W 2020 roku filmem Bad Boys For Life powróciły po siedemnastu latach na ekrany kin Złe Chłopaki, czyli para policjantów z Miami walczących z narkotykowymi kartelami i własnymi trudnymi charakterami. Ożywienie uniwersum zapoczątkowanego przez Michaela Baya okazało się skuteczne, czy jednak twórcy obrali właściwą drogę dla ukazywania coraz absurdalniejszych przygód Mike’a i Marcusa?
Za
sterami Bad Boys Ride or Die ponownie stanął współpracujący ze sobą od
kilkunastu lat duet reżyserski Bilall Fallah i Adil El Arbi, dla których praca
nad trzecią częścią Bad Boys była pierwszym dużym projektem (później odpowiadali
również za dwa odcinki serialu Ms Mavel oraz za wyrzucony do kosza przez szefa
Warner. Discovery Davida Zaslava projekt Batgirl). Do scenarzysty drugiej
części Chrisa Bremnera (na jego koncie widnieje poza tym tylko Człowiek z Toronto)
dołączył tym razem Will Beal (mający w swojej filmografii takie pozycje jak
Aquaman, Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera, tegorocznego Gliniarza z Beverly
Hills oraz odcinki seriali takich jak Castle, Training Day i Deputy).
Za
zdjęcia odpowiedzialny był Robrecht Heyvaert, współpracujący z Fallahem i El
Arbim przy większości ich produkcji, natomiast muzykę skomponował Lorne Balfe,
mający na koncie całkiem sporo rozpoznawalnych tytułów w gatunku filmów,
seriali i gier komputerowych, w ostatnich latach wymienić można by chociaż
seriale takie jak Koło czasu, Mroczne materie (których motywy przewodnie z
serialowych intr bardzo lubiłem), filmy jak Dungeons and Dragons: Złodziejski
Honor, Gran Turismo, Black Adam czy ostatnie części Mission Impossible.
Film
kontynuuje wątki rozpoczęte w poprzedniej części przygód naszych nieokiełznanych
gliniarzy toczących wojnę z kartelem zalewającym narkotykami Florydę. Zmarły w
poprzedniej części ich przełożony Kapitan Howard (Joe Pantoliano, znany z
Matrixa, Ściganego, Memento czy Brudnych pieniędzy) zostaje wrobiony w bycie
łącznikiem karteli w policji przez rzeczywistą wtykę, byłego oficera wywiadu
McGratha (Eric Dane, ostatnio znany szerszej publiczności jako ojciec Nate’a z
Euforii, widywany również w Chirurgach i Ostatnim okręcie). Policjanci Mike Lowrey
(Will Smith, którego przedstawiać nie trzeba, a który musiał odzyskać sympatię
publiki po słynnym The Slap na oscarowej gali) oraz Marcus Burnett (Martin
Lawrence, znany z filmów Agent XXL, Zgon na pogrzebie, Diamentowa afera, Gang
dzikich wieprzy czy Plażowy haj) muszą oczyścić go z zarzutów. Sprawy
komplikują się, gdy ich śladem rusza policyjny pościg prowadzony przez szefową
policji Ritę (Paola Nunez, w ostatnich latach seriale takie jak Noc
oczyszczenia, Zagłada Domu Usherów, Resident Evil: Remedium czy Królowa
Południa), prokuratora Lockwooda (Ioan Gruffud, Mister Fantastic w Fantastycznej
Czwórce oraz role w Titanicu, Królu Arturze, Helikopterze w ogniu) oraz szeryf
Judy (Rhea Seahorn, seriale Better Caul Saul, Figurantka, Whitney), gdy w wyniku ich
działań z więziennego konwoju ucieka syn Mike’a, Armando Aretas (Jacob Scipio, którego
można było ponadto widzieć w Nieznośnym ciężarze wielkiego talentu,
Niezniszczalnych 4, Więźniach dzielnicy i… Bobie Budowniczym). Jedyną drogą do
uratowania dobrego imienia, honoru oraz bliskich, którym zagraża kartel, jest
totalny rozpierdol w opuszczonym parku rozrywki poświęconym aligatorowi
albinosowi…
Pierwszy
akt filmu to jest narracyjna umieralnia (w przenośni i dosłownie), pod względem
tempa nastawiona raczej na budowanie postaci i komedię. Jedno i drugie niestety
mocno zawodziło niczym wilk w księżycową noc. W drugim akcie ilość scen akcji prześcignęła
komedię, by pod koniec filmu strzelanina, wybuchy oraz tani dramatyzm
papierowych postaci niemal całkowicie zdominowały żarty niskich lotów. Na plus
zapisać można złoczyńcę filmu, który swą aparycją i charakterystycznym głosem
budował pustą na scenariuszowej karcie postać.
Już
trzecia część nie podobała mi się pod względem kreowania niektórych bohaterów,
ale tym razem Martin Lawrence ze swoją kreacją Marcusa Burnetta zdecydowanie
przesadził i autentycznie nie mogłem na niego patrzeć. Przerysowany i
kuriozalny Marcus, przeżywający duchową odnowę po zawale, ciągle pierdolący
jakieś kocopoły o duszy i przeszłych wcieleniach, działa po prostu na nerwy, a
nie bawi. Żeby jednak nikt nie posądzał mnie o rasizm powiem, że Will Smith
jako Mike Lowrey był spoko i jego wątek z niepokornym synem był najciekawszym
elementem filmu, choć wątkiem trzecioplanowym.
Jakkolwiek
trochę kreatywności w sposobie przedstawiania akcji Bad Boys 4 nam
zaproponowało, był to jeden wielki mało czytelny chaos i papka przypominająca
mi jako żywo ostatnie filmy z uniwersum Godzilli i Konga. Jestem jednak chyba w
mniejszości, bo chociaż recenzenci mają mieszane lub umiarkowanie pozytywne
odczucia wobec tego typu filmów, to publika je uwielbia i tłumnie chodzi na nie
do kina. Dla mnie jednak zmierzają pod względem scenariuszy, tropów
narracyjnych i przeładowanej akcji bez ciekawych postaci w kierunku serii
Szybcy i wściekli.
Film Bad Boys Ride or die oceniam na 6/10, głównie dzięki pewnym ciekawym ujęciom, solidnemu Willowi Smithowi i ładnej Florydzie oraz występowi gościnnemu Khaby Lame’a oraz trzecioplanowemu zięciowi Marcusa Reggiemu (Dennis Green, dla którego 3 filmy z serii Bad Boys są jednymi w filmografii). Kolejny film z serii pewnie powstanie, ale obejrzę go już tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku aniżeli entuzjazmu, chyba że znowu kupi mnie zwiastun.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz