piątek, 19 lipca 2024

STAR WARS. THE ACOLYTE (2024) - RECENZJA SERIALU

 

Uniwersum Star Wars w ostatnich latach nie ma najlepszej passy. W mojej opinii nie jest w tak dramatycznym stanie jak niektórzy internetowi znawcy sądzą, bo w tym roku obchodzimy 25. rocznicę śmierci Gwiezdnych Wojen, które zabił sam twórca, George Lucas, wypuszczając do kin Mroczne Widmo, przez zagorzałych wówczas fanów uznawane za abominację. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jakość produkcji Lucas Filmu mocno podupadła i dlatego wiele obiecywałem sobie po Akolicie, który miał przywrócić równowagę Mocy dzięki odcięciu się od Sagi Skywalkerów. Jak wyszło?

Za Akolitę odpowiadała Leslye Headland, która pisała między innymi Terriers, Wieczór panieński, Sypiając z innymi i przede wszystkim docenioną Russian doll. Nie jest to zatem imponująca filmografia, ale zgrabnie napisany i skonstruowany serial Netflixa budził w tym zakresie pewne nadzieje. W ogóle nie interesowały mnie kwestie ideologiczne wyznawane przez Headland, liczyłem natomiast na to, że jako fanka Starego Kanonu przemyci wiele ciekawych smaczków do swojej produkcji.

Ośmioodcinkowy serial reżyserowali m.in. showrunnerka Leslye Headland, Hanelle M. Culpepper (pojedyncze odcinki seriali Westworld, Star Trek: Discovery i Star Trek: Picard, Supergirl i Flash, Mayans M.C., Castle i Zabójcze umysły, NOS4A2 czy Lucyfer), Alex Garcia Lopez (Wiedźmin, Cowboy Bebop, Chilling Adventures of Sabrina, Punisher, Daredevil, Luce Cage, Fear the Walking Dead) oraz Kogonada (w ostatnich latach autor docenionego filmu Yang oraz serialu Pachinko).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Fabuła serialu umiejscowiona jest sto lat przed wydarzeniami Epizodu I Gwiezdnych Wojen w epoce schyłkowej Wielkiej Republiki, kiedy to Zakon Jedi stoi u szczytu swej potęgi, a Galaktyka nie jest zagrożona większymi konfliktami. Czas spokoju i zacieśniania więzi między różnymi zakątkami Republiki zostaje zmącony przez fakt, iż ktoś poluje i morduje Jedi mających związek z incydentem, jaki miał miejsce 16 lat wcześniej na peryferyjnej planecie Brandok. Serial prowadzi narrację z kilku różnych perspektyw, starając się mniej lub bardziej udolnie utrzymać atmosferę tajemnicy.

Śledzimy losy Oshy (Amandla Stenberg, widzieć ją można było w filmach Igrzyska śmierci, Nienawiść, którą dajesz, Drogi Evanie Hansen czy Bodies Bodies Bodies), która oskarżona zostaje o zabójstwo mistrzyni Indary (Carrie-Anne Moss, czyli Trinity z serii Matrix ponadto kojarzyć ją można z filmów Memento, Pompeje czy Jessiki Jones i pokrewnych seriali z netflixowego Marvel-versum. Śledztwa podejmuje się jej dawny mistrz Jedi, Sol (Lee Jung-jae, koreański aktor, któremu światową sławę przyniosła główna rola w serialu Squid Game) oraz towarzysząca mu padawanka Jeckie (Dafne Keen, którą kojarzyć można przede wszystkim z roli X-23 w filmie Logan oraz z głównej roli w serialu Mroczne materie), rycerz Jedi Yord (Charlie Barnett, Russian doll, Red Frontier, Ty, Arrow, Valor, Podejrzany i Chicago Fire. Odkrywają oni, że za śmierć Indary oraz mistrza Torbina (Dean-Charles Chapman, Gra o tron, 1917, Król, Pasażer) odpowiada bliźniacza siostra Oshy, Mae (również Amandla Stenberg), która miała zginąć przed 16 laty. Mae, której towarzyszy Qimir (Manny Jacinto, kanadyjsko-filipiński aktor znany z seriali Dobre miejsce, Nowy smak wiśni, Dziewięcioro nieznajomych, Marigold Breach oraz pomniejszych ról w filmach Źle się dzieje w El Royale oraz Top Gun: Maverick), trenowana jest przez tajemniczego użytkownika Ciemnej Strony Mocy, co martwi Zakon i nadzorującą tę misję mistrzynię Jedi Vernestrę Rwoh (Rebecca Henderson, Z pamiętnika samotnej alkoholiczki, Russian doll, Westworld, Manhunt, a prywatnie żona showrunnerki).

W trakcie narracji okazuje się, że Jedi nie powiedzieli Oshy całej prawdy o tym, jak doszło do katastrofy, którą jako jedyna miała przeżyć spośród jej feministycznego plemienia/kultu wiedźm starających się w ukryciu przed Jedi praktykować Moc wedle własnych tradycji i poglądów. W skład zespołu Jedi badającego Moc na planecie Brandok wchodzili wówczas mistrzyni Indara i jej padawan Torbin, rycerz Sol oraz przedstawiciel rasy Wookie, mistrz Kelnacca (Joonas Suotamo, który w erze Disneya wciela się już w rolę Chewbacci). Okoliczności śmierci liderki sekty, matki Aniseyi (Jodie Turner-Smith, Ostatni okręt, Nightflyers, Sex Education czy niesławna Anna Boleyn oraz filmy Biały szum czy Yang) spowite są tajemnicą, która zaważy nad przyszłością młodej Mae oraz zaufaniem Oshy do Jedi. Wykorzystać bowiem chce to tajemniczy Sith, którym okazuje się niepozorny Qimir, starający się przeciągnąć Oshę na Ciemną Stronę Mocy, gdy jej siostra, Mae, zaczęła mieć wątpliwości i chciała uciec spod jego wpływu i nauk.

Fabuła serialu sili się na zwroty akcji, nieudolne zaskoczenia i budowanie napięcia oraz mrocznego klimatu, wypełniona jest jednak dziurami i głupotami, które odbierają tym pozytywnym elementom swój wydźwięk i ciągną serial w dół. Słabo napisane dialogi oraz bohaterowie nie są może czymś, co zaskakuje w uniwersum Gwiezdnych Wojen, bo można to traktować jako hołd wobec samego George’a Lucasa, w tej produkcji po prostu wybijają się na pierwszy plan i psują seans. Konceptualnie, jako fan Gwiezdnych Wojen, nie miałem problemu z wieloma decyzjami, których podjęli się twórcy w tym serialu i chętnie zobaczyłbym jeszcze szerszą eksplorację przedstawionych wątków, tematów i elementów gwiezdnowojennego lore, zawiodło jednak ich wykonanie na wielu płaszczyznach. Dyada Mocy, niepokalane poczęcie przez Midichloriany, tajemniczy Sith/nie-Sith i kosmiczne wiedźmy oraz tuszująca prawdę wszechmocna sekta religijna będąca również przypadkowo inkwizycją – to wszystko spokojnie mogłoby wpisywać się w nową wizję Gwiezdnych Wojen oderwaną od przeżutej i wyplutej historii skupionej wokół Anakina Skywalkera lub wynikającej z jego pro-imperialnych działań.

Mizerna jakość napisanych wątków, sposób prowadzenia narracji w  mocno chaotyczny lub przewidywalny sposób, średnio napisane postaci (większość postaci) albo średnio zagrane przez aktorów (młodsze wersje głównych bohaterek) tworzą wizję nieudanego produktu, który poległ w obliczu dużego potencjału i nieograniczonych możliwości, jakie niosła historia osadzona jeszcze dawniej temu w Odległej Galaktyce…

Większość problemów scenariusza udałoby się przeboleć, gdyby zarysowani bohaterowie byli albo ciekawi albo przynajmniej sympatyczni lub aktorzy ich grający oferowali coś przykuwającego uwagę. Niestety, większość tych postaci była słabo napisana bez większej głębi albo zagrana na autopilocie i jako widz nie widziałem tam realnych postaci. Główne bohaterki grane przez Amandlę Stenberg przez większość seansu mnie nudziły (ich młodsze wersje wręcz irytowały), a ich los mało interesował, choć finalnie konkluzja (choć nieco przewidywalna), była w miarę satysfakcjonująca. Mistrz Sol, początkowo wobec którego czułem sympatię, wraz z rozwojem serialu przygasał i tracił w moich oczach. Liczyłem na większy udział Dafne Keen i Deana-Charlesa Chapmana, niestety role tych młodych, lubianych przeze mnie aktorów były bardzo ograniczone i totalnie do zapomnienia, podobnie jak rola Charliego Barnetta, którego jedynym zadaniem było grać przystojnego sztywniaka z kijem w dupie. Początkowa antypatia wobec Vernestry Rwoh, którą jako jedyną kojarzyłem z książek Wielkiej Republiki, powoli łagodniała i finalnie aż tak mi nie przeszkadzała, nie mogłem jednak wyzbyć się wrażenia, że nie patrzę na postać, a na aktorkę nieudolnie starającą się wcielić w rolę zielonej kosmitki.


Odrębną kwestią była jednak rola tajemniczego Sitha, który początkowo, jako niepozorny Qimir nie aprobował uwagi widza w szczególny sposób, budził jednak obawy, że serial pójdzie w mało wyszukaną i oczywistą stronę. Fabularnie stało się zgodnie z przewidywaniami, jednak sama postać odgrywana przez Manny’ego Jacinto okazała się ciekawsza niż można było przypuszczać i interesujące połączenie stoicyzmu oraz chłodnej pewności siebie z drzemiącymi pod powierzchnią emocjami w grze aktora spowodowała, że z zaciekawieniem patrzyłem na tę kreację. Nieoczywiste spojrzenie na przedstawiciela Ciemnej Strony Mocy, dużo oszczędniejsze w typowym dla Sithów dramatyzmie było pewnym powiewem świeżości – tak samo jak motywacja bohatera, który nie miał na celu zdobycie władzy dla samej władzy z powodu bycia złym, ale uwolnienie się od wszechmocnej kurateli Jedi nie dopuszczających innego spojrzenia na Moc niż ich sztywna doktryna. Poza tym, jak pokazał finałowy odcinek – twórcy kryją tam jeszcze więcej niezgłębionych elementów, które wymagają eksploracji.

Osobnym wątkiem, jaki przewijał się przez ostatnie tygodnie, było przyjęcie serialu przez fandom. Dość dobre opinie recenzentów rozminęły się ze stosunkowo niskimi wrażeniami publiczności. Do tego doszły jeszcze głosy oburzonych „fanów”, którzy kręcili często bezzasadne gównoburze przypierdalające się do poszczególnych elementów serialu albo bez znajomości kontekstu, albo wykazując się samemu dość ograniczonym zrozumieniem lore. Wszystko to okraszone review bombingiem na wielu portalach i wystawianie najniższych możliwych ocen oraz ociekających chamstwem komentarzy, nawet myląc serial z filmem o podobnym tytule. Czy LucasFilm, zatrudniając lewicową showrunnerkę-lesbijkę o głęboko feministycznych poglądach celowo dążył do osiągnięcia „efektu woke” zamiast „efektu wow” wśród widzów? Trudno powiedzieć, mnie obecność czarnoskórych postaci lub o innej orientacji w gwiezdnowojennej Galaktyce nie przeszkadza tak bardzo, jak obecność słabo napisanych bohaterów mówiących drętwe dialogi pełne ekspozycji do niezbyt ciekawie prowadzonej fabuły.

W kwestii spojrzenia na świat przedstawiony, poszerzania uniwersum i adaptowania elementów, które spowiła mgła niedomówień Legend, ukazywania innych perspektyw dla widzów przyzwyczajonych do nieco dualistycznego podziału tego świata… nie mam większych spostrzeżeń. Twórcy starali się pewne kwestie w kreatywny sposób rozwinąć, ale z mizernym skutkiem i tylko mniej lub bardziej wzburzyli pewnych mniej lub bardziej rozgarniętych fanów. Z drugiej strony serial pod pewnymi względami był dość bezpieczny i kameralny – obiecywałem sobie więcej po rozmachu, scenografiach i kostiumach, a wszystko wyszło płasko. Wysoki budżet nie zawsze było widać, czasami bowiem serial wyglądał tandetnie i nie ratowało go kręcenie na prawdziwych lokacjach. Efekty specjalne i praktyczne na ogół wyglądały dość dobrze, ale rekwizyty, kostiumy i ciasne scenografie już zdecydowanie nie imponowały. Na plus jednak można zapisać dość różnorodną walkę, tak walkę wręcz (dość rzadki widok w Gwiezdnych Wojnach) jak i na miecze świetlne. Choreografie kilku walk były ciekawe, a sposób operowania kamerą może nie wybitny, ale satysfakcjonujący i pozwalający na nieco dłuższe ujęcia.

Podsumowując, serial po prostu był średni niezależnie jaką ideologię propagował i mało co w nim wybijało się ponad przeciętność poza choreografią walk. Dodatkowo zupełnie bezbarwna warstwa muzyczna, w której niestety najbardziej w pamięci zapadały  współczesne utwory śpiewane z napisów końcowych, a także nijakość wizualna nie potrafiąca zdefiniować stylistyki serialu. Oczekiwania były dużo większe, niestety zostawiono je niespełnione. W finale pozostawiono jednak otwartych kilka ciekawych furtek i przy lepszym doborze scenarzystów oraz podwyższeniu jakości produkcyjnej serial ma szanse wyjść na prostą w kolejnych sezonach (jak to się stało choćby z Wojnami Klonów, które po filmie kinowym i pierwszym sezonie nie obiecywały zbyt wiele widzom). Tak, czekam na drugi sezon Akolity, ale tylko pod warunkiem, że LucasFilm zatrudni lepszych twórców. Tę produkcję natomiast oceniam na 6/10, bo według mnie nie było aż tak tragicznie, jak mówią w internetach, choć do dobrego poziomu sporo brakowało.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...