sobota, 4 października 2025

WIELKI MARSZ (2025) - RECENZJA FILMU.

 

Pierwsza próba adaptacji jednej z pierwszych powieści amerykańskiego mistrza grozy wkroczyła do kin i potknęła się finansowo na starcie mimo ciepłego przyjęcia zarówno przez krytyków jak i publiczność. Jak prezentuje się ten psychologiczny thriller i komentarz społeczny?



            






Reżyserem filmu jest Francis Lawrence, który zasłynął najpierw jako reżyser teledysków m.in. Jennifer Lopez, Aerosmith, Britney Spears, Green Day, Shakiry, Willa Smitha, później zaś twórca takich filmów jak Constantine, Jestem legendą, Woda dla słoni, Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia oraz obie części Igrzysk śmierci: Kosogłosa, a także Czerwonej jaskółki, netflixowej Krainy snów oraz Igrzysk śmierci: Ballady ptaków i węży. Wśród spodziewanych jego następnych projektów widnieją: kolejna część Igrzysk śmierci, Jestem legendą 2, Constantine 2 czy adaptacja gry BioShock. Scenarzystą filmu jest JT Mollner, który dotychczas skupiał się na tworzeniu krótkometrażowych filmów. Ostatnimi jego projektami były pełnometrażowe filmy Bandyci i aniołki oraz ciepło przyjęte Strange Darling.



            Muzykę skomponował Jeremiah Fraites założyciel lubianego przeze mnie zespołu The Lumineers (jest autorem tekstów piosenek i perkusistą), który komponował już do filmów III, Unearth czy tegorocznego biograficznego Springsteen: Ocal mnie od nicości. Za zdjęcia odpowiadał belgijski operator Jo Willems współpracujący z Lawrencem przy jego ostatnich projektach, ponadto również Pułapka, London, 30 dni mroku, Wyznania zakupoholiczki, Jestem Bogiem, Czyj to dom?, Finch, Czarne lustro.



            






Film oparty jest na jednej z pierwszych powieści napisanych przez Stephena Kinga, a wydanej w 1979 roku pod pseudonimem Richard Bachmann (kilka lat po Carrie, Miasteczku Salem czy Lśnieniu, ale stworzona w podobnym czasie). Dopiero więc po 46 latach „A long walk” doczekał się adaptacji, od razu wskakując do czołówki kinematografii opartej o prozę Stefana Króla.

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Wielki marsz przenosi nas do dystopijnej wersji Ameryki, która nadal nie może podnieść się po wyniszczającej wojnie domowej sprzed dwóch dekad. „Ku pokrzepieniu” amerykańskich serc bezwzględny Major (Mark Hamill, najbardziej znany z krytykowania Donalda Trumpa oraz roli Luke’a Skywalkera w Gwiezdnych Wojnach, ostatnimi laty można go było usłyszeć w takich produkcjach jak Sandman, Niezwyciężony i Dziki robot oraz zobaczyć w Życiu Chucka i Zagładzie Domu Usherów) organizuje coroczny Wielki Marsz, w którym widzowie z całego kraju obserwują zmagania grupy młodzieńców reprezentujących każdy stan USA w śmiertelnej rywalizacji. Zasady są bowiem proste: nie ma mety ani odpoczynku, a ten, kto dojdzie najdalej, wygrywa znaczną sumę pieniędzy oraz możliwość spełnienia jednego życzenia. Ci zaś, którzy nie utrzymują określonego tempa marszu albo zejdą poza jego tor, po trzecim ostrzeżeniu zostają wyeliminowani przez strzał w głowę.

Marsz obserwujemy głównie oczami Raymonda Garraty’ego (Cooper Hoffman, syn zmarłego Philipa Seymoura Hoffmana, debiutował w Licorice Pizza, później m.in. Dziki kot, Saturday Night, Mistrzowie zbrodni i Poetic License), który zgłosił się do marszu z bardzo osobistych powodów. Obok niego maszeruje grupa innych młodych mężczyzn, m.in. pobożny Art/Numer 6 (Tut Nyuot, Cena milczenia, Mały topór, The Dumping Ground, Wiedźmin: Rodowód krwi), wygadany Hank/Numer 46 (Ben Wang, Karate Kid: Legendy, Mean Girls, Urodzony w Ameryce), milczący Collie/Numer 48 (Joshua Odjick, Odwet oceanu czy nadchodzące To: Witajcie w Derry), niepełnoletni Curley/Numer 17 (Roman Griffin Davies, debiutował w Jojo Rabbit), dupkowaty Gary/Numer 5 (Charlie Plummer, Zakazane imperium, Wszystkie pieniądze świata, Looking for Alaska, a ostatnio Powrót Odyseusza), małomówny i wysportowany Stebbins/Numer 38 (Garret Wearing, Turbulencje, Ransom Canyon). Raymond zaprzyjaźnia się jednak najbardziej z Peterem McVries/Numer 23 (David Johnson, Deep State, Branża, The Road Trip i przede wszystkim Obcy: Romulus). Chłopcy, maszerując ramię w ramię, pomagają sobie nawzajem i motywują do dalszego stawiania kroków mimo kryzysów fizycznych i psychicznych, wspierając również tych słabszych, którym z wielkim trudem przychodzi znoszenie tego nieludzkiego wysiłku…



            






Film swoją siłę opiera na ciekawych, sympatycznych bohaterach, którzy szybko tworzą między sobą więź, toteż przyjemnie ogląda się ich walkę o przetrwanie. Choć wiemy, że wygrać może tylko jeden, to kibicujemy wszystkim i chcemy, by wszyscy szli jak najdłużej. Trudno jest zrealizować film oparty w zasadzie na jednym pomyśle, który trzymałby w napięciu do samego końca. Zaskakująco dobrze udało się to Lawrencowi w tym przypadku, bo choć film może wydać się monotonny (półtorej godziny chłopy idą i gadają), to jednak angażuje widza i trzyma go w niepewności o los bohaterów.

Wielki marsz jest filmem prostym, ale nie prostackim - nie sili się na szczególne wyrafinowanie i skomplikowanie fabuły, nie popada też jednak w pompatyczność i wydumanie, gdy mówi ustami bohaterów o idealizmie, dobru i poświęceniu. Pasuje to do młodych, żyjących marzeniami mężczyzn, których życie, nawet w trudnych czasach, nie pozbawione zostało jeszcze ducha. Z ponurego, przygnębiającego świata przedstawionego przebija w nich odrobina pozytywności i światła, choć z czasem jest go coraz mniej, gdy liczba uczestników drastycznie spada. A barwna to była kompania, wypełniona odróżniającymi się od siebie, charakterystycznymi jednostkami.

Niestety, film trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza i przymknąć oko na pewne głupoty, przede wszystkim na fakt, iż bohaterowie przemierzają bez odpoczynku i snu ogromną odległość, co fizycznie wydaje się niemożliwe. Dość ograniczone jest też ukazanie świata zewnętrznego poza torem marszu, bo jakkolwiek tematycznie można to porównać do Igrzysk śmierci, to obserwatorów i oprawy widowiska tutaj nie widzimy prawie wcale. Brak nakreślenia szerszego kontekstu polityczno-społecznego i pozbawienie widza innej perspektywy niż głównego bohatera dla niektórych może być narracyjnym problemem i budzić niedosyt, choć u mnie uczucie to było umiarkowane i nie narzekam na małą skalę skupionego na uczestnikach filmu. Można tu było jednak przekazać więcej treści i podbudować przesłanie, a sama postać matki Raya Garraty’ego odgrywana przez Judy Greer została niewykorzystana.

Realizacyjnie film wypada dobrze, zarówno pod względem audiowizualnym jak i aktorskim. Mark Hamill robi dobrą robotę mimo ograniczonej prezencji ekranowej, dobrze wypada większość bohaterów drugiego planu. Na szczególną pochwałę zasługuje jednak duet Cooper Hoffman i David Johnson, których chemia ekranowa podbija odbiór dzieła, zwłaszcza ich moralne dylematy, rozmowy o etyce i motywacje.











Brakuje w ostatnim czasie nieco prostszego kina środka, gdyż większość współczesnego kina mainstreamowego musi ekscytować publiczność i dawać widzom nieustanne skoki dopaminy. W Wielkim marszu mamy dziwną mieszankę niemal kontemplacyjnego kina drogi o przyjaźni z brutalistycznymi obrazami w tle oraz nieuchronnym odliczaniem do smutnego końca, w którym niemal wszyscy bohaterowie zginą.

Podsumowując, Wielki marsz to intrygujące kino łączące społeczny komentarz i pozytywne przesłanie oparte na poświęceniu, przyjaźni i chęci zmiany świata na lepsze z brutalizmem tyranii. Czy można było wykrzesać z tego materiału więcej? Zapewne tak, ale twórcom udało się emocjonalnie zaangażować mnie w historię, dlatego oceniam Wielki marsz na 7,5/10 i polecam go sprawdzić, sam zaś planuję zabrać się za książkę Kinga.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...