Pierwszy
Joker zarobił wszystkie pieniądze świata i zgarnął kilka nagród (choć oceny
wielu krytyków i widzów dalekie były od zachwytów), toteż, mimo początkowej
niechęci zarówno reżysera jak i głównego aktora, Warner Brothers wyłożyło
majątek na sequel. Czy to było w ogóle potrzebne i z jakim nastawieniem
podeszli twórcy do posągu, który postawili?
Reżyserem
drugiej części ponownie był Todd Phillips, który Jokerem wybił się z
realizowanego wcześniej schematu. Do jego filmografii można bowiem zaliczyć
wiele mniej lub bardziej udanych komedii: Ostra jazda: Old school:
Niezaliczona, Starsky i Hutch, Szkoła dla drani, trylogia Kac Vegas, Zanim
odejdą wody, Rekiny wojny. Ponownie jako scenarzysta filmu wsparł go Scott
Silver, który poza Jokerem nie ma wielkiego doświadczenia pisarskiego, ale pochwalić
się może pracą nad 8. milą, The Fighter, Czasem próby i Ekipą wyrzutków.
Za
muzykę ponownie odpowiadała Hilda Gudnadottir, która za pierwszego Jokera
zdobyła Oscara, a do jej kompozytorskiego dorobku należy dopisać m.in. seriale
Czarnobyl i W pułapce oraz filmy Sicario 2: Soldado, Głos kobiety, Tar, Duchy w
Wenecji. Do roli operatora powrócił również Lawrance Sher (Diukowie hazardu,
trylogia Kac Vegas, Rekiny wojny, Godzilla II: Król potworów, Black Adam).
Film
kontynuuje historię Arthura Flecka (Joaquin Phoenix, po nagrodzonej Oscarem
roli w Jokerze w ostatnich latach choćby Napoleon, Bo się boi, C’mon C’mon),
który pod koniec pierwszego filmu odnalazł swoje miejsce w skurwiałym
społeczeństwie jako sceniczny artysta Joker, dokonując kilku morderstw, w tym
zabicie na antenie telewizji gospodarza talk show Murraya Franklina (odegranego
przez Roberta de Niro). Osadzony w więzieniu Arkham, Arthur oczekuje na
rozprawę sądową, przytłoczony pobytem w jednostce penitencjarnej. Za dobre
sprawowanie zostaje zabrany przez przełożonego strażników, Jacka Sullivana (Brendan
Gleeson, w ostatnich latach Paddington 2, Ballada o Busterze Scruggsie,
Tragedia Makbeta i Duchy Inisherin oraz seriale Mr. Mercedes i Status związku)
do skrzydła więzienia o łagodniejszym rygorze na zajęcia terapeutyczne ze
śpiewu. Tam poznaje Lee Quinzel (Lady Gaga, ostatnio można ją było widzieć w
House of Gucci czy nagrodzonych Oscarem Narodzinach gwiazdy), która
zafascynowana jest Jokerem. Rodzi się między nimi uczucie, które daje Arthurowi
motywację do wyjścia z marazmu.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Gdy
rozpoczyna się proces, po stronie oskarżyciela staje zastępca prokuratora
Gotham Harvey Dent (Harry Lawtey) wnioskujący o karę śmierci, zaś obrońcą
Arthura jest mecenas Maryanne Stewart (Catherine Keener) chcąca udowodnić
niepoczytalność Flecka i jego rozdwojenie jaźni. Arthur, znajdujący się coraz
bardziej pod wpływem Lee, z którą próbował uciec z więzienia, rezygnuje z
pomocy swojej prawniczki i postanawia samemu bronić się na sali sądowej. Proces
zaś wzbudza ogromne kontrowersje społeczne, bo anarchistyczny ruch społeczny,
który nieświadomie rozpoczął Joker, rośnie w siłę i sprawia władzom Gotham
coraz więcej problemów. Lee Quinzel manipuluje Arthurem, by ten pokazał mediom
swoją prawdziwą twarz i zapewnia go o wspólnej przyszłości, jednak gdy ten
łamie się po śmierci współwięźnia i odrzuca Jokera – odchodzi od niego, a sąd
ogłasza wyrok kary śmierci. Rozprawa zostaje jednak przerwana przez detonację
bomby przy sądzie, a Arthur ucieka. Zostaje złapany, gdy bezskutecznie próbuje
skłonić Lee do powrotu. Oczekując na karę śmierci w więzieniu, zostaje
zasztyletowany przez współwięźnia zainspirowanego osobowością Jokera.
Pierwsza
część Jokera osiągnęła ogromny komercyjny sukces i niemałe uznanie widzów, Todd
Phillips chyba jednak przestraszył się tego, jak wiele osób zinterpretowało
postać klauna, sprowadzonego do rzeczywistości komiksowego księcia zbrodni.
Dlatego też postanowił zdekonstruować mit Jokera, odbrązowić jego posąg i
sprowadzić jeszcze bardziej do skrzywdzonej przez życie, system i społeczeństwo
chorego człowieka. Albo po prostu jest jebanym dyletantem, któremu przypadkiem
wyszła pierwsza część i zachłyśnięty własną wielkością zrealizował swoją
artystyczną wizję bez względu na wszystko. Zdania są podzielone...
Dekonstrukcja postaci Jokera wcale by mi nie przeszkadzała, bo nie należałem do grona osób
zachwyconych pierwszą częścią, która niezbyt subtelnie wykładała całe swoje
przesłanie widzowi, wpychając mu je do głowy szczotką klozetową. Chętnie
przyjąłbym ciekawie zrealizowaną dekonstrukcję igrającą z oczekiwaniami widzów
(Bracia Warnerowie, better call Rian Johnson), Joker 2 był jednak po prostu
przeraźliwie nudny i nijaki. Początek filmu zapowiadał się nawet obiecująco,
ale później wszystko zaczęło się rozchodzić jak stare gacie w kroku.
Fabularnie film był mało angażującym dramatem więzienno-sądowym, który czerpał
garściami z historii gatunku, ale był przez to do bólu odtwórczy. Phoenix i Gaga grali
jakby nieco w osobnych filmach i nie czuć było między nimi chemii, która rzekomo
zaiskrzyła od pierwszego wejrzenia. Nie można się jednak przyczepić do aktorów,
bo nie mieli z czym pracować (choć Phoenix dużo świeższy był w pierwszym
Jokerze, ostatnie jego kreacje zaś niezbyt przypadają mi do gustu). Postać Harley
Quinn bazuje tylko na ekspozycji, nie widzimy praktycznie w ogóle jaka to jest
postać i nie obserwujemy jej rozwoju, a przekonany jestem, że Lady Gaga dałaby
radę pociągnąć tę postać w ciekawym kierunku. Aktorka była jedynie potrzebna
filmowi jako element marketingu sfery musicalowej.
Przechodząc zaś do tego słonia w pokoju – nie jestem fanem musicali i śpiewania w filmach, potrafię jednak swoje osobiste preferencje postawić z boku. Należy zatem stwierdzić, że sam pomysł uczynienia z Jokera 2 quasi-musicalu było decyzją tyle odważną, co w ogóle niepotrzebną. Był to jednie suchy pomysł, którego realizacja pozostawiała wiele do życzenia. Same piosenki i ich wykonanie były przeciętne (jak cały film) i powtarzały to, co bohaterowie już wypowiedzieli lub co się wydarzyło, nie popychając w żaden sposób fabuły do przodu i nie przekazując widzowi nic nowego. Każda natomiast była o tym samym, czyli wielkiej miłości Jokera o Harley Quinn. Brakującą w scenariuszu treść, bo sam pobyt w więzieniu i rozprawa sądowa Flecka to wątek niezbyt imponujący, postanowiono wypełnić na siłę piosenkami, z których zdecydowana większość działa się w głowie Jokera. Czy mówiłem już, że piosenki były średnie?
Sam z kolei finał, z eksplozją przy budynku sądu, zerwaniem relacji między Jokerem i Harley oraz zabiciem Arthura Flecka, był bardzo chaotyczny i szarpał niezbyt zgrabną już narracją. Nie stoję co prawda na nie tak znowu dalekim od prawdy stanowisku, że Phillips tym zakończeniem zesrał się na fanów Jokera, ale stoję z boku i uważnie obserwuję tę dramę z delikatnym uśmieszkiem…
Film, będący dla wielu ogromnym rozczarowaniem, może i zbiera fatalne oceny oraz recenzje, ale notuje również dramatyczne wyniki finansowe. Pozostawiony bez kontroli Phillips i spółka z nieograniczoną nieodpowiedzialnością przepalili w piecu dwieście grubych baniek dolców (tylko słaby kurs dolara do złotówki sprawia, że budżet filmu był mniejszy niż miliard złotych). Trudno też oczekiwać, żeby pojawiły się jakieś nominacje w sezonie nagród…
Podsumowując, Joker: Folie a deux czyli paranoja indukowana, dzielona przez dwie osoby, nie jest w mojej opinii filmem tak tragicznym jak głosi internetowa fama. Nadal jest tam trochę ciekawych zdjęć i muzyki, nieprzyjemnie wciągającego klimatu realistycznego Gotham i problemów społecznych oraz przyzwoitych aktorów w pojedynczych intrygujących scenach. Zabrakło jednak kreatywnego podejścia do niegłupich pomysłów i przede wszystkim solidnego, rzetelnego i wykonania, które sprawiłyby, że film nie byłby tak przeraźliwie nudny i wtórny. Drugą część Jokera oceniam na 6,5/10 i w sumie cieszę się, że nie będzie z tego trylogii, spokojnie wystarczyłby pierwszy film. Cytując zaś Komisarza Rybę „nie ma i nie było żadnego Jokera. Jokera wymyśliliście sobie wy, dziennikarze”.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz