środa, 10 lipca 2024

BAD BOYS: RIDE OR DIE (2024) - RECENZJA


W 2020 roku filmem Bad Boys For Life powróciły po siedemnastu latach na ekrany kin Złe Chłopaki, czyli para policjantów z Miami walczących z narkotykowymi kartelami i własnymi trudnymi charakterami. Ożywienie uniwersum zapoczątkowanego przez Michaela Baya okazało się skuteczne, czy jednak twórcy obrali właściwą drogę dla ukazywania coraz absurdalniejszych przygód Mike’a i Marcusa?



Za sterami Bad Boys Ride or Die ponownie stanął współpracujący ze sobą od kilkunastu lat duet reżyserski Bilall Fallah i Adil El Arbi, dla których praca nad trzecią częścią Bad Boys była pierwszym dużym projektem (później odpowiadali również za dwa odcinki serialu Ms Mavel oraz za wyrzucony do kosza przez szefa Warner. Discovery Davida Zaslava projekt Batgirl). Do scenarzysty drugiej części Chrisa Bremnera (na jego koncie widnieje poza tym tylko Człowiek z Toronto) dołączył tym razem Will Beal (mający w swojej filmografii takie pozycje jak Aquaman, Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera, tegorocznego Gliniarza z Beverly Hills oraz odcinki seriali takich jak Castle, Training Day i Deputy).


Za zdjęcia odpowiedzialny był Robrecht Heyvaert, współpracujący z Fallahem i El Arbim przy większości ich produkcji, natomiast muzykę skomponował Lorne Balfe, mający na koncie całkiem sporo rozpoznawalnych tytułów w gatunku filmów, seriali i gier komputerowych, w ostatnich latach wymienić można by chociaż seriale takie jak Koło czasu, Mroczne materie (których motywy przewodnie z serialowych intr bardzo lubiłem), filmy jak Dungeons and Dragons: Złodziejski Honor, Gran Turismo, Black Adam czy ostatnie części Mission Impossible.


Film kontynuuje wątki rozpoczęte w poprzedniej części przygód naszych nieokiełznanych gliniarzy toczących wojnę z kartelem zalewającym narkotykami Florydę. Zmarły w poprzedniej części ich przełożony Kapitan Howard (Joe Pantoliano, znany z Matrixa, Ściganego, Memento czy Brudnych pieniędzy) zostaje wrobiony w bycie łącznikiem karteli w policji przez rzeczywistą wtykę, byłego oficera wywiadu McGratha (Eric Dane, ostatnio znany szerszej publiczności jako ojciec Nate’a z Euforii, widywany również w Chirurgach i Ostatnim okręcie). Policjanci Mike Lowrey (Will Smith, którego przedstawiać nie trzeba, a który musiał odzyskać sympatię publiki po słynnym The Slap na oscarowej gali) oraz Marcus Burnett (Martin Lawrence, znany z filmów Agent XXL, Zgon na pogrzebie, Diamentowa afera, Gang dzikich wieprzy czy Plażowy haj) muszą oczyścić go z zarzutów. Sprawy komplikują się, gdy ich śladem rusza policyjny pościg prowadzony przez szefową policji Ritę (Paola Nunez, w ostatnich latach seriale takie jak Noc oczyszczenia, Zagłada Domu Usherów, Resident Evil: Remedium czy Królowa Południa), prokuratora Lockwooda (Ioan Gruffud, Mister Fantastic w Fantastycznej Czwórce oraz role w Titanicu, Królu Arturze, Helikopterze w ogniu) oraz szeryf Judy (Rhea Seahorn, seriale Better Caul Saul, Figurantka, Whitney), gdy w wyniku ich działań z więziennego konwoju ucieka syn Mike’a, Armando Aretas (Jacob Scipio, którego można było ponadto widzieć w Nieznośnym ciężarze wielkiego talentu, Niezniszczalnych 4, Więźniach dzielnicy i… Bobie Budowniczym). Jedyną drogą do uratowania dobrego imienia, honoru oraz bliskich, którym zagraża kartel, jest totalny rozpierdol w opuszczonym parku rozrywki poświęconym aligatorowi albinosowi…


Pierwszy akt filmu to jest narracyjna umieralnia (w przenośni i dosłownie), pod względem tempa nastawiona raczej na budowanie postaci i komedię. Jedno i drugie niestety mocno zawodziło niczym wilk w księżycową noc. W drugim akcie ilość scen akcji prześcignęła komedię, by pod koniec filmu strzelanina, wybuchy oraz tani dramatyzm papierowych postaci niemal całkowicie zdominowały żarty niskich lotów. Na plus zapisać można złoczyńcę filmu, który swą aparycją i charakterystycznym głosem budował pustą na scenariuszowej karcie postać.

Już trzecia część nie podobała mi się pod względem kreowania niektórych bohaterów, ale tym razem Martin Lawrence ze swoją kreacją Marcusa Burnetta zdecydowanie przesadził i autentycznie nie mogłem na niego patrzeć. Przerysowany i kuriozalny Marcus, przeżywający duchową odnowę po zawale, ciągle pierdolący jakieś kocopoły o duszy i przeszłych wcieleniach, działa po prostu na nerwy, a nie bawi. Żeby jednak nikt nie posądzał mnie o rasizm powiem, że Will Smith jako Mike Lowrey był spoko i jego wątek z niepokornym synem był najciekawszym elementem filmu, choć wątkiem trzecioplanowym.


Jakkolwiek trochę kreatywności w sposobie przedstawiania akcji Bad Boys 4 nam zaproponowało, był to jeden wielki mało czytelny chaos i papka przypominająca mi jako żywo ostatnie filmy z uniwersum Godzilli i Konga. Jestem jednak chyba w mniejszości, bo chociaż recenzenci mają mieszane lub umiarkowanie pozytywne odczucia wobec tego typu filmów, to publika je uwielbia i tłumnie chodzi na nie do kina. Dla mnie jednak zmierzają pod względem scenariuszy, tropów narracyjnych i przeładowanej akcji bez ciekawych postaci w kierunku serii Szybcy i wściekli.

Film Bad Boys Ride or die oceniam na 6/10, głównie dzięki pewnym ciekawym ujęciom, solidnemu Willowi Smithowi i ładnej Florydzie oraz występowi gościnnemu Khaby Lame’a oraz trzecioplanowemu zięciowi Marcusa Reggiemu (Dennis Green, dla którego 3 filmy z serii Bad Boys są jednymi w filmografii). Kolejny film z serii pewnie powstanie, ale obejrzę go już tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku aniżeli entuzjazmu, chyba że znowu kupi mnie zwiastun.


        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...