czwartek, 31 lipca 2025

RECENZENCKI ROZKŁAD JAZDY - SIERPIEN 2025

 

Zapowiada się intensywny miesiąc pod względem filmów i seriali, choć w zakątku growym tylko jedna duża premiera.


Sierpniowy repertuar filmowy odejdzie nieco od wielkich blockbusterów, oferując widzom różnorodność gatunków. 1 sierpnia do kin wejdą m.in. zaskakująco dobrze przyjęta staroszkolna komedia Naga broń z Liamem Neesonem i Pamelą Anderson w rolach głównych, emocjonalno-filozoficzne Życie Chucka na podstawie prozy Stephena Kinga w reżyserii Mike’a Flanagana z Tomem Hiddlestonem, intenswynie promowany i dobrze oceniany horror Oddaj mi ją, a także druga część animacji Bad Guys, czyli Pan Wilk i Spółka 2.











6 sierpnia na Amazon Prime Video wskoczy wystrzałowa komedia akcji z Eddiem Murphym pt. The Pickup, natomiast w kinach 8 sierpnia dostaniemy do wyboru drastycznie odmienne dwie produkcje – tajemniczą i mroczną historię Weapons (pol. Zniknięcia) z Julią Garner i Joshem Brolinem, film upatrywany w gronie pretendentów do najlepszych tegorocznych produkcji, a także sequel po latach do luźnej komedii z Lindsay Lohan i Jaime Lee Curtis, czyli Zakręcony piątek 2.











15 sierpnia w kinach zagości wyczekiwana przeze mnie kontynuacja komediowej wersji Johna Wicka, czyli Nobody 2 w wykonaniu poczciwego Boba Odenkirka, a 22 sierpnia coś dla par, czyli bardzo dobrze oceniany body horror o miłości ze sporą dozą humoru, czyli Together, gdzie główne role gra małżeństwo Dave Franco i Allison Brie.











Na koniec miesiąca na Netflix wjedzie kryminał w doborowej obsadzie, czyli Czwartkowy Klub Zbrodni, natomiast na ekranach kin dostaniemy intrygujące zestawienie – obiecujący Caught Stealing (pol. Złodziej z przypadku) z punkową wersją Matta Smitha i Austina Butlera oraz ciętą komedię Państwo Rose z Bendomilem Cumterfuckiem Benedictem Cumberbatchem i Olivią Coleman.



Wśród seriali premierujących w sierpniu zaczniemy od kostiumowo-historycznego Wodza wojownika z Jasonem Momoą na AppleTV+, czyli wysokobudżetową produkcją o zjednoczeniu hawajskich plemion, a także antologicznej animacji od Marvel Studios Eyes of Wakanda, liczącej tylko 4 odcinki produkcji pokazującej historię fikcyjnego supermocarstwa ukrytego w sercu Afryki strzeżonego przez pokolenia Czarnych Panter. 6 sierpnia na Netflixie zagości pierwsza część drugiego sezonu ciepło przyjętego serialu Wednesday z Jenną Ortegą w tytułowej roli (druga część drugiego sezonu udostępniona będzie 3 września).











12 sierpnia na Disney+ zagości wyczekiwany od dawna projekt utalentowanego Noah Hawleya, czyli serial Obcy: Ziemia. 21 sierpnia na HBO MAX powróci z drugim sezonem absurdalny Peacemaker od Jamesa Gunna z Johnem Ceną w roli głównej.











22 sierpnia na tę platformie emisję rozpocznie serial Scheda – polska produkcja kryminalna umiejscowiona na Helu z Grzegorzem Damięckim i Magdaleną Popławską w rolach głównych. Końcem miesiąca na Amazon Prime Video wskoczy serial The Terminal List: Dark Wolf, czyli spin-off do serialu akcji z Chrisem Prattem z 2022 roku.



W giereczkowie jak zwykle niewiele ciekawych premier, bo po przesunięciu polskiego Dying Light: The Beast na jesień na placu boju pozostała tylko Mafia: The Old Country, czyli prequel do głośnej serii początkowo produkowanej przez czeskie Illusion Softworks/2K Czech (czyli m.in. Daniela Vavrę, twórcę Kingdome Come: Deliverance, a obecnie znajdującej się w rękach amerykańskiego studia Hangar 13 należącego do 2K Games.




środa, 30 lipca 2025

FANTASTYCZNA 4: PIERWSZE KROKI (2025) - RECENZJA FILMU

Do 4 razy sztuka, w końcu bowiem doczekaliśmy się ekranizacji przygód Pierwszej Rodziny Marvela w MCU. Czy Fantastyczna 4: Pierwsze kroki przełamała klątwę ciążącą nad tym komiksowym zakątkiem i czy optymistyczny retrofuturyzm zdał egzamin? Jak wypadł 37. kinowy film tego komiksowego uniwersum otwierający jego VI fazę?












Reżyserem filmu, po odejściu z projektu Jona Wattsa (trylogia Spider-mana z Tomem Hollandem, ostatnio ponadto też serial Star Wars: Skeleton Crew), został Matt Shakman, który do tej pory wyreżyserował tylko jeden film (Miasteczko Cut Bank z 2014 roku), ma z kolei dość bogate doświadczenie na mniejszym ekranie, m.in. reżyserował odcinki seriali Dr. House, Mad Men, Fargo, It's Always Sunny in Philadelphia, Gra o tron, The Boys, Sukcesja, Wielka czy Monarch: Dziedzictwo potworów. Dla Marvela z kolei pracował przy WandaVision, będąc showrunnerem ich pierwszego i nadal jednego z najlepiej odebranych przez publikę seriali.











Nad scenariuszem pracował zespół złożony z Josha Friedmana (showrunner Fundacji, Snowpiercera, Emerald City i Terminatora: Kroniki Sary Connor, ponadto filmy takie jak Wojna światów, Czarna Dalia, Terminator: Mroczne przeznaczenie, Avatar: Istota wody oraz Królestwo Planety Małp), Erica Pearsona (dla Marvela pracował już nad scenariuszami do Thunderbolts*, Czarnej Wdowy, Thor: Ragnarok, serialu Agentka Carter oraz kilku krótkometrażowych one-shotów), duet Jeff Kaplan i Ian Springer (The Last of the Great Romantics, Przewodnik po przyjaźni Berta i Arniego) oraz Kat Wood (kilka krótkich metraży oraz film Arthur i Merlin).



Muzykę do filmu skomponował wybitny Michael Giacchino, który dla Marvela tworzył muzykę do filmów Doktor Strange, najnowszej trylogii Spider-mana oraz wyreżyserował krótkometrażowego Wilkołaka nocą, ponadto jako kompozytor ma na koncie m.in. serie filmowe jak Jurassic World, Planeta Małp, Star Trek, a także m.in. Zootopia, Iniemamocni, W głowie się nie mieści, Coco, jego oscarowy Odlot, Łotr 1 czy seriale Fringe oraz ikoniczni Zagubieni i pizdylion innych projektów. Autorem zdjęć do filmu był Brytyjczyk Jess Hall, który z Shakmannem pracował nad Monarch, Konsultantem, WandaVision, a wcześniej był operatorem kamery przy filmach Ghost in the Shell, Transcendencja, Grindhouse czy Hot Fuzz.

Jest to kolejna próba przeniesienia na ekran historii o kultowej drużynie superbohaterów stworzonej przez Stana Lee i Jacka Kirby’ego w 1961 roku po nigdy niewyemitowanym oficjalnie niskobudżetowym projekcie Rogera Cormana z 1994 roku, filmach z 2005 i 2007 roku w reżyserii Tima Story’ego oraz filmie z 2015 roku w reżyserii Josha Tranka, który wydawało się, że zatopił tę markę na dobre.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film przenosi widzów w multiwersalną podróż na Ziemię 828, stylizowaną na retrofuturystyczny świat osadzony w latach 60. XX wieku, w którym Fantastyczna 4, jedyna grupa superbohaterów strzegąca pokoju na świecie i bezpieczeństwa ludzkości, świętuje czwartą rocznicę działalności. W wielkim skrócie przedstawiona jest ich geneza, kiedy to czwórka astronautów na skutek działania promieniowania kosmicznego uzyskała nienaturalne zdolności. W skład drużyny wchodzą: najinteligentniejszy człowiek na świecie mogący dowolnie rozciągać swoje ciało Reed Richards aka Mister Fantastic (Pedro Pascal, którego ostatnio wszędzie pełno i przedstawiać nie trzeba); jego żona, obdarzona silnym kompasem moralnym i empatią, a także potrafiąca tworzyć pola siłowe i stać się niewidzialną, Sue Storm aka Invisible Woman (Vanessa Kirby, w ostatnich latach występowała m.in. w Napoleonie, The Crown, Cząstkach kobiety, Synie, serii Mission Impossible oraz Fast & Furious: Hobbs and Shaw); jej brat, brawurowy i czasem lekkomyślny kobieciarz Johnny Storm aka Human Torch (Joseph Quinn, poza Stranger Things można go było zobaczyć w Ciche miejsce: Dzień 1, Gladiatorze 2 oraz serialach Nędznicy, Cormoran Strike i Katarzyna Wielka) oraz ich przyjaciel, przemieniony w żywą skałę pilot Ben Grimm aka The Thing (Ebon Moss-Bachrach, najbardziej znany z serialu The Bear oraz Andor, NOS4A2, The Punisher, Girls).

Fantastyczna 4, działająca od kilku lat w roli propagatora międzynarodowego pokoju i rozwoju technologicznego dzięki przewodzonej przez Sue Future Foundation, prowadzi życie w blasku fleszy i wśród uwielbienia zwykłych ludzi. Dodatkowo, w końcu Sue i Reed mogą ogłosić, że spodziewają się dziecka, na co z entuzjazmem reagują przyszli wujkowie, Johnny i Ben. Niestety, ich spokój zakłóca przybycie na Ziemię kosmicznego wędrowca – Srebrnej Surferki imieniem Shalla-Bal (Julia Garner, najbardziej znana z ról w Ozark i Zawód: Amerykanin, a już wkrótce interesująca rola w wyczekiwanym horrorze Weapons), herolda zwiastującego przybycie potężnego Pożeracza Światów, Galactusa (Ralph Ineson, obdarzony charakterystycznym głosem aktor, którego w ostatnich latach można kojarzyć z Nosferatu, Twórcy, Egzorcysty papieża, Willow, Zielonego rycerza). Rodzinka ponownie wdziewa skafandry i wyrusza w kosmos, by odnaleźć Galactusa oraz Srebrną Surferkę i zażegnać zagrożenie, zanim to zbliży się do Ziemi, jednak cena za oszczędzenie ich planety, jaką dyktuje Galactus, może okazać się zbyt wysoka…











Nie da się zaprzeczyć, że warstwa fabularna filmu i jego scenariusz nie są najmocniejszą stroną, ale w pewien sposób w tej prostocie tkwi siła i urok produkcji, która sztucznie nie komplikuje historii i nie błądzi w coraz większym pędzie od jednej głupoty do drugiej pomimo kilku niedociągnięć. Miłą odmianą była pewna naturalność dialogów (nawet tych komiksowo dziwnych lub pompatycznych) i brak zarzucania widza koszmarną ekspozycją. Intencjonalna naiwność świata jest konsekwentna i przez to nie razi widza szczególnie zauważalnymi odstępstwami, w sposób koherentny i równy prowadząc widza przez opowiadaną historię. Pomaga w tym również fakt, że wybrano na miejsce akcji inny niż dotychczas znane widzowi światy Marvela, dzięki czemu film stoi silnie na własnych nogach i nie wymaga odwoływania się do uniwersum trwającego prawie dwie dekady (lub więcej, jeśli liczyć filmy, które weszły do MCU bocznymi drzwiami).

Na szczególną pochwałę zasługuje warstwa audiowizualna filmu. Od razu w ucho rzuca się kapitalna muzyka Michaela Giacchino, który niejednokrotnie udowadniał swój wielki kunszt, tym razem prezentując widzom ścieżkę podniosłą i epicką, ale nie pompatyczną, która potrafi zbalansować naturalny optymizm z apokaliptycznym dramatem. Cały film natomiast utrzymany jest w intrygującej stylistyce retrofuturyzmu żywcem wyjętego z lat 60. i 70., kiedy Fantastyczna 4 była u szczytu komiksowej popularności. Obawiałem się, czy będąca na granicy kiczu stylistyka nie odepchnie mnie, ale bardzo szybko dałem się wciągnąć w ten świat dzięki jego wizualnej spójności. Film ponadto trzyma dość wysoki poziom jeśli chodzi o efekty specjalne i choć bywa pod tym względem nierówny, a każdy będzie miał własne odczucia względem choćby animacji The Thing czy Silver Surfera, to dostarcza satysfakcji, zwłaszcza w aspekcie „kosmicznym”.

Prawdziwą siłą filmu jest chemia między bohaterami i afirmacja Rodziny poprzez ukazanie ich wzajemnych relacji. Film decyduje się pokazać nam ukształtowaną już drużynę, która ma świetną dynamikę zarówno pomiędzy pojedynczymi parami postaci jak i całą czwórką (a w domyśle piątką). Coś, na czym kompletnie poległ film z 2015 roku (poza faktem, że studio przejęło pieczę nad pracą reżysera i znacząco ingerowało w proces produkcyjny), który pomimo solidnych aktorów nie potrafił pokazać, co sprawia, że Fantastyczna 4 była popularna wśród fanów (a na czym z pewnością skorzystali Iniemamocni, przez lata będąc najlepszą ich, choć niebezpośrednią, adaptacją). Optymizm, szlachetność, uczciwość i serce okazywane sobie nawzajem, gdzie każdy jest dla siebie podporą i wsparciem, a wszyscy pracują dla ludzkości nie zważając na niebezpieczeństwo. To nie supermoce stanowią o sile tych postaci, ale ich charaktery oraz to, co mogą zaoferować cynicznemu, postmodernistycznemu światu pełnemu nieufności i wzajemnej wrogości.

Zdecydowanie pomogła w tym świetnie dobrana pierwszoplanowa obsada. Na świecznik wysuwa się Vanessa Kirby jako emocjonalna liderka grupy, śmiała aktywistka pokoju działająca na międzynarodowym forum oraz matka, która zrobi wszystko dla swojego dziecka. W znacznej mierze na postaci Kirby opiera się emocjonalny ciężar filmu traktującego o rodzinie, rodzicielstwie, poświęceniu i wierności zasadom. Zaskakująco dobrze partneruje jej w tym Pedro Pascal, który ostatnio pojawia się we wszelkich możliwych produkcjach filmowych i serialowych. Reed Richards w wykonaniu Pedro Pascala prezentuje odpowiedni poziom quasi-neurotycznej introwertyczności. Superinteligencja, którą jest obdarzony, nie buduje jego ego w stylu Tony’ego Starka, a prezentuje człowieka samoświadomego własnej niewiedzy i ograniczeń. Zdystansowany społecznie i emocjonalnie Reed, niemal na pograniczu lęku, zamartwia się wszelkimi możliwymi negatywnymi, katastrofalnymi możliwościami i kompulsywnie stara się zmieniać świat na lepsze, wyznaczając sobie tym granice rzeczy, które może kontrolować. Pascal oddał to, jak kompetentny jest Reed jako lider drużyny i mózg ich działania, nie tworząc z niego odczłowieczonego naukowca-robota pozbawionego ludzkich uczuć.

Dobrze zaprezentował się również Jospeh Quinn jako Ludzka Pochodnia, unowocześniając zakorzeniony wizerunek typowego amanta i nadając jego bohaterowi sporo uroku i wrażliwości, nie pozbywając się towarzyszącej mu brawury, nieprzewidywalności i żartobliwości. Wątek przeznaczony dla Johny’ego Storma jest poprowadzony nieco skrótowo i po łebkach, ale w końcu nadał postaci nieco innego niż dotychczasowy wydźwięku. Być może ze względu na komputerową charakteryzację, a może na okrojenie wątku, najmniej miał do zagrania sympatyczny Ebon Moss-Bachrach jako spajający drużynę The Thing. Jego wątek nie był oryginalny, gdyż zawsze w przypadku tej postaci punktem wyjściowym jest kwestia zaakceptowania tego, jak zmieniło się jego życie po obdarzeniu supermocami i jak wpływa to na jego codzienność, zaprezentowano to jednak w sposób subtelny i pozostawiono nieco na uboczu.











Na osobny akapit zasługują antagoniści filmu, czyli Galactus i Srebrny Surfer. Ralph Ineson, który wcielił się w Pożeracza Światów, nadał nie tylko zjawiskowy głos i charyzmę, ale też pewną wrażliwość istocie, która przez wieczność odczuwa nieujarzmiony głód. A przyznać trzeba, ze zwłaszcza na swoim statku kosmicznym, wyglądał niesamowicie majestatycznie i klimatycznie. Postać Srebrnej Surferki od początku budziła kontrowersje ze względu na decyzję twórców wykorzystania nie Norrina Radda, czyli klasycznej męskiej wersji tej postaci, a jego kobiecą alternatywę. Pozwoliło to jednak na nieco lepsze zbalansowanie filmu pod względem płciowym (a wszak bardzo daleko mi jest do afirmacji parytetów genderowych i propagowania bezmyślnej egalitarności), tworząc połączenie między postacią Human Torcha dużo bardziej znośne, niż gdyby ich relacja miała dotyczyć dwóch mężczyzn… Niestety wątek jej przeszłości i motywacji oraz finalnej przemiany poprowadzono nieco zbyt szybko i pobieżnie, nie dając mu nabrać oddechu. Jej wygląd zaś był jak promieniowanie w pomieszczeniu kontrolnym czernobylskiej elektrowni atomowej: not great, not terrible – w większości statycznych scen wyglądała przeciętnie, ale dobrze prezentowała się w scenach dynamicznych.

Kilka elementów filmu z pewnością budzić może mieszane uczucia, trudno jednak określić je jednoznacznie problemami (o czym świadczyć może ogólne dość ciepłe przyjęcie filmu zarówno przez krytyków jak i publiczność) i nie omieszkam o nich wspomnieć. Film dla niektórych może wydać się mało ekscytujący ze względu na stosunkowo niewielką ilość scen akcji (pod tym względem nie jest to ani przepakowany Superman ani nawet Thunderbolts*), choć kilka sekwencji jest zdecydowanie widowiskowych. Stosunkowo krótki metraż filmu (poniżej 2 godzin) sprawia, że film ma żwawe tempo, ale początkowo może wydać się nieco chaotyczny w pierwszym akcie przy prezentacji genezy bohaterów. Widać również, że kilka wątków (relacja Bena i Rachel Rozman granej przez Natashę Lyonne czy Sue oraz Johny’ego Stormów, że o postaci Johna Malkovicha jako Red Ghosta) zostało okrojonych lub wyciętych. Dla niektórych uciążliwe może być również naukowe mumbo-jumbo w wykonaniu Reeda Richardsa i kilka fabularnych głupotek z tym związanych. Oparcie fabuły filmu na nowonarodzonym dziecku Sue i Reeda, wszechpotężnym Franklinie „Kosmicznym Rozpierdalatorze” Richardsie, również może nie podpasować niektórym, czy to ze względu na tani chwyt emocjonalny czy też zabicie stawki filmu, wszak Marvel nie skrzywdzi w swoim rodzinnym filmie dzidziusia…



Miał się tu pojawić osobny akapit porównujący najnowszą Fantastyczną 4 oraz Supermana (ten pierwszy uważam za lepiej zrealizowany i koherentniejszy, ale mniej widowiskowy i emocjonalny film), postanowiłem jednak powstrzymać się od tego i cieszyć z faktu, że bodaj pierwszy raz w nowożytnej historii widzowie na ekranach kin mogą oglądać dwa dobre filmy zarówno z Marvel Studios jak i DC Studios (do tej pory albo studia unikały nakładania się premier albo jedno ze studiów filmowych wyraźnie kulało). Docenić należy po prostu Matta Shakmana, który nie był pierwszym wyborem reżyserskim Kevina Feige i dla którego był to drugi film pełnometrażowy, a udźwignął trudny temat problematycznej marvelowskiej subfranczyzy...

Podsumowując, Fantastyczna 4: Pierwsze kroki to drugi z rzędu solidny film Marvela, który zwiastuje przed nami jaśniejszą przyszłość tego uniwersum. Jeśli miałbym określić go jednym słowem, byłoby to „wholesome”, bowiem film jest sympatyczny, barwny i wypełniony uczuciami oraz rodzinną dynamiką. Nie jest idealny i mógł poświęcić jeszcze trochę czasu bohaterom, ale finalnie dawał sporo frajdy i przypomniał te prostsze czasy, gdy świata nie opanował wszechobecny cynizm i dekonstrukcja archetypicznych figur heroicznych oraz ideałów. Fantastyczną 4: Pierwsze kroki oceniam na 7,25/10 i czekam z niecierpliwością na ich dalsze losy w nadchodzącym Avengers: Doomsday.




poniedziałek, 28 lipca 2025

VINCI 2 (2025) - RECENZJA FILMU

 

Po dwudziestu latach otrzymaliśmy sequel dobrze przyjętego przez krytyków i publiczność, nominowanego do Orłów filmu Vinci, czyli polskiego heist movie z elementami akcji i komedii. Jak wypadł ten powrót po latach i czy twórcom udało się uchwycić magię pierwszej części?











Dla 70-letniego Juliusza Machulskiego Vinci 2 może być ostatnim reżyserowanym filmem w bogatej karierze, po którym przejdzie na zasłużoną emeryturę. Machulski zasłynął, poza pierwszym Vincim, z takich filmów jak Vabank i Vabank 2, czyli riposta, Seksmisja i Kingsajz, Killer i Killerów 2-óch, Pieniądze to nie wszystko i Ile waży koń trojański? oraz serialu Mały zgon. Nad scenariuszem tym razem pracował również odgrywający główną rolę aktor Robert Więckiewicz, dla którego to scenopisarski debiut.











Muzykę skomponował Krzysztof Aleksander Janczak, orbitujący w sferze europejskiego kina głównie między Polską, Francją a Czechami, w ostatnim czasie można jego muzykę było usłyszeć w filmach takich jak Szczęście Agaty, Czeski film, Lombard, Koniec świata czyli Kogel Mogel 4, Dzień, w którym znalazłem dziewczynę w śmieciach, Nawet myszy idą do nieba, Ognisty ptak, Czarna owca. Za zdjęcia odpowiadał Piotr Uznański, który w ostatnich latach był operatorem kamery przy kilku serialach takich jak Wzgórze psów, Forst, Warszawianka, Motyw.











RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film ukazuje nam losy Roberta Cumińskiego pseudonim Cuma (Robert Więckiewicz, wybitny polski aktor, którego w ostatnich latach można było zobaczyć m.in. w Filipie, Różyczce 2, Kosie czy we Wzgórzu psów), który uciekając przed przeszłością skrył się gdzieś w Hiszpanii, prowadząc dostatnie, ale mało ekscytujące życie z Carmen (Maria Ruiz Lopez). Odnajduje go tam „biznesmen” Chudy (Mirosław Haniszewski, ostatnio choćby Krew z krwi, Tylko jedno spojrzenie, Krucjata, Idź przodem, bracie, Napad, Znachor), który proponuje mu dokonanie podobnego skoku, jak przed dwudziestu laty.

Cuma bowiem był złodziejem dzieł sztuki, który wraz z przyjacielem Julianem Wolniewiczem pseudonim Szerszeń (Borys Szyc, w ostatnich latach choćby Lady Love, Simona Kossak, Forst, Warszawianka, Miało cię nie być) wykradli ze znajdującego się w zbiorach krakowskiego Muzeum Książąt Czartoryskich niezwykle cenny obraz autorstwa Leonarda da Vinci, czyli Damę z gronostajem. Cuma, początkowo niechętny akcji, spławia Chudego, jednak decyduje się wrócić do Krakowa. Na miejscu okazuje się, że Chudy już nie potrzebuje jego pomocy i zadanie zleca dwóm młodym złodziejom, Duchowi (Piotr Witkowski, ostatnio m.in. główna rola w Idź przodem, bracie czy udział w filmie Fachowiec z Jasonem Stathamem) oraz Cieniowi (Jędrzej Hycnar, Profilerka, Napad, Matylda, Brokat).

Cuma, chcąc przeszkodzić Chudemu w kradzieży, sam planuje skok, nie wie jednak, co ma być celem napadu. Starając się tego dowiedzieć, ściąga na siebie uwagę komisarza Kudry (Łukasz Simlat, ostatnio m.in. Rojst, Kos, Niebezpieczni dżentelmeni), który znajdował się w policyjnym zespole pod dowództwem komisarza Wilka (Marcin Dorociński, ostatnio kilka międzynarodowych produkcji takich jak Wikingowie: Walhalla, Minghun, dwie ostatnie części Mission Impossible). Cuma jednocześnie musi unikać śledzącej go policji i odkryć sekret kryjący się za nadchodzącym napadem. Nie chce mu w tym pomóc dawny druh, Szerszeń, którego wydalono z policji i którego zostawiła jego żona, Magda (Kamila Baar, Forst, Krew, Kamerdyner, Echo serca). Udaje mu się jednak zwerbować do zadania dawnego kompana, Werbusa (Jacek Król, etatowy polski aktor dubbingowy podkładający głos w każdej możliwej zagranicznej i rodzimej produkcji filmowej czy growej, który aktorsko debiutował w Vincim) wraz z jego dziećmi, Kornelią (Zofia Jastrzębska, m.in. główna rola w Infamii) i Jankiem (Jan Sałasiński, Rzeczy niezbędne, Rojst, Absolutni debiutanci).











Po pierwsze, Vinci 2 to sequel co najmniej o 10 lat spóźniony, gdyż brakuje Machulskiemu w tym filmie zarówno reżyserskiej jak i scenariuszowej werwy, czego zwiastunem mogła być już średnio udana Volta z 2017 roku. Film opiera się w znacznej mierze na Robercie Więckiewiczu, który swoją prezencją i charyzmą trzyma wszystko w ryzach, ale cała reszta prezentuje się w najlepszym razie „ok”, a najczęściej po prostu mocno przeciętnie.

Większość postaci drugoplanowych została zmarnowana, a potencjału historii nie wykorzystano. Widać to przede wszystkim na przykładzie wątku Szerszenia i Magdy, który był tanim emocjonalnym zapychaczem wprost z jakichś komedii romantycznych z białym plakatem. Borys Szyc byłby w tym filmie całkowicie zbędny, a fabularnie przydał się w jednym tylko momencie, który też chyba dopisano później tylko po to, żeby aktor miał cokolwiek związanego z napadem. A to właśnie na relacji Szyca i Więckiewicza opierał się emocjonalny ciężar części pierwszej, w której ich przyjaźń została wystawiona na próbę.

Powiewem świeżości w tym przynudzającym filmie był gościnny występ Marcina Dorocińskiego, który jako żywo urwał się z Holiłudu i rozpierała go iście amerykańska energia. Szkoda jednak, że było go tak mało, a film nie potrafił dorównać jego entuzjazmowi. Miło było spotkać kilka znajomych twarzy jak Łukasz Simlat, ale jego rola sprowadzała się jedynie do archetypu „policjant-debil” i zapewniała nieco humoru, ale niezbyt wyszukanego.











Bazujący na nostalgii film nie porywał tempem, dłużąc się wraz z Więckiewiczem snującym się po Krakowie. Brakowało w nim również stawki, a cała intryga związana z odkrywaniem celu napadu i przeprowadzeniem całej akcji psującej szyki antagoniście była mało angażująca. Dobrze jednak było popatrzeć na znajome ze studenckich czasów uliczki i zakamarki Krakowa i poobserwować Więckiewicza w większej roli.

Podsumowując, Vinci 2 nie jest odgrzewanym kotletem, o jaki go podejrzewałem, niestety nie potrafił znaleźć na siebie wyraźnego pomysłu i zwyczajnie przynudzał, nie oferując zbyt wiele ani ciekawej akcji ani humoru. Miał swoje momenty, ale przede wszystkim za uszy ciągnął go duet Więckiewicz-Dorociński. Vinci 2 okazuje się umiarkowanym rozczarowaniem, ale nie było tragedii, dlatego oceniam go na 6,/10.


niedziela, 20 lipca 2025

SUPERMAN (2025) - RECENZJA FILMU

 

Jeden z najbardziej oczekiwanych przez widzów film 2025 roku zagościł w kinach z przytupem, zdobywając ciepłe przyjęcie krytyków filmowych oraz miłość fanów. Czy jednak nowy Superman jest tak udanym filmem, jak o nim mówią?











Reżyserem i scenarzystą filmu jest James Gunn, który od jakiegoś czasu budował swoją pozycję w kinie superbohaterskim dzięki takim produkcjom jak trzy filmy z serii Strażnicy Galaktyki dla Marvela oraz Legion samobójców (ten lepszy) oraz stanowiący jego kontynuację serial Peacemaker (którego drugi sezon już wkrótce) dla DC Studios, którego końcem 2022 roku został współprezesem (wraz z Peterem Safranem) odpowiadającym za warstwę merytoryczną i artystyczną nowej odsłony uniwersum. Wcześniej zasłynął m.in. reżyserią filmu Slither czy scenariuszami do filmów Scooby-Doo i Scooby-Doo 2: Potwory na gigancie oraz Świt żywych trupów.



Muzykę do filmu, opartą mocno na klasycznym brzmieniu Johna Williamsa, skomponowali David Fleming (jego filmografię prezentowałem niedawno przy okazji drugiego sezonu The Last of Us) oraz John Murphy, brytyjski doświadczony kompozytor pracujący w branży ponad 30 lat, który współpracował już z Gunnem przy okazji Strażników Galaktyki vol. 3 oraz Legionu samobójców, a wcześniej na koncie miał m.in. Kick-Ass, 28 dni później i 28 tygodni później, Miami Vice, Mecz ostatniej szansy czy też słynne filmy Guya Ritchiego jak Przekręt i Porachunki. Za zdjęcia do filmu odpowiadał Henry Braham, który dla Gunna pracował jako operator kamery przy Strażnikach Galaktyki vol. 2 i vol. 3 oraz Legionie samobójców, ponadto w ostatnich latach nakręcił m.in. filmy Road House, The Flash, Czarownica 2, Tarzan: Legenda.












James Gunn swoim najnowszym filmem otwiera kolejny rozdział w historii komiksowego uniwersum DC, dokonując jego rebootu po niezbyt udanej iteracji, której szary, ponury i przygnębiający ton nadał Zack Snyder. Czy Gunn odkrył kino superbohaterskie na nowo i wyznaczył nowy kierunek przeżywającemu w ostatnich latach wypalenie gatunkowi?

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film rozpoczynamy od momentu, gdy Superman (David Coronsweat, w ostatnich latach Twisters, Kobieta z jeziora, Pearl, Miasto jest nasze) przegrywa swoją pierwszą walkę, a pokonuje go enigmatyczny meta-człowiek Borawski Młot po tym, jak Superman zainterweniował w sprawie konfliktu Borawii i Dżarhanpuru, powstrzymując inwazję na ten drugi z fikcyjnych państw. Wkrótce okazuje się jednak, że Borawski Młot jest tylko przykrywką dla Ultramana, potężnej istoty na usługach niezwykle bogatego geniusza, Lexa Luthora (Nicholas Hoult, ostatnio choćby Nosferatu, Juror nr 2, The Order, Renfield, Menu czy serial Wielka).

Luthor bowiem, nienawidzący Supermana i zazdroszczący mu chwały, pragnie skompromitować superbohatera w oczach społeczeństwa i zniszczyć go. Dzięki odwróceniu uwagi Supermana po wypuszczeniu w Metropolis kaiju, dokonuje wtargnięcia do ulokowanej na Arktyce (lub Antarktydzie) Fortecy Samotności, siedziby Supermana. Tam przy pomocy Ultramana oraz kontrolującej nanoboty w jej krwi Inżynierki (María Gabriela de Faría, wenezuelska aktorka poza licznymi serialami w Ameryce Łacińskiej znana jest szerszej publiczności m.in. z serialu Deadly Class czy The Moodys) niszczy służące Supermanowi roboty, wykrada wcześniej niekompletne nagranie pozostawione Kal-Elowi przez jego kryptońskich rodziców, Jor-Ela (Bradley Cooper, w ostatnich latach m.in. Maestro, Dungeons & Dragons: Złodziejski Honor, Zaułek koszmarów, Licorice Pizza czy Narodziny gwiazdy oraz rola Rocket Racoona w MCU) oraz Lary (Angela Sarafyan, armeńska aktorka znana przede wszystkim z serialu Westworld oraz filmów Imigrantka, Reminiscencja, Podły, zły, okrutny czy Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 2) i przede wszystkim uprowadza Krypto, obdarzonego supermocami psa, którym opiekuje się Superman.

W tym czasie w walce z kaiju w sercu Metropolis Supermanowi pomaga Gang Sprawiedliwości - grupa superbohaterów, w skład której wchodzą: przedstawiciel Korpusu Zielonych Latarnii dupkowaty Guy Gardner (Nathan Fillon, etatowy aktor Jamesa Gunna z wszystkich jego filmów, ponadto kojarzyć go można przede wszystkim z tytułowych ról w serialach Castle oraz Rekrut, a także choćby Firefly i dziesiątek ról głosowych w animacjach i grach komputerowych), nieustraszona Hawkgirl (Isabela Merced, której filmografię przedstawiałem niedawno przy okazji drugiego sezonu The Last of Us) oraz niezwykle inteligentny i kompetentny Mr. Terrific (Edi Gathegi, m.in. Doktor House, X-men: Pierwsza klasa, Blacklist, StartUp, For All Mankind). Herosom udaje się pokonać stwora, ale po walce na jaw wychodzi prawda dotycząca misji, z jaką rodzice wysłali małego Kal-Ela na Ziemię z chylącej się ku upadkowi planety Krypton, co wstrząsa opinią publiczną, a na samego Supermana sprowadza kryzys tożsamości.

Na trop machinacji Luthora, któremu udaje się uwięzić Supermana w swoim Wymiarze Kieszonkowym, wpada nieustępliwa dziennikarka gazety Daily Planet, Lois Lane (Rachel Brosnahan, najbardziej znana z tytułowej roli we Wspaniałej Pani Maisel, ponadto House of Cards, Project Manhattan, Blacklist, Czas próby, Dzień patriotów czy ostatnio Amator), która od kilku miesięcy umawia się z Clarkiem Kentem vel Supermanem również pracującym w wolnych od ratowania świata chwilach w tej gazecie, którą zawiaduje Perry White (Wendell Pierce, ostatnio m.in. Thunderbolts*, Jack Ryan, Elsbeth). Pomocy udziela jej Mr. Terrific i razem ruszają na pomoc Supermanowi, a jeśli do tej pory ta recenzja nie była bałaganem, to trudno uwierzyć, że później fabularny chaos uderza jeszcze bardziej…











Trudno jednoznacznie oceniać ten film, bo jest w nim zarówno wiele dobra i komiksowych pyszności jak i pomysłów co najmniej przeciętnych lub w najlepszym razie średnio zrealizowanych. Główną siłą sprawczą tej produkcji był rzecz jasna James Gunn, który jako nowo mianowany szef studia filmowego DC podległego Warner Brothers. Discovery nie był skrępowany żadnymi ograniczeniami poza własną wyobraźnią i mógł zrobić dokładnie taki film, jaki chciał. I to jest to, Panie Gunnie? Mogłeś Pan zrobić wszystko i zamówić każde danie z ekskluzywnej restauracji, a zaserwowałeś widzom niedosmażonego hamburgera z nieroztopionym serem ze sporą porcją swojego autorskiego, wyjątkowego sosu. Można tym się zapchać i czuć satysfakcję z przyjętych do organizmu pustych kalorii, ale gdzieś z tyłu głowy wiercą się natrętne myśli, że nie był to pełnowartościowy posiłek, w którym zbyt wiele elementów było niedogotowanych, a przede wszystkim dziurawy, głupkowaty i równocześnie do bólu prosty jak i na siłę przekombinowany scenariusz. Panie Gunnie, pomyliłeś naiwność głównego bohatera z naiwnością widza...

Film, poza jednym i dość oczywistym motywem dotyczącym tożsamości Supermana i jego roli w świecie, pozbawiony jest jakichkolwiek wiodących tematów, które znalazły by jakąś większą konkluzję, w którą zaangażowani byliby inni, a licznie występujący w tym filmie bohaterowie. Na ołtarzu „fajności filmu” i pozytywnego przesłania, że „Superman powinien być dobry oraz zawsze i wszędzie ratować wszystkich”, a konflikt i wojna nie są rozwiązaniem oraz miliarderzy z przerostem ego są większym zagrożeniem od obdarzonych boskimi mocami super-istot mogących roznieść planetę w pył, Gunn poświęcił inteligencję widza sprowadzając fabułę do naiwnego ciągu zdarzeń, gdzie finalnie stawka była zerowa, a konsekwencji nie było żadnych. Nie da się nie odczuć wrażenia, że przyświecającym Gunnowi motywem filmu było "Rule of Cool", bo jeśli musiał wybierać między mądrym i niewidowiskowym, a głupim i fajnym to wybierał to drugie. A ten twórca niejednokrotnie udowodnił już, że potrafił robić to lepiej.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że jeśli wyłączymy nie tylko telewizję, ale również myślenie, to film dostarcza sporo satysfakcji z oglądania przygód Supermana. Gunn potrafił przywrócić po smętnym i depresyjnym snyderyzmie kluczowe dla tytułowego bohatera nadzieję, dobro i optymizm, wyciągając esencję z rdzenia tej archetypicznej postaci, którą niewątpliwie zrozumiał, niestety opakował tandetnym scenariuszem i przesadzonym kiczem. Superman w wersji Gunna uosabia nie tyle kosmicznego nad-człowieka, ale kierującego się sercem zwykłego faceta, który wychowany na małej farmie przez kochających rodziców chce czynić dobro, gdyż wie, że z wielką siłą wiąże się wielka odpowiedzialność, a świat potrzebuje współczucia i radości.











Duża w tym zasługa odgrywającego główną rolę Davida Coronsweata, co do którego miałem początkowe obawy, czy udźwignie ikoniczną rolę po posągowym Henrym Cavillu czy wcześniej Christopherze Reevesie. Być może moje obawy wynikały z wątpliwej i kontrowersyjnej decyzji, by przywrócić Supermanowi czerwone majtasy na błękitny kostium, który momentami wydawał mi się jakby wykonany z filcu… W czasie filmu jednak Coronsweat zyskał moją sympatię i sprawił, że wierzyłem we wszystkie okazywane przez niego emocje stojące za jego działaniami pełnymi poczciwości i troski. Jego relacja z odgrywającą Lois Lane Rachel Brosnahan była naturalna, szczera i angażująca, choć wybrzmiewała bardziej na początku filmu (zwłaszcza w scenie inscenizowanego wywiadu z Supermanem), cała zaś rola Brosnaham zaczęła mi się coraz bardziej rozmywać wraz z rozwojem fabuły i tracić w moich oczach. Nie rozrywam jednak z tego powodu szat i nadal uważam rolę za przyzwoitą.

Na drugim planie pojawiło się sporo postaci i większość z nich udało się zaskarbić sympatię widzów. Na pewno na uwagę zasługuje Edi Gathegi jako Mr. Terrific, który kradł wszystkie sceny z nim związane swoją nienachalną charyzmą kompetentnego człowieka otoczonego przez amatorów, a także Nathan Fillon jako Guy Gardner, pewny siebie i arogancki dupek, wobec którego można mieć poważne wątpliwości, w jaki sposób wszedł w posiadanie pierścienia mocy Korpusu Zielonych Latarnii, prezentował się jednak na ekranie świetnie mimo karykaturalnej fryzury. Niestety słabiej w tym trio wypadła Isabela Merced jako Hawkgirl, która ani nie wyróżniała się w scenach walk i tylko skrzeczała, ani nie posiadała charakteru, co przyznaję ze smutkiem, bo żywię sympatię zarówno do aktorki jak i odgrywanej przez nią bohaterki. Pozytywnie natomiast wypadł Anthony Carrigan jako Metamorhpo, sympatycznie zaprezentowali się również Jon Kent (Pruitt Taylor Vince) oraz Martha Kent (Neva Howell), choć ich rola była bardzo ograniczona (Papa Kent miał jednak kluczowy dialog emocjonalny filmu).

Osobny akapit trzeba poświęcić antagonistom filmu. Nicholas Hoult jako Lex Luthor wypadł ambiwalentnie – świetny aktor robił co mógł i nadrabiał ostentacyjną charyzmą, ale scenariusz sprowadził go do roli karykaturalnego złoczyńcy pozbawionego jakiejkolwiek głębi, który cały czas monologizował widzom średnio strawną, mało subtelną ekspozycją, a cały misterny plan był nadmiernie skomplikowany i pozbawiony finezji. Nie do końca zatem rozumiem różne zachwyty krytyków i widowni nad jego kreacją Luthora i upatruję w tym silną reakcję alergiczną na wersję Jesse’ego Eisenberga… Zlatko Burić jako ekscentryczny i równie absurdalnie karykaturalny prezydent fikcyjnej Borawii był niezwykle mało interesujący, towarzyszył mu jednak polski akcent, gdyż w rolę jego generała wcielił się swojsko brzmiący w filmie po chorwacku Martin Harris, czyli pochodzący z Wrocławia Marcin Harasimowicz.

Pod względem audiowizualnym również film był nierówny. Wiele scen akcji czy lotu Supermana wyglądało dobrze, choć zdarzały się i zgrzytające efekty specjalne i trudno mi ocenić, czy przyczyną nie był seans 3D. Z pewnością jednak do słabszych elementów w moim odczuciu należały te sekwencje związane z Wymiarem Kieszonkowym i złowieszczą Minecraftową Antyprotonową Rzeką. Gunn kilkukrotnie starał się zaserwować jednak widzom interesujące sceny akcji na jednym ujęciu z obracającej się kamery w swoim teledyskowym stylu. Bałem się, że campowa stylistyka przyjęta przez Gunna będzie mi na dłuższą metę przeszkadzać bardzo, ale dało się wytrzymać głównie dzięki sympatycznym bohaterom. W pewnym stopniu jestem jednak rozczarowany muzyką, czy to mało odkrywczą oryginalną kompozycją czy przede wszystkim licencjonowanym soundtrackiem, który poza jednym czy dwoma kawałkami nie był według mnie szczególnie interesujący. A wszak James Gunn jest znany ze swojego niezwykłego talentu do dobierania świetnych starszych kawałków idealnie pasujących do warstwy emocjonalno-akcyjnej filmu.











Film spotkał się z niezwykle ciepłym przyjęciem w Ameryce zarówno od krytyków jak i od widzów, a nieco chłodniejsze opinie zebrał choćby od recenzentów brytyjskich. Gunn może odtrąbić sukces zarówno komercyjny, gdyż nowy Superman ogląda się dobrze, jak i artystyczny, gdyż przywrócił zainteresowanie szerokiej publiki uniwersum DC, które umierało w ostatnich latach w filmach takich jak Shazam 2, Aquaman 2, Black Adam czy Blue Beetle (którego nawet ja nie obejrzałem). Nadchodzący zaś projekt, czyli Supergirl z Milly Alcock (młoda Rheanyra z Rodu Smoka) zapowiada się według mnie bardzo interesująco.

Podsumowując, Superman to potrafiący sprawić widowni sporo frajdy film bardzo głęboko zakorzeniony w komiksowej estetyce, który jednak gubi się tonalnie w gąszczu scenariuszowych niedociągnięć i przesadzonej umowności świata. James Gunn postawił jednak dość solidny fundament pod przyszłe projekty uniwersum, wyciągając jako reżyser sporo z chaosu, który zrobił jako scenarzysta. Supermana oceniam na emocjonalne 7,0/10 – film miał w sobie sporo serca i pozytywnego przesłania, tylko trzeba było bardzo mocno przymknąć oczy na wszystkie głupoty, które działy się na ekranie.



FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...