Do
4 razy sztuka, w końcu bowiem doczekaliśmy się ekranizacji przygód Pierwszej
Rodziny Marvela w MCU. Czy Fantastyczna 4: Pierwsze kroki przełamała klątwę
ciążącą nad tym komiksowym zakątkiem i czy optymistyczny retrofuturyzm zdał
egzamin? Jak wypadł 37. kinowy film tego komiksowego uniwersum otwierający jego
VI fazę?
Reżyserem filmu, po odejściu z
projektu Jona Wattsa (trylogia Spider-mana z Tomem Hollandem, ostatnio ponadto
też serial Star Wars: Skeleton Crew), został Matt Shakman, który do tej pory
wyreżyserował tylko jeden film (Miasteczko Cut Bank z 2014 roku), ma z kolei
dość bogate doświadczenie na mniejszym ekranie, m.in. reżyserował odcinki
seriali Dr. House, Mad Men, Fargo, It's Always Sunny in Philadelphia, Gra o
tron, The Boys, Sukcesja, Wielka czy Monarch: Dziedzictwo potworów. Dla Marvela
z kolei pracował przy WandaVision, będąc showrunnerem ich pierwszego i nadal
jednego z najlepiej odebranych przez publikę seriali.

Nad
scenariuszem pracował zespół złożony z Josha Friedmana (showrunner Fundacji,
Snowpiercera, Emerald City i Terminatora: Kroniki Sary Connor, ponadto filmy
takie jak Wojna światów, Czarna Dalia, Terminator: Mroczne przeznaczenie,
Avatar: Istota wody oraz Królestwo Planety Małp), Erica Pearsona (dla Marvela
pracował już nad scenariuszami do Thunderbolts*, Czarnej Wdowy, Thor: Ragnarok,
serialu Agentka Carter oraz kilku krótkometrażowych one-shotów), duet Jeff
Kaplan i Ian Springer (The Last of the Great Romantics, Przewodnik po przyjaźni
Berta i Arniego) oraz Kat Wood (kilka krótkich metraży oraz film Arthur i
Merlin).

Muzykę
do filmu skomponował wybitny Michael Giacchino, który dla Marvela tworzył
muzykę do filmów Doktor Strange, najnowszej trylogii Spider-mana oraz
wyreżyserował krótkometrażowego Wilkołaka nocą, ponadto jako kompozytor ma na
koncie m.in. serie filmowe jak Jurassic World, Planeta Małp, Star Trek, a także
m.in. Zootopia, Iniemamocni, W głowie się nie mieści, Coco, jego oscarowy
Odlot, Łotr 1 czy seriale Fringe oraz ikoniczni Zagubieni i pizdylion innych projektów.
Autorem zdjęć do filmu był Brytyjczyk Jess Hall, który z Shakmannem pracował
nad Monarch, Konsultantem, WandaVision, a wcześniej był operatorem kamery przy
filmach Ghost in the Shell, Transcendencja, Grindhouse czy Hot Fuzz.
Jest to kolejna próba przeniesienia na ekran historii o kultowej drużynie
superbohaterów stworzonej przez Stana Lee i Jacka Kirby’ego w 1961 roku po
nigdy niewyemitowanym oficjalnie niskobudżetowym projekcie Rogera Cormana z
1994 roku, filmach z 2005 i 2007 roku w reżyserii Tima Story’ego oraz filmie z
2015 roku w reżyserii Josha Tranka, który wydawało się, że zatopił tę markę na
dobre.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Film
przenosi widzów w multiwersalną podróż na Ziemię 828, stylizowaną na
retrofuturystyczny świat osadzony w latach 60. XX wieku, w którym Fantastyczna
4, jedyna grupa superbohaterów strzegąca pokoju na świecie i bezpieczeństwa
ludzkości, świętuje czwartą rocznicę działalności. W wielkim skrócie
przedstawiona jest ich geneza, kiedy to czwórka astronautów na skutek działania
promieniowania kosmicznego uzyskała nienaturalne zdolności. W skład drużyny
wchodzą: najinteligentniejszy człowiek na świecie mogący dowolnie rozciągać
swoje ciało Reed Richards aka Mister Fantastic (Pedro Pascal, którego ostatnio
wszędzie pełno i przedstawiać nie trzeba); jego żona, obdarzona silnym kompasem
moralnym i empatią, a także potrafiąca tworzyć pola siłowe i stać się
niewidzialną, Sue Storm aka Invisible Woman (Vanessa Kirby, w ostatnich latach
występowała m.in. w Napoleonie, The Crown, Cząstkach kobiety, Synie, serii
Mission Impossible oraz Fast & Furious: Hobbs and Shaw); jej brat,
brawurowy i czasem lekkomyślny kobieciarz Johnny Storm aka Human Torch (Joseph
Quinn, poza Stranger Things można go było zobaczyć w Ciche miejsce: Dzień 1,
Gladiatorze 2 oraz serialach Nędznicy, Cormoran Strike i Katarzyna Wielka) oraz
ich przyjaciel, przemieniony w żywą skałę pilot Ben Grimm aka The Thing (Ebon
Moss-Bachrach, najbardziej znany z serialu The Bear oraz Andor, NOS4A2, The
Punisher, Girls).
Fantastyczna
4, działająca od kilku lat w roli propagatora międzynarodowego pokoju i rozwoju
technologicznego dzięki przewodzonej przez Sue Future Foundation, prowadzi
życie w blasku fleszy i wśród uwielbienia zwykłych ludzi. Dodatkowo, w końcu
Sue i Reed mogą ogłosić, że spodziewają się dziecka, na co z entuzjazmem
reagują przyszli wujkowie, Johnny i Ben. Niestety, ich spokój zakłóca przybycie
na Ziemię kosmicznego wędrowca – Srebrnej Surferki imieniem Shalla-Bal (Julia
Garner, najbardziej znana z ról w Ozark i Zawód: Amerykanin, a już wkrótce
interesująca rola w wyczekiwanym horrorze Weapons), herolda zwiastującego
przybycie potężnego Pożeracza Światów, Galactusa (Ralph Ineson, obdarzony
charakterystycznym głosem aktor, którego w ostatnich latach można kojarzyć z
Nosferatu, Twórcy, Egzorcysty papieża, Willow, Zielonego rycerza). Rodzinka ponownie
wdziewa skafandry i wyrusza w kosmos, by odnaleźć Galactusa oraz Srebrną
Surferkę i zażegnać zagrożenie, zanim to zbliży się do Ziemi, jednak cena za
oszczędzenie ich planety, jaką dyktuje Galactus, może okazać się zbyt wysoka…

Nie
da się zaprzeczyć, że warstwa fabularna filmu i jego scenariusz nie są
najmocniejszą stroną, ale w pewien sposób w tej prostocie tkwi siła i urok
produkcji, która sztucznie nie komplikuje historii i nie błądzi w coraz
większym pędzie od jednej głupoty do drugiej pomimo kilku niedociągnięć. Miłą odmianą była pewna naturalność dialogów (nawet tych komiksowo dziwnych lub pompatycznych) i brak zarzucania widza koszmarną ekspozycją. Intencjonalna naiwność świata jest konsekwentna i przez to nie razi widza
szczególnie zauważalnymi odstępstwami, w sposób koherentny i równy prowadząc
widza przez opowiadaną historię. Pomaga w tym również fakt, że wybrano na miejsce
akcji inny niż dotychczas znane widzowi światy Marvela, dzięki czemu film stoi
silnie na własnych nogach i nie wymaga odwoływania się do uniwersum trwającego
prawie dwie dekady (lub więcej, jeśli liczyć filmy, które weszły do MCU
bocznymi drzwiami).
Na
szczególną pochwałę zasługuje warstwa audiowizualna filmu. Od razu w ucho rzuca
się kapitalna muzyka Michaela Giacchino, który niejednokrotnie udowadniał swój
wielki kunszt, tym razem prezentując widzom ścieżkę podniosłą i epicką, ale nie
pompatyczną, która potrafi zbalansować naturalny optymizm z
apokaliptycznym dramatem. Cały film natomiast utrzymany jest w intrygującej
stylistyce retrofuturyzmu żywcem wyjętego z lat 60. i 70., kiedy Fantastyczna 4
była u szczytu komiksowej popularności. Obawiałem się, czy będąca na granicy
kiczu stylistyka nie odepchnie mnie, ale bardzo szybko dałem się wciągnąć w ten
świat dzięki jego wizualnej spójności. Film ponadto trzyma dość wysoki poziom
jeśli chodzi o efekty specjalne i choć bywa pod tym względem nierówny, a każdy
będzie miał własne odczucia względem choćby animacji The Thing czy Silver
Surfera, to dostarcza satysfakcji, zwłaszcza w aspekcie „kosmicznym”.
Prawdziwą siłą filmu jest chemia między bohaterami i afirmacja
Rodziny poprzez ukazanie ich wzajemnych relacji. Film decyduje się pokazać nam
ukształtowaną już drużynę, która ma świetną dynamikę zarówno pomiędzy
pojedynczymi parami postaci jak i całą czwórką (a w domyśle piątką). Coś, na
czym kompletnie poległ film z 2015 roku (poza faktem, że studio przejęło pieczę
nad pracą reżysera i znacząco ingerowało w proces produkcyjny), który pomimo
solidnych aktorów nie potrafił pokazać, co sprawia, że Fantastyczna 4 była
popularna wśród fanów (a na czym z pewnością skorzystali Iniemamocni, przez
lata będąc najlepszą ich, choć niebezpośrednią, adaptacją). Optymizm,
szlachetność, uczciwość i serce okazywane sobie nawzajem, gdzie każdy jest dla
siebie podporą i wsparciem, a wszyscy pracują dla ludzkości nie zważając na
niebezpieczeństwo. To nie supermoce stanowią o sile tych postaci, ale ich
charaktery oraz to, co mogą zaoferować cynicznemu, postmodernistycznemu światu
pełnemu nieufności i wzajemnej wrogości.
Zdecydowanie
pomogła w tym świetnie dobrana pierwszoplanowa obsada. Na świecznik wysuwa się
Vanessa Kirby jako emocjonalna liderka grupy, śmiała aktywistka pokoju
działająca na międzynarodowym forum oraz matka, która zrobi wszystko dla
swojego dziecka. W znacznej mierze na postaci Kirby opiera się emocjonalny
ciężar filmu traktującego o rodzinie, rodzicielstwie, poświęceniu i wierności
zasadom. Zaskakująco dobrze partneruje jej w tym Pedro Pascal, który ostatnio
pojawia się we wszelkich możliwych produkcjach filmowych i serialowych. Reed
Richards w wykonaniu Pedro Pascala prezentuje odpowiedni poziom
quasi-neurotycznej introwertyczności. Superinteligencja, którą jest obdarzony,
nie buduje jego ego w stylu Tony’ego Starka, a prezentuje człowieka
samoświadomego własnej niewiedzy i ograniczeń. Zdystansowany społecznie i
emocjonalnie Reed, niemal na pograniczu lęku, zamartwia się wszelkimi możliwymi
negatywnymi, katastrofalnymi możliwościami i kompulsywnie stara się zmieniać
świat na lepsze, wyznaczając sobie tym granice rzeczy, które może kontrolować.
Pascal oddał to, jak kompetentny jest Reed jako lider drużyny i mózg ich
działania, nie tworząc z niego odczłowieczonego naukowca-robota pozbawionego
ludzkich uczuć.
Dobrze
zaprezentował się również Jospeh Quinn jako Ludzka Pochodnia, unowocześniając
zakorzeniony wizerunek typowego amanta i nadając jego bohaterowi sporo uroku i
wrażliwości, nie pozbywając się towarzyszącej mu brawury, nieprzewidywalności i
żartobliwości. Wątek przeznaczony dla Johny’ego Storma jest poprowadzony nieco
skrótowo i po łebkach, ale w końcu nadał postaci nieco innego niż dotychczasowy
wydźwięku. Być może ze względu na komputerową charakteryzację, a może
na okrojenie wątku, najmniej miał do zagrania sympatyczny Ebon Moss-Bachrach jako
spajający drużynę The Thing. Jego wątek nie był oryginalny, gdyż zawsze w
przypadku tej postaci punktem wyjściowym jest kwestia zaakceptowania tego, jak
zmieniło się jego życie po obdarzeniu supermocami i jak wpływa to na jego
codzienność, zaprezentowano to jednak w sposób subtelny i pozostawiono nieco na
uboczu.

Na
osobny akapit zasługują antagoniści filmu, czyli Galactus i Srebrny Surfer.
Ralph Ineson, który wcielił się w Pożeracza Światów, nadał nie tylko zjawiskowy
głos i charyzmę, ale też pewną wrażliwość istocie, która przez wieczność
odczuwa nieujarzmiony głód. A przyznać trzeba, ze zwłaszcza na swoim statku
kosmicznym, wyglądał niesamowicie majestatycznie i klimatycznie. Postać
Srebrnej Surferki od początku budziła kontrowersje ze względu na decyzję
twórców wykorzystania nie Norrina Radda, czyli klasycznej męskiej wersji tej
postaci, a jego kobiecą alternatywę. Pozwoliło to jednak na nieco lepsze
zbalansowanie filmu pod względem płciowym (a wszak bardzo daleko mi jest do
afirmacji parytetów genderowych i propagowania bezmyślnej egalitarności),
tworząc połączenie między postacią Human Torcha dużo bardziej znośne, niż gdyby
ich relacja miała dotyczyć dwóch mężczyzn… Niestety wątek jej przeszłości i
motywacji oraz finalnej przemiany poprowadzono nieco zbyt szybko i pobieżnie,
nie dając mu nabrać oddechu. Jej wygląd zaś był jak promieniowanie w
pomieszczeniu kontrolnym czernobylskiej elektrowni atomowej: not great, not
terrible – w większości statycznych scen wyglądała przeciętnie, ale dobrze
prezentowała się w scenach dynamicznych.
Kilka
elementów filmu z pewnością budzić może mieszane uczucia, trudno jednak
określić je jednoznacznie problemami (o czym świadczyć może ogólne dość ciepłe
przyjęcie filmu zarówno przez krytyków jak i publiczność) i nie omieszkam o
nich wspomnieć. Film dla niektórych może wydać się mało ekscytujący ze względu
na stosunkowo niewielką ilość scen akcji (pod tym względem nie jest to ani
przepakowany Superman ani nawet Thunderbolts*), choć kilka sekwencji jest zdecydowanie
widowiskowych. Stosunkowo krótki metraż filmu (poniżej 2 godzin) sprawia, że
film ma żwawe tempo, ale początkowo może wydać się nieco chaotyczny w pierwszym
akcie przy prezentacji genezy bohaterów. Widać również, że kilka wątków
(relacja Bena i Rachel Rozman granej przez Natashę Lyonne czy Sue oraz
Johny’ego Stormów, że o postaci Johna Malkovicha jako Red Ghosta) zostało
okrojonych lub wyciętych. Dla niektórych uciążliwe może być również naukowe
mumbo-jumbo w wykonaniu Reeda Richardsa i kilka fabularnych głupotek z tym
związanych. Oparcie fabuły filmu na nowonarodzonym dziecku Sue i Reeda,
wszechpotężnym Franklinie „Kosmicznym Rozpierdalatorze” Richardsie, również
może nie podpasować niektórym, czy to ze względu na tani chwyt emocjonalny czy
też zabicie stawki filmu, wszak Marvel nie skrzywdzi w swoim rodzinnym filmie
dzidziusia…

Miał
się tu pojawić osobny akapit porównujący najnowszą Fantastyczną 4 oraz
Supermana (ten pierwszy uważam za lepiej zrealizowany i koherentniejszy, ale
mniej widowiskowy i emocjonalny film), postanowiłem jednak powstrzymać się od
tego i cieszyć z faktu, że bodaj pierwszy raz w nowożytnej historii widzowie na
ekranach kin mogą oglądać dwa dobre filmy zarówno z Marvel Studios jak i DC Studios
(do tej pory albo studia unikały nakładania się premier albo jedno ze studiów
filmowych wyraźnie kulało). Docenić należy po prostu Matta Shakmana, który nie
był pierwszym wyborem reżyserskim Kevina Feige i dla którego był to drugi film
pełnometrażowy, a udźwignął trudny temat problematycznej marvelowskiej
subfranczyzy...
Podsumowując,
Fantastyczna 4: Pierwsze kroki to drugi z rzędu solidny film Marvela, który
zwiastuje przed nami jaśniejszą przyszłość tego uniwersum. Jeśli miałbym
określić go jednym słowem, byłoby to „wholesome”, bowiem film jest sympatyczny,
barwny i wypełniony uczuciami oraz rodzinną dynamiką. Nie jest idealny i mógł
poświęcić jeszcze trochę czasu bohaterom, ale finalnie dawał sporo frajdy i
przypomniał te prostsze czasy, gdy świata nie opanował wszechobecny cynizm i
dekonstrukcja archetypicznych figur heroicznych oraz ideałów. Fantastyczną 4:
Pierwsze kroki oceniam na 7,25/10 i czekam z niecierpliwością na ich dalsze
losy w nadchodzącym Avengers: Doomsday.