czwartek, 30 stycznia 2025

RECENZENCKI ROZKŁAD JAZDY - LUTY 2025

 

W lutym wielkie nadrabianie oscarowych nominacji oraz kilka interesujących nowości filmowych, z kolei w temacie seriali dość spokojnie.


W kinach zaczynamy od premiery Marii Callas z Angeliną Jolie w roli głównej oraz komedii akcji z Ke Huy Quanem pt. Love Hurts. Dodatkowo na Netflixie premierę zaliczy kolejna animowana produkcja ze świata Wiedźmina, czyli Syreny z głębin adaptująca opowiadanie Trochę poświęcenia. 



W walentynki do kin powraca Marvel Studios z filmem Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, w którym Anthony Mackie będzie musiał udźwignąć ciężar odpowiedzialności za MCU. Na AppleTV+ zaś otrzymamy sci-fi romans The Gorge. Ponadto do dystrybucji kinowej wejdą wówczas ekscentryczny Daaaaali! oraz powracająca po latach Bridget Jones.

Tydzień później na ekranach zagości chwalony za oceanem Nosferatu od wyjątkowego Roberta Eggersa, a także nominowane do Oscara irańskie Nasienie świętej figi. Na koniec miesiąca do regularnej dystrybucji powinna wejść natomiast nominowana w aż 13 kategoriach nieco kontrowersyjna Emilia Perez.


Wśród seriali premierujących w lutym na moją uwagę zasługuje przede wszystkim trzeci sezon animowanego Invincible na Amazonie. W drugiej połowie miesiąca wśród głośniejszych premier znajdują się m.in. trzeci sezon Białego Lotosu (HBO Max), trzeci sezon Reachera (Amazon Prime Video), Dzień zero (Netflix) oraz drugi sezon 1923 (SkyShowtime) z uniwersum Yellowstone.



Pomału ruszają premiery w giereczkowie. Zaczynamy od sequela głośnego tytułu, który dla Czechów był tym, czym dla polskich graczy Wiedźmin. Kingdom Come: Deliverance 2 już 4 lutego. Kilka dni później Sid Meier wypuści siódmą odsłonę strategii Cywilizacja, natomiast w połowie miesiąca światło dzienne ujrzy RPG Avowed osadzone w tym samym świecie co Pillars of Eternity.



Na rynku książkowym na moim radarze w zasadzie znajduje się tylko premiera nowego tomu opowiadań bezjakubowych Andrzeja Pilipiuka, czyli Drogi przez morze.





poniedziałek, 27 stycznia 2025

PĘTLA II - OPOWIADANIE (2025)

 


        Gałęzie drzew z trzaskiem uginały się pod naporem wiatru, zrzucając ostatnie uschłe liście. Powykręcane konary zawodziły wśród wyjącej nawałnicy. Stalowoszare chmury mknęły po niebie, a z oddali dochodził huk gromu nadciągającej burzy.

            Woźnica ściągnął wodze konia, a furmanka zatrzymała się tuż przed rozstajem, na środku traktu, do którego z jednej strony przylegał las. Stała tam niewielka drewniana kapliczka, a obok niej, na konarze potężnego dębu, wisiała młoda kobieta. Ubrana była w prostą szarą suknię obrębioną czerwoną nicią, a na klatce piersiowej i brzuchu dostrzec można było brunatne plamy krwi. Twarz jej jeszcze nie posiniała, a przekrzywiony nienaturalnie nos i spuchnięte usta pokryte zakrzepłą krwią. Długi, jasny warkocz opadał przez ramię, sięgając niemal pasa.

„Obwiesili ją pewnikiem niedawno, bo lico ma jeszcze rumiane, a i zwierzęta i ptaki nie zajęły się ciałem” – pomyślał woźnica, po chwili jednak ruszył dalej, by wrócić przez zmierzchem do domu lub chociaż schronić się przed zbliżającą się burzą, a trup kołysał się na wietrze.

        O poranku w przeciwnym kierunku zmierzała niewielka kupiecka karawana złożona z dwóch nakrytych plandekami wozów wyładowanych towarem i czterech konnych jeźdźców eskorty. Mężczyźni przekrzykiwali się, obrzucając się inwektywami i przechwałkami. Przy drzewie wisielca zatrzymali się tylko na chwilę, po czym ruszyli dalej, teraz jednak konwersując znacznie mniej rubasznie. Trup kołysał się niemrawo na wietrze.

          Za karawaną ostrożnie śledził bezpański pies, wychudzony i pokryty strupami gojących się wciąż ran. Stanął przy dyndających na sznurze zwłokach. Nogi kobiety znajdowały się dobre dwie stopy nad ziemią, a pies ostrożnie zaczął obwąchiwać buty dziewczyny. Gdy jednak zbliżył nos do ciemnobrązowych trzewików, wyszczerzył zęby i zawarczał, cofając się powoli i groźnie mierząc trupa wzrokiem. Trwało to jednak tylko mgnienie oka i pies odbiegł skomląc z cicha, a trup kołysał się niemrawo na wietrze.

          Po południu na rozdroże wjechał samotny jeździec. Kobieta siedziała po męsku na gniadej klaczy, a ubrana była w szarozielony kubrak i pelerynę. Przy siodle przytwierdzony miała kołczan z łukiem. Odrzuciła z głowy kaptur, spod którego wysypały się bujne kasztanowe włosy. Na dłuższy moment zawiesiła wzrok na twarzy dziewczynki.

„Mogłabym być jej matką…” – pomyślała kobieta, choć jej oblicza nie zdobiły jeszcze zmarszczki i nie czuła się staro. Nieprzyjemny grymas wykrzywił jej twarz, gdy więcej niepokojących myśli wypełniło jej umysł, ale szybko uspokoiła emocje, a ze stuporu wyrwało ją krakanie wron. Kobieta rozejrzała się dookoła i spostrzegła, że na gałęziach pobliskich drzew zaczęły przysiadać czarno-siwe ptaki. Trzymały się jednak w pewnej odległości od drzewa wisielców. Wszystkie zdawały się obracać dzioby, to raz patrząc na wisielca to na jeźdźca.

         Kobieta kazała klaczy wspiąć się na niewielką skarpę, na której rosło drzewo i zbliżyła się do wisielca, a po chwili wahania wyjęła z pochwy u pasa krótki miecz i zamachnęła się, by odciąć sznur. W momencie, gdy ostrze zetknęło się z liną, od lasu powiał nagle przenikliwie zimny wiatr, a dziewczyna otworzyła oczy i wpiła w kobietę lodowato puste spojrzenie, zanim runęła w dół…

            Koń zarżał i stanął dęba, a kobieta ledwo utrzymała się w siodle. Zeskoczyła z grzbietu klaczy i odprowadziła na trakt niespokojne zwierzę, gładząc je po grzywie i szyi.

„Może mi się tylko przywidziało…” – pomyślała kobieta, przywiązując konia do kapliczki. Ostrożnie podeszła do leżącej w trawie dziewczyny i wzdrygnęła się, gdy ujrzała jej twarz, którą zdobiły teraz duże bladoniebieskie oczy. Ciałem niemrawo ruszającej się dziewczyny wstrząsały dreszcze, jakby wyszła właśnie z zimnej wody. Na jej twarzy widać było wyraz dezorientacji i zagubienia. Łowczyni nie wiedziała, jak się zachować, ale przemogła strach i podeszła do podnoszącej się z ziemi jasnowłosej dziewczyny, ujmując ją za ramię.

        Dziewczyna, na oko kilkunastoletnia, była od niej przynajmniej o głowę niższa, a ciało miała drobne i wiotkie, mimo to kobieta czuła przed nią respekt. Do tej pory, choć wierzyła w magię i złe moce, starała się racjonalnie oceniać rzeczywistość i nie dopatrywać się ich działania wszędzie wokół. Teraz jednak nie miała pewności.

         - Jestem Rosa Ana Almaret, ale możesz mi mówić Rosana – powiedziała łagodnie. – Czy nic Ci nie jest? – kobieta nie doczekała się odpowiedzi. Łowczyni instynktownie sięgnęła do okalającego szyję stryczka, by zdjąć sznur, jednak wówczas powstrzymała ją dziewczyna, błyskawicznie chwytając jej wyciągniętą rękę w uścisk zimnych, silnych palców. Rosana w oczach dziewczyny zobaczyła coś takiego, że dreszcz przebiegł po jej plecach. Cofnęła dłoń, a dziewczyna uśmiechnęła się przelotnie kącikiem ust.

          - Jak Ci na imię? Skąd pochodzisz?

        Cisza. Kobieta z wyrazu twarzy dziewczynki wyczytywała, że ta rozumie, co się do niej mówi, jednak nie mogła lub nie chciała odpowiedzieć. Rosana posadziła ją delikatnie na ziemi, gdyż dziewczyna słaniała się na nogach. Tym bardziej zaskakująca była siła, z jaką chwyciła ją za rękę.

          - Wszystko w porządku, dziecko? Jak mogę Ci pomóc? Rozumiesz, co mówię?

        Cisza, a jedyną reakcją było delikatne przekręcenie głowy i błysk zaciekawienia w błękitnych oczach oraz kolejny lekki uśmieszek. Rosana przyjrzała się jej twarzy. Złamany nos i rozbite usta sugerowały, że przed powieszeniem została pobita.

„Może ma wstrząs mózgu i dlatego tak się zachowuje? A może to szok po tym, co przeżyła? I w ogóle jak, na wszystkich bogów, przeżyła? Musiała już tu wisieć jakiś czas, nie wygląda na to, by ktoś powiesił ją tuż przed moim przybyciem. Ubranie ma całe mokre, ale to chyba niemożliwe, by wisiała tu od wczorajszej burzy. Nie, na pewno nie…”

        W głowie kobiety kłębiło się mnóstwo myśli i pytań, ale zmusiła się do opanowania emocji i objęła bardzo delikatnie dziewczynkę ramieniem. Ta nie zareagowała w żaden sposób.

        - Nie chcesz czy nie możesz mówić? Chcę Ci pomóc, ale nie wiem jak. Nie mogę Cię tutaj tak po prostu zostawić. Wiem, że jest Ci ciężko, ale musisz mi zaufać i dać mi jakikolwiek znak. – wyrzuciła z siebie kobieta z wyczuwalną troską i wtedy dziewczynka uśmiechnęła się, złapała lewą ręką dłoń Rosany, a prawą wyciągnęła w kierunku kapliczki i długim, smukłym palcem wskazała na konia.

        Łowczyni pomogła jej wstać i wsiąść na siodło, jednocześnie starając się uspokoić klacz, której bliskość dziewczynki najwidoczniej przeszkadzała. Odwiązała konia od kapliczki, wskoczyła na siodło za dziewczyną i ruszyła stępa traktem prowadzącym do najbliższej osady.

        Rosana prowadziła konia, a przed nią w siodle nieruchomo jak głaz siedziała dziewczyna. Nie odezwała się ani słowem, a Rosana postanowiła nie naciskać. Jeszcze. Chciała dojechać do pobliskiej wioski licząc, że ktoś rozpozna dziewczynę albo ta sama zareaguje na znajome miejsce. Nie wiedziała jednak co dalej, na razie jednak postanowiła zdać się na los i obserwować rozwój wypadków.

          Gdy dotarły do pierwszej osady i Rosana zamierzała zatrzymać się w niej, dziewczyna nie chciała zejść z konia i w końcu, jakby ze zniecierpliwieniem wskazała dłonią trakt prowadzący dalej na wschód. Sytuacja powtórzyła się w kolejnej napotkanej wsi. Gdy o zmierzchu dotarły do trzeciej osady, Rosana postanowiła, że na dziś już ma dość.

        - Trzeba dać koniu odpocząć. I nam też, nie będziemy jechać nocą – odpowiedziała jej głucha cisza, ale gdy Rosana zeskoczyła z konia i chciała ściągnąć z niego dziewczynę, ta zgrabnie zsunęła się z siodła. Rosana zostawiła milczącą przy klaczy i poszła do najbogaciej wyglądającej sadyby, by znaleźć dla nich nocleg w stajni i coś do jedzenia. Uboższa o kilka monet wróciła do dziewczyny i zaprowadziły konia do stajni, a towarzyszący im gospodarz z zaciekawieniem i niepokojem spoglądał na pętlę zadzierzgniętą na szyi jasnowłosej.

        - Nadal nie chcesz nic mówić, tak? – zapytała Rosana, gdy wieczorem obmywała wodą z cebra zaschniętą krew z twarzy dziewczynki. Siedziała nieruchomo, nie reagując na dotyk łowczyni, ale gdy Rosana znów sięgnęła do sznura, złapała ją mocno za rękę, wbijając w nią zimne spojrzenie.

        - Nie chcesz, to nie mów, ale chciałabym wiedzieć, jak mogę Ci pomóc. Czy mogłabyś chociaż gestem czy ruchem głowy dawać mi znaki i odpowiedzieć na proste pytania?

        Dziewczyna po chwili nieznacznie skinęła głową, co spotkało się z zaskoczeniem Rosany. Nie oczekiwała jakiejkolwiek realnej reakcji. Teraz tylko pozostawała kwestia, jakie pytania zadać, by uzyskać pomocne odpowiedzi. Do głowy w pierwszej chwili przychodziły jej same pytania „dlaczego?” i „jak?”.

        - Czy zdradzisz mi, jak się nazywasz albo chociaż jak się do Ciebie zwracać? – zaczęła Rosana, a dziewczyna przechyliła w zamyśleniu głowę, po czym prawą dłonią wskazała na siebie i potrząsając zwisającą końcówką sznura.

          - Nie rozumiem… wrócimy do tego później. Jak mogę Ci pomóc? Czy mam zabrać Cię do domu? Masz jakąś rodzinę w okolicy? – kobieta zorientowała się, że wyrzuciła z siebie zbyt dużo pytań, więc zaczęła jeszcze raz, tym razem spokojniej.

          - Czy chcesz wrócić do domu? – dziewczyna nieznacznie pokręciła głową w geście zaprzeczenia, po czym wskazała palcem na sztylet, który Rosana miała u pasa. Kobieta milczała przez chwilę, po czym zapytała:

        - Czy chcesz wywrzeć pomstę na tym, któr Cię skrzywdził? - W oczach dziewczyny, do tej pory zimnych i pustych, błysnął jaśniejszy refleks emocji, a twarz wykrzywiła się w złowrogim uśmiechu.

         - Czy potrafisz jego lub ich rozpoznać albo wiesz, jak ich znaleźć? – odpowiedziało jej potakujące skinienie, a Rosanę zmroziła emanująca z tej drobnej dziewczyny siła i determinacja. Było w niej coś nienaturalnego, co jednocześnie odsuwało i przyciągało. Rosane nie potrafiła odmówić tej dziewczynie, chociaż o nic nie prosiła i łowczyni zastanawiała się, czy wypływa to skądś jeszcze niż samo współczucie i empatia.

        Gdy Rosane skończyła wycierać twarz dziewczyny, ta chwyciła gomółkę sera, którą na ławie zostawiła im gospodyni, po czym położyła się na przygotowanym w słomie posłaniu i przykryła się derką. Nim jednak zamknęła oczy, powiedziała cicho słabym, chropowatym głosem:

            -Vaenelis.

Rosana długo jeszcze siedziała na ławie w milczeniu, zanim położyła się spać. Na całe szczęście sen przyszedł szybko.

Rankiem dziewczyna nie chciała udzielić żadnych konkretnych odpowiedzi, a może pytania Rosany były niewłaściwie zadane, więc po szybkim śniadaniu kobiety ruszyły w dalszą drogę, którą wskazała bez wahania Vaenelis. Łowczyni nie wiedziała, skąd dziewczyna za drogę, ale nie komentowała tego i dawała jej prowadzić, a Vaenelis tylko raz ociągała się z wyborem traktu na rozstaju dróg.

Po południu dotarły do okazałej osady z gęstą zabudową, kamienną świątynią w centrum i murowaną karczmą przy niewielkim rynku. Gdy wjechały na plac, większość kramarzy zwijała już stragany. Rosana skierowała konia w kierunku karczmy, przed którą przy ławach siedziało grono mężczyzn, śmiejąc się i popijając piwo. Nagle Vaenelis złapała Rosanę za dłoń trzymającą wodze i wyszeptała głucho:

- Oni.

Łowczyni wzdrygnęła się, gdy niepasujący do aparycji głos wydobył się z ust dziewczynki i popatrzyła po mężczyznach. Wyglądali na bandę zabijaków liczącą więcej niż pół tuzina silnych, rosłych chłopów. Ubrani byli w nabijane ćwiekami skórzane kurty lub pikowane kaftany. Ich oblicza zdobiły liczne szramy i blizny świadczące o niejednej potyczce, jaką stoczyli. Kilku grało w kości, kilku przekrzykiwało się śpiewając jakąś sprośną piosenkę, a kilku siedziało tylko i w milczeniu pociągało łyk za łykiem z glinianych kufli.

Zanim Rosana wymyśliła, co zrobić, Vaenelis zeskoczyła z gracją z konia, co zwróciło uwagę biesiadujących mężczyzn, którzy zaczęli z uwagą przypatrywać się podchodzącej do nich dziewczynie. Z ławy podniósł się dostatnio ubrany w porównaniu z resztą zgrai, szczupły i wysoki mężczyzna w ciemnym kaftanie, noszący na piersi nieco już zmatowiały ryngraf z trudnym do odszyfrowania wizerunkiem herbowym. Zmierzył dziewczynę przenikliwym, złowrogim spojrzeniem i krzyknął tubalnym, nieprzyjemnym głosem:

- A czego Ty tu chcesz, powsinogo? Czy myśmy Cię, przypadkiem, aby nie obwiesili przed trzema dniami? Co to ma znaczyć, dziewko? Skądeś tu i po co? – mężczyźni zamarli i wszyscy wlepili kaprawe spojrzenia w Vaenelis. W ciszy, która zapadła, można było słyszeć pojedynczo rzucone przekleństwa.

- Mówiłem, Vilerem, że trzeba było jej pospołu wygodzić przed strykiem, aleś zarzekał, że czasu nie ma, bo jaki pościg może za nami iść! - krzyknął wstawionym głosem jeden ze zbirów siedzący przy stojącym herszcie i uderzył pięścią o blat stołu oraz czknął donośnie. – Nie wygodzilim jej, to teraz nas zjawa nachodzi! Ale to się da jeszcze naprawić… - zarechotał donośnie, ale tylko nieliczne głosy dołączyły do niego niemrawo, większość z mężczyzn wpatrywała się w dziewczynę i pętlę sznura owiniętą wokół szyi.

Nagle dziewczyna wyciągnęła przed siebie rękę z rozpostartymi palcami, po czym gwałtownie zacisnęła ją w pięść, jakby łapała coś w garść, a rechoczący mężczyzna zakrztusił się, zacharczał i zarzęził, po czym padł nieprzytomny głową na stół, a na placu rozległ się zimny, stanowczy i nienaturalny głos dziewczyny, od którego zawibrowało powietrze:

- Przyszedł wasz kres, Bezduszni. Całun śmierci otoczy was, gdy zamknę Wam powieki i już żadne zło przez was uczynione nie będzie. Zgaśniecie jak płomienie świecy zdmuchnięte podmuchem wiatru, bo taka jest moja wola. Otworzę dla was bramę Otchłani, w której otuli was tylko ból i mrok, bowiem ja jestem An’var Verenis, Dziewica Zemsty… Ta, Która Kroczy Ścieżką Krwi…

Rosane, nadal obserwująca sytuację z grzbietu konia, próbowała uspokoić wierzgające zwierzę, zamiast jednak uciekać, nie mogła oderwać wzroku od rozgrywającej się przed nią sceny. Obserwowała jak zmieszani i skonfundowani mężczyźni gramolą się z ław i starają dobyć broni, ale chwiejąc się obijali się jedni o drugich i wytrącali z równowagi. Vaenelis, czy jak teraz chciała An’var Verenis, stała między nią a bandą bez ruchu, a powietrze wokół niej zaczęło migotać i falować jak w upalne lato. Rosana nie wiedziała, czy delikatne, ledwo zauważalne rozbłyski światła koncentrujące się w i wokół sylwetki dziewczyny były realne czy to tylko złudzenie, jakiemu ulegał jej wzrok. Kilku mężczyzn też chyba jednak zauważyło coś niepokojącego, bo zaczęło niezgrabnie i niepewnie cofać się. Nadaremno. Vaenelis rozłożyła szeroko ręce na boki, po czym wolno złączyła dłonie nad swoją głową. Wówczas rozległ się huk i błysk, jakby uderzył w to miejsce piorun. Wszyscy mężczyźni opuścili broń, łapiąc się to za piersi, to za głowy. Z uszu, nosa i ust zaczęła ciec im krew, kilku zwymiotowało krwią, dwóm wypadły gałki oczne a jednemu literalnie eksplodowało pół głowy. Po kilku chwilach wszyscy opadli bez życia na ziemię, a przy karczmie zapanowała kompletna cisza.

Dziewczyna, obrócona do tej pory plecami do Rosane, odwróciła się jakby nigdy nic, nie obrzucając trupów choćby spojrzeniem i podeszła do konia. Łowczyni, oniemiała, nie mogła wydusić z siebie głosu. Gdy przed nią na siodle umościła się dziewczyna, Rosana usłyszała tylko krótkie:

- Jeźdźmy.

Dopiero, gdy mijały palisadę otaczającą osadę, a Rosana odzyskała już nieco z jasności umysłu, zatrzymała konia i zapytała dziewczyny:

- Czy nadal mam do Ciebie mówić Vaenelis?

- Vae-ne-lis… - wymruczała pod nosem jasnowłosa dziewczyna, sylabizując imię. – W Dawnej Mowie znaczy „pętla”…

niedziela, 26 stycznia 2025

KOMPLETNIE NIEZNANY (2025) - RECENZJA FILMU

 
Niemal każdego roku Hollywood produkuje jakąś muzyczną biografię, która niekoniecznie odnosi komercyjny sukces, ale jej głównym zadaniem jest przede wszystkim zrobienie hałasu w okresie nagród i walka o najwyższe laury. Tym razem na tapet wzięto historię ikony amerykańskiej muzyki i jedynego pieśniarza nagrodzonego literacką Nagrodą Noba, Boba Dylana, obsadzając w głównej roli chyba najgorętsze nazwisko młodego aktorskiego pokolenia. Co wyszło z tego połączenia poza ośmioma nominacjami do Oscarów?


Za reżyserię filmu odpowiadał ceniony twórca James Mangold, mający w swoim dorobku m.in. filmy takie jak Kate i Leopold, 3:10 do Yumy, Wolverine, Logan, Ford vs Ferrari czy ostatnio Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia. Przy scenariuszu pracował z nim również Jay Cocks, który w ostatnich latach nie angażował się w zbyt wiele projektów, a wśród najgłośniejszych produkcji wymienić można Wiek niewinności, Milczenie oraz Gangi Nowego Jorku Martina Scorsese. Jest to też osoba odpowiedzialna za napisy prologu do filmu Star Wars (obecnie zwanego Nową Nadzieją). Scenariusz jest adaptacją książki Dylan Goes Electric! z 2015 roku autorstwa Elijah Walda.


Za zdjęcia do filmu odpowiadał grecki operator Phedon Papamichael, nominowany do Oscara dwukrotnie za filmy Nebrasca i Proces Siódemki z Chicago. Ponadto w jego filmografii znajdują się filmy Mangolda takie jak Tożsamość, 3:10 do Yumy, Spacer po linie, Ford vs Ferrari czy ostatni Indiana Jones, ale również wiele innych produkcji jak na przykład Obrońcy skarbów, Idy marcowe, W pogoni za szczęściem czy przede wszystkim moje ukochane Polowanie na mysz. W filmie nie zdecydowano się na wykorzystanie oryginalnej kompozycji muzycznej, wypełniając film mnóstwem piosenek Dylana i innych legend folku.

Tytuł filmu nawiązuje do jednej z najważniejszych piosenek Boba Dylana, czyli „Like a Rolling Stone” z 1965 roku z płyty Highway 61 Revisited, od której to pochodzi nazwa założonego w 1967 roku kultowego czasopisma muzyczno-kulturowego (a nie od brytyjskiego zespołu The Rolling Stones założonego w 1962 roku jak niegdyś myślałem…) i pokazuje nam pewien kilkuletni fragment kariery muzycznej Boba Dylana vel Roberta Zimmermaa, skupiając się na jej początku i przemianie Dylana z artysty folkowego na kogoś więcej, kto stanie się jedną z ikon amerykańskiej kontrkultury rodzącej się w latach 60. XX wieku. Film nominowany do Oscara za najlepszy dźwięk, kostiumy, scenariusz adaptowany, reżyserię i film oraz pierwszoplanową rolę męską i drugoplanowe role kobiecą i męską.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Kompletnie nieznany pokazuje nam początki Boba Dylana (Timothée Chalamet, czyli Paul Atryda we współczesnej serii filmów Diuna, ale także filmy Wonka, Król, Małe kobietki, Lady Bird, Tamte dni, tamte noce, Interstellar) po jego przyjeździe do Nowego Jorku w wieku 20 lat celem odnalezienia przebywającego w szpitalu swojego idola, folkowego muzyka Woody’ego Guthriego (Scott McNairy, Nie mów zła, Blondynka, Operacja Argo, Zniewolony czy seriale Pantheon, Green Man, Narcos: Meksyk czy True Detective). Poznaje tam innego znanego muzyka Petera Seegera (nominowany do Oscara za tę rolę Edward Norton, którego przedstawiać nie trzeba), który zauroczony talentem Dylana bierze go pod swoje skrzydła, dając szansę na nowojorskiej folkowej estradzie, a jego menadżerem zostaje Alan Grossman (Dan Fogler, najbardziej znany z roli Jacoba Kowalskiego w serii filmowej Fantastyczne zwierzęta). Początkowo jednak Dylan nie może przebić się na rynku, zmuszony przez studio do nagrania na album coverów znanych folkowych utworów niż własnych piosenek, a scena należała wówczas do uwielbianej Joan Baez (Monica Barbaro nominowana za tę rolę do Oscara, którą kojarzyć można przede wszystkim z roli pilotki o kryptonimie Pheonix w Top Gun: Maverick)

Film ukazuje nam uczuciowy trójkąt między Dylanem a jego ówczesną dziewczyną, Sylvie Russo (Elle Fanning, znana choćby z roli carycy Katarzyny w serialu Wielka czy filmów Czarownica i Czarownica 2, można ją było też zobaczyć w Super 8, Deja vu czy Neon Demon), pomimo pewnych malarskich aspiracji w gruncie rzeczy zwyczajnej dziewczynie oraz gwiazdą muzyki folk Joan Baez, z którą wytwórnia muzyczna Columbia często parowała występy i trasy koncertowe Dylana. To jednak nie romanse, te poważniejsze i te liczne mniej istotne, Boba Dylana są motorem napędzającym jego życie, a twórczość pochłaniająca go obsesyjnie oraz rodzący się w nim bunt, początkowo wobec sytuacji polityczno-społecznej (kryzys kubański, wojna w Wietnamie, ruch równouprawnienia), później zaś szufladkowania jego twórczości i zamykania go w folkowym pudełku. Symbolicznym zaś momentem staje się prowadzony m.in. przez Petera Seegera festiwal muzyki folkowej w Newport w 1965 roku, gdzie podczas występu uwielbiany przez publiczność Bob Dylan decyduje się grać na gitarze elektrycznej muzykę odbiegającą od gustów zarówno jego przyjaciół - folkowych purystów jak i zgromadzonej publiczności.

Dylan, którego przeszłości w zasadzie nie poznajemy, pojawia się znikąd i sprzedaje swoim dziewczynom (i widzowi) bajki o wychowywaniu się w cyrku oraz zdobywa szturmem (choć nie bez początkowych problemów) miłość fanów, ale obserwując go z boku nadal stwierdzamy, że jest nam podczas seansu kompletnie nieznany. Widzimy tylko to, co sam chce nam pokazać, czyli swój muzyczny wizerunek. Bohater odgrywany przez Chalameta jest egoistycznym dupkiem, zapatrzonym w siebie i swoją twórczość, słabo znoszącym sławę i skupionym tylko na tym, by pisać piosenki. Nie dostajemy jednak zbyt pogłębionej analizy tego, skąd wypływa jego wena i gdy nagle nasz bohater zaczyna śpiewać o społecznych problemach Ameryki i zmieniającym się obrazie świata, angażując się w trapiące Stany Zjednoczone bolączki, nie mamy pewności, czy pewien anarcho-idealizm zwiastujący ruch hippisowski siedział w nim cały czas czy jest to wykalkulowany ruch polegający na wnikliwej obserwacji zachodzących zmian i dostarczeniu publice tego, czego ona sama jeszcze nie wiedziała, że chce. Nie da się jednak ukryć, że teksty Dylana trafiają do milionów i stanowią jeden z fundamentów ruchu kontrkultury. Sam Dylan jednak, widząc swój sukces i to, jak ludzie na niego reagują, pragnie ewolucji i nie chce zamykać się w sztywnych ramach muzycznej doktryny, pobudzony zwłaszcza przez swojego kolegę muzycznej niedoli, Johny’ego Casha (Boyd Holbrook).

Film stara się wyzbyć patosu, jaki mógłby towarzyszyć bezkompromisowemu twórcy i natchnionemu wieszczowi, jakim był Dylan. Jego postać pozbawiona jest jednak wzniosłości, a Kompletnie nieznany nie stara się budować mu spiżowego pomnika jak niektóre muzyczne biografie lub epatować seksualno-narkotykowo-alkoholowymi ekscesami. Gdy na marszu na Waszyngton 28 sierpnia 1963 roku pastor Martin Luther King Jr. wygłaszał legendarne przemówienie „I have a dream”, na scenie występował m.in. Bob Dylan oraz Joan Baez, która według opublikowanych w ostatnich latach raportów FBI miała mieć wieloletni romans z Martinem Lutherem Kingiem. Dostajemy jednak z tego zaledwie urywek sceny pokazujący Chalameta wklejonego w archiwalne nagranie z wiecu pod pomnikiem Lincolna, a wszystko, co Bob Dylan mógł mieć do powiedzenia na tematy polityczno-społeczne dostajemy nie poprzez jego deklamacje a piosenki, które wybrzmiewają lepiej niż patetyczne frazesy.

Fabuła nie jest najmocniejszym elementem filmu, a narracja wydaje się przemykać w tle muzycznych występów, wydaje się jednak, że taki był zamysł twórcy i na eksponowaniu walorów audiowizualnych się skupił, czyniąc muzykę nośnikiem historii, nie wykładając widzowi wszystkiego w quasi-dokumentalistycznym stylu. I jakkolwiek nie jestem fanem tego gatunku muzyki, a repertuaru Dylana w zasadzie nie kojarzyłem, mogłem z czystym umysłem i bez oczekiwań podejść do tematu i całkowicie pochłonęła mnie ta warstwa filmu. Melancholijne aranżacje na gitarze i harmonijce ustnej opowiadające o trudzie zwykłego życia i niesprzyjającym losie, zaprzepaszczonej miłości i smutku codzienności przeplatały się z bardziej pozytywnym spojrzeniem na świat, naturę i człowieka próbującego znaleźć swoje miejsce w tej nieustannej gonitwie, wreszcie nacechowane pacyfistycznie, rozczarowane decyzjami polityków utwory moralnego niepokoju w wykonaniu zaskakująco przekonującego Chalameta oraz nieoczekiwanie Barbaro o bardzo mocnym, harmonijnym brzmieniu rezonowały z moją wrażliwością i ograniczoną muzyczną percepcją.

Tak samo na uwagę zasługują występy aktorskie. Chalamet łączył w sobie neurotycznego dupka i czarującego lowelasa magnetyzującego nie tylko żeńską część publiki i swoją nienachalną charyzmą intrygującego ludzi. Edward Norton również zapisał się na plus ze swoim pozytywnym przesłaniem Petera Seegera i sympatycznym manieryzmem. Na drugim planie kontrastowały ze sobą Elle Fanning oraz Monica Barbaro – ta pierwsza nadawała się na dobrą żonę dla Dylana i kibicowaliśmy jej oraz współczuliśmy, gdy Dylan ją zawodził, druga natomiast stanowiła dobry materiał na kochankę, jednak ścierająca się z Bobem swoim równie indywidualistycznym, wyzwolonym, silnym charakterem. Czy Barbaro zasłużyła na oscarową nominację? Pewnie nie, choć jej występ mi się podobał, zwłaszcza pod względem wokalnym. Na drugim i trzecim planie przewinęło się kilka ciekawych postaci, a wyrazistą choć bardzo ograniczoną czasowo rolę zaprezentował Boyd Holbrook wcielający się w legendarnego Johny’ego Casha i liczyłem, że dostaniemy więcej w kontekście jego relacji z głównym bohaterem. Najbliżej jednak odarcia Dylana z maski i spojrzenia na jego prawdziwą osobę byliśmy, gdy kilkukrotnie na przestrzeni filmu odwiedzał w szpitalu schorowanego Guthriego i wtedy można było dostrzec jego człowieczeństwo schowane pod warstwą niepokornego artysty.


Podsumowując, Kompletnie nieznany to dobry, choć specyficzny muzyczny biopic, pozbawiony jednak wyraźnej fabuły oraz nie opowiadający holistycznie historii, a jedynie kroczący wąską ścieżką narracyjną skupioną na pojedynczym aspekcie życia Dylana, czyli muzyce. Ta jednak okazała się być bardzo przyjemnym i angażującym elementem filmu, dlatego seans mi się podobał i Kompletnie nieznanego oceniam na 7,5/10, a sam film zachęcił mnie do sięgnięcia po przepastny repertuar Boba Dylana.



sobota, 25 stycznia 2025

BABYGIRL (2025) - RECENZJA FILMU

 
Oryginalny thriller erotyczny balansujący między feminizmem a kobiecą uległością miał być kolejnym po ubiegłorocznym Challengers filmem, który rozpali widownię i podniesie ciśnienie w kinie, jednak pomimo pozytywnych opinii krytyków spotyka się chłodnym przyjęciem widzów – recenzenci w szoku. Jakie są zatem frustracje seksualne silnych i niezależnych kobiet oraz czy to prawda, że „baba bez bolca dostaje pierdolca”?


Reżyserką i scenarzystką filmu była Halina Reijn, pochodząca z Niderlandów artystka mająca na koncie takie produkcje jak Instynkt czy Bodies Bodies Bodies, a także serial Red Light oraz wiele ról aktorskich.


Za muzykę odpowiadał Cristobal Tapia de Veer z Chile (Biały lotos, Smile i Smile 2 oraz Łowcy), natomiast operatorem kamery był Jasper Wolf (Pacifica., Golda, Bodies Bodies Bodies, Monos, Bracia).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film opowiada o Romy (Nicole Kidman, ostatnio widziana w serialach Lioness, Para dealna, Ekspatki, Dziewięcioro nieznajomych, Od nowa, Wielkie kłamstewka czy filmach Gorący temat, Wiking oraz Aquaman i Aquaman: Zaginione królestwo) – święcącej sukcesy dyrektorce firmy technologicznej, która sama wdrapała się na szczyt. Kobieta, poza wysoką pozycją społeczną i zawodową, ma również szczęśliwą rodzinę – męża Jacoba (Antonio Banderas, w ostatnich latach m.in. Indiana Jones i Artefakt Przeznaczenia, Kot w butach: Ostatnie życzenie, Uncharted, Boscy, Bodyguard i żona zawodowca) realizującego się jako brodwayowski reżyser teatralny oraz dwie dorastające córki, Isabel (Esther McGregor, ostatnio grała w filmach W pokoju obok i Bleeding Love oraz serialu High School, przed szerszą publicznością zaprezentowała się po raz pierwszy w serialu Star Wars o Obi-Wanie Kenobim, gdzie tytułową rolę grał jej ojciec Ewan McGregor) i Nora (Vaughan Reilly, Igrzyska śmierci: Ballada ptaków i węży).

Idylliczną sytuację psuje jednak fakt, że przez 19 lat małżeństwa z Jacobem nie doświadczyła orgazmu i tłumi w sobie swoje seksualne frustracje. Sytuacja zmienia się, gdy w jej życiu pojawia się nieoczekiwanie Samuel (Harris Dickinson, seriale Trust, Dark Crystal, Morderstwo na końcu świata oraz filmy W trójkącie, King's Man: Pierwsza misja, Gdzie śpiewają raki, Patrz jak kręcą czy Bracia ze stali), stażysta w jej firmie, który wybiera ją na swoją mentorkę w programie wprowadzającym potencjalnych nowych pracowników. Między Romy i Jacobem rodzi się dziwna relacja pełna pożądania i napięcia wynikającego z ukrywanego romansu, czy to ze względu na ryzyko wyjścia na jaw przed rodziną czy potencjalny skandal mobbingowy. Z Jacobem jednak Romy może w końcu otworzyć się na własne fantazje, porzucając posiadaną pozycję społeczną i pozwalając komuś na dominację w jej życiu oraz całkowite podporządkowanie się drugiej osobie.


Film reklamowany jako thriller, w którym pikantny romans wisi na włosku odkrycia zarówno przez męża jak i współpracowników, okazuje się być w gruncie rzeczy nudnym dramatem o ważnych i poważnych sprawach, odzierając seans z dreszczyku emocji. Plus za podjęcie mało eksponowanego tematu jakim jest odnajdywanie siebie, akceptowanie własnej seksualności oraz komunikowanie tego w związku. Minus za pewnego rodzaju dokładanie cegiełki do dekadenckiej post-kultury "zgniłego Zachodu" dekonstruującej tradycyjne wartości i burzącej mir rodzinny. Trudno jest mi ocenić, jaki był właściwy zamysł twórczyni, która mimo wszystko nie chciała bezpośrednio stanąć po stronie zdrady lub wierności i kwestia ta budzi wśród widzów kontrowersje.

Nie kibicowałem bohaterce odgrywanej przez Nicole Kidman i stałem po stronie Antonio Banderasa, a chyba nie tego oczekiwała twórczyni. Niestety nie wskoczyłem bez opamiętania do romansu Romy i Samuela, z wypiekami na twarzy oglądając długie i momentami dość żenujące sceny ich igraszek, czekając tylko na moment, kiedy cała sprawa się rypnie, mąż obsobaczy niewierną żonę i wypierdolą ją z kierowniczego stanowiska za mobbing. Ale ja jestem staromodny i mam niedzisiejsze wedle standardów zgniłego Zachodu podejście do hedonistycznego i niezobowiązującego tworzenia tymczasowych relacji. Nie wierzyłem w ten romans, w wybory bohaterów, w ciągnięcie tej farsy i przede wszystkim nie uwierzyłem w szczęśliwe zakończenie tej afery i finał pobieżnie ukazany w trzech krótkich scenach.

Na uwagę zasługuje Nicole Kidman, która tworzy ciekawą kreację aktorską, wymagającą od niej wiele zarówno w budowaniu psychologii postaci jak i fizycznego uzewnętrznienia się publice. Solidny występ, jednak przez chwilę nie czułem sympatii i współczucia wobec kobiety sukcesu skrywającej w sobie seksualną tragedię. Antypatię natomiast czułem do bohatera granego przez (nawet lubianego przeze mnie w jego innych rolach) Harrisa Dickinsona, który grał dziwnie dziwną postać, mamrotał cały czas bez sensu w bzdurnych dialogach (w przeciwieństwie jednak do polskich produkcji doskonale słychać było jego mamrotanie) i przez cały seans czułem zażenowanie oglądając jego zachowanie na ekranie. Bardzo natomiast ciepło przyjąłem rolę Antonio Banderasa, który przyzwyczaił do ról twardych amantów pełnych energii i mroku, a tu zaskoczyła mnie po pierwsze w ogóle jego obecność, gdyż zapomniałem o jego zaangażowaniu w ten projekt, a po drugie sympatia, jaką obdarzyłem postać ciepłego, tatusiowego Banderasa-intelektualisty.

Film można interpretować w kluczu „kobieca powinność i męskie ego”; standardowych ról płciowych w społeczeństwie i tego, co przystoi mężczyznom a nie przystoi kobietom; odmiennej i różnorodnej perspektywy na wszelkie wariacje seksualnych fetyszy (to jednak nie jest 50 twarzy Greya czy sesja BDSM, a jedynie power play i kwestia uległości i zaufania); otwierania się przed sobą, komunikacji i wybaczania zdrad – wszystko to jednak schodzi na drugi plan, gdy historia nie angażuje, gdy bohaterowie nie przekonują i gdy thriller nie ekscytuje.


Podsumowując, Babygirl to dobrze zrealizowane kino zaangażowane, od którego jednak wielu widzów odbije się i ja również nie darzę tego filmu przesadną sympatią. Doceniam wartość realizacyjną, bo film Haliny Reijn wygląda dobrze zarówno pod względem zdjęć i montażu jak i muzyki, choć pod tym względem nie umywa się do wspomnianego we wstępie Challengers. Bohaterowie jednak i cała sytuacja nie kupiły mnie, toteż Babygirl otrzymuje ode mnie 6/10.



niedziela, 19 stycznia 2025

PĘTLA I - OPOWIADANIE (2025)

 


Tonący w mroku korytarz był zimny i wilgotny. Kamienne ściany porastał mech i grzyb. Nieliczne pajęczyny falowały lekko i drgały, poruszane wyczuwalnym ciągiem wypełnionego stęchlizną powietrza. Ciszę rozdzierało dudniące echo wywołane miarowym stukotem, a mrok rozświetlał jedynie migotliwy płomień pochodni.

Ravel potknął się w biegu w wpadł na omszałą ścianę. W ostatniej chwili ochronił twarz prawą ręką, która przyjęła impet bolesnego spotkania z murem. Z jego lewej dłoni wypadła pochodnia, która z sykiem płomienia potoczyła się po posadzce. Podziemny korytarz znów wypełniła cisza, gdy mężczyzna przestał biec. Ravel próbował złapać oddech i rozmasowywał obolały nadgarstek, a w uszach tętnił mu tylko szum. Po chwili jednak dotarł do niego odległy odgłos pościgu. Brzęczenie łańcuchów uderzających o kamień i narastające warczenie stawały się coraz bliższe. Zimny dreszcz przebiegł przez ciało Ravela, a oczy wypełnił strach. Chwycił pochodnię i ruszył do dalszego biegu. Nie oglądając się w gęstniejący za jego plecami mrok, biegł przed siebie, oślepiony blaskiem pochodni.

Gdy korytarz rozwidlił się, instynktownie wybrał prawą odnogę, która po chwili doprowadziła go do przestronnej komnaty z wysoko sklepionym sufitem wspartym na kilku smukłych kolumnach. Okrągłe pomieszczenie nadal w większości skrywało się wśród cieni rzucanych przez pochodnię. W niewyraźnym świetle dostrzegł, że do komnaty prowadzi kilka innych korytarzy oraz jedne schody wiodące w dół oraz jedne prowadzące w górę. Omiatając komnatę wzrokiem zauważył, że do kolumn w centrum sali przytwierdzone są metalowe obręcze, z których zwisały kajdany obejmujące resztki zmurszałych kości ludzkich rąk. Na podłodze spostrzegł rozrzucone w nieładzie pozostałości szkieletów. Przełknął głośno ślinę i znów słysząc za sobą zbliżający się łoskot, zdecydowanie ruszył w kierunku schodów i zaczął wspinać się po stopniach, licząc na to, że wyprowadzą go z tych lochów na powierzchnię.

Pokonując kolejne stopnie dyszał coraz ciężej i nieco zwolnił tempo. Nie mógł odpędzić od siebie myśli o towarzyszach, których zostawił tam na dole: jasnowłosa Evrid o smutnych, błękitnych oczach, która przyłączyła się jako ostatnia do kompanii; potężny rudy Viran, z którym tak często droczył się przy wieczornych gawędach; ciemnowłosa i ciemnoskóra Aymanla, której nie zdążył powiedzieć tak wielu rzeczy i namówić na kilka głębszych kielichów wina, które mogłyby ośmielić ich oboje; poważny i skryty Lacarl, którego ostatniego widział żywego. To on uwalniał go z kajdan. Tych, które nadal okalały jego przedramiona, odkąd Lacarl swoim toporem nie przeciął łączącego je łańcucha. Czuł się winny, że nie został z nimi. Ale gdy zobaczył rozerwane na strzępy ciało Evrid oraz bezgłowe zwłoki Virana coś w nim pękło, a strach wziął górę i nie widział już, jak Aymanla upada na twarz, gdy bestia szarpie ją za nogę ostrymi zębami, a dwa inne stwory rzucają się na szamoczącego się Lacarla. Jeszcze przyjdzie czas na wyrzuty sumienia, teraz najważniejsze było wydostać się z tego lochu i przeżyć…

Poczuł wyraźniejszy ruch powietrza, które stawało się nieco mniej zatęchłe i wilgotne, a otaczający go mrok jakby nieco się rozjaśniał wraz z każdym krokiem wzwyż. Po chwili pojawił się przeciąg, a w uszach zagwizdał wiatr. Przez blask trzymanej przed sobą pochodni, której płomień coraz bardziej pełgał i migotał, przebijać się zaczęło światło dnia. Nie minęło kilka chwil, gdy Ravel wypadł przez wąskie przejście zwieńczające schody na kamienny blankowany mur ciągnący się kilkadziesiąt stóp w kierunku zniszczonej wieży. Blask słońca oślepił Ravela, który musiał przyzwyczaić wzrok do otaczającej go jasności. Zwalczając zawroty głowy, mężczyzna rozejrzał się szybko w celu oceny położenia i szans na przetrwanie w tej sytuacji.

Po zewnętrznej stronie muru wznoszącego się nad skalnym urwiskiem, kilkadziesiąt stóp poniżej płynęła rzeka. Wyglądało na to, że jej nurt nie był zbyt silny, ale nie sposób było określić jej głębokości i skok z tej wysokości mógł zakończyć się szybkim spotkaniem z jej skalistym dnem. Po wewnętrznej stronie muru znajdowało się opadające na dziedziniec rumowisko, które niegdyś zapewne było częścią kompleksu warowni, a teraz stanowiło stertę zmurszałego drewna i gruzu, jaka została z dawnych zabudowań.

Z jego poziomu odległość do rumowiska wynosiła kilkanaście stóp, jednak nim podjął decyzję, czy skakać do rzeki, czy przedzierać się przez ruiny dziedzińca, łoskot dobiegający ze schodów nasilił się i z otworu wypadły trzy szkaradne stwory przypominające hybrydę ogara oraz jaszczurki. Sięgające mu do pasa czterołape potwory warczały złowrogo, obnażając wypełnione ostrymi zębami paszcze. Powyżej podłużnych pysków błyszczały im zielono-żółte ślepia z pionowymi źrenicami, a po bokach sterczały błoniaste, spiczaste uszy. Beczułkowate korpusy pokrywały duże, twarde zrogowacenia, zaś pazurzaste łapy upstrzone były krótką, szczeciniastą jak u dzika sierść. Podobnie zakończenia łuskowatych ogonów przechodziły stopniowo we włosie. Wokół krótkich szyj zapięte miały metalowe obroże, z których zwisały ciągnące się za nimi łańcuchy.

Bestie zawarczały głośniej i sposobiły się do ataku, choć nie miały miejsca, by rzucić się na Ravela wszystkie razem. Wyszczerzyły kły i zazgrzytały pazurami po kamieniu. Ravel zamachał kilkukrotnie pochodnią, utrzymując stwory na dystans, po czym rzucił w nie pochodnią. Ta odbiła się od pyska jednej z bestii i spadła jej pod nogi, nie wyrządzając żadnej krzywdy. Ravel się tym jednak nie przejął, ponieważ będąc już na powierzchni czuł się znacznie pewniej i potężniej niż głęboko w lochu, gdzie jego siły i zdolności były znacząco przez coś lub przez kogoś przytłumione.

Mężczyzna uniósł ręce nieco powyżej swej głowy, niemal stykając ze sobą rozcapierzone palce i silnym głosem wykrzyczał krótką inkantację, a jego dłonie zajaśniały lekko, zaś po palcach przebiegać zaczęły iskierki energii. W tym momencie tlący się już słabo płomień pochodni wybuchnął w górę słupem ognia, który zaczął przybierać na sile, wić się i spadł jęzorami płomieni na bestie, które oparzone odskoczyły z piskiem, chowając się na granicy schodów. Ravel ponownie wykrzyknął coś tubalnie i wyrzucił rękę przed siebie, a niewidoczny podmuch energii strącił potwory w dół po schodach, które zniknęły w ciemności z donośnym skomleniem.

Tryumf Ravela nie trwał jednak długo, bowiem płomień zaczął szybko maleć i ciemnieć, aż pochodnia niemal całkowicie nie zgasła i zaczęła kopcić kłębami najpierw siwego, a z każdą kolejną chwilą coraz ciemniejszego dymu, który gęstniał w oczach. Gęstniejąc zaś, zaczął przybierać kształt przypominający ludzką postać. Dym kłębił się wokół półmaterialnej istoty niczym płaszcz okrywający cień. Zjawa wyrastała coraz wyżej, jednak nadal pozostawała na granicy widzialności. Przerażony Ravel na ułamki sekund potrafił wychwycić wystający spod cienia zarys kościstej, popielatej twarzy czy ciemnej szaty, po czym rozmywał się on przy kolejnym uderzeniu serca.

    - Nie uciekniesz przede mną… - rozległ się zgrzytliwy, chrapliwy głos, w którym dawało się jednak wyczuć lekki ton rozbawienia. – Nie opieraj się… To już nieistotne… Twoje życie… nie jest ważne… Teraz moje… Należysz do mnie… - Ravel nie był pewien, czy to wiatr niósł ten mrożący krew w żyłach głos, czy rozlegał się on bezpośrednio w jego umyśle. Mężczyzna zebrał w sobie całą odwagę i skoncentrował się w rozpaczliwej próbie.

Rozpostarł szeroko ręce, po czym złożył je blisko siebie na wysokości klatki piersiowej. Cały zadygotał, a ciemne włosy zmierzwił podmuch energii pulsującej ze sfery otaczającej jego dłonie. Wykrzyczał inkantację i  z impetem wypchnął ręce przed siebie, wysyłając w cienistą istotę potężną falę energii w postaci rozwibrowanego jasnego promienia, który już miał pochłonąć przeciwnika, ale tuż przed nim napotkał barierę utkaną z dymu i cienia, uderzając w nią z hukiem. W następnym momencie zwrotna fala uderzeniowa wyrzuciła Ravela za blanki, a gdy uderzył po kilku sekundach w taflę wody, stracił przytomność…

Świadomość zaczęła przebijać się do Ravela tak, jakby chciała siłą wyważyć drzwi w jego głowie. Pulsujący ból wewnątrz czaski zaczął powoli ustawać, a Ravel zdecydował się otworzyć oczy. Przez chwilę przyzwyczajał wzrok do ciemności, by zorientować się, że coś tu bardzo nie pasuje. Zdezorientowany rozejrzał się na boki i ujrzał przed sobą wypełniony chaosem loch. Szarpnął się, lecz przykuty łańcuchem do metalowej obręczy umocowanej nad jego głową do kolumny podtrzymującej strop nie mógł nic zrobić.  

Nim jednak miał czas zastanowić się, co tu się dzieje i dlaczego, zamiast płynąć z nurtem rzeki albo obijać się o wystające z wody ostre skały rozcinające jego ciało, znowu jest w lochu, ktoś stanął obok niego i potężnym ciosem topora zdruzgotał łańcuch jego kajdan. Ravel opadł na kolana, ale przytrzymała go silna ręka łysego mężczyzny ze świeżą blizną przecinającą jego twarz pod prawym okiem.

    - Wstawaj i walcz, magiku – krzyknął w zgiełku Lacarl do Ravela i ruszył z toporem na atakujące go bestie…

 

piątek, 17 stycznia 2025

GWIEZDNE WOJNY: ZAŁOGA ROZBITKÓW (2024-2025) - RECENZJA SERIALU

 
Gwiezdne Wojny, w ostatnich latach ograniczone do produkcji serialowych, przeżywają trudny czas i wielu fanom entuzjazm ostudził się znacząco, zwłaszcza po nieudanym Akolicie. LucasFilm postanowił jednak zaskoczyć widzów udaną produkcją odwołującą się do klasycznych dzieł z lat 80. XX wieku utrzymanych w klimacie filmów o nastolatkach dla nastolatków, które pomimo lżejszego tonu nie stroniły od mroczniejszych i poważniejszych akcentów.


Showrunnerem serialu Skeleton Crew jest Jon Watts, który w swoim dorobku zapisać może między innymi ostatnią trylogię przygód Spider-mana: Homecoming, Far From Home, No Way Home, a także ubiegłoroczny film Wolfs. Wyreżyserował on pierwszy i ostatni odcinek serialu. Przy okazji tej produkcji udało się zebrać solidną ekipę reżyserów, bowiem swoje odcinki odnotowali m.in. David Lowery (Zielony Rycerz, Gentleman z rewolwerem, Mój przyjaciel smok), Daniel Kwan i Daniel Scheinert (Wszystko wszędzie naraz, Człowiek-scyzoryk), Jake Schreier (seriale Kidding i Awantura oraz nadchodzący film Marvela Thunderbolts*), Lee Isaac Chung (Twisters, Minari) oraz weteranka seriali spod szyldu Gwiezdnych Wojen, Bryce Dallas Howard (aktorsko najbardziej można ją ostatnio było kojarzyć z serii Jurassic World, reżysersko The Mandalorian, Book of Boba Fett).

Nad scenariuszem Wattsowi pomagał Christopher Ford (obaj pracowali przy wszystkich odcinkach), a wcześniej kolaborowali przy okazji takich produkcji jak Homecoming, Radiowóz, Klaun, The Fuzz. Dwa odcinki ponadto napisała Myung Joh Wesner (High potential, Śmierć i inne szczegóły). Za muzykę odpowiadał Mick Giacchino, którego niedawno słyszeć można było przy okazji serialu Pingwin, natomiast za kamerą stanęli Sean Porter (Green Book, The Greatest Beer Run Ever, Old Man) oraz David Klein (The Mandalorian, Book of Bobba Fett, Homeland, True Blood).


Serial osadzony w Odległej Galaktyce rozgrywa się w okresie tzw. Mandoverse czyli kilka lat po oryginalnej trylogii filmów George'a Lucasa i upadku Imperium. Śledzimy w nim losy czwórki dzieci z tajemniczej planety, która na myśl przywodzi amerykańskie przedmieścia i zupełnie normalne jak na gwiezdnowojenne warunki spokojne życie.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Początkowo głównym bohaterem wydaje się być Wim (Ravi Cabot-Conyers, kojarzyć przede wszystkim można rolę głosową Antonio w Naszym magicznym Encanto) – dzieciak pogrążony w świecie fantazji o staniu się rycerzem Jedi. Wychowywany samotnie przez ojca, który poświęca mu zbyt mało czasu ze względu na pracę, Wim najchętniej spędza czas ze swym przyjacielem Neelem (Robert Timothy Smith, Dear Santa), dużo mniej myślącym o kosmicznych przygodach przedstawicielem rasy Myykian, czyli humanoidalnych słoni. Ich losy krzyżują się z duetem dziewczyn – awanturniczą i pewną siebie Fern (Ryan Kiera Armstrong, epizod w Czarnej wdowie oraz seriale Ania, nie Anna, American Horror Story i filmy PodpalaczkaThe Old Way) oraz cichą, inteligentną oraz cybernetycznie usprawnioną KB (Kyriana Kratter, United States of AI), gdy odnajdują w lesie wrak statku kosmicznego i niechcący opuszczają planetę At Attin, pokonując strzegącą ją Barierę.

Na pokładzie statku, poza kilkoma szkieletami, odnajdują starego droida SM-33 (Nick Frost, Wysyp żywych trupów, Hott Fuzz, Truth Seekers, Into the Badlands, Królewna Śnieżka i Łowca oraz Łowca i Królowa Lodu [całe życie myślałem, że to jeden i ten sam film…], Get Away czy seriale Nierealne oraz Dlaczego kobiety zabijają), który akceptuje Fern jako swego nowego kapitana i zabiera dzieci do kosmicznego portu pełnego piratów. Tam wpadają w tarapaty, konfrontując się z załogą kapitana Brutusa (głosu udzielił mu znany aktor głosowy Fred Tatasciore). Z celi pomaga im uciec Jod Na Nawood (Jude Law, w ostatnich latach znany z ról w dwóch filmach o Sherlocku Holmesie, z seriali Młody papież i Nowy papież czy z roli młodego Albusa Dumbledora w serii filmów Fantastyczne zwierzęta). Jod okazuje się być użytkownikiem Mocy, którego dzieciaki postrzegają (choć niektórzy z wątpliwościami) jako rycerza Jedi, lecz widzowie szybko rozpoznają w nim kapitana Silvo ze sceny otwierającej serial – obalonego przez Brutusa poprzedniego kapitana załogi piratów. Jod nawiązuje porozumienie z grupą dzieci pragnących wrócić na rodzinną planetę, która skrywa legendarny skarb, ich tropem zaś podążają bezwzględni piraci…


Serial czerpie garściami z wielu różnych produkcji, przede wszystkim z filmu Richarda Donnera pt. Goonies, ale również z E.T., Wyspy skarbów, Planety skarbów czy różnych produkcji studia Amblin Entertainment (założonego przez Stevena Spielberga i obecną szefową LucasFilm, Kathleen Kennedy) ukierunkowanych w nieco młodszą widownię – gatunek filmów, który w ostatnich latach bardzo podupadł, czyli przygodowych produkcji familijnych dających czystą zabawę. W połączeniu zaś z Gwiezdnymi Wojnami, jednym z koronnych przykładów tzw. Kina Nowej Przygody, otrzymujemy solidną produkcję dającą nam tajemnicę do odkrycia, skarb do odnalezienia, piratów do pokonania i przede wszystkim dziecięcą przyjaźń do celebrowania.

To, czy Załoga Rozbitków kliknie z widzem, będzie zależało przede wszystkim od recepcji dziecięcej obsady, elementu tak trudnego do zrealizowania na wysokim poziomie na małym i dużym ekranie. W mojej opinii udało się to bardzo dobrze, a cała czwórka dzieci, prezentująca różne charaktery i archetypy postaci, jest sympatyczna i widz nie musi wybierać ulubionego bohatera, tutaj każdy może być tym ulubionym w zależności od odcinka i ekranowych okoliczności. A ich relacje z Jodem oraz droidem SM-33 dodają dodatkowego smaku tej potrawie. Jude Law świetnie odnajdywał się w roli łączącej w sobie odrobinę komizmu i szczyptę mroku, ale przede wszystkim wiele buńczucznego uroku łajdaka w typie Hana Solo. Jod, otoczony nimbem tajemniczej przeszłości i znajomością Mocy pirat, za którym ciągnęły się różne niechlubne występki popełnione pod wieloma różnymi imionami i przydomkami, emanował aurą przyciągającą uwagę widza.

Serial dobrze wypadł pod względem wizualnym. Zdecydowana większość efektów specjalnych wykonana była solidnie, a twórcy w wielu miejscach wspierali się staroszkolną technologią wykorzystywaną jeszcze przez ekipę Lucasa przy pierwszej trylogii. Dużo elementów praktycznych, kostiumów i fizycznych lokacji nadawało realności temu, co obserwowaliśmy na ekranie i budowało wyjątkowy klimat. Do tego przyjemna muzyka Micka Giacchino celująca w miks science-fiction family fantasy z „ejtisowym” vibem piracko-przygodowym dopełniała całości.

Z odcinka na odcinek poznawaliśmy kolejne elementy układanki dotyczące tajemnicy stojącej za planetą At Attin i jej miejscu w Odległej Galaktyce – co było w niej takiego wyjątkowego, dlaczego została ukryta i jakie skarby skrywa oraz dlaczego społeczeństwo wygląda tam w ten określony sposób. Również stopniowo nasza drużyna dzieciaków zacieśniała między sobą więzi, zaczynając od dwóch par przyjaciół, a kończąc na uzupełniającej się i współpracującej ze sobą czteroosobowej ekipie. Wszystko wiodło zaś dość naturalnie pewnymi utartymi tropami i nawet jeśli czasem wpadało w koleiny przewidywalności, to wykonanie dawało jednak satysfakcję, bo „tak właśnie powinno być” i dostrzegając pewne elementy, czekaliśmy aż powrócą na dalszym etapie historii.


Serial nie odpowiedział na wszystkie pytania, jakie zadawali sobie widzowie i nie wyjaśnił wszystkich zasygnalizowanych tajemnic, natomiast dość otwarte zakończenie sugerować może, że to nie jest ostatnia przygoda, na jaką wyruszymy z Załogą Rozbitków. Niestety pozytywne przyjęcie serialu przez krytyków i widzów może nie wystarczyć, bowiem serial borykał się ze stosunkowo niską widownią na początku emisji (zarówno ze względu na odseparowanie historii od szerszej historii Gwiezdnych Wojen jak i niesmak, jaki pozostał po Akolicie oraz brak zaufania do LucasFilmu), choć słupki podobno rosły. Moje oczekiwania względem serialu zostały jednak spełnione i choć sam finał może nie był w pełni satysfakcjonujący, to serial nie zostawiał nas co odcinek z bólem głowy i pytaniami „jak?” i „dlaczego?”, oferując za to miłą przygodę z barwnymi postaciami. Trudno jest mi się do czegoś konkretnego przyczepić, gdyż serial to co sobie zamierzył, zrealizował bardzo porządnie. Rozczarowuje jak zwykle na Disney+ krótki metraż odcinków oraz mało czasu i miejsca na pogłębienie postaci, ich relacji i szersze wyeksponowanie świata.

Podsumowując, Załoga Rozbitków to bardzo przyjemny serial. Dzieciaki były spoko, Jude Law był świetny, droid był super, klimat był dokładnie taki, jak oczekiwałem i chcę więcej. Jeden z najlepszych seriali z uniwersum Gwiezdnych Wojen, wystarczy nieco wyjąć kij z dupy i otworzyć umysł oraz dać się porwać dziecięcej przygodzie jak za dawnych lat. Star Wars: Skeleton Crew oceniam na bardzo solidne 7/10 i polecam nie tylko fanom tej franczyzy.




poniedziałek, 6 stycznia 2025

TOP 10 OCZEKIWANYCH FILMÓW I SERIALI W 2025 ROKU

W 2025 roku fanów popkultury czeka wiele ciekawych produkcji, dlatego postanowiłem przygotować swoje zestawienie 10 najbardziej oczekiwanych filmów i seriali, kolejność przypadkowa.



Jako że entuzjazm do filmów komiksowych u mnie nie zanikł, nadal czekam na całą superbohaterszczyznę jaką zaoferuje nam Marvel i DC, zwłaszcza że w mojej opinii mogą to być ciekawe produkcje. Kapitan Ameryka 4, Thunderbolts* i kolejna wersja Fantastycznej Czwórki oraz Superman mogą dać wiele frajdy w kinie. Najbardziej czekam na Thunderbolts, najbardziej boję się o Fantastyczną Czwórkę.





W gatunku kina akcji moją uwagę zaprząta przede wszystkim Ballerina osadzona w świecie Johna Wicka, po pierwsze bo to John Wick, a po drugie kolaboracja Keanu Reevesa i zjawiskowej Any de Armas może przynieść bardzo energetyczny seans. Do tego również wywodzący się od twórców Johna Wicka Nobody 2 z Bobem Odenkirkiem, który zaskoczył komediowym twistem.



Polski rodzynek w tym serniku, czyli Chopin, Chopin!, głośna superprodukcja o polskim kompozytorze może odbić się szerokim echem w naszym kraju.


W gatunku live action remake znanych i lubianych animacji w tym roku palmę pierwszeństwa dzierży u mnie Jak wytresować smoka, bo bardzo lubię tę serię i kibicuję projektowi, w przeciwieństwie do takiej Królewny Śnieżki czy obojętnego mi Lilo i Sticha.


Jak Pan James Cameron kręci film, to wszyscy czekają. Trzecia odsłona Avatara znowu rozwali box-office i dostarczy fanom niezwykłych wrażeń. Niebieskie smerfy rozpierdalają kosmos 3D, tylko w kinach!


Ukoronowaniem zestawienia jest fascynujący i intrygujący film Joon-ho Bong, czyli Mickey 17. Science-fiction w gwiazdorskiej obsadzie zawsze znajduje się u mnie na radarze, a na ten film fani czekają już od dawna.


Dużo trudniej przewidywać w kwestii seriali, bo okres promocyjny w tej gałęzi przemysłu jest znacząco skrócony względem kina i wobec większości tych produkcji nie mieliśmy jeszcze zwiastunów i potwierdzonych dat premier. Jest tu jednak kilka głośnych powrotów uniwersów, na które bardzo liczę.


Na Disney+ z pewnością będę oglądał drugi sezon Andora, bo pierwszy był topowy. Z niecierpliwością czekam również na powrót po latach Daredevila, któremu po drobnych perturbacjach bliżej ma być do czwartego sezonu niż miękkiego rebootu. Z zaciekawieniem też spojrzę na Obcego: Ziemię, bowiem za produkcją tegoż stoi fantastyczny Noah Howley.




HBO MAX jak zwykle szykuje kilka potężnych bangerów: The Last of Us wraca z drugim sezonem, fani otrzymają nieco luźniejszy w klimacie spin-off Gry o tron w postaci Rycerza Siedmiu Królestw, uniwersum DC zaserwuje nam powrót kuriozalnego, ale świetnego Peacemakera oraz Witamy w Derry - prequel do serii It, w której obserwować będziemy początki Pennywise’a w miasteczku Derry.





Na Netflixie otrzymamy z pewnością pizdylion seriali, w tym ostatni sezon Stranger Things i trzeci sezon Squid game, jednak z nimi jestem na bakier i mam spore zaległości. Ja na pewno będę czekał na drugie sezony Sandmana i Wednesday.



Na Amazon Prime Video wróci między innymi Koło czasu z kolejnym sezonem, mnie jednak bardziej będzie interesował powrót Invincible - podzielenie drugiego sezonu na dwie części w niczym produkcji nie pomogło i liczę, że trzeci sezon będzie powrotem do wysokiej formy.



 

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...