Wysoce rozrywkowe kino łączące w sobie sporo komedii oraz szalonej akcji pełnej wybuchów zawsze budzi zainteresowanie, tym bardziej mając w obsadzie gwiazdorską obsadę. Do tego jeszcze meta-narracja komentująca branżę filmową i współczesny przemysł rozrywkowy, zaglądając za kulisy produkcji blockbusterów. Czego tu nie lubić?
Reżyserem
filmu Fall Guy, znanego pod polską nazwą jako Kaskader, jest ekspert w
dziedzinie lekkich i efektownych filmów, czyli David Leitch (niegdyś kaskader
Brada Pitta i Matta Damona oraz producent filmów serii John Wick, później zaś
reżyser Atomic Blonde, Deadpool 2, Szybcy i wściekli: Hobbs and Shaw oraz
Bullet Train). Za scenariusz odpowiadał Drew Pearce, który wcześniej pracował
przy Iron Man 3, Mission Impossible: Rouge Nation czy Hobbs and Shaw, a
historia oparta jest na serialu z lat 80-90 pod tym samym tytułem. Za kamerą
stanął Jonathan Sela, który z Leitchem pracował przy wszystkich jego
produkcjach, ale również odpowiadał za zdjęcia filmów takich jak pierwszy John Wick,
Transformers: Ostatni Rycerz i Zaginione miasto.
Film
opowiada o losach Colta Seaversa (Ryan Gosling, którego szerzej przedstawiać
nie trzeba, z ostatnich lat wymienić można filmy Barbie, Pierwszy człowiek,
Blade Runner 2049 czy La La Land), który jest czołowym kaskaderem pracującym
przy filmach gwiazdy kina akcji, Toma Rydera (Aaron Taylor-Johnson, znany z
filmów Kick-ass, Godzilla, Anna Karenina, Avengers: Age of Ultron, czy ostatnio
The King’s Man, Bullet Train czy nadchodzący Kraven the Hunter). Jego karierę
oraz rodzącą się relację z operatorką kamery o reżyserskich ambicjach Jody
Moreno (Emily Blunt, której również nie trzeba przesadnie anonsować, ostatnio
widziana w Oppenheimerze, Wyprawie do dżungli, Cichym miejscu i Marry Poppins
czy Sicario) przerywa wypadek na planie, któremu uległ i pogrążony w
egzystencjalnym kryzysie wycofał się z branży.
Sytuacja
odmienia się, kiedy na planie debiutanckiego filmu Jody znika jej gwiazda, Tom
Ryder, a producentka filmu, Gail (Hannah Waddingham, znana przede wszystkim z
seriali Ted Lasso, Sex Education czy Gra o tron) wzywa Colta na pomoc jako
dublera oraz zleca mu odnalezienie aktora. Colt, chcąc odzyskać Jody,
postanawia udać się do Australii, gdzie kręcona jest superprodukcja Metalstorm.
Po dotarciu jednak nie wszystko układa się po jego myśli – to nie Jody chciała
Colta jako kaskadera w swoim filmie, a w apartamencie Rydera Colt odnajduje
tajemniczego trupa…
Komedia
romantyczna w dawnym stylu poszerzona o mnóstwo intensywnych i kreatywnych scen
akcji stanowiąca list miłosny przede wszystkim do kaskaderów wykonujących swą
niewdzięczną, widowiskową pracę, ale również do ogółu ludzi zatrudnionych przy
produkcji filmowej na zapleczu, za kulisami. Fajna chemia między głównymi
bohaterami oraz jak zawsze sympatyczny Winston Duke na drugim planie sprawiało,
że seans oglądało się przyjemnie i kibicowało postaciom.
Przede wszystkim Ryan Gosling w roli Colta Seaversa wypadał bardzo przekonująco i śledzenie jego poczynań dawało sporo frajdy, a sam aktor po raz kolejny udowodnił, że świetnie radzi sobie w komedii i nie powinien szufladkować się tylko w poważnych rolach pokroju Drivera czy Blade Runnera. Na plus również Emily Blunt, która zawsze potrafi się odpowiednio dostroić do tego, jaki vibe prezentowany jest w filmie. Nieco słabiej niestety muszę ocenić Aarona Taylora-Johnsona i Hannah Waddingham, którzy nie mieli rozbudowanych ról, a kierunek, który obrali, w mojej opinii nie był optymalny.
Film,
pomimo śmiania się z tego problemu występującego w branży, sam cierpi na spore
problemy w trzecim akcie. Narracja podkręca mocno tempo i kieruje się w
kuriozalne rejony, a film niepotrzebnie wydłuża i komplikuje swój finał. Wodze
fantazji popuszczono w tym przypadku nieco za bardzo, a film zyskałby na
atrakcyjności gdyby skrócić go o kilkanaście minut. Nie da się jednak ukryć, że
przez 2/3 filmu jest to bardzo przyjemny seans wypełniony miłością do kina,
nawiązaniami do innych filmów i aspektów branży. Ta meta-narracja stanowi
niewątpliwie wartość dodaną dla tych widzów, którzy nieco aktywniej śledzą przemysł
filmowy, ale może spowodować się odbicie od filmu wśród tych, którzy liczą na
nieco bardziej standardowy film.
Podsumowując,
najnowsze dzieło Davida Leitcha to solidny letni film łączący w sobie romans,
komedię i akcję oraz kinową meta-narrację. Pozycja godna uwagi, choć nie jest pozbawiona pomniejszych wad. Całość jednak prezentuje się na tyle sympatycznie,
że zdecydowanie warto sięgnąć po Fall Guya, którego oceniam na 7,5/10 i jak
zawsze chętnie zobaczę nową, ekscytującą produkcję od tego reżysera.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz