Polskim chłopakom i branży filmowej brakuje luzu od dawna. Zwłaszcza w gatunku filmów historycznych i pseudo-patriotycznych, które uwielbia Polski Instytut Sztuki Filmowej. W ostatnich latach podjęto pewne próby zmiany tego sztywnego, skostniałego paradygmatu, tworząc pojedyncze projekty warte uwagi jak Kurier czy Niebezpieczni dżentelmeni. Tym razem inspiracją było kino spod szyldu Quentina Tarantino w stylu Nienawistnej Ósemki. Czy udała się ta transplantacja i czy pacjent przeżył?
Reżyserem
nagrodzonego kilkoma statuetkami Orłów oraz gdyńskich Złotych Lwów filmu Kos
był bliżej nieznany mi Paweł Maślona, twórca seriali Pisarze. Serial na krótko
i Motyw oraz filmów Atak paniki i Mąż czy nie mąż. Za scenariusz odpowiadał
debiutant Michał A. Zieliński, natomiast za zdjęcia utytułowany polski operator
Piotr Sobociński Jr. (w jego bogatej i cenionej filmografii można wyróżnić
takie filmy jak Bogowie, Wołyń, Najlepszy, Boże Ciało czy Wesele). Muzykę
skomponował natomiast Mikołaj Trzaska, autor ścieżek dźwiękowych m.in. do filmów
Drogówka, Pod Mocnym Aniołem, Wołyń, Kler oraz serialu Klangor.
Głównym
bohaterem filmu o Tadeuszu Kościuszce pt. Kos jest chłop Ignac Sikora (Bartosz
Bielenia, znany z filmów Boże Ciało, Magnezja, Prime time, Na granicy), który
jako bękart umierającego szlachcica Duchnowskiego (Andrzej Seweryn, w ostatnich
latach można go było zobaczyć w filmach Przysięga Ireny, Sobowtór, Niebezpieczni
dżentelmeni, Zieja czy serialach Król oraz Królowa) liczy na to, że ojciec nada
mu szlachecki herb i przekaże w spadku ziemię. Kradnie więc testament i
ucieka z dworku, a w pościg za nim ruszają zbiry jego przyrodniego brata, szlachetnie
urodzonego Stanisława Duchnowskiego (Piotr Pacek, najbardziej znany z seriali Sexify,
Król i Lipowo. Zmowa milczenia oraz filmów Na Twoim miejscu i Marzec ’68). Ignacy
wpada przypadkiem, próbując ukraść mu konia, na Domingo, w
rzeczywistości Jeana Lapierra (Jason Mitchell, którego można było widzieć w
filmach The Disaster Artist, Mudbound, Kong: Wyspa Czaski, Mustang) – czarnoskórego
adiutanta Kościuszki. Tytułowy Kos, czyli generał Tadeusz Kościuszko (Jacek
Braciak, znany z seriali Rodzinka.pl, Król, Druga szansa oraz filmów Kler, Żeby
nie było śladów, Córka trenera, Wołyń, Pod Mocnym Aniołem czy Drogówka) przygotowuje
bowiem na ziemi krakowskiej powstanie przeciwko rosyjskiemu zaborcy i stara się
zmobilizować zarówno szlachtę jak i chłopstwo. Fatum splata losy Kościuszki,
Domingo, Ignaca, Stanisława oraz dawnej miłości Kosa, pułkownikowej Marii
Giżyńskiej (Agnieszka Grochowska, ostatnio widziana m.in. w Akademii Pana
Kleksa, Fucking Bornholm, Jak pokochałam gangstera czy Żeby nie było śladów
oraz serialach Zachowaj spokój, Motyw czy W głębi lasu), w której dworku Kos
oczekuje na spotkanie z hetmanem Branickim. Nieoczekiwanie na popas i nocleg w
tymże dworku zatrzymuje się wraz ze zbrojnym oddziałem rotmistrz Iwan Dunin
(Robert Więckiewicz, znany w ostatnich latach z filmów Filip, Najmro, Wesele,
Żeby nie było śladów, Kler czy Ukryta gra oraz seriali Behawiorysta, 1983 czy
Ślepnąc od świateł) poszukującym z listem gończym Kościuszki carski oficer. Zasiadają do
pełnej napięcia wieczerzy oraz gry w karty i nikt nie jest w stanie
przewidzieć, jaki finał przyniesie to spotkanie...
Nie
da się ukryć, że pewnym rozczarowaniem jest, iż w filmie nominalnie o Kościuszce
tak mało jest Kościuszki, ale trudno byłoby sprzedać widowni film o tytule „Chłop”,
albo „Ignac Sikora”. Jacek Braciak mógłby być świetny w tej roli, ale widzimy
go w skąpej ilości scen mających jakiś większy wydźwięk. Dużo więcej aktorskiej
przestrzeni dostaje Robert Więckiewicz w roli antagonisty i z czasem przestaje
przeszkadzać jego łamana staroruszczyzno-polszczyzna. Byłby to świetny aktorski
pojedynek, gdyby tylko twórcy filmu zdecydowali się dać więcej do zagrania tytułowemu
bohaterowi. Rozumiem ideę stojącą za takim ustawieniem narracji, czyli
pokazaniem inspirującej roli Kościuszki, który już samą swoją obecnością potrafił
wzbudzić wśród chłopów niepodległościowy zryw, ale film zdecydowanie bardziej
skupia się na pokazaniu tego, że szlachta polska to byli okropni ludzie traktujący
chłopów jak niewolników, a swój folwark wyżej od ojczyzny. Chłopomańskie idee w
stylu wątpliwej jakości literatury spod pióra Adama Leszczyńskiego o
szlacheckim terrorze i wewnętrznym kolonializmie Rzeczpospolitej odcisnęły
piętno na scenariuszu i wytyczyły pewne ideologiczne tory interpretacyjne
pozbawione subtelności.
Pomijając
już ten aspekt filmu, Kos dążył do wprowadzenia do polskiej kinematografii amerykańskiego
sznytu w sposobie opowiadania historii, konstruowania narracji, eskalacji
przemocy i odbrązowienia pompatycznych dialogów, czerpiąc z filmów Quentina
Tarantino. Nawet w ramach marketingu sięgano do skojarzeń typu „Pewnego razu w
Rzeczypospolitej” nawiązując do „Once upon a time… in Hollywood”. Pod tym
względem próba udała się częściowo i z pewnością widać dokładnie elementy filmu
zaczerpnięte od Tarantino, ale wykonane z różnym sukcesem. Film opowiada
historię z podziałem na zupełnie odrębne dwa główne wątki, które w finale filmu
zawiązują się w zgrabny węzeł, ale sama historia jest prostolinijna i brakuje
jej tego błysku i polotu, którego oczekiwałem. Dialogi owszem, momentami
próbują zerwać sztampowe kajdany i lawirują między elokwentną staropolszczyzną,
ciętą ripostą oraz intensywnością, ale trudno powiedzieć, by były wyróżniającym
elementem filmu. Eskalacja przemocy i podkręcenie tempa w finale częściowo ma
miejsce, ale sceny walk nie są najmocniejszą częścią filmu, zwłaszcza w
plenerze. Finalnie wygląda to tak, jakby ktoś obejrzał Bękarty wojny, Django,
Nienawistną Ósemkę i Pewnego razu w Hollywood i chciał zrobić coś na tę modłę,
ale nie bardzo wiedział jak, zapominając o ciekawszym, dynamiczniejszym montażu,
zaburzeniu chronologicznym scen oraz wyrazistych, charyzmatycznych postaciach z
błyskotliwymi dialogami.
Film
jednak zrealizowany jest dość poprawnie i jakościowo*, choć nie porwał mnie ani
ideologiczną treścią przesłania ani swoją quasi-tarantinowską formą nowatorską
dla polskiego kina, choć z pewnością jest to zdecydowanie powiew świeżości w tej
dusznej od czerwonych maków, drugowojennej martyrologii komunistycznej
bezduszności kinowej sali. Brakowało jednak temu filmowi pierdolnięcia, wyraźnego
złamania schematu, wyrwania się z narzuconych przez pokolenia bogoojczyźnianych
filmowców ram i pozostawiło to we mnie niedosyt. Jednak w
ostatecznym rozrachunku Kosa oceniam pozytywnie na 7/10 i chciałbym, aby sprawił mi więcej
frajdy niż w rzeczywistości. Liczę, że to nie jest ostatnie podejście polskich
filmowców czy to do postaci Tadeusza Kościuszki, czy to do nowatorskich filmów
mających na celu odgrzybienie kina historycznego i kostiumowego, wszak w tym
aspekcie mamy chlubne tradycje, które warto byłoby kontynuować.
*z jakością dialogów i głośnością jak zwykle w Polsce jest jednak problem i tu chyba nie zmieni się nic






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz