środa, 17 lipca 2024

GLINIARZ Z BEVERLY HILLS: AXEL F. (2024) - RECENZJA

 

Po 30 latach przerwy Netflix postanowił odkurzyć popularną serię komedii sensacyjnej z Eddiem Murphym na czele, czyli Gliniarza z Beverly Hills. Czwarta część powróciła wraz z wieloma aktorami oryginalnej trylogii, którą oglądałem wiele lat temu w telewizji i pomimo ciepłych wspomnień, pamiętałem bardzo mało. Czy Eddie Murphy, jeden z bohaterów mojego dzieciństwa, nadal daje radę?


Za produkcją Netflixa stał reżyser Mark Molloy, dla którego była to pierwsza duża produkcja (a film kosztował aż 150 mln dolarów), wcześniej bowiem zajmował się kręceniem wysokobranżowych reklam (Apple, Nissan, Johny Walker, podobno też ceniony w kinie nieco bardziej artystycznym i alternatywnym) i spisał się całkiem solidnie. Za scenariusz odpowiadał zespół złożony z Willa Bealla (wspominanego ostatnio przy okazji Bad Boys 4, których scenariusze są zaskakująco podobne), oraz Tom Gormican (Nieznośny ciężar wielkiego talentu) oraz Kevin Etten (producent i scenarzysta seriali takich jak Gotowe na wszystko, Hoży doktorzy, Workaholics, Agenci Paranormalni czy Kevin can fuck himself oraz Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu). O ile reżyseria raczej daje radę, to problemów filmu upatrywałbym w scenariuszu.

Zdjęcia do filmu kręcił hiszpański operator Eduard Grau, który pomimo stosunkowo młodego wieku zebrał już spore doświadczenie w kinie europejskim (Sufrażystka, Francuska suita, Vale, Samotny mężczyzna, Pogrzebany), jednak bez styczności z dużymi hollywoodzkimi produkcjami. Wypadł jednak całkiem przyzwoicie. Za muzykę odpowiadał wspomniany niedawno Lorne Balfe oraz powracający do serii Harold Faltermeyer, twórca legendarnego motywu muzycznego (poza serią Gliniarz z Beverly Hills komponował również Top Gun), a rzeczony motyw Axela Foleya w kilku aranżacjach przebijał się przez cały film.

Gliniarz z Beverly Hills: Axel F. to produkcja mocno ukierunkowana na nostalgię i odwołania do poprzednich części, momentami aż za bardzo. Film opowiada nam po raz kolejny o Axelu Foleyu (Eddie Murphy, którego przedstawiać nie trzeba, a który po znaczącym spadku kariery zaczyna wracać do większych produkcji), ekscentrycznym i kontrowersyjnym mimo dużego stażu pracy policjancie z Detroit, który z powodów osobistych po raz kolejny udaje się do Los Angeles w sprawie związanego z bliskimi mu osobami śledztwa. Tym razem leci pomóc córce, prawniczce Jane Saunders (Taylour Paige, seriale Gracze, Hit the Floor czy The Baxters oraz filmy Kokainowy Rick, Ma Rainey: Matka bluesaka bluesa), która wplątuje się śledztwo dotyczące morderstwa policjanta pracującego pod przykrywką w narkotykowym kartelu. Sprawę tę prowadził dawny znajomy Axela, Billy Rosewood (Judge Reinhold, Beztroskie lata w Ridgemont High, Gremliny rozrabiają, Śnięty Mikołaj), którego z powodu nacisków szefa wydziału narkotykowego Cade’a Granta (Kevin Bacon, znany z takich produkcji jak JFK, Apollo 13, Footloose, Rzeka tajemnic, Zły dotyk, Frost/Nixon, X-men: Pierwsza klasa czy seriale The Following oraz Miasto na wzgórzu) zawiesił komendant John Taggart (John Ashton, mający na koncie całe mnóstwo epizodycznych ról w amerykańskich serialach lat 70., 80. i 90. XX wieku).

Axel Foley musi połączyć rozwiązywanie śledztwa z odnowieniem relacji z córką, z którą nie utrzymywał kontaktu od dłuższego czasu.  Pomaga mu w tym detektyw Bobby Abbot (Joseph Gordon-Levitt, znany z filmów takich jak Niesamowici bracia Bloom, Snowden, Don Jon, Looper, Incepcja, Proces Siódemki z Chicago, Mroczny Rycerz powstaje), który był w związku z córką Foleya.

Film całkiem sprawnie nakręcony z solidną akcją, kaskaderką i efektami praktycznymi, ale kulejącymi efektami CGI, których jednak nie ma zbyt dużo. Konceptualnie stojący jednak w rozkroku – z jednej strony starający się odtworzyć klimat oryginalnej trylogii i sensacyjnych komedii, z drugiej serwujący mnóstwo nostalgii, fanserwisu i meta-komentarza odnoszącego się do poprzednich filmów. Film za dużo czasu poświęca pobocznemu wątkowi budowania relacji ojca z córką, a za mało na soczystą komedię lub mięsistą akcję. Fabuła ponadto jest bardzo prosta i mało oryginalna, a im dalej w las tym staje się bardziej przewidywalna i oklepana. Jest to jednak bądź co bądź film Netflixa i nie można było oczekiwać tu jakiejś większej kreatywności, raczej po prostu „solidna netflixówa”.

Pod względem aktorskim również było nierówno – dość dużo miejsca dostali powracający starzy aktorzy jak Judge Reinhold oraz John Ashton i ja rozumiem, że Eddie Murphy koniecznie chciał nakręcić to z kumplami w duchu szacunku do ich postaci. Niestety fakt ten ciążył narracji, bo nie dawali ani tyle akcji, ani komedii, ani dramatu, a czas ekranowy mógł być oddany w większym stopniu w ręce Josepha Gordon-Levitta, wobec którego miałem tu większe oczekiwania, a po prostu nie miał czego grać. Przeciętnie wypadła również Taylour Paige, której z kolei pomógłby bardziej skompresowany i skrócony wątek. Osobliwą rolę miał Kevin Bacon, idący na granicy szarży w graniu antagonisty filmu (żaden to spoiler, bo to się widzi od razu, jak pojawia się na ekranie), ale dzięki swojej charyzmie wypadał przyzwoicie pomimo bardzo jednowymiarowej postaci. Na drugim i trzecim planie przemknęło kilku ciekawych aktorów jak leciwy już Christopher McDonald (Thelma i Louise, Quiz Show, Requiem dla snu, Farciarz Gilmore i mnóstwo seriali), Mark Pellegrino (Nie z tego świata, Trzynaście powodów, The Returned, Rdza ale przede wszystkim mała, choć bardzo znacząca rola Jacoba w Zagubionych), Luis Guzman (Code Black: Stan krytyczny, Narcos, Jak to się robi w Ameryce, a ostatnio przede wszystkim Wednesday) czy wracający do roli Serge’a Bronson Pinchot (ostatnio Chilling Adventures of Sabrina, A Voice in Violet, Nasza bandera znaczy śmierć).

Wszystko jednak sprowadzało się do tego, czy Eddie Murphy grający tytułową postać Axela F. da radę pociągnąć ten wózek i w mojej opinii wypadł zaskakująco dobrze. Nie była to energetyczna komediowa bomba jak w latach 80 i 90, kiedy święcił największe tryumfy, za które pokochały go miliony widzów na całym świecie, ale swoją charyzmą i urokiem osobistym spajał wszystkie lepsze i gorsze momenty filmu. Humor jest kwestią bardzo subiektywną, ale nawet jeśli nie był to ociekający żartami film to przynajmniej w wykonaniu Murphy’ego się bronił.

Początek filmu zapowiadał się bardzo obiecująco, z czasem jednak poziom zaczął spadać i utrzymał się finalnie na średnim pułapie. Porównując to z podobnym Bad Boys 4, tam początek był aoglądalny, ale później film nabrał lepszego tempa, tu było niestety odwrotnie. Gliniarz z Beverly Hills 4 jest jednak przede wszystkim komedią sensacyjną i tu wypada lepiej od konkurenta, który komediowymi wstawkami (o bardzo różnej jakości) raczej tylko urozmaicał przeładowaną akcję. Pod względem zaś scen akcji Bad Boysi 4 wypadali lepiej, choć wielokrotnie przeginali z nagromadzeniem absurdalnych sekwencji, eksploatując cierpliwość widza swoim ADHD. Delikatny melodramat (jakkolwiek zbyt długi) w Gliniarzu nie przeszkadzał jednak tak bardzo jak karykaturalny dramatyzm Bad Boysów, których oglądam już tylko ze względu na Willa Smitha (absolutnie nie czekając na występy Martina Lawrence’a), kolejnego Gliniarza z Beverly Hills zaś z wielką przyjemnością obejrzę dla samego Eddiego Murphy’ego.

Podsumowując, Gliniarz z Beverly Hills 4 miał dużo większy potencjał, który niestety nie udało się twórcom wykorzystać. Zbyt długi metraż, brak zachowania odpowiednich proporcji między scenami komediowymi i akcji względem tych bardziej obyczajowo-dramatycznych, przeładowanie filmu nostalgią i starymi bohaterami wobec niewykorzystania Josepha Gordona-Levitta, brak (poza kilkoma scenami) tego staroszkolnego pierdolnięcia akcyjno-komediowego jak w poprzednich filmach. Mając na uwadze powyższe, Gliniarz z Beverly Hills 4 nie jest dobrym filmem, ale średnim. Oglądało mi się go jednak zaskakująco przyjemnie i gdyby nie obiektywne wady obniżające jakość produkcji, przyznałbym mu z chęcią wyższą ocenę, bo bawiłem się dobrze (a nie jestem przesadnym fanem serii, choć wspominam te filmy z dzieciństwa zdecydowanie pozytywnie). Dlatego Gliniarz z Beverly Hills 4 dostaje ode mnie 6,5/10 i jeśli ktoś potrzebuje luźnego filmu na netflixowy wieczór, to spokojnie może sięgnąć po ten film. Mam nadzieję, że twórcy uwzględnią wymienione problemy i dokręcą śrubę przy kolejnym filmie, jeśli takowy jest w ogóle w planach.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...