Gałęzie drzew z trzaskiem uginały
się pod naporem wiatru, zrzucając ostatnie uschłe liście. Powykręcane konary
zawodziły wśród wyjącej nawałnicy. Stalowoszare chmury mknęły po niebie, a z
oddali dochodził huk gromu nadciągającej burzy.
Woźnica
ściągnął wodze konia, a furmanka zatrzymała się tuż przed rozstajem, na środku
traktu, do którego z jednej strony przylegał las. Stała tam niewielka drewniana
kapliczka, a obok niej, na konarze potężnego dębu, wisiała młoda kobieta.
Ubrana była w prostą szarą suknię obrębioną czerwoną nicią, a na klatce
piersiowej i brzuchu dostrzec można było brunatne plamy krwi. Twarz jej jeszcze
nie posiniała, a przekrzywiony nienaturalnie nos i spuchnięte usta pokryte
zakrzepłą krwią. Długi, jasny warkocz opadał przez ramię, sięgając niemal pasa.
„Obwiesili ją pewnikiem niedawno,
bo lico ma jeszcze rumiane, a i zwierzęta i ptaki nie zajęły się ciałem” –
pomyślał woźnica, po chwili jednak ruszył dalej, by wrócić przez zmierzchem do
domu lub chociaż schronić się przed zbliżającą się burzą, a trup kołysał się na
wietrze.
O
poranku w przeciwnym kierunku zmierzała niewielka kupiecka karawana złożona z
dwóch nakrytych plandekami wozów wyładowanych towarem i czterech konnych
jeźdźców eskorty. Mężczyźni przekrzykiwali się, obrzucając się inwektywami i
przechwałkami. Przy drzewie wisielca zatrzymali się tylko na chwilę, po czym
ruszyli dalej, teraz jednak konwersując znacznie mniej rubasznie. Trup kołysał
się niemrawo na wietrze.
Za
karawaną ostrożnie śledził bezpański pies, wychudzony i pokryty strupami
gojących się wciąż ran. Stanął przy dyndających na sznurze zwłokach. Nogi
kobiety znajdowały się dobre dwie stopy nad ziemią, a pies ostrożnie zaczął
obwąchiwać buty dziewczyny. Gdy jednak zbliżył nos do ciemnobrązowych
trzewików, wyszczerzył zęby i zawarczał, cofając się powoli i groźnie mierząc
trupa wzrokiem. Trwało to jednak tylko mgnienie oka i pies odbiegł skomląc z
cicha, a trup kołysał się niemrawo na wietrze.
Po południu na rozdroże wjechał samotny jeździec. Kobieta siedziała po męsku na
gniadej klaczy, a ubrana była w szarozielony kubrak i pelerynę. Przy siodle
przytwierdzony miała kołczan z łukiem. Odrzuciła z głowy kaptur, spod którego
wysypały się bujne kasztanowe włosy. Na dłuższy moment zawiesiła wzrok na
twarzy dziewczynki.
„Mogłabym być jej matką…” –
pomyślała kobieta, choć jej oblicza nie zdobiły jeszcze zmarszczki i nie czuła
się staro. Nieprzyjemny grymas wykrzywił jej twarz, gdy więcej niepokojących
myśli wypełniło jej umysł, ale szybko uspokoiła emocje, a ze stuporu wyrwało ją
krakanie wron. Kobieta rozejrzała się dookoła i spostrzegła, że na gałęziach
pobliskich drzew zaczęły przysiadać czarno-siwe ptaki. Trzymały się jednak w
pewnej odległości od drzewa wisielców. Wszystkie zdawały się obracać dzioby, to
raz patrząc na wisielca to na jeźdźca.
Kobieta
kazała klaczy wspiąć się na niewielką skarpę, na której rosło drzewo i zbliżyła
się do wisielca, a po chwili wahania wyjęła z pochwy u pasa krótki miecz i
zamachnęła się, by odciąć sznur. W momencie, gdy ostrze zetknęło się z liną, od
lasu powiał nagle przenikliwie zimny wiatr, a dziewczyna otworzyła oczy i wpiła
w kobietę lodowato puste spojrzenie, zanim runęła w dół…
Koń
zarżał i stanął dęba, a kobieta ledwo utrzymała się w siodle. Zeskoczyła z
grzbietu klaczy i odprowadziła na trakt niespokojne zwierzę, gładząc je po
grzywie i szyi.
„Może mi się tylko przywidziało…” –
pomyślała kobieta, przywiązując konia do kapliczki. Ostrożnie podeszła do
leżącej w trawie dziewczyny i wzdrygnęła się, gdy ujrzała jej twarz, którą
zdobiły teraz duże bladoniebieskie oczy. Ciałem niemrawo ruszającej się
dziewczyny wstrząsały dreszcze, jakby wyszła właśnie z zimnej wody. Na jej
twarzy widać było wyraz dezorientacji i zagubienia. Łowczyni nie wiedziała, jak
się zachować, ale przemogła strach i podeszła do podnoszącej się z ziemi
jasnowłosej dziewczyny, ujmując ją za ramię.
Dziewczyna,
na oko kilkunastoletnia, była od niej przynajmniej o głowę niższa, a ciało
miała drobne i wiotkie, mimo to kobieta czuła przed nią respekt. Do tej pory,
choć wierzyła w magię i złe moce, starała się racjonalnie oceniać rzeczywistość
i nie dopatrywać się ich działania wszędzie wokół. Teraz jednak nie miała
pewności.
-
Jestem Rosa Ana Almaret, ale możesz mi mówić Rosana – powiedziała łagodnie. – Czy nic Ci nie jest? – kobieta nie
doczekała się odpowiedzi. Łowczyni instynktownie sięgnęła do okalającego szyję
stryczka, by zdjąć sznur, jednak wówczas powstrzymała ją dziewczyna,
błyskawicznie chwytając jej wyciągniętą rękę w uścisk zimnych, silnych palców.
Rosana w oczach dziewczyny zobaczyła coś takiego, że dreszcz przebiegł po jej
plecach. Cofnęła dłoń, a dziewczyna uśmiechnęła się przelotnie kącikiem ust.
-
Jak Ci na imię? Skąd pochodzisz?
Cisza.
Kobieta z wyrazu twarzy dziewczynki wyczytywała, że ta rozumie, co się do niej
mówi, jednak nie mogła lub nie chciała odpowiedzieć. Rosana posadziła ją
delikatnie na ziemi, gdyż dziewczyna słaniała się na nogach. Tym bardziej
zaskakująca była siła, z jaką chwyciła ją za rękę.
-
Wszystko w porządku, dziecko? Jak mogę Ci pomóc? Rozumiesz, co mówię?
Cisza,
a jedyną reakcją było delikatne przekręcenie głowy i błysk zaciekawienia w
błękitnych oczach oraz kolejny lekki uśmieszek. Rosana przyjrzała się jej
twarzy. Złamany nos i rozbite usta sugerowały, że przed powieszeniem została
pobita.
„Może ma wstrząs mózgu i dlatego
tak się zachowuje? A może to szok po tym, co przeżyła? I w ogóle jak, na
wszystkich bogów, przeżyła? Musiała już tu wisieć jakiś czas, nie wygląda na
to, by ktoś powiesił ją tuż przed moim przybyciem. Ubranie ma całe mokre, ale
to chyba niemożliwe, by wisiała tu od wczorajszej burzy. Nie, na pewno nie…”
W
głowie kobiety kłębiło się mnóstwo myśli i pytań, ale zmusiła się do opanowania
emocji i objęła bardzo delikatnie dziewczynkę ramieniem. Ta nie zareagowała w
żaden sposób.
-
Nie chcesz czy nie możesz mówić? Chcę Ci pomóc, ale nie wiem jak. Nie mogę Cię
tutaj tak po prostu zostawić. Wiem, że jest Ci ciężko, ale musisz mi zaufać i
dać mi jakikolwiek znak. – wyrzuciła z siebie kobieta z wyczuwalną troską i
wtedy dziewczynka uśmiechnęła się, złapała lewą ręką dłoń Rosany, a prawą
wyciągnęła w kierunku kapliczki i długim, smukłym palcem wskazała na konia.
Łowczyni
pomogła jej wstać i wsiąść na siodło, jednocześnie starając się uspokoić klacz,
której bliskość dziewczynki najwidoczniej przeszkadzała. Odwiązała konia od
kapliczki, wskoczyła na siodło za dziewczyną i ruszyła stępa traktem
prowadzącym do najbliższej osady.
Rosana
prowadziła konia, a przed nią w siodle nieruchomo jak głaz siedziała
dziewczyna. Nie odezwała się ani słowem, a Rosana postanowiła nie naciskać.
Jeszcze. Chciała dojechać do pobliskiej wioski licząc, że ktoś rozpozna
dziewczynę albo ta sama zareaguje na znajome miejsce. Nie wiedziała jednak co
dalej, na razie jednak postanowiła zdać się na los i obserwować rozwój
wypadków.
Gdy
dotarły do pierwszej osady i Rosana zamierzała zatrzymać się w niej, dziewczyna
nie chciała zejść z konia i w końcu, jakby ze zniecierpliwieniem wskazała
dłonią trakt prowadzący dalej na wschód. Sytuacja powtórzyła się w kolejnej
napotkanej wsi. Gdy o zmierzchu dotarły do trzeciej osady, Rosana postanowiła,
że na dziś już ma dość.
-
Trzeba dać koniu odpocząć. I nam też, nie będziemy jechać nocą – odpowiedziała jej
głucha cisza, ale gdy Rosana zeskoczyła z konia i chciała ściągnąć z niego
dziewczynę, ta zgrabnie zsunęła się z siodła. Rosana zostawiła milczącą przy klaczy
i poszła do najbogaciej wyglądającej sadyby, by znaleźć dla nich nocleg w
stajni i coś do jedzenia. Uboższa o kilka monet wróciła do dziewczyny i
zaprowadziły konia do stajni, a towarzyszący im gospodarz z zaciekawieniem i
niepokojem spoglądał na pętlę zadzierzgniętą na szyi jasnowłosej.
-
Nadal nie chcesz nic mówić, tak? – zapytała Rosana, gdy wieczorem obmywała wodą z
cebra zaschniętą krew z twarzy dziewczynki. Siedziała nieruchomo, nie reagując
na dotyk łowczyni, ale gdy Rosana znów sięgnęła do sznura, złapała ją mocno za
rękę, wbijając w nią zimne spojrzenie.
-
Nie chcesz, to nie mów, ale chciałabym wiedzieć, jak mogę Ci pomóc. Czy
mogłabyś chociaż gestem czy ruchem głowy dawać mi znaki i odpowiedzieć na
proste pytania?
Dziewczyna
po chwili nieznacznie skinęła głową, co spotkało się z zaskoczeniem Rosany. Nie
oczekiwała jakiejkolwiek realnej reakcji. Teraz tylko pozostawała kwestia,
jakie pytania zadać, by uzyskać pomocne odpowiedzi. Do głowy w pierwszej chwili
przychodziły jej same pytania „dlaczego?” i „jak?”.
-
Czy zdradzisz mi, jak się nazywasz albo chociaż jak się do Ciebie zwracać? –
zaczęła Rosana, a dziewczyna przechyliła w zamyśleniu głowę, po czym prawą
dłonią wskazała na siebie i potrząsając zwisającą końcówką sznura.
- Nie rozumiem… wrócimy do tego później. Jak mogę Ci pomóc? Czy mam zabrać Cię do
domu? Masz jakąś rodzinę w okolicy? – kobieta zorientowała się, że wyrzuciła z
siebie zbyt dużo pytań, więc zaczęła jeszcze raz, tym razem spokojniej.
-
Czy chcesz wrócić do domu? – dziewczyna nieznacznie pokręciła głową w geście
zaprzeczenia, po czym wskazała palcem na sztylet, który Rosana miała u pasa.
Kobieta milczała przez chwilę, po czym zapytała:
-
Czy chcesz wywrzeć pomstę na tym, któr Cię skrzywdził? - W oczach
dziewczyny, do tej pory zimnych i pustych, błysnął jaśniejszy refleks emocji, a
twarz wykrzywiła się w złowrogim uśmiechu.
- Czy potrafisz jego lub ich
rozpoznać albo wiesz, jak ich znaleźć? – odpowiedziało jej potakujące skinienie,
a Rosanę zmroziła emanująca z tej drobnej dziewczyny siła i determinacja. Było
w niej coś nienaturalnego, co jednocześnie odsuwało i przyciągało. Rosane nie
potrafiła odmówić tej dziewczynie, chociaż o nic nie prosiła i łowczyni
zastanawiała się, czy wypływa to skądś jeszcze niż samo współczucie i empatia.
Gdy Rosane skończyła wycierać
twarz dziewczyny, ta chwyciła gomółkę sera, którą na ławie zostawiła im
gospodyni, po czym położyła się na przygotowanym w słomie posłaniu i przykryła
się derką. Nim jednak zamknęła oczy, powiedziała cicho słabym, chropowatym
głosem:
-Vaenelis.
Rosana długo jeszcze
siedziała na ławie w milczeniu, zanim położyła się spać. Na całe szczęście sen
przyszedł szybko.
Rankiem dziewczyna nie
chciała udzielić żadnych konkretnych odpowiedzi, a może pytania Rosany były
niewłaściwie zadane, więc po szybkim śniadaniu kobiety ruszyły w dalszą drogę,
którą wskazała bez wahania Vaenelis. Łowczyni nie wiedziała, skąd dziewczyna za
drogę, ale nie komentowała tego i dawała jej prowadzić, a Vaenelis tylko raz
ociągała się z wyborem traktu na rozstaju dróg.
Po południu dotarły do
okazałej osady z gęstą zabudową, kamienną świątynią w centrum i murowaną
karczmą przy niewielkim rynku. Gdy wjechały na plac, większość kramarzy zwijała
już stragany. Rosana skierowała konia w kierunku karczmy, przed którą przy
ławach siedziało grono mężczyzn, śmiejąc się i popijając piwo. Nagle Vaenelis
złapała Rosanę za dłoń trzymającą wodze i wyszeptała głucho:
- Oni.
Łowczyni wzdrygnęła
się, gdy niepasujący do aparycji głos wydobył się z ust dziewczynki i
popatrzyła po mężczyznach. Wyglądali na bandę zabijaków liczącą więcej niż pół
tuzina silnych, rosłych chłopów. Ubrani byli w nabijane ćwiekami skórzane kurty
lub pikowane kaftany. Ich oblicza zdobiły liczne szramy i blizny świadczące o niejednej
potyczce, jaką stoczyli. Kilku grało w kości, kilku przekrzykiwało się śpiewając
jakąś sprośną piosenkę, a kilku siedziało tylko i w milczeniu pociągało łyk za
łykiem z glinianych kufli.
Zanim Rosana wymyśliła,
co zrobić, Vaenelis zeskoczyła z gracją z konia, co zwróciło uwagę biesiadujących
mężczyzn, którzy zaczęli z uwagą przypatrywać się podchodzącej do nich dziewczynie.
Z ławy podniósł się dostatnio ubrany w porównaniu z resztą zgrai, szczupły i
wysoki mężczyzna w ciemnym kaftanie, noszący na piersi nieco już zmatowiały
ryngraf z trudnym do odszyfrowania wizerunkiem herbowym. Zmierzył dziewczynę
przenikliwym, złowrogim spojrzeniem i krzyknął tubalnym, nieprzyjemnym głosem:
- A czego Ty tu chcesz,
powsinogo? Czy myśmy Cię, przypadkiem, aby nie obwiesili przed trzema dniami? Co
to ma znaczyć, dziewko? Skądeś tu i po co? – mężczyźni zamarli i wszyscy
wlepili kaprawe spojrzenia w Vaenelis. W ciszy, która zapadła, można było
słyszeć pojedynczo rzucone przekleństwa.
- Mówiłem, Vilerem, że
trzeba było jej pospołu wygodzić przed strykiem, aleś zarzekał, że czasu nie ma,
bo jaki pościg może za nami iść! - krzyknął wstawionym głosem jeden ze zbirów
siedzący przy stojącym herszcie i uderzył pięścią o blat stołu oraz czknął
donośnie. – Nie wygodzilim jej, to teraz nas zjawa nachodzi! Ale to się da
jeszcze naprawić… - zarechotał donośnie, ale tylko nieliczne głosy dołączyły do
niego niemrawo, większość z mężczyzn wpatrywała się w dziewczynę i pętlę sznura
owiniętą wokół szyi.
Nagle dziewczyna
wyciągnęła przed siebie rękę z rozpostartymi palcami, po czym gwałtownie
zacisnęła ją w pięść, jakby łapała coś w garść, a rechoczący mężczyzna zakrztusił
się, zacharczał i zarzęził, po czym padł nieprzytomny głową na stół, a na placu
rozległ się zimny, stanowczy i nienaturalny głos dziewczyny, od którego zawibrowało
powietrze:
- Przyszedł wasz kres, Bezduszni.
Całun śmierci otoczy was, gdy zamknę Wam powieki i już żadne zło przez was
uczynione nie będzie. Zgaśniecie jak płomienie świecy zdmuchnięte podmuchem
wiatru, bo taka jest moja wola. Otworzę dla was bramę Otchłani, w której otuli
was tylko ból i mrok, bowiem ja jestem An’var Verenis, Dziewica Zemsty… Ta, Która
Kroczy Ścieżką Krwi…
Rosane, nadal
obserwująca sytuację z grzbietu konia, próbowała uspokoić wierzgające zwierzę, zamiast
jednak uciekać, nie mogła oderwać wzroku od rozgrywającej się przed nią sceny.
Obserwowała jak zmieszani i skonfundowani mężczyźni gramolą się z ław i starają
dobyć broni, ale chwiejąc się obijali się jedni o drugich i wytrącali z
równowagi. Vaenelis, czy jak teraz chciała An’var Verenis, stała między nią a
bandą bez ruchu, a powietrze wokół niej zaczęło migotać i falować jak w upalne
lato. Rosana nie wiedziała, czy delikatne, ledwo zauważalne rozbłyski światła
koncentrujące się w i wokół sylwetki dziewczyny były realne czy to tylko złudzenie,
jakiemu ulegał jej wzrok. Kilku mężczyzn też chyba jednak zauważyło coś
niepokojącego, bo zaczęło niezgrabnie i niepewnie cofać się. Nadaremno.
Vaenelis rozłożyła szeroko ręce na boki, po czym wolno złączyła dłonie nad
swoją głową. Wówczas rozległ się huk i błysk, jakby uderzył w to miejsce
piorun. Wszyscy mężczyźni opuścili broń, łapiąc się to za piersi, to za głowy.
Z uszu, nosa i ust zaczęła ciec im krew, kilku zwymiotowało krwią, dwóm wypadły
gałki oczne a jednemu literalnie eksplodowało pół głowy. Po kilku chwilach
wszyscy opadli bez życia na ziemię, a przy karczmie zapanowała kompletna cisza.
Dziewczyna, obrócona do
tej pory plecami do Rosane, odwróciła się jakby nigdy nic, nie obrzucając
trupów choćby spojrzeniem i podeszła do konia. Łowczyni, oniemiała, nie mogła
wydusić z siebie głosu. Gdy przed nią na siodle umościła się dziewczyna, Rosana
usłyszała tylko krótkie:
- Jeźdźmy.
Dopiero, gdy mijały
palisadę otaczającą osadę, a Rosana odzyskała już nieco z jasności umysłu,
zatrzymała konia i zapytała dziewczyny:
- Czy nadal mam do
Ciebie mówić Vaenelis?
- Vae-ne-lis… - wymruczała
pod nosem jasnowłosa dziewczyna, sylabizując imię. – W Dawnej Mowie znaczy „pętla”…