Kiedy zapowiedziano kontynuację jednej z najważniejszych animacji mojego dzieciństwa, czyli emitowanego w USA w latach 1992-1997 serialu X-Men, miałem spore wątpliwości, czy nie będzie to tylko nostalgia bait i twórcy będą chcieli opowiedzieć ciekawą historię czy tylko łatwo odcinać kupony. Ku zadowoleniu fanów na całym świecie, X-men ’97 okazał się dobrą produkcją z mnogością akcji, ukazaniem skomplikowanych relacji i emocjonalnych zwrotów fabularnych.
Za wskrzeszenie animowanego serialu o mutantach odpowiada Beau De Mayo, który jako scenarzysta zasłynął pracą przy serialach The Originals, a w ostatnich latach przy Moon Knightcie oraz Star Trek: Strange New Worlds. Najbardziej znany był jednak z pracy nad netflixowym uniwersum Wiedźmina jako autor scenariusza do filmu Wiedźmin: Zmora Wilka oraz jeden ze scenarzystów sezonu pierwszego The Witcher (i to właśnie on odszedł z projektu twierdząc, że showrunnerka i scenarzyści mają wyjebane na książki Sapkowskiego i wiedzą lepiej, co udowodnili w drugim i trzecim sezonie). Za muzykę i odświeżenie kultowego motywu z intra odpowiada duet The Newton Brothers specjalizujący się w komponowaniu ścieżek dźwiękowych do horrorów i thrillerów, znani choćby z filmów Doktor Sen, Oujia: Narodziny Zła, Five Night’s at Freddy’s oraz seriali The Haunting of Hill House, Zagłada Domu Usherów, The Devil’s Hour, In the Dark czy The Walking Dead: World Beyond. Do udziału w produkcji zaproszono wielu aktorów udzielających głosu bohaterom przed trzema dekadami.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Dziesięcioodcinkowy serial jest kontynuacją historii opowiedzianej w latach 90. na przestrzeni 76 odcinków, w którym śledzimy losy tytułowych X-menów – grupy mutantów skupionych wokół szkoły profesora Charlesa Xaviera, walczących z zagrażającymi Ziemi silami oraz nietolerancją i strachem ludzi wobec przedstawicieli kolejnego kroku ewolucji.
W podstawowy skład tej grupy wchodzą: Scott Summers aka Cyclops (Ray Chase) – strzelający laserem z oczu taktyczny lider ekipy; Jean Gray aka Marvel Girl (Jennifer Hale) – żona Cyklopa, uzdolniona telepatycznie i telekinetycznie, nosząca niegdyś w sobie kosmiczny byt zwany Feniksem; Logan aka Wolverine (Cal Dodd) – rozrabiaka z niezniszczalnym szkieletem i szponami o zdolności regeneracji; Ororo Munroe aka Storm (Alison Sealy-Smith) – władająca pogodą i warunkami atmosferycznymi; Hank McKoy aka Bestia (George Buza) – przemieniony w niebieskiego futrzanego stwora naukowiec; Remy LeBeau aka Gambit (AJ. Lo Cascio) – ekstrawagancki cyrkowiec ładujący przedmioty wybuchową energią; Anna Marie aka Rogue (Lenore Zann) – potrafiąca latać i potężnie pierdolnąć, a także przejąć siły życiowe ofiary za pomocą dotyku, Jubilation Lee aka Jubilee (Holly Chou) – nastoletnia fanka fajerwerków strzelających z jej rąk; Kevin Sidney aka Morph (JP Karliak) – potrafiący przybrać dowolną postać wraz z jej mocami. Po „śmierci” Profesora Charlesa Xaviera (Ross Marquand), zgodnie z jego testamentem, przywództwo nad X-menami trafia do Erica Magnusa Lensherra, czyli Magneto (Matthew Waterson), ich zaciekłego wroga w sprawie ułożenia relacji między homo sapiens a homo superior.
X-meni
muszą zmierzyć się tak ze swoimi prywatnymi problemami jak i zagrożeniami czyhającymi
na ludzi i mutantów, wśród których można wymienić Bolivara Traska (Gavin Hammon)
i jego program Sentinel oraz MasterMold; szalonego mutanta-genetyka-magika Mister
Sinistera (Chris Britton) oraz przede wszystkim tajemniczego złoczyńcę Bastiona
(Theo James), który za kulisami knuje wielką intrygę wymierzoną przeciwko
mutantom.
Serial
zaczyna się od trzech solidnych odcinków wprowadzających, które przypominają
nam (momentami niezbyt udolnie), kim są te postacie i jakie przygody spotkały
ich wcześniej, później natomiast serial w odcinku czwartym nieco wytracił tempo
(odcinek podzielony na dwie odrębne części, której druga część była
kontynuowana w odcinku szóstym). Jednak od absolutnie fantastycznego odcinka
piątego serial utrzymywał się na wysokim poziomie, prezentując w miarę koherentną
historię pełną emocji, mroku i dylematów.
Mieczem
obosiecznym tej produkcji jest dość krótki metraż liczący około 30 minut na
odcinek, co sprawia, że dobrze napisany scenariusz pozwala zachować duży dynamizm
narracji i utrzymać wysokie tempo fabularne, jednak nie ma zbyt wiele czasu na rozleglejszą
eksplorację charakterologiczną wielu bohaterów. A serial jest pełny ciekawych
postaci, w ostatnich odcinkach pojawia się natomiast cała plejada bohaterów
Marvela spoza szyldu X-menów, tworząc wrażenie wielkiego, spójnego uniwersum na
wzór tego filmowego. Chciałoby się bardzo, aby wiele tych postaci było bardziej
zaangażowanych w fabułę, nie ma na to jednak wystarczająco czasu.
Solidnie
rozpisane melodramatyczne wątki Cyclopsa, Jean Grey, Madelyne Prior i Cable
oraz Magneto, Rudej i Gambita przykuwały uwagę widza w niemniejszym stopniu niż
potyczki na śmierć i życie z Sentinelami, Sentinelami Prime oraz knującymi w
cieniu Mister Sinisterem i Bastionem. Do tego polityczno-społeczno-filozoficzne
rozważania dotyczące miejsca i roli mutantów oraz ludzi, kwitowane często
błyskotliwymi uwagami Magneto stanowiły esencję serialu, który nie starał się
wbrew swoim predyspozycjom i pochodzeniu wpychać widzowi nachalnej agendy
zgodnej ze współczesnymi standardami zachodniego świata.
Brakowało
fanom dobrze oddanych postaci Rudej, Cyclopsa czy Gambita, którzy w filmowych
przygodach X-menów byli cieniami komiksowych wersji i tutaj dostali
zdecydowanie więcej miejsca i charakteru. Magneto również był wielką wartością
dodaną, natomiast pewnym rozczarowaniem był Profesor X. Na plus można poczytać
antagonistów serialu w osobach Mister Sinistera i Bastiona. Marvel przywrócił mutantom
ich należne miejsce w popkulturowym dyskursie po fiasku, jakim zakończyło się kilka
lat temu filmowe uniwersum Fox Studios. Zwłaszcza, że nadchodzący film Deadpool
i Wolverine będzie garściami z niego korzystał i połączy to świętym węzłem
małżeńskim z parkiem rozrywki imienia Kevina Feige.
X-men
’97 to produkcja niepozbawiona wad, w której czasem trzeba było przymykać oko
na scenariuszowe niedociągnięcia lub brak poszerzenia historii i postaci. Mimo
tych niedoskonałości, serial świetnie wywiązywał się z obietnicy fantastycznej
przygody z ukochanymi bohaterami dzieciństwa i to, co robił, robił dobrze lub
bardzo dobrze. Po wyrwanym z fabularnego kontekstu, fillerowym czwartym
odcinku, po którym miałem spore wątpliwości co do jakości dalszych losów,
uderzył w widza obuchem kapitalnego odcinka piątego, jednego z najlepszych
animowanych dzieł ostatnich lat. Konstruktywny i przemyślany chaos wieńczący
sezon pierwszy oraz zapowiedź tego, co czeka nas w sezonie drugim, daje dużo
frajdy i dlatego oceniam serial na 8/10 i odsyłam do obejrzenia na Disney+.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz