piątek, 21 lutego 2025

THE GORGE (2025) - RECENZJA FILMU

 

Romantyczny horror science-fiction z Anyą Taylor-Joy i Millesem Tellerem w rolach głównych? Nie trzeba mnie dłużej namawiać! AppleTV+ zaserwował widzom ciekawie zapowiadającą się opcję na Walentynki, jednak czy film spełnił oczekiwania?


Reżyserem filmu The Gorge (pol. Wąwóz) jest Scott Derrickson, autor takich filmów jak Egzorcyzmy Emily Rose, Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, Doktor Strange czy ostatnio Czarny telefon. Scenariusz napisał natomiast Zach Dean, który nie ma zbyt bogatego doświadczenia, a całą jego filmografię stanowią: Deadfall, 24 godziny po śmierci, Wojna o jutro oraz Szybcy i wściekli 10.


Za muzykę odpowiadał uznany duet Atticus Ross i Trent Reznor, których dokonania muzyczne przedstawiałem przy okazji ubiegłorocznych Challengers czy serialu Shogun. Operatorem był Duńczyk Dan Laustsen, który jest autorem zdjęć do takich filmów jak Braterstwo wilków, Liga Niezwykłych Dżentelmenów, Silent Hill, druga, trzecia i czwarta część Johna Wicka oraz nominowanych do Oscara Kształtu wody i Zaułku koszmarów.


Film opowiada o dwójce snajperów rozlokowanych w wieżach strażniczych po dwóch stronach tajemniczego wąwozu, którzy bez nawiązywania kontaktu ze sobą oraz światem zewnętrznym bronić muszą świata przed tym, co z wąwozu chce wyjść. Rodzi się między nimi nie tylko uczucie, ale również ciekawość, jaka tajemnica skrywa się w osnutej mgłą dolinie pod nimi…

Głównym bohaterem filmu jest Levi (Milles Teller, najbardziej znany z filmów Whiplash, Fantastyczna Czwórka, Rekiny wojny, Tylko dla odważnych, Top Gun: Maverick), elitarny snajper, który odszedł z amerykańskiego wojska i prowadzi życie „wolnego strzelca”, jednak coraz trudniej mu znieść stres związany z wykonywanym zawodem. Zostaje zwerbowany przez Bartholomew (Sigourney Weaver, której przedstawiać nie trzeba) do mającej trwać przez rok tajnej misji. Równocześnie poznajemy Drasę (Anya Taylor-Joy, ostatnio m.in. Furiosa, Wiking, Gambit królowej, The Menu czy Ostatniej nocy w Soho), litewską zabójczynię na zlecenie Kremla, córkę byłego członka KGB Erikasa (William Houston, Wednesday, Ostatni pojedynek, Starcie Tytanów, Sherlock Holmes), która również zostaje zwerbowana do tajemniczej misji.

Od swojego poprzednika, J.D. (Sope Dirisu, Kulawe konie, Gangi Londynu, Mroczne materie, Humans), Levi dowiaduje się, że jego zadaniem jest pilnowanie z zachodniej wieży strażniczej za pomocą rozbudowanego systemu zabezpieczeń, by nic nie wydostało się z wąwozu. Walka ta trwa ponoć od zakończenia II wojny światowej, kiedy to ponad politycznym podziałem niegdysiejsi sojusznicy z Zachodu i Wschodu, pomimo Zimnej Wojny, w milczeniu współpracowali, by zapewnić ludzkości bezpieczeństwo przed czyhającym na dnie wąwozu zagrożeniem. Nie tylko kontakt ze światem zewnętrznym jest ograniczony, ale również „sąsiadom” z dwóch wież nie wolno się kontaktować. Drasa jednak, pozbawiona wojskowej dyscypliny, źle znosi tego typu zakazy i nawiązuje relację z Levim, która stopniowo przeradza się w uczucie, gdy dwójka zagubionych na odludziu snajperów znajduje wspólny język, spędzając czas na patrolowaniu, randkowaniu mimo dzielącego ich dystansu i zabijaniu stwórów próbujących wspiąć się po stromych skałach na powierzchnię…


Wąwóz najlepszy był dla mnie na etapie budowania relacji między bohaterami – wycofanym i stoickim, nieco melancholijnym ex-marine, który próbuje stłumić w sobie prześladujące go demony związane z zabijaniem ludzi oraz czarującą, bardziej emocjonalną i żywą post-sowiecką snajperką, która wyrusza na misję mając świadomość, kiedy jej chory na raka ojciec odbierze sobie życie. Różne charaktery, ten sam zawód i chemia między postaciami, pozwalająca naturalnie rozwijać się ich specyficznej relacji. Bratnie dusze, które po latach pracy i setkach zabitych osób dopadają wyrzuty sumienia. No i sympatycznie patrzyło się na dwójkę głównych aktorów w tych rolach, gdy Drasa uczyła Levi’ego grać w szachy, a Levi rewanżował się tym w kontekście gry na perkusji. Ten element znajdował się w scenariuszu, zanim do filmu zaangażowano Taylor-Joy oraz Tellera i oboje starali się wpłynąć na reżysera, by pozbyć się tej sceny, jednak Derricksona niezwykle bawiło to przypadkowe nawiązanie do ich przełomowych ról, czyli Beth Harmon w Gambicie królowej oraz Andrew Neimana w Whiplashu.

Niestety film gubił mnie w trzecim akcie, gdy dwójka naszych bohaterów zmuszona jest do zejścia na dno wąwozu oraz stoczenia walki na śmierć i życie z przebywającymi tam istotami. Odkrywają oni sekret kryjący się za tym miejscem i czar tajemnicy pryska, a finał filmu wpada w przewidywalne koleiny wypełnione bezmyślną, średnio zrealizowaną akcją. Oczekiwałem czegoś więcej po tej historii i zapowiadała się bardzo obiecująco, od pewnego momentu jednak zaangażowanie w tę opowieść zaczęło spadać – więcej można było wymagać od scenariusza, zabrakło też w filmie innych postaci, z którymi nasi bohaterowie mogliby wchodzić w interakcje.

Z drugiej strony film obfitował w przyjemną muzykę, czy to melancholijną kompozycję oryginalną Reznora i Rossa, czy wykorzystując kilka świetnie pasujących utworów jak Spitting Off the Edge of the World zespołu Yeah, Yeah, Yeahs, Blitzkrieg Bop od The Ramones, All Along The Watchtower w wykonaniu Devlina (czyli cover piosenki nikogo innego jak Boba Dylana) oraz I Feel Love (Every Million Miles) autorstwa The Dead Weather. Do tego Dan Laustsen zapewnił całkiem ładne i klimatyczne zdjęcia (większość filmu kręcono w urokliwej Norwegii), na uwagę zaś zasługuje tranzycja wizualna między „powierzchnią” a tym, jak wyglądało dno wąwozu utrzymane w oniryczno-horrorowym klimacie. Chciałoby się po prostu filmu z lepszym scenariuszem, z ciekawszym montażem, z większą ilością „mięsa” w scenach akcji, z jakimkolwiek interesującym drugim planem aktorskim, z lepiej zarysowanym złoczyńcą.


Podsumowując, Wąwóz to proste i niezobowiązujące kino zgrabnie łączące kilka gatunków i starające się zabawić widza, choć im dalej w las tym robi się ciemniej. Charyzmatyczni bohaterowie starają się jak mogą wyciągnąć z historii coś więcej, bowiem potencjał filmu nieco niweczy średni scenariusz. Piękni ludzie i ładne widoczki oraz przyjemna muzyka sprawiają jednak, że można przymknąć oko na kilka głębszych dziur logicznych i mało satysfakcjonujący finał. The Gorge dostanie ode mnie ocenę 6,5/10, bawiłem się całkiem nieźle ale też oczekiwania były ciut większe. Publiczność jest jednak w miarę zadowolona, a Wąwóz stał się największą premierą filmu oryginalnego w historii platformy streamingowej AppleTV+.



wtorek, 18 lutego 2025

KAPITAN AMERYKA: NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT (2025) - RECENZJA FILMU

 
W ubiegłym roku Marvel Studios zaoferowało fanom tylko jeden film w postaci Deadpool i Wolverine, który stał nieco na uboczu głównej linii fabularnej największej franczyzy filmowej w historii kina. W tym roku MCU oferuje widzom trzy filmy, a pierwszym z nich jest kontynuacja przygód Kapitana Ameryki, w którego tym razem wcieli się Sam Wilson, wcześniej występujący pod pseudonimem Falcon.


Reżyserem filmu jest Julius Onah, urodzony w Nigerii twórca nie mający na swoim koncie zbyt rozbudowanej filmografii, gdyż poza kilkunastoma filmami krótkometrażowymi na dużym ekranie ukazały się jedynie średnio przyjęte produkcje jak Dziewczyna ma kłopoty, Paradoks Cloverfield i Luce. Poza nim nad scenariuszem pracowali: Rob Edwards (pisał odcinki seriali w latach 80. i 90. takich jak Bajer z Bel-Air, Out All Night, In the House, Pełna chata, a wśród filmów jedynie animacje Planeta Skarbów oraz Księżniczka i żaba) oraz niezbyt doświadczeni Malcolm Spellman (seriale Imperium, Bel-Air oraz Falcon i Zimowy Żołnierz), Dalan Mussan (Iron Sky. Inwazja oraz Falcon i Zimowy Żołnierz) oraz Peter Glanz (film Bardzo długi tydzień oraz serial The Trivial Pursuits of Arthur Banks).


Za muzykę odpowiadała Laura Karpman, która w Marvelu pracowała już nad ścieżką dźwiękową do seriali Ms. Marvel, What if…? oraz filmu The Marvels, a ponadto Craft in America, American Fiction, seriale Kraina Lovecrafta, 61st Street, L.A.'s Finest, Odyssey 5 i wiele innych produkcji sięgających ponad trzech dekad. Operatorem był Kramer Morgenthau, który w uniwersum miał na koncie już Thor: Mroczny świat, a ponadto odcinki Gry o Tron, Zakazanego imperium, Jeźdźca bez głowy czy Orville oraz filmy takie jak Creed II i Creed III, Terminator: Genisys, Wszyscy święci New Jersey, Respekt - królowa soul czy Spirited.


35. kinowy film MCU sygnowany producenckim nazwiskiem Kevina Feige fabularnie opiera się na trzech filarach poprzednich produkcji: Incredible Hulk z 2008 roku, Eternals z 2021 roku oraz serialu Falcon i Zimowy Żołnierz z 2021 roku. Gdy pod koniec Avengers: Endgame w 2019 roku Steve Rogers przekazywał Samowi Wilsonowi tarczę i namaszczał go na nowego Kapitana Amerykę, nasza rzeczywistość znajdowała się jeszcze przez pandemią oraz strajkami w branży filmowej, a także krótką, choć burzliwą prezesurą Boba Chapeka w Disney’u, po której sprzątać musi Bob Iger powracający z emerytury i ostatnim filmem ery Chapeka, czyli „produkować tak dużo i tak szybko, jak to możliwe”, ma być właśnie Nowy wspaniały świat, który przechodził przez produkcyjne piekiełko, co niewątpliwie odbiło się na jakości tej produkcji.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Brave New World kontynuuje drogę Sama Wilsona (Anthony Mackie, poza MCU widziany ostatnio w serialach Twisted Metal, Altered Carbon, a także w filmach Bankier, Psy mafii, Piąta władza, Giganci ze stali, a zaczynał w 2002 roku w 8. mili), który w serialu Falcon i Zimowy Żołnierz musiał zapracować na to, by USA zaakceptowały go jako nowego Kapitana Amerykę i następcę Steve’a Rogersa. Świat natomiast wciąż nie mógł pozbierać się po wydarzeniu, jakie miało miejsce w filmie Eternals, gdy z Oceanu Indyjskiego wyłoniła się Wyspia Celestian, na której odkryto złoża nowego metalu o niezwykłych właściwościach, czyli adamantium. Zaczyna się wyścig o to, kto położy na nowym metalu ręce, ale propozycję rozwiązania rodzącego się konfliktu przedstawia nowo wybrany prezydent USA, Thaddeus „Thunderbolt” Ross (zmarłego Williama Hurta w tej roli zastąpił Harrison Ford, którego przedstawiać nie trzeba), który dąży do pokojowego i sprawiedliwego rozdysponowania materiałem wobec reszty świata. Traktat staje jednak pod znakiem zapytania, gdy skradziony zostaje japoński depozyt adamantium, a do jego odzyskania z rąk organizacji Serpent Society (pol. Węże) i ich przywódcy, Sidewindera (Giancarlo Esposito, którego przedstawiać nie trzeba) wyznaczony zostaje odział amerykańskich komandosów z Kapitanem Ameryką oraz nowym Falconem, Joaquinem Torresem (Danny Ramirez, Falcon i Zimowy Żołnierz, Top Gun: Maverick, Winner, Dwa życia). Odzyskują skradzione adamantium, choć Sidewinderowi udaje się umknąć.

Po zakończonej sukcesem misji Sam Wilson i Joaquin Torres zostają zaproszeni przez prezydenta Rossa do Białego Domu na bankiet mający stanowić preludium do podpisania traktatu, na który Sam zabiera również Isaiaha Bradley’a (Carl Lumbly, poza Falcon i Zimowy Żołnierz ostatnio grał w Zagładzie Domu Usherów, Zmaskarowanych, Supergirl, This is us, Altered Carbon, Zoo, a przez lata można go było widzieć w Agentce o stu twarzach) – czarnego amerykańskiego super-żołnierza służącego w armii podczas wojny w Korei, który później został zamknięty w więzieniu na ponad 30 lat jako wojskowy obiekt badań utrzymywany w tajemnicy przed opinią publiczną. Podczas przemówienia prezydenta Rossa dochodzi do zamachu terrorystycznego, a jednym z zamachowców okazuje się być nieświadomy tego Isaiah Bradley, który pod wpływem Sama godzi się na aresztowanie. Sam Wilson, chcąc ocalić przyjaciela, rozpoczyna śledztwo mające na celu odkrycie sieci oplatającej prezydenta Rossa, którą utkał tajemniczy i operujący w cieniu złoczyńca dążący do destabilizacji Ameryki i kompromitacji Rossa. Przeciwko sobie ma jednak nie tylko sterującego zamachowcami mistrza marionetek oraz Sidewindera, ale również służby państwowe, którymi kieruje prezydencka doradczyni ds. wywiadu oraz była czarna wdowa, Ruth Bat-Seraph (Shira Haas, izraelska aktorka, którą można kojarzyć z netflixowego serialu Ciała).


Głównym problemem filmu jest średni scenariusz, rozchodzący się w szwach w kilku kierunkach i gubiący po kolei wątki, a sam film zdaje się być czymś w rodzaju „palete cleanser” zamykającym kilka pozostawionych dawno temu wątków (choćby z filmu Incredible Hulk, do którego zdaje się być bardziej sequelem niż do losów Kapitana Ameryki) przed kolejnymi projektami MCU. Polityczny thriller miał w teorii nawiązywać do klasyków gatunku, jednak nie angażował szczególnie widza w intrygę polityczną, która ostatecznie sprowadziła się do prywatnej animozji między Samuelem „Liderem” Sternem (Tim Blake Nelson, m.in. Incredible Hulk, Ballada o Busterze Scruggsie, Bracie gdzie jesteś?, serial Watchmen) a „Thunderboltem” Rossem. Zmarnowany wątek Serpent Society i Giancarlo Esposito, który zamiast pełnoprawnego villaina stanowił tutaj rodzaj drugorzędnego przeszkadzacza. Samuel Stern jako główny antagonista miał dużo większy potencjał, niestety nie został wykorzystany, a postaci brakowało rozmachu. Najjaśniej w tym aspekcie wypadł Harrson Ford jako antagonista filmu Red Hulk, ponieważ to jemu podporządkowany był główny wątek i to on fabularnie prowadził ten film kosztem nawet tytułowego bohatera. Niestety produkcja, zwłaszcza w pierwszym akcie, cierpiała bardzo mocno na masę słabo zaserwowanej ekspozycji mającej za zadanie nakreślić zapominalskim widzom, kto jest kim lub dopiero przedstawić bohaterów i nakreślić sytuację tym, którzy ominęli serial na Disney+. Za sytuację tę należy winić słaby zespół scenarzystów i reżysera, którzy nie wykazali się tutaj kompetencją, nie mając wcześniej do czynienia z produkcją takiego rozmiaru i zadanie najwidoczniej ich przerosło.

Aktorsko film wypadł całkiem solidnie, ponieważ wszyscy aktorzy starali się jak mogli wykrzesać coś ze słabo napisanych postaci. Anthony Mackie świetnie sprawdzał się jako Falcon i pomocnik Steve’a Rogersa, jako Kapitan Ameryka cały czas jednak nie może rozwinąć skrzydeł i film nieco na siłę stara się nam go sprzedać, a postaci brakuje naturalnej progresji do nowego tytułu. (w filmie w ogóle brakuje mu jakiejkolwiek drogi, a postać raczej reaguje na rzeczy dziejące się wokół). Sympatycznie wypadł nowy Falcon, choć często balansował na granicy krindżu, nie irytował jednak szczególnie i miał bardzo mało do zagrania. Świetnie wypadł Carl Lumbly, który ponownie włożył wiele emocji w tragiczną postać zniszczonego przez życie i zgnębionego przez własny kraj weterana. Dobrze zaprezentował się Harrison Ford, balansujący między twardym generałem, lawirującym politykiem i troskliwym ojcem próbującym odnowić kontakt z córką. Giancarlo Esposito robił co mógł, by nadać jakiś charakter Sidewinderowi w tym krótkim czasie ekranowym, jaki dostał i mógłby być świetnym antagonistą pierwszego filmu nowej trylogii Sama Wilsona, jednak jego potencjał i możliwości nie został w żadnym stopniu wykorzystany. Jeszcze większym rozczarowaniem była postać Lidera, do roli którego Tim Blake Nelson powrócił po 17 latach i tu pomysł był większy, jednak nie poszedł on w żadnym ciekawym kierunku, a jego motywacje oraz metody koniec końców wydały się mało błyskotliwe i płaskie.

Sceny akcji w filmie nie wypadły źle, choć też nie robiły jakiegoś szczególnego wrażenia. Nie schodziły poniżej pewnego poziomu, nie wniosły jednak nic odkrywczego do gatunku superhero, który na tym etapie rozwoju wymaga tego czegoś „ekstra”, co zapadnie w pamięć widza. Wszystko było tylko i aż poprawne. Podobnie sprawa się miała z efektami specjalnymi, które poza pojedynczymi przypadkami nie schodziły z solidnego poziomu i nie raziły oczu widza, co nie było ostatnio normą w kinie komiksowym, również produkcji Marvel Studios. Bezpłciowo film wypadł pod względem audiowizualnym – nie zwróciła mojej uwagi w ogóle muzyka Laury Karpman, bez wyrazu i charakteru były również zdjęcia Kramera Morgenthaua (może kilka scen akcji przy Wyspie Celestian wyróżniało się na tym tle), które słabo starały się oddać napięcie thrillera politycznego.


Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat to film poprawny i wcale nie wypada tragicznie (jak niesie internetowe echo), zwłaszcza na tle wielu filmów komiksowych z ostatnich lat (czy to ze stajni DC, czy to potworków Sony czy nawet kilku nieudanych produkcji MCU). Jest to marvelowski średniak, publika jednak, a przede wszystkim krytycy, oczekiwali czegoś więcej. Solidne aktorstwo i nienajgorsze sceny akcji ciągnie w dół średnia realizacja ogólna filmu i słaby scenariusz. Fabularnie w perspektywie uniwersum też film raczej domyka starsze wątki, nie otwiera w zasadzie nic nowego i nie wnosi do MCU zbyt wiele poza adamantium znajdującym się gdzieś na trzecim planie filmu. Anthony Mackie, mimo całej jego sympatyczności, nie posiada takiej charyzmy ekranowej jak Chris Evans i są to chyba dla niego za duże buty, by wejść w ikoniczny kostium.

Podsumowując, na Nowym wspaniałym świecie bawiłem się nie najgorzej, choć film jest co najwyżej poprawny z plusem. Dość bezpieczny, nie starający się przemycić zbyt wiele łopatologicznego przekazu, nie angażujący jednak widza zbytnio w intrygę. Położonych złoczyńców nie rekompensuje całkiem udany Red Hulk/Ross. Nowego Kapitana Amerykę zatem oceniam na łaskawe 6,5/10 i liczę, że kolejne filmy MCU dostarczą więcej frajdy.



niedziela, 16 lutego 2025

ŚWIATŁOCZUŁA (2025) - RECENZJA FILMU

 
Polskie kino nie przeżywa ostatnio dobrego momentu, zalewane paździerzami i nikomu niepotrzebnymi nieśmiesznymi komediami nieromantycznymi wciąż z tymi samy aktorami. Niezwykle ożywczym powiewem świeżości jest zatem klasyczny i prosty romans pełny naturalności, szczerości oraz ludzkich, prawdziwych uczuć opowiadający nieoczywistą historię relacji głęboko osadzonej w trudach życia, ale nie epatującej tragedią.


Reżyserem filmu jest Tadeusz Śliwa, który nie może poszczycić się rozbudowaną filmografią, bo choć zaczynał od krótkiego metrażu Rzeźnik na czasie z 2003 roku oraz Wszystko zgodnie z planem z 2005, wrócił do reżyserii dopiero w 2017 roku przy okazji satyrycznego Ucha prezesa. W ostatnich latach zaś pracował nad polską wersją włoskiego Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie czyli Nieznajomi oraz Gangiem zielonej rękawiczki. Scenariusz napisali natomiast Tomasz Klimala, który po pracy przy Pierwszej miłości, Na sygnale, W rytmie serca czy 365 dni przerzucił się na nieco ambitniejsze projekty takie jak Furioza i Lokatorka oraz Hanna Węsierska mająca na koncie dużo większe doświadczenie (choć z jakością produkcji bywało różnie…), w ostatnich latach Gang zielonej rękawiczki, Skazana, Ślub doskonały, Poskromienie złośnicy, Mayday, Wojenne dziewczyny, Diagnoza, Szkoła, Przyjaciółki.


Za muzykę odpowiadali polscy muzycy niespecjalizujący się w komponowaniu ścieżek dźwiękowych do filmów, mianowicie Kasia Sochacka, Kortez oraz współpracujący z nimi Aleksander Świerkot. Autorem zdjęć do filmu był natomiast romansujący z kinem zagranicznym doświadczony i uznany Michał Englert (Infinite Storm, Teściowie, Śniegu już nigdy nie będzie, Córka boga, Ślepnąc od świateł, Maria Skłodowska-Curie, Prawdziwe zbrodnie, Anatomia zła, Sponsoring).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film rozpoczynamy od poznania Roberta (Ignacy Liss, ostatnio można go było widzieć w Znachorze, Idź pod prąd, Fanfik, Marzec ’68), który przeprowadza się do apartamentu w Warszawie, gdzie pracuje jako wzięty fotograf dla dużego studia marketingowego. Jest jednak wycofany i nie potrafi nawiązać głębszych relacji, co wynika z rodzinnej traumy. Podczas jednej z sesji fotograficznych jego uwagę zwraca Agata (Matylda Giegżno, Kos, Warszawianka, Klangor, Brokat), której postanawia zaoferować prywatną sesję zdjęciową. Agacie towarzyszy Igor (Bartłomiej Deklewa, Idź pod prąd, Rzeczy niezbędne, Ukyta sieć, Absolutni debiutanci), podkochujący się w niej chłopak pomagający jej w życiu codziennym. Agata bowiem, pracująca z młodzieżą z ośrodka poprawczego, jest osobą niewidzącą, co jednak nie odrzuca Roberta, który szybko angażuje się w coraz głębszą relację z dziewczyną. Stopniowo odkrywają się coraz bardziej przed drugą osobą, choć ścieżka ich miłości nie jest łatwa, gdy Robert dostaje szansę pracy w prestiżowym studiu fotograficznym w Berlinie, szukając w tamtejszej klinice okulistycznej możliwości leczenia dla pogodzonej ze swoim stanem Agaty.

Głównym plusem filmu jest naturalność opowiadanej historii i jej zwyczajność poprzez ukazanie szczerej relacji w jej intymnych zakamarkach emocjonalnych. Dostajemy dwójkę ciekawie zarysowanych bohaterów, którzy nawiązują intrygującą chemię ekranową i kibicujemy rozwojowi ich relacji. On, świadomy swego talentu, ale wycofany i introwertyczny mimo nieustannej pracy z ludźmi, kryjący swe traumy utraty bliskiej osoby w wirze pracy i niezobowiązujących znajomościach. Ona, pozbawiona zmysłu wzroku, stara się korzystać z życia w miarę ograniczonych możliwości, a dzięki wrodzonej i wypracowanej charyzmie skupia się na pomaganiu trudnej młodzieży, nie wierząc jednocześnie w poprawę swego losu i związanie się z kimś prawdziwym uczuciem. Film zestawia nam te postaci, kontrastujące ze sobą charakterologicznie i uderza w nas emocjonalnym obuchem obserwowania rodzącego się między nimi uczucia.


Z niepełnosprawności Agaty film nie robi wątku głównego, w którym wszyscy użalają się nad nią. Agata jest świadomą swoich mocnych stron oraz ograniczeń osobą o określonym stosunku do świata i bliskich jej ludzi, akceptująca swoją odmienność i afirmująca życie według swoich zasad. Podobnie jak w filmie Sound of metal, w którym główny bohater akceptuje utratę słuchu i godzi się ze swoją nową rzeczywistością, Agata nie potrzebuje użalać się nad sobą, lecz kogoś, z kim będzie mogła porozmawiać i otworzyć się emocjonalnie. Niepełnosprawność Agaty staje się jedynie dodatkowym elementem opowiadanej historii i tłem dla prowadzonej narracji, a sama bohaterka zachowuje podmiotowość i sprawczość, nawet bardziej niż wycofany Robert, który dopiero uczy się zachowywać w nowych okolicznościach życia.

Świetnie w swoich rolach odnalazła się dwójka głównych bohaterów – od początku spodobała mi się naturalna kreacja Ignacego Lissa, natomiast Matylda Giegżno na starcie nie zyskała mojej sympatii, ale w trakcie seansu całkowicie zdobyła moje widzowskie serce. Na drugim planie poprawnie wypadli też Bartłomiej Deklewa czy Aleksandra Pisula w roli siostry Roberta. Swoistego kolorytu dodali również podopieczni Agaty z poprawczaka, stanowiąc tematyczną przeciwwagę dla romansu.

Na uwagę zasługuje również świetna warstwa audiowizualna filmu. Bardzo dobre zdjęcia Englerta utrzymujące widza w intymnej relacji z bohaterami i ich emocjami, sprawiające niekiedy wrażenie snu na jawie. Bardzo przyjemnie dopełnia obrazu muzyka prowadząca widza wraz z bohaterami, lawirująca między współczesnym wielkomiejskim brzmieniem tętniącego życiem miasta a subtelną klasyką. Co mogło wypaść lepiej? Liczyłem na ciekawszy montaż oparty na fotograficznej tematyce, który pojawił się na początku i później trochę zaginął, brakowało mi też trochę bardziej wyrazistych bohaterów drugoplanowych, którzy odegraliby większą rolę, z drugiej strony doceniam jednak, że film starał się unikać klisz czy to w pokazywaniu bohaterów czy sztucznym tworzeniu konfliktów.


Podsumowując, Światłoczuła to świetny powrót do korzeni gatunku, skręcający w swoim własnym kierunku, potrafiący zaangażować widza opowiadaną historią i losami bohaterów. Sympatyczne kreacje aktorskie podszyte zapadającą w pamięć realizacją. Dobrze zagrany, dobrze opowiedziany i dobrze wyglądający film, dlatego Światłoczuła dostaje ode mnie 7,5/10 i polecam ją z całym przekonaniem.




sobota, 15 lutego 2025

WIEDŹMIN: SYRENY Z GŁĘBIN (2025) - RECENZJA FILMU

 
Netflix nadal doi markę Wiedźmina, wyciskając z niej co tylko może ku dezaprobacie wzburzonej publiczności. Tym razem zaprezentowano widzom film anime adaptujący opowiadanie Trochę poświęcenia ze zbioru Miecz przeznaczenia Andrzeja Sapkowskiego. Czy twórcy w końcu zrozumieli, czym jest Wiedźmin czy nadal uprawiają swoją wesołą twórczość własną przypominającą zajęcia z rękodzieła w szkole dla upośledzonych dzieci?


Za produkcję filmu odpowiada koreańskie studio animacji Mir, które pracowało również nad poprzednim wiedźmińskim animie, czyli nie najgorzej przyjętą Zmorą wilka. Wśród innych produkcji, przy których udzielało się Studio Mir wymienić można choćby X-men ’97, Harley Quinn, Watchmen, filmy z uniwersum Mortal Kombat czy DC, a także nadchodzący serial Devil My Cry. Reżyserem Sirens of the Deep był Kang Hei Chul, dla którego to debiut, wcześniej pracował przy animacjach Young Titans, The Death of Supermen czy serialu Voltron: Legendarny Obrońca oraz Wiedźmin: Zmora wilka.

Za scenariusz odpowiada Mike Ostrowski (scenarzysta doświadczony w pisaniu seriali kryminalno-sensacyjnych takich jak CSI: Kryminalne zagadki Miami, Bez pardonu, Jerycho, Blacklist, Colony, Being Human oraz Witcher), a także Rae Benjamin (mniej doświadczony z duetu, który poza Wiedźminem pracował przy scenariuszach seriali Prestige oraz Nasza bandera znaczy śmierć).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film opowiada o przygodzie wiedźmina Geralta (tym razem głos podkłada mu Doug Cockle, czyli aktor odgrywający go w serii gier CD Projekt Red, ostatnio też można go było usłyszeć w Baldur’s Gate III, Alan Wake II, Dying Light 2: Stay Human, a zaczynał w 2001 roku od Kompanii braci) oraz barda Jaskra (Joey Batey, który odgrywa tę postać w serialu The Witcher), którzy wplątali się w intrygę rozgrywającą się w nadmorskim Królestwie Bremervoord. Wiedźmin został wynajęty do zgładzenia bestii mordującej poławiaczy pereł stanowiących podstawę gospodarki tego państwa, oszczędził jednak stwora, nie w nim upatrując przyczyny zgonów.

Pozostając bez grosza, przystają na zaproszenie uczestnictwa w festiwalu, który bard Jaskier ma uświetnić występem. Poznają tam znajomą Jaskra z młodości, trubadurkę Essi Daven zwaną Oczko (Christina Wren, Will Trent, L.A. Macabre, Człowiek ze stali). Geralt dowiaduje się, że ludzie z Bremervoord popadli w konflikt z morskim ludem syren, trytonów i służących im wodników, a jedyne co może powstrzymać wiszącą na włosku wojnę jest romans księcia Aglovala (Camrus Johnson, Batwoman) z syreną, księżniczką Sh’eenaz (Emily Carey, młoda Alicent Hightower w Rodzie Smoka). Przeciwko temu związkowi są zarówno król Usveldt (Simon Templeman) wraz ze swym bękarcim synem, dowódcą gwardii Zelestem (Ray Chase) oraz władcy podmorskiego królestwa, król Basim (Ramon Tikaram) i królowa Dahut (Cynthia Kaye McWilliams), a jedyną wspierającą miłość Sh’eenaz zdaje się być jej ciotka, morska wiedźma Melusina (Mallory Jansen). Szybko jednak okazuje się, że prawda o tym konflikcie jest inna i tylko ostry miecz wiedźmina będzie mógł zatrzymać rozlew krwi i międzygatunkową wojnę…


Przede wszystkim Wiedźmin: Syreny z głębin jest fatalną adaptacją opowiadania Trochę poświęcenia, ale nawet oceniając film w oderwaniu od materiału źródłowego, jest maksymalnie średni. Scenariusz jest płytki jak kałuża z błotem i przewidywalny, a bohaterowie pozbawieni są głębi, szorując charakterologiczną mielizną. Styl animacji jest nijaki, niektórym spodoba się bardziej a innym mniej, mi natomiast nieszczególnie przypadł do gustu. Liczne sceny akcji starają się bardzo wypełnić pustą treść filmu, jednak przesadzają one w wielu momentach, robiąc z tej produkcji niemalże kino superbohaterskie. Sama zaś fabuła, w domyśle adaptująca postmodernistyczny retelling andersenowskiej Małej Syrenki dokonany przez Sapkowskiego, skupia się bardziej na kopiowaniu Disneyowskiej wersji tej historii (dostajemy nawet piosenkę głównego złola)...

Bohaterowie są nudni, nieciekawi i nieangażujący, choć aktorzy starają się coś z nimi zrobić, jednak ręce wiąże im słabo napisany scenariusz, stanowiący główny problem tego dzieła jak i pozostałych produkcji z netflixowego unierwsum wiedźmina. Gdyby scenariusz był dobry, przebolałbym bardzo daleko idące zmiany względem materiału źródłowego. Niestety tak nie jest, więc zadaję sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego Netflix tak usilnie psuje gotowce, które dostali od Andrzeja Sapkowskiego, całkowicie nie rozumiejąc istoty tej prozy i siły filozoficzno-moralnej stojącej za historiami o Geralcie, a co gorsza ignorując je i wymyślając niepotrzebnie wszystko po swojemu, zmieniając rzeczy na gorsze?

Sam Geralt może nie jest potraktowany w tym filmie wyjątkowo źle, twórcy czynią go jednak dużo bardziej gadatliwym, a jego zdolności akrobatyczne i magiczne bardzo mocno rozbudowują, jednak spłycają jego psychikę i sprowadzają postać jedynie do wymachiwania mieczem w ekwilibrystycznych pozach.

Dużo gorzej poprowadzony jest wątek Jaskra, który z wicehrabiego de Lettenhove został zdegradowany do wywodzącego się z Bremervoord wieśniaka, który bardzo chciał się wyrwać z tego mało znaczącego zakątka świata. W niewiadomym kierunku uleciała zaś cała mądrość życiowa i inteligencja podróżującego z Geraltem człowieka, który pod pozą bawidamka skrywa precyzyjnego obserwatora rzeczywistości. Fatalnie również poprowadzono postać Essi Daven, której romans z wiedźminem, krótki i intensywnie emocjonalny, sprowadzony został jedynie do jednorazowego przygodnego stosunku seksualnego pozbawionego całej głębi emocji i znaczeń, jakie nadał mu Sapkowski. Scenarzyści dokonali bestialskiego mordu na literaturze i już za to powinni zostać postawieni przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze.

Wcale nie lepiej potraktowano główny wątek fabularny opowiadania, czyli nieoczywisty, stawający na przekór światu romans syreny Sh’eenaz oraz księcia Aglovala, którzy to odarci zostali ze swych motywacji i światopoglądu, sprowadzeni jedynie do kopulujących młodzików, pozbawieni sprawczości oraz mocy decydowania o losie swoim i innych poprzez doprawienie im królewskich rodziców. Cały przewijający się w opowiadaniu motyw poświęcenia dla ukochanej osoby w filmie odwrócono tylko po to, by Agloval mógł na złość zrobić ojcu, a wszystko miało typowy anty-monarchistyczny wydźwięk pracującego ludu miast i wsi.

Wypatroszono całą bogatą warstwę romantyczną tej opowieści, sprowadzając ją tylko do ruchańska Geralta z Essi oraz Sh’eenaz z Aglovalem, jakkolwiek to drugie miałoby nie wyglądać… Pominięto cały pro-ekologiczny wątek środowiska naturalnego oraz chciwości ludzi degenerującej otaczającą ich rzeczywistość oraz zagrażającą innym gatunkom, zamieniając to tylko i wyłącznie w dworskie intrygi na obu królewskich dworach, bo jedyne co się liczy to władza i dziedzictwo lub jego brak.

Cały zaś konflikt oparty jest na idiotycznych założeniach zmuszających ludzi zgromadzonych na kilku statkach do atakowania całej podmorskiej nacji wyposażonej w armię nadludzko silnych i szybkich wojowników na ich terytorium, jednocześnie każąc nam obawiać się o to, czy syreny, trytony i wodniki nie zostaną zgładzeni przez chciwych, morderczych ludzi bezmyślnie prących do konfliktu. Finałowa bitwa wypełniona jest natomiast idiotycznymi momentami, w których imperatyw narracyjny nagle wyposaża bohaterów takich jak Essi, Jaskier czy Sh’eenaz w niezwykły plot armour, kuriozalnie psując nabudowywaną stawkę i nadmuchując sztucznie grozę i powagę sytuacji. Dzieci w przedszkolu wymyślają lepsze historie bawiąc się pluszakami…

Dodatkowo wprowadzono wiele pomniejszych, nic niewnoszących, nic nieznaczących narracyjnie zmian, które nie były nikomu do niczego potrzebne i tylko pokazywały, jak Amerykanie (Koreańczyków nie winię, oni tylko to rysowali i wcielali w życie, to Jankesi odpowiadali za scenariusz tego filmu i pomysł na cały świat), pozbawieni kultury dłuższej niż kilkaset lat nie rozumieją, jak wygląda dużo bardziej wyrafinowana, rozbudowana i zróżnicowana kultura i historia europejska, dlatego muszą to spłycać dla szerokiej widowni masowej…

A wszak sama idea, by to właśnie za pomocą animacji adaptować wiedźmińskie opowiadania i pokazywać historie napisane przez Andrzeja Sapkowskiego, nie była zła. W przypadku Zmory wilka, mniej skrępowanej materiałem źródłowym, którego wówczas jeszcze w zasadzie nie było, przynajmniej wysilono się na całkiem zgrabnie napisaną i zrealizowaną produkcję mającą jakiś charakter. Syreny z głębin zaś to bezmyślna eksploatacja znanej i wciąż nadal lubianej przez publikę marki, nie mająca nic odkrywczego do powiedzenia, operująca na kliszach i odrzucająca swą prostacką prostotą.


Podsumowując, Wiedźmin: Syreny z głębin to rozczarowująca produkcja, wypaczająca prozę Andrzeja Sapkowskiego, czy to z braku zrozumienia czy chęci jej nieudolnego i nieumiejętnego udoskonalenia. Witcher: Sirens of the Deep otrzymuje ode mnie okrągłe 3/10, w sumie nie wiem, dlaczego tak wysoko, a w swej łaskawości desygnuję również ogromnego karnego kutasa do kolekcji dla sprawującej pieczę nad netflixowym Witcherverse Lauren Schmidt HissrichTomasz Bagiński chyba stracił tam już jakąkolwiek decyzyjność i wpływ na rozwój marki. Dobrze, że chociaż Andrzej Sapkowski dostał pieniądze z góry…



czwartek, 13 lutego 2025

BRUTALISTA (2025) - RECENZJA FILMU

Monumentalne kino minionej epoki zostało wskrzeszone przez Brady’ego Corbeta w postaci Brutalisty prezentując blaski i cienie powojennej imigracji do Stanów Zjednoczonych i amerykańskiego snu, łącząc to zarazem z artystycznym ujęciem współczesnej myśli architektonicznej. Czy oscarowych faworyt jest tak dobry, jak o nim mówią?


Reżyserem filmu jest Brady Corbet, który dał się poznać publice jako twórca Vox Lux z Natalie Portman, a karierę filmową zaczynał od aktorstwa, występując między innymi w 24 godziny, Simon Zabójca, Turysta, Eden czy Fru! Jest także współautorem scenariusza, przy którym pracowała również Mona Fastvold, kolaborująca wcześniej z Corbetem przy The Sleepwalker, Dzieciństwo wodza i Vox Lux.


Za muzykę odpowiadał Daniel Blumberg, kompozytor niezbyt doświadczony, mający na koncie w zasadzie tylko jeden film pełnometrażowy, czyli Świat, który nadejdzie autorstwa Mony Fastvold. Autorem zdjęć do filmu był Lol Crawley, angielski operator znany z takich produkcji jak Biały szum, Ludzie, Diabeł wcielony, Vox Lux, Dzieciństw wodza, Mandela: Droga do wolności, Weekend z królem czy seriale Utopia oraz The OA.


Film opowiada o losach fikcyjnego architekta żydowsko-węgierskiego pochodzenia László Tótha, który w wyniku II wojny światowej zostaje rozdzielony ze swoją żoną i po doświadczeniu życia w obozie koncentracyjnym udaje mu się dostać do Ameryki, gdzie próbuje ułożyć sobie życie na nowo oraz sprowadzić do Stanów Zjednoczonych ocalałą z holocaustu żonę. Osadzony głównie w latach 50. i 60. XX wieku film pokazuje odbrązowioną wersję powojennej emigracji ocalałych z Europy, którzy musieli mierzyć się z najcięższymi pracami i społecznym ostracyzmem.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Laszlo Toth (Adrien Brody, najbardziej znany z nagrodzonej Oscarem roli Władysława Szpilmana w Pianiście, ale także Grand Budapest Hotel,  Asteroid City, O północy w Paryżu, King Kong, Cienka czerwona linia czy epizodyczne role Poker Face, Peaky Blinders, Sukcesji) ocalały z obozu w Buchenwaldzie, trafia w końcu do Ameryki, gdzie zostaje przyjęty przez swego kuzyna Attilę (Alessandro Nivola, ostatnio choćby Kraven Łowca, W pokoju obok czy Amsterdam), który wraz z katolicką żoną prowadzi w Pensylwanii małe studio meblowe. Attila przyjmuje Laszlo i daje mu pracę, gdy zgłasza się do nich Harry Lee van Buren (Joe Alwyn, Faworyta, Harriet, Rodzaje życzliwości), syn niezwykle bogatego przedsiębiorcy, który chce wyremontować bibliotekę ojca w ich rezydencji. Daje to szansę Laszlo znowu wykazać się jako architekt i projektant, w rodzinnych Węgrzech był bowiem cenionym twórcą.

Zaskoczony niespodzianką Harrison Lee van Buren Senior (Guy Pearce, Memento, Wehikuł czasu, Hrabia Monte Christo, The Hurt Locker. W pułapce wojny, Jak zostać królem, Prometeusz, Iron Man 3, Opowieść wigilijna) początkowo wygania ze swej posiadłości pracujących na zlecenie syna robotników, co kończy również współpracę Laszlo z kuzynem. Po jakimś czasie jednak van Buren docenia pracę Totha i zaprasza go do siebie na przyjęcie, podczas którego oferuje mu wybudowanie w lokalnym miasteczku wielkiego centrum kultury poświęconego pamięci matki van Burena, a zaprzyjaźniony z nim prawnik obiecuje pomoc w ściągnięciu do Ameryki żony Totha, Erzsébet (Felicity Jones, Inferno, Łotr 1, Teoria wszystkiego) oraz jego siostrzenicy, Zsófii (Raffey Cassidy, Biały szum, Vox Lux, Zabicie świętego jelenia, Kraina jutra).

Rozpoczyna się nowy etap w życiu Totha, gdy dołącza do niego ukochana żona oraz przez wiele lat stara się zrealizować ogromny projekt, gdy nie tylko los ale i nieprzychylni mu ludzie wciąż rzucają kłody pod nogi, a jego relacja z benefaktorem rozwija się w nieoczekiwanym kierunku…

Brutalista stara się być filmem kompletnym i na ponad trzy i pół godzinnym metrażu zmieścić w sobie całą paletę wątków i tematów ukazujących skomplikowane losy zagubionego w Ameryce żydowskiego architekta z Węgier jako przykład szerszego zjawiska. Ukazuje nam Totha w całej gamie sytuacji i emocji, nie oszczędzając bohaterowi trudnych, tragicznych i traumatycznych scen. W tle zaś widzimy zaś, jak uprzywilejowana warstwa z wyższością spogląda na przybywających do Ameryki, którzy muszą parać się najcięższymi pracami, by przeżyć, marząc o otrzymaniu szansy od losu.

Z jednej strony widzimy perspektywę imigranta, z drugiej emocjonalne rozliczenie z holocaustem. Skomplikowane relacje rodzinne w pewnym momencie biorą górę nad obsesją tworzenia i poprawiania, jaką nosi w sobie główny bohater. Wszystko to podszyte naturalizmem ludzkiej niedoli jak nałóg alkoholowy i narkotykowy, choroba i wykorzystanie seksualne. Zadziwiająco skutecznie Corbet panuje nad całym projektem, prowadząc narrację precyzyjnie i pokazując kompleksowo Totha jako postać ze zwichrowanym życiorysem, pełnego przywar, który jednak fascynuje widza swoim realizmem i pasją. Kibicujemy mu pomimo jego trudnego charakteru, współczujemy jego żonie i chcemy, by w końcu udało im się wyjść na prosta mimo przeciwności losu.

Ogromna w tym zasługa świetnej kreacji aktorskiej w wykonaniu Adriena Brody’ego, który tak jak w Pianiście czuł połączenie z rolą poprzez polsko-żydowskie korzenie ze strony ojca, tak w Brutaliście te połączenie daje matka Węgierka pochodzenia czesko-żydowskiego. Brody gra całym sobą, kreując postać kompletną, pełną emocji i głębi. Świetnie również wypadają bohaterowie drugoplanowi, czyli Guy Pearce odgrywający dynamiczną rolę amerykańskiego magnata o skomplikowanej relacji z Tothem balansującej od przyjaźni do nienawiści oraz Felicity Jones, która choć pojawia się dopiero w drugiej połowie filmu, szybko daje się poznać jako świetna aktorka zdobywająca ekran swoją sceniczną charyzmą.

Film stoi również na wysokim poziomie produkcyjnym, świetnie oddając wygląd i klimat Ameryki sprzed ponad pół wieku. Bardzo dobre scenografie i rekwizyty nadają immersyjności dziełu. Aż dziw, jak wiele udało się osiągnąć z tak ograniczonym budżetem, wszak nie na wszystko odpowiedzią było wykorzystanie sztucznej inteligencji. Na wysokim poziomie stały również zdjęcia Lola Crawleya, bardzo precyzyjnie ukazujące tamten świat z jednej strony bardzo naturalistycznie, z drugiej posługując się często symboliką (jak choćby odwrócona Statua Wolności). Nieco mniej natomiast w pamięć zapadła mi muzyka Blumberga poza symfoniczno-industrialnym motywem głównym.

Nie mogę jednak powiedzieć, że film jest arcydziełem pomimo swej całej monumentalności i wrażenia, jakie tym robi. Na plus zasługuje intencjonalne podzielenie filmu przerwą stanowiącą integralną jego część, jednak sam film trwający ponad 3,5 godziny mógł być krótszy o choćby kwadrans. Ponadto momentami naturalizm mógł nieco męczyć widza i przytłaczać. Nie trafił również do mnie artystyczny przekaz starający się przedstawić widzowi sam brutalistyczny styl i design, ale wynikać to może tylko z mojego anty-modernistycznego podejścia do sztuki.


Podsumowując, Brutalista to wielkie kino, jakiego już się nie robi. Rozmach, z jakim Corbet stara się pokazać losy fikcyjnego Laszlo Totha, robi wrażenie. Świetny film pod względem realizacyjnym, dotykający całej gamy problemów i nie uciekający przed nieco mroczniejszymi tematami, choć może być aż za bardzo przytłaczający. Rekompensują to jednak kapitalne występy aktorskie. Brutalista otrzymuje ode mnie 8/10 i wchodzi do kanonu „amerykańskiej opowieści”, choć nie jest łatwy w odbiorze i wielu się może od niego odbić.



środa, 12 lutego 2025

TOWARZYSZ (2025) - RECENZJA FILMU

 
Kameralny thriller science-fiction z solidną dawką humoru i pokręconym romansem zapowiadał się intrygująco, a marketing skąpił publice na wskazówkach, czego dotyczy te anti-love story. Gdzie zaprowadziła nas wycieczka z tytułowym towarzyszem?


Reżyserem i scenarzystą filmu jest Drew Hancock, dla którego jest to debiut na dużym ekranie. Wcześniej pracował jako reżyser lub scenarzysta przy takich projektach jak seriale Podmiejski czyściec, Blue Mountain State, The Mountain, Cautionary Tales of Swords, Acceptable TV, The Wastelander, Mr. Pickles, My Dead Ex.


Za muzykę odpowiadał niezbyt jeszcze doświadczony kompozytor Hrishikesh Hirway, który pracował przy takich projektach jak Diukowie Hazardu, Everything Sucks!, Song Exploder, Nasz Nixon. Operatorem zdjęć był Eli Born, autor zdjęć do filmów Hellraiser, The Wild, Boogeyman.


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film opowiada o relacji Josha (Jack Quaid, znany przede wszystkim jako Hughey w The Boys) oraz jego dziewczyny, Iris (Sophie Thatcher, kojarzyć ją można przede wszystkim z Yellowjackets, Maxxxine i Book of Boba Fett oraz z Heretyka). Ich związek obserwujemy głównie z perspektywy dziewczyny, którą Josh zabiera na weekendowy wyjazd do znajomych poza miasto. Nie jest to jednak zwykła chatka w lesie na uboczu, ale ekskluzywna willa bogatego rosyjskiego biznesmena Sergieja (Rubert Friend, m.in. Chłopiec w pasiastej piżamie, Młoda Wiktoria, Hitman: Agent 47, Homeland, Śmierć Stalina, Obi-Wan Kenobi), którego kochanka Kat (Megan Suri, Atypowy, Never Have I Ever) jest znajomą Josha. Na imprezę zaproszony jest również przyjaciel Josha Eli (Harvey Guillén, aktor głównie głosowy znany z takich produkcji jak Wish, Shape Island, Harley Quinn, Zasoby ludzkie, Kot w butach, ale również z roli w serialowym Co robimy w ukryciu) wraz z jego chłopakiem, Patrickiem (Lucas Gage, Twój Victor, Biały lotos, Euforia, Ozn@czone, Ty, Fargo, Martwi detektywi, Smile 2 czy Road House).


Przewrażliwiona na punkcie tego, żeby nie sprawić Joshowi przykrości i nie wypaść źle w oczach jego znajomych, Iris stara się wpasować w atmosferę panującą w rezydencji na odludziu, sielankowa aura szybko jednak gęstnieje, gdy sprawy przybierają drastycznie krwawy obrót, a widz szybko uświadamia sobie, że żadna z relacji między bohaterami nie jest taka, jaką się wydawała, a twórcy serwują nam kilka zwrotów akcji, które w interesujący sposób pokazują nam przewrotne spojrzenie na współczesne życie miłosne i emocjonalne tak naszego, jak i potencjalnie przyszłych pokoleń.

Najlepiej jest iść na ten film bez znajomości pierwszego, najważniejszego twistu i choć ja go znałem to nadal bawiłem się całkiem dobrze, bo na szczęście twórcy mają w zanadrzu jeszcze kilka innych zwrotów akcji uatrakcyjniających narrację. Historia jest dość kameralna, osadzona w większości w jednej lokacji i pozbawiona dużej ilości postaci, skupiona głównie na relacji pary głównych bohaterów. I to w ich coraz dziwniejszej relacji i eskalującym konflikcie opiera się cały urok Towarzysza.

Na pochwałę zasługują występy aktorskie Jacka Quaida i przede wszystkim Sophie Thatcher, którzy świetnie realizują postawione przed nimi zadanie i przyjemnie ogląda się ich na ekranie. Na drugim planie co prawda nikt szczególnie nie przykuwa uwagi, ale postacie te stanowią przyzwoite uzupełnienie. Realizacyjnie film na solidnym poziomie, dobrze wykorzystujący swój niewielki budżet. Na minus jednak kilka pomniejszych głupot i dziur scenariuszowych, które nieco wytrącają z dobrego rytmu, nie powinny jednak psuć całego seansu.


Podsumowując, Towarzysz to zaskakująco solidny thriller z elementami komedii i romansu science-fiction, który daje sporo frajdy z oglądania, gdy przymknie się oko na kilka pomniejszych głupotek. Przyzwoite występy aktorskie z fajnymi twistami fabularnymi i swoistym luzem w sposobie prowadzenia narracji sprawiły, że Towarzysz otrzymuje ode mnie 7/10 i z chęcią zobaczę kolejne projekty Drew Hancocka. Według mnie idealna pozycja na walentynkową randkę w nieco mniej romantycznym klimacie, przełamującym stereotyp tego święta.


niedziela, 9 lutego 2025

VAIANA 2 (2024) - RECENZJA FILMU

 

Pierwsza Moana czyli Vaiana: Skarb oceanu spotkała się z ciepłym przyjęciem widzów, ale kontynuacją jej przygód miał być serial na Disney+. Ktoś inteligentny w biurach Disneya stwierdził jednak, że lepiej jest mieć miliard dolców niż nie mieć i serial przerobiono na film kinowy. Czy ta tranzycja odbyła się bezboleśnie i czy za sukcesem finansowym poszła również jakość produkcji?


Za reżyserię filmu odpowiadała trójka debiutujących w tej roli osób: David G. Derrick Jr. (wcześniej pracował nad Vaianą, Encanto, Rayą i ostatnim smokiem, Królem Lwem, Jak wytresować smoka), Jason Hand (na koncie prace przy Big Six, Vaiana, Zwierzogród, Ralf Demolka w internecie, Encanto) oraz Dana Ledoux Miller (Newsroom, Narcos, Blood and Oil, Chrzanić Kevina). Za scenariusz odpowiadali Jared Bush (Zwierzogród, Encanto, Vaiana) oraz Dana Ledoux Miller.


Muzykę ponownie skomponował Mark Mancina, który w swej karierze pracował (w różnym zakresie) nad muzyką przy takich produkcjach jak serie Bad Boys, Speed, Mój brat niedźwiedź, a także Twister, Terminator 3, Podziemny krąg, serial Zabójcze umysły, a w ostatnim czasie Przysięgły numer 2 oraz Mufasa: Król lew. Przy kontynuacji tym razem nie wziął udziału Lin Manuel Miranda, który pisał piosenki do części pierwszej, a zastąpił go duet Abigail Barlow i Emily Bear.



RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Vaiana (Auli'i Cravalho, która poza rolą Vaiany występowała również w serialu Siła, Hailey w akcji czy filmie Mean Girls) zwana po drugiej stronie Atlantyku Moaną, po uratowaniu wyspy Motunui w pierwszej części, w czym pomógł jej pół-bóg Maui (Dwayne Johnson, którego nie trzeba przedstawiać), postanawia wyruszyć na poszukiwanie innych polinezyjskich plemion rozsianych po oceanie. Do tej misji nakłaniają ją również przodkowie, a żeby to osiągnąć, musi zdjąć klątwę rzuconą na wyspę Motufetu, która niegdyś stanowiła drogowskaz łączący szlaki morskie.

Tym razem na wyprawę Vaiana decyduje się zabrać kilkoro członków z jej plemienia: sędziwego i zrzędliwego rolnika Kele (David Fane), ekstrawagancką szkutniczkę Loto (Rose Matafeo) oraz silnego Moniego (Hualalai Chung), który poza byciem fanem Mauiego zna wiele legend i historii. Niezbyt zgrana paczka wyrusza na przygodę, w czasie której Vaiana ponownie natyka się na Maui’ego, pojmanego przez półboginię Matangi (Awhimai Fraser) służącą złemu bogu burzy, Nalo. Do drużyny nieoczekiwanie dołącza również Kotu, kokosowy przedstawiciel ludu Kakamora.


Wizualnie film wyglądał nieźle, a narracja była poprowadzona na tyle sprawnie, że nie odczuwało się zbytnio pierwotnej serialowości tego dzieła. Film cierpiał jednak na tym, że przez połowę seansu Vaiana i Maui nie mieli kontaktu, a ich relacja była najmocniejszym elementem pierwszego filmu. Tę pustkę twórcy starali się wypełnić załogą Vaiany, jednak poszczególne postaci zostały wrzucone trochę zbyt szybko do fabuły i nie posiadały zbyt wiele charakteru poza pojedynczą cechą definiującą.

Fabuła nie była szczególnie odkrywcza, a samemu filmowi brakowało nieco tego ekscytującego elementu, jaki zawierała pierwsza Vaiana, wnosząca nieco świeżości do disneyowskiego zamku. Czy film cierpi na częstą w obecnym kinie „sequelozę”, co zarzuca wielu recenzentów i komentatorów? Może. Czy mi to przeszkadzało podczas seansu? Niespecjlnie, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, kiedy tempo wzrosło i wrócił banter między głównymi postaciami. Zwłaszcza jeden żart wziął mnie mocno z zaskoczenia i już samo to wystarczyło mi na pozytywną ocenę.

Piosenki nie robiły tak dużego wrażenia jak w pierwszej części, choć może to wynikać z faktu, że dostępne były tylko seanse z dubbingim i nie dane było polskiemu widzowi doświadczyć oryginalnego brzmienia utworów. Nie da się jednak ukryć, że brak na pokładzie Mirandy był odczuwalny.


Podsumowując, Vaiana 2 to wpadający nieco w typowość sequel, który stara się zainteresować widza, oferując mu drugi raz to samo danie, zmieniając tym razem przyprawy. Danie nadal wychodzi zjadliwe i nie jest to odgrzewany kotlet, ale nie zaskoczył niczym na tyle, by kłaniać się w pas kucharzowi. Niezła animacja ukierunkowana do nieco innej grupy demograficznej, pozostawiła nas jednak finalnie z na tyle ciekawą sytuacją i światem, że chętnie wybiorę się na trzecią część, a tymczasem Vaiana 2 otrzymuje ode mnie solidne 6/10, bo zabrakło tego efektu „łał” i emocjonalnie nie zostałem złapany na hak Mauiego, będę jednak kibicował im w kolejnym filmie.



FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...