom w The Ripper Street, Peaky Blinders czy Durrelowie). Mecz z trybun obserwuje zaś Tashi Duncan (Zendaya, gwiazda współczesnego kina dzięki rolom w filmach Diuna oraz Diuna: Część II, najnowszej trylogii Spider-Mana, Król rozrywki czy serialu Euforia), będąca równocześnie żoną, trenerką i menadżerką Arta, która zarzuciła własną sportową karierę po fatalnej kontuzji.


Dzięki retrospekcjom dowiadujemy się, że Art i Patrick byli bliskimi przyjaciółmi oraz duetem deblowym, który sięgnął trzynaście lat wcześniej po juniorski tytuł w US Open. Spotkanie na tym turnieju wschodzącej gwiazdy tenisa, młodej Tashi Duncan, odmieniło ich życie, bowiem obaj zakochali się w niej, ale tylko zwycięzca finałowego meczu miał otrzymać jej numer telefonu. Historia tej trójki kluczy i meandruje, pełna seksualnego, zarówno hetero jak i homoerotycznego napięcia oraz rywalizacji, tej sportowej jak i emocjonalnej. Zarys fabularny nie jest skomplikowany, a bohaterowie nie są przesadnie wielowarstwowi, ale na tyle wyraziści i „pełni” w swych rolach, że fascynująco ogląda się ich zawiłą relację, rozpakowując kolejne etapy ich znajomości.

Bohaterowie są bardzo dynamiczni, łącząc w sobie zarówno sporo sympatii, jaką mogą żywić do nich widzowie na różnych etapach poznawania ich historii, jak i wiele antypatii względem ich zachowania i podejmowanych decyzji. Najbardziej rozdartą emocjonalnie jest Tashi – pewna siebie, skupiona na sukcesie i niespełniona życiowo, która nie mogąc pogodzić się z własnym losem przekierowuje ambicje na swojego męża, który nie spełnia jej oczekiwań. Art, zawodnik utytułowany i znajdujący się w światowej czołówce, przechodzi kryzys formy i wykazuje brak zaangażowania i sportowej ambicji. Patrick, którego kariera nie potoczyła się wedle planów i pomimo dużego potencjału zmuszony grać na trzeciorzędnych turniejach, marząc o elicie. Wszystko to komplikuje się, gdy Tashi zmusza Arta do zagrania w mało istotnym turnieju w ramach przygotowań do US Open, a na jego drodze staje przetrącony przez życie Patrick, dla którego jest to walka o utrzymanie się na powierzchni.

Wszystkiemu towarzyszy niezwykle angażująca warstwa audiowizualna. Dynamiczny montaż, zarówno scen meczów tenisowych jak i przejść między liniami czasowymi, wsparty jest elektryzującą muzyką Reznora i Rossa - techno-klubowym brzmieniem podwyższającym adrenalinę i idealnie pasującym do utrzymanego w tym stylu filmu tryskającego energią. Sama zabawa operowaniem kamerą widoczna jest głównie w czasie odbijania piłki na korcie i tu Guadagnino serwuje nam potężnego asa przy match-poincie, bawiąc się formą w sposób łamiący tenisowe schematy.


Nawet jeśli momentami trzeba zawiesić niewiarę względem tego, czy aktorzy faktycznie odbijają piłki rakietą, czy w sposób naturalny i wiarygodny poruszają się po korcie, czy nie nazbyt ostro wyżywają się na otoczeniu w trakcie meczu i czy przede wszystkim fizycznie wyglądają jak zawodowi tenisiści, to całość jest wyegzekwowana w oszałamiający sposób i czuć w tym coś więcej niż suchy film o tenisie. Cytując tekst z filmu Fall Guy (pol. Kaskader, którego recenzja już wkrótce), ten film wypełniony jest „sexy baconem”, który nie pozwala nam się nudzić i przykuwa naszą uwagę od początku do samego końca. Podkręcone emocje, kolory i muzyka, zbliżenia na twarze pełne emocji sprawiają, że ekran aż iskrzy.

Świetnie w roli wypadła w mojej opinii Zendaya, która przez część światowej publiki nadal nie jest akceptowana i doceniana. Nie jest to aktorka o najszerszym zasięgu, ale też na ogół jej role pisane są w dopasowaniu do jej wizerunku twardej i przebojowej bomby współczesnego pokolenia (choć w rzeczywistości jest dużo bardziej introwertyczną i zbazowaną osobą niż sugeruje przekaz medialny). Zendaya miała w tym filmie sporo do uniesienia, odbijając piłeczkę zarówno od lodu Mike’a Faista jak i ognia Josha O’Connora, których skontrastowane charaktery były nieco bardziej jednowymiarowe. Obaj jednak wypadli bardzo dobrze w swoich rolach, mając również wspaniałą chemię między sobą i nadając relacji wiele autentyczności i kolorytu.


Guadagnino łączy w tym filmie tenisową rywalizację z seksualnym napięciem, ambicje i emocje w najgorętszym wydaniu, ale to wszystko udaje mu się w zaskakująco subtelny i niewyzywający sposób. Film wypełniony jest namiętnością, ale twórca nie serwuje nam nieustannych wyuzdanych scen seksu, ograniczając się często do gry wstępnej. Film oferuje nam dużo więcej męskiej nagości i to tej wersję bardzo full frontal, oszczędnie szafując wdziękami Zendayi.

Podsumowując, dostaliśmy żywiołowy film pełen świetnego montażu, kapitalnych muzycznych wstawek, solidnie opakowanej historii i relacji między bohaterami, który fantastycznie prowadzi narrację i postaci. Guadagnino udowadnia, że nie musi silić się na kontrowersje, by utrzymać uwagę widza i wrzucić go w ten specyficzny vibe, który emituje na sali kinowej. Challengers oceniam na 8/10 z dużym serduszkiem, choć pewnie można się odbić od tej produkcji, jeśli nie złapiemy odpowiedniego flow i nie popłyniemy z nurtem historii. Ja z pewnością dałem się złapać i nadal ten film rezonuje we mnie emocjonalnie.



FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...