sobota, 11 maja 2024

CHALLENGERS (2024) - RECENZJA FILMU

 

Trójkąt miłosny z tenisem w tle, ociekający rywalizacją i seksualnym napięciem między bohaterami, skąpany w wysokooktanowym paliwie audiowizualnym, przesiąknięty autorskim stylem reżysera, zapewniający widzom szybsze bicie serca od pierwszej do ostatniej minuty. Jeden z najseksowniejszych filmów roku, wcale nie epatujący nachalnie erotyzmem.


Reżyserem filmu Challengers jest Luca Guadagnino (nieco kontrowersyjny twórca znany z takich filmów jak Tamte dni, tamte noce z 2017, Suspiria z 2018, Do ostatniej kości z 2022). Autorem scenariusza jest debiutujący w tej roli Justin Kuritzkes (prywatnie mąż Celine Song, która zasłynęła opartym na swoich własnych doświadczeniach filmie Poprzednie życie, sam najbardziej znany z autorstwa komediowego filmiku Potion Seller na YouTubie). Za zdjęcia odpowiadał tajski operator Sayombhu Mukdeeprom (współpracujący z Guadagnino przy Tamtych dniach i Suspirii oraz mający na koncie oparty na faktach film Trzynastu z 2022). Na wyróżnienie zasługują również kompozytorzy muzyki – Trent Reznor i Atticus Ross (współtworzący zespół Nine Inch Nails, którego ten pierwszy jest założycielem, współpracujący przy takich filmach jak Zabójca, Imperium światła, Do ostatniej kości, Mank, Co w duszy gra, Dziewczyna z tatuażem czy Social Network, za który to otrzymali Oscara, a także serial The Watchmen czy ostatnio Shogun).


Film opowiada o relacji łączącej trójkę tenisistów na przestrzeni lat i podzielony jest na dwie płaszczyzny czasowe – jedną rozgrywającą się współcześnie w trakcie finałowego meczu turnieju rangi Challenger; drugą ukazującą przeszłe wydarzenia doprowadzające do tej napiętej sytuacji między głównymi bohaterami, sięgając 13 lat w przeszłość. A ta, jak się okazuje, jest dość skomplikowana i emocjonalnie niejednoznaczna.

Na planie współczesnym, podczas finału turnieju w nowojorskim New Rochelle, obserwujemy starcie Arta Donaldsona (Mike Faist, którego kojarzyć można z filmu West Side Story, mającego perturbacje dystrybucyjne The Bikeriders oraz serialu Panic) z Patrickiem Zweigiem (Josh O’Connor, nieco bardziej rozpoznawalny dzięki udziałowi w takich produkcjach jak przede wszystkim The Crown i Emma, ale również dzięki epizodycznym rolom w The Ripper Street, Peaky Blinders czy Durrelowie). Mecz z trybun obserwuje zaś Tashi Duncan (Zendaya, gwiazda współczesnego kina dzięki rolom w filmach Diuna oraz Diuna: Część II, najnowszej trylogii Spider-Mana, Król rozrywki czy serialu Euforia), będąca równocześnie żoną, trenerką i menadżerką Arta, która zarzuciła własną sportową karierę po fatalnej kontuzji.


Dzięki retrospekcjom dowiadujemy się, że Art i Patrick byli bliskimi przyjaciółmi oraz duetem deblowym, który sięgnął trzynaście lat wcześniej po juniorski tytuł w US Open. Spotkanie na tym turnieju wschodzącej gwiazdy tenisa, młodej Tashi Duncan, odmieniło ich życie, bowiem obaj zakochali się w niej, ale tylko zwycięzca finałowego meczu miał otrzymać jej numer telefonu. Historia tej trójki kluczy i meandruje, pełna seksualnego, zarówno hetero jak i homoerotycznego napięcia oraz rywalizacji, tej sportowej jak i emocjonalnej. Zarys fabularny nie jest skomplikowany, a bohaterowie nie są przesadnie wielowarstwowi, ale na tyle wyraziści i „pełni” w swych rolach, że fascynująco ogląda się ich zawiłą relację, rozpakowując kolejne etapy ich znajomości.

Bohaterowie są bardzo dynamiczni, łącząc w sobie zarówno sporo sympatii, jaką mogą żywić do nich widzowie na różnych etapach poznawania ich historii, jak i wiele antypatii względem ich zachowania i podejmowanych decyzji. Najbardziej rozdartą emocjonalnie jest Tashi – pewna siebie, skupiona na sukcesie i niespełniona życiowo, która nie mogąc pogodzić się z własnym losem przekierowuje ambicje na swojego męża, który nie spełnia jej oczekiwań. Art, zawodnik utytułowany i znajdujący się w światowej czołówce, przechodzi kryzys formy i wykazuje brak zaangażowania i sportowej ambicji. Patrick, którego kariera nie potoczyła się wedle planów i pomimo dużego potencjału zmuszony grać na trzeciorzędnych turniejach, marząc o elicie. Wszystko to komplikuje się, gdy Tashi zmusza Arta do zagrania w mało istotnym turnieju w ramach przygotowań do US Open, a na jego drodze staje przetrącony przez życie Patrick, dla którego jest to walka o utrzymanie się na powierzchni.

Wszystkiemu towarzyszy niezwykle angażująca warstwa audiowizualna. Dynamiczny montaż, zarówno scen meczów tenisowych jak i przejść między liniami czasowymi, wsparty jest elektryzującą muzyką Reznora i Rossa - techno-klubowym brzmieniem podwyższającym adrenalinę i idealnie pasującym do utrzymanego w tym stylu filmu tryskającego energią. Sama zabawa operowaniem kamerą widoczna jest głównie w czasie odbijania piłki na korcie i tu Guadagnino serwuje nam potężnego asa przy match-poincie, bawiąc się formą w sposób łamiący tenisowe schematy.


Nawet jeśli momentami trzeba zawiesić niewiarę względem tego, czy aktorzy faktycznie odbijają piłki rakietą, czy w sposób naturalny i wiarygodny poruszają się po korcie, czy nie nazbyt ostro wyżywają się na otoczeniu w trakcie meczu i czy przede wszystkim fizycznie wyglądają jak zawodowi tenisiści, to całość jest wyegzekwowana w oszałamiający sposób i czuć w tym coś więcej niż suchy film o tenisie. Cytując tekst z filmu Fall Guy (pol. Kaskader, którego recenzja już wkrótce), ten film wypełniony jest „sexy baconem”, który nie pozwala nam się nudzić i przykuwa naszą uwagę od początku do samego końca. Podkręcone emocje, kolory i muzyka, zbliżenia na twarze pełne emocji sprawiają, że ekran aż iskrzy.

Świetnie w roli wypadła w mojej opinii Zendaya, która przez część światowej publiki nadal nie jest akceptowana i doceniana. Nie jest to aktorka o najszerszym zasięgu, ale też na ogół jej role pisane są w dopasowaniu do jej wizerunku twardej i przebojowej bomby współczesnego pokolenia (choć w rzeczywistości jest dużo bardziej introwertyczną i zbazowaną osobą niż sugeruje przekaz medialny). Zendaya miała w tym filmie sporo do uniesienia, odbijając piłeczkę zarówno od lodu Mike’a Faista jak i ognia Josha O’Connora, których skontrastowane charaktery były nieco bardziej jednowymiarowe. Obaj jednak wypadli bardzo dobrze w swoich rolach, mając również wspaniałą chemię między sobą i nadając relacji wiele autentyczności i kolorytu.


Guadagnino łączy w tym filmie tenisową rywalizację z seksualnym napięciem, ambicje i emocje w najgorętszym wydaniu, ale to wszystko udaje mu się w zaskakująco subtelny i niewyzywający sposób. Film wypełniony jest namiętnością, ale twórca nie serwuje nam nieustannych wyuzdanych scen seksu, ograniczając się często do gry wstępnej. Film oferuje nam dużo więcej męskiej nagości i to tej wersję bardzo full frontal, oszczędnie szafując wdziękami Zendayi.

Podsumowując, dostaliśmy żywiołowy film pełen świetnego montażu, kapitalnych muzycznych wstawek, solidnie opakowanej historii i relacji między bohaterami, który fantastycznie prowadzi narrację i postaci. Guadagnino udowadnia, że nie musi silić się na kontrowersje, by utrzymać uwagę widza i wrzucić go w ten specyficzny vibe, który emituje na sali kinowej. Challengers oceniam na 8/10 z dużym serduszkiem, choć pewnie można się odbić od tej produkcji, jeśli nie złapiemy odpowiedniego flow i nie popłyniemy z nurtem historii. Ja z pewnością dałem się złapać i nadal ten film rezonuje we mnie emocjonalnie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...