Trójkąt miłosny z tenisem w tle, ociekający rywalizacją i seksualnym napięciem między bohaterami, skąpany w wysokooktanowym paliwie audiowizualnym, przesiąknięty autorskim stylem reżysera, zapewniający widzom szybsze bicie serca od pierwszej do ostatniej minuty. Jeden z najseksowniejszych filmów roku, wcale nie epatujący nachalnie erotyzmem.
Reżyserem
filmu Challengers jest Luca Guadagnino (nieco kontrowersyjny twórca znany z
takich filmów jak Tamte dni, tamte noce z 2017, Suspiria z 2018, Do ostatniej
kości z 2022). Autorem scenariusza jest debiutujący w tej roli Justin Kuritzkes
(prywatnie mąż Celine Song, która zasłynęła opartym na swoich własnych
doświadczeniach filmie Poprzednie życie, sam najbardziej znany z autorstwa
komediowego filmiku Potion Seller na YouTubie). Za zdjęcia odpowiadał tajski
operator Sayombhu Mukdeeprom (współpracujący z Guadagnino przy Tamtych dniach i Suspirii oraz mający na koncie oparty na faktach film Trzynastu z 2022).
Na wyróżnienie zasługują również kompozytorzy muzyki – Trent Reznor i Atticus
Ross (współtworzący zespół Nine Inch Nails, którego ten pierwszy jest
założycielem, współpracujący przy takich filmach jak Zabójca, Imperium światła,
Do ostatniej kości, Mank, Co w duszy gra, Dziewczyna z tatuażem czy Social
Network, za który to otrzymali Oscara, a także serial The Watchmen czy ostatnio Shogun).
Film
opowiada o relacji łączącej trójkę tenisistów na przestrzeni lat i podzielony jest na dwie płaszczyzny czasowe – jedną rozgrywającą się
współcześnie w trakcie finałowego meczu turnieju rangi Challenger; drugą
ukazującą przeszłe wydarzenia doprowadzające do tej napiętej sytuacji między
głównymi bohaterami, sięgając 13 lat w przeszłość. A ta, jak się okazuje, jest
dość skomplikowana i emocjonalnie niejednoznaczna.
Na
planie współczesnym, podczas finału turnieju w nowojorskim New Rochelle,
obserwujemy starcie Arta Donaldsona (Mike Faist, którego kojarzyć można z filmu
West Side Story, mającego perturbacje dystrybucyjne The Bikeriders oraz serialu
Panic) z Patrickiem Zweigiem (Josh O’Connor, nieco bardziej rozpoznawalny
dzięki udziałowi w takich produkcjach jak przede wszystkim The Crown i Emma,
ale również dzięki epizodycznym rolom w The Ripper Street, Peaky Blinders czy
Durrelowie). Mecz z trybun obserwuje zaś Tashi Duncan (Zendaya, gwiazda
współczesnego kina dzięki rolom w filmach Diuna oraz Diuna: Część II,
najnowszej trylogii Spider-Mana, Król rozrywki czy serialu Euforia), będąca
równocześnie żoną, trenerką i menadżerką Arta, która zarzuciła własną sportową
karierę po fatalnej kontuzji.
Dzięki
retrospekcjom dowiadujemy się, że Art i Patrick byli bliskimi przyjaciółmi oraz
duetem deblowym, który sięgnął trzynaście lat wcześniej po juniorski tytuł w US
Open. Spotkanie na tym turnieju wschodzącej gwiazdy tenisa, młodej Tashi
Duncan, odmieniło ich życie, bowiem obaj zakochali się w niej, ale tylko
zwycięzca finałowego meczu miał otrzymać jej numer telefonu. Historia tej
trójki kluczy i meandruje, pełna seksualnego, zarówno hetero jak i
homoerotycznego napięcia oraz rywalizacji, tej sportowej jak i emocjonalnej.
Zarys fabularny nie jest skomplikowany, a bohaterowie nie są przesadnie
wielowarstwowi, ale na tyle wyraziści i „pełni” w swych rolach, że fascynująco
ogląda się ich zawiłą relację, rozpakowując kolejne etapy ich znajomości.
Bohaterowie
są bardzo dynamiczni, łącząc w sobie zarówno sporo sympatii, jaką mogą żywić do
nich widzowie na różnych etapach poznawania ich historii, jak i wiele antypatii
względem ich zachowania i podejmowanych decyzji. Najbardziej rozdartą
emocjonalnie jest Tashi – pewna siebie, skupiona na sukcesie i niespełniona
życiowo, która nie mogąc pogodzić się z własnym losem przekierowuje ambicje na
swojego męża, który nie spełnia jej oczekiwań. Art, zawodnik utytułowany i znajdujący
się w światowej czołówce, przechodzi kryzys formy i wykazuje brak zaangażowania
i sportowej ambicji. Patrick, którego kariera nie potoczyła się wedle planów i
pomimo dużego potencjału zmuszony grać na trzeciorzędnych turniejach, marząc o
elicie. Wszystko to komplikuje się, gdy Tashi zmusza Arta do zagrania w mało
istotnym turnieju w ramach przygotowań do US Open, a na jego drodze staje
przetrącony przez życie Patrick, dla którego jest to walka o utrzymanie się na
powierzchni.
Wszystkiemu
towarzyszy niezwykle angażująca warstwa audiowizualna. Dynamiczny montaż,
zarówno scen meczów tenisowych jak i przejść między liniami czasowymi, wsparty
jest elektryzującą muzyką Reznora i Rossa - techno-klubowym brzmieniem
podwyższającym adrenalinę i idealnie pasującym do utrzymanego w tym stylu filmu
tryskającego energią. Sama zabawa operowaniem kamerą widoczna jest głównie w
czasie odbijania piłki na korcie i tu Guadagnino serwuje nam potężnego asa przy
match-poincie, bawiąc się formą w sposób łamiący tenisowe schematy.
Nawet
jeśli momentami trzeba zawiesić niewiarę względem tego, czy aktorzy faktycznie
odbijają piłki rakietą, czy w sposób naturalny i wiarygodny poruszają się po
korcie, czy nie nazbyt ostro wyżywają się na otoczeniu w trakcie meczu i czy
przede wszystkim fizycznie wyglądają jak zawodowi tenisiści, to całość jest
wyegzekwowana w oszałamiający sposób i czuć w tym coś więcej niż suchy film o
tenisie. Cytując tekst z filmu Fall Guy (pol. Kaskader, którego recenzja już
wkrótce), ten film wypełniony jest „sexy baconem”, który nie pozwala nam się
nudzić i przykuwa naszą uwagę od początku do samego końca. Podkręcone emocje,
kolory i muzyka, zbliżenia na twarze pełne emocji sprawiają, że ekran aż
iskrzy.
Świetnie
w roli wypadła w mojej opinii Zendaya, która przez część światowej publiki
nadal nie jest akceptowana i doceniana. Nie jest to aktorka o najszerszym
zasięgu, ale też na ogół jej role pisane są w dopasowaniu do jej wizerunku
twardej i przebojowej bomby współczesnego pokolenia (choć w rzeczywistości jest
dużo bardziej introwertyczną i zbazowaną osobą niż sugeruje przekaz medialny).
Zendaya miała w tym filmie sporo do uniesienia, odbijając piłeczkę zarówno od
lodu Mike’a Faista jak i ognia Josha O’Connora, których skontrastowane
charaktery były nieco bardziej jednowymiarowe. Obaj jednak wypadli bardzo dobrze w
swoich rolach, mając również wspaniałą chemię między sobą i nadając relacji wiele autentyczności i kolorytu.
Guadagnino
łączy w tym filmie tenisową rywalizację z seksualnym napięciem, ambicje i
emocje w najgorętszym wydaniu, ale to wszystko udaje mu się w zaskakująco
subtelny i niewyzywający sposób. Film wypełniony jest namiętnością, ale twórca
nie serwuje nam nieustannych wyuzdanych scen seksu, ograniczając się często do
gry wstępnej. Film oferuje nam dużo więcej męskiej nagości i to tej wersję bardzo full
frontal, oszczędnie szafując wdziękami Zendayi.
Podsumowując, dostaliśmy żywiołowy film pełen świetnego montażu, kapitalnych muzycznych wstawek, solidnie opakowanej historii i relacji między bohaterami, który fantastycznie prowadzi narrację i postaci. Guadagnino udowadnia, że nie musi silić się na kontrowersje, by utrzymać uwagę widza i wrzucić go w ten specyficzny vibe, który emituje na sali kinowej. Challengers oceniam na 8/10 z dużym serduszkiem, choć pewnie można się odbić od tej produkcji, jeśli nie złapiemy odpowiedniego flow i nie popłyniemy z nurtem historii. Ja z pewnością dałem się złapać i nadal ten film rezonuje we mnie emocjonalnie.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz