Komedia romantyczna w historycznej scenerii sprzed pół wieku czy luźna wariacja na temat amerykańsko-radzieckiej rywalizacji w wyścigu o kosmos i lądowaniu na Księżycu? Luźny film z niezłą obsadą na spokojny wieczór z drugą połówką, który można opisać jednym słowem – sympatyczny.
Za
reżyserię filmu odpowiadał Greg Berlanti, który nie ma zbyt wiele doświadczenia
tego typu, a Fly me to the Moon (pol. Zabierz mnie na Księżyc) to jego piąty
film, poprzednim zaś był ciepło przyjęty Twój Simon. Dużo większa jest jednak
producencka filmografia Berlantiego, bowiem zaczynał on jeszcze przy Jeziorze marzeń
w poprzednim stuleciu, a w ostatnich kilkunastu latach zasłynął jako jeden z czołowych
producentów i scenarzystów telewizyjnego uniwersum DC na kanale CW (Arrow,
Flash, Supergirl, Batwoman, Black Lightning, Stargirl, Titans, Superman i
Lois), ale także seriali takich jak Riverdale, Ty, Stewardesa, Martwi detektywi,
All American).
Za
pomysł odpowiadali Keenan Flynn (znikomy dorobek scenopisarski, udzielał się
jako producent teledysków muzycznych Beyonce) oraz Bill Kirstein (niewiele
większe doświadczenie scenopisarskie, karierę do tej pory robił jako operator
kamery mający na koncie kilkadziesiąt projektów). Za scenariusz zaś odpowiadała
Rose Gilroy, dla której był to debiut scenopisarski. Jeśli jednak kojarzy Wam
się to nazwisko, to zupełnie słusznie, gdyż jest to córka scenarzysty i producenta
Dana Gilroya (oraz aktorki Rene Russo), którego braćmi są uznany reżyser i scenarzysta
Tony Gilroy oraz montażysta filmowy John Gilroy.
Muzykę skomponował uznany brytyjski twórca Daniel Pemberton (animowana
trylogia Spider-versum, seriale Kulawe konie, Great British Menu czy Hell’s
kitchen oraz filmy Kryptonim U.N.C.L.E., Steve Jobs, Król Artur: Legenda miecza,
Ocean’s 8, Yesterday, Ptaki Nocy (i niezwykła emancypacja pewnej Harley Quinn,
Enola Holmes, Ferrari). Za kamerą staną zaś nasz rodak Dariusz Wolski, ceniony
w Hollywood operator filmowy odpowiedzialny za zdjęcia do wielu filmów Ridleya
Scotta takich jak Dom Gucci, Ostatni pojedynek, Napoleon, Marsjanin, Obcy:
Przymierze, ale także 4 filmów z serii Piraci z Karaibów, Sicario 2, Mroczne
miasto, Morderstwo doskonałe, Kruk, Alicja w Krainie Czarów).
Film jest nominalnie komedią romantyczną, ale z dużo większym nacechowaniem komedii skupionej na polityce USA lat 60 i 70 oraz tym, jak rozwijał się wówczas marketing i reklama. Wątek romantyczny jest dużo bardziej subtelny i obecny w drugiej części filmu. Fly me to the Moon opowiada o tym, jak do amerykańskiej agencji NASA opracowującej program lądowania na Księżycu zatrudniona zostaje przez szemranego, wysoko postawionego agenta rządowego Moe Berkusa (Woody Harrelson, znany z True Detective, Igrzysk śmierci, Skandalisty Larry’ego Flinta, Urodzonych morderców czy ostatnio Hydraulików z Białego domu, W trójkącie i Venoma 2) specjalistka od marketingu i naciągania innych, Kelly Jones (Scarlett Johansson, której chyba szerzej nie trzeba przedstawiać). Jej zadaniem jest ponowne sprzedanie ambitnego pomysłu lądowania na Księżycu amerykańskiemu społeczeństwu coraz bardziej negatywnie nastawionemu do kosmicznego programu NASA w obliczu wojny w Wietnamie. Bez społecznego poparcia amerykański Kongres i Senat będą chciały blokować bowiem fundusze niezbędne do ukończenia marzenia prezydenta Kennedy’ego oraz przede wszystkim dyrektora lotów NASA, odpowiadającego za program Apollo Cole’a Davisa (Channing Tatum, Step up, Wrogowie publiczni, 21 Jump Street, Magic Mike, Kingsman: Złoty Krąg, Free Guy, Pies, Zaginione miasto, Bullet Train).
Kelly,
wraz ze swoją asystentką Ruby (Anna Garcia), zaczyna szeroko zakrojoną kampanię
marketingową wymierzoną tak w społeczeństwo Ameryki jak i przeciwnych finansowaniu
programu Apollo senatorom i angażuje w to niechętnego temu Cole’a oraz jego
współpracownika Henry’ego Smallsa (Ray Romano). Jednak gdy już udaje się,
pomimo rozbieżności charakteru i podejścia do tego wielkiego przedsięwzięcia,
wypracować wzajemny szacunek i zaufanie (a także rodzące się uczucie), agent
Moe zmusza Kelly, żeby na wypadek wypadku przygotowała wariant awaryjny i
lądowanie na Księżycu nakręciła na planie zdjęciowym w nieużywanym hangarze
NASA bez wiedzy Cole’a i jego zespołu inżynierów.
Film
w przyjemny dla widza sposób łączy komedię i romans z historią, ukazując pewną
jej wersję wydarzeń z perspektywy postrzegania przez społeczeństwo epokowego
wydarzenia. Twórcy nie szarżują z wątkiem miłosnym, zostawiając go na
późniejszy etap filmu, skupiając się na warstwie
komediowo-obyczajowo-politycznej. W mojej opinii był to całkiem dobry wybór,
gdyż o wiele bardziej niż relacja bohaterów Channinga Tatuma i Scarlett
Johansson interesowała mnie cała medialno-marektingowa otoczka programu Apollo
oraz rządowych nacisków w związku z wyścigiem kosmicznym z Sowietami.
W
swoich rolach udanie wypadli Tatum i Johansson, choć nie były to szczególnie
wymagające role. Dobrze oglądało się jednak tę parę na ekranie, bardziej nawet w
momentach utarczek w pracy i odmiennych charakterów niż ekranowej chemii
romantycznej. Solidne wsparcie na drugim planie zapewniali im typowy dla siebie
Woody Harrelson oraz sympatyczni Ray Romano, Anna Garcia czy ekscentryczny Jim
Rash w roli reżysera fałszywego lądowania na Księżycu.
Pod
względem scenariuszowym film był solidny, choć trochę zbyt długi i gdyby wyciąć
wątek romantyczny, to film w sumie niewiele by stracił, a dynamika między
postaciami zostałaby zachowana. Zdjęcia Dariusza Wolskiego były ok, ale nic
ponadto, choć tym razem utrzymane w ciepłej kolorystyce Florydy, miła odmiana
od zwykle szaroburych filmów Ridleya Scotta. Brakowało w mojej opinii wyrazistszej
ścieżki dźwiękowej, zwłaszcza że Daniel Pemberton udowodnił niejednokrotnie, że
stać go na więcej.
Podsumowując, film nie był wybitny, ale oglądało się go przyjemnie i sympatyzowało z bohaterami. W ostatnich latach rynek komedii romantycznych zaczyna przeżywać wzrost solidnych produkcji i z pewnością Fly me to the Moon jest takim filmem. Subtelna komedia z jeszcze subtelniejszym romansem mająca na siebie ciekawy pomysł otrzymuje ode mnie solidne 7/10, może nieco zawyżone, ale za polski wątek (nie tylko za kamerą, ale również przed nią) i debiut scenopisarski niech mają ode mnie tego plusika.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz