97.
oscarowa gala Amerykańskiej Akademii Filmowej odbyła się w nocy 3 marca, a o
statuetki walczyły m.in. Emilia Perez z 13 nominacjami, Brutalista i Wicked z 10 nominacjami, Konklawe i
Kompletnie nieznany z 8 nominacjami czy Anora z 6 nominacjami. Imprezę
poprowadził amerykański komik Conan O’Brien.
Monolog otwierający Conana O'Briena był solidny i w jego stylu balansującym na granicy zażenowania, ale zazwyczaj nieprzekraczającym jej dzięki naturalnemu urokowi i auto-ironii tego komika, który lubi absurd i groteskę, ale dzięki swej charyzmie potrafi zapanować nad tym bałaganem. Personalne wycieczki i wtręty polityczno-społeczne zostały ograniczone do minimum, w zasadzie do jednego żartu, w którym Adam Sandler przyszedł na galę ubrany w dres i musiał opuścić audytorium, a niektórzy z bardziej wojujących celebrytów i komików prowadzących galę w latach poprzednich z pewnością nie powstrzymaliby się od ostrzejszego ataku w administrację sprawującą władzę w USA oraz popierającą ją większą część społeczeństwa, którym Hollywood zwykło gardzić w sposób coraz mniej zawoalowany.
Sama
gala jednak była stosunkowo nudnawa i przewidywalna, pozbawiona widowiskowych
momentów godnych zapamiętania. Conan pojawiał się rzadko, zaś jego żarty były
niezbyt częste i starały się nie ingerować w przebieg samej ceremonii i
celebracji, choć na uwagę zasługuje jego żart, w którym przywołuje Kendricka
Lamara mówiącego o pedofilskich inklinacjach Drake’a żywych jeszcze w pamięci
amerykańskiej widowni po występie rapera podczas ostatniego SuperBowl. Miałem tutaj
większy apetyt na występ Conana, który starał się grać bezpiecznie do jednej bramki
z celebrytami i nie wprowadzać kwasu. Niestety, zgodnie z przewidywaniami też,
gala przedłużyła się o ponad 45 minut, niestety nie była przesadnie urozmaicona
wyjątkowymi występami scenicznymi, może poza hołdem złożonym serii filmów o
Jamesie Bondzie.
Werdykty
akademickiego gremium w zdecydowanej większości były przewidywalne, ale
zasłużone i w zasadzie ciężko mówić w tym przypadku o jakichś poważniejszych
zaskoczeniach. Poziom nominowanych produkcji przeważnie był dobry, choć niektóre
kategorie miały o tyle wyrównane stawki, że trudno było wyróżnić wybitną
produkcję na tle konkurencji, jak choćby kategorie scenariuszowe.
Wielkim
wygranym wieczoru okazała się Anora, autorskie dzieło Seana Bakera, który zgarnął
karetę i podniósł wszystkie 4 statuetki, które mógł, czyli za najlepszy film,
najlepszą reżyserię, najlepszy montaż i najlepszy scenariusz oryginalny.
Osobiście za reżyserię nagrodziłbym Brady’ego Corbeta za Brutalistę, temu też
filmowi przyznałbym chyba statuetkę za najlepszy film, ale nie ma co płakać.
Brutalista
sięgnął po 3 statuetki, co po pierwszych reakcjach krytyków i niektórych
wcześniej przyznawanych nagrodach twórcy tego filmu mogą poczytywać za
delikatne rozczarowanie, ale ich dorobek wygląda jednak nieporównywalnie lepiej
niż Kompletnie nieznany, który mimo 8 nominacji wyszedł z gali bez ani jednej
nagrody. Brutalista został nagrodzony za najlepszą muzykę (Daniel Blumberg)
oraz najlepsze zdjęcia (Lol Crawley) i przyjmuję ten werdykt, sam zaś miałbym
ciężki orzech do zgryzienia, bo równie solidne wydały mi się kompozycje do
Konklawe (Volker Bertelman) czy Dzikiego robota (Kris Bowers), zaś w kwestii
zdjęć wcale nie obraziłbym się na nagrodę dla Diuny: Część II (Greig Fraser)
oraz Nosferatu (Jarin Blaschke).
W innych kategoriach technicznych statuetkami podzieliły się Diuna: Część II oraz Wicked. Film Denisa Villeneuve’a wygrał z małpami w solidnie obsadzonej kategorii najlepszych efektów specjalnych (pokonując m.in. Better Mana czy Królestwo Planety Małp) i bardzo dobrze, zdobył też laur za najlepsze udźwiękowienie, pokonując dwa musicale (Wicked i Emilia Perez), animowanego Dzikiego robota oraz biografię muzyka, czyli Kompletnie nieznany (który byłby w moim prywatnym zestawieniu na miejscu drugim).
Wicked zaś zgarnęło nagrody za najlepszą scenografię oraz najlepsze kostiumy i nie jestem rozczarowany, bo były to niewątpliwie mocne elementy tego
filmu, ale jakby wygrało choćby Nosferatu to też bym się nie obraził.
Wielkim
przegranym można by ogłosić Emilię Perez, bo dwa Oscary z trzynastu to jednak
słaby wynik, ale w większości kategorii nie miała w zasadzie żadnych szans i
nawet ja, nie oglądając tego filmu, jestem w stanie zgodzić się z nagrodą za
najlepszą piosenkę dla El Mal, które wybija się mocno w marketingu tego filmu.
Nie będę jednak ukrywał, że tę kategorię mam wyjątkowo w dupie i mógł ją wygrać
nawet legendarny Warszawiak z Karasina za utwór „Walencjo” i obeszłoby mnie to
tyle samo.
Konklawe
zwyciężyło tylko w jednej kategorii, nagrodzono je za scenariusz adaptowany, bazując na powieści Thomasa Harrisa. Ja
bym nagrodził Diunę: Część II, ale ona nawet nie uzyskała nominacji mimo tego,
że w niezwykle widowiskowy sposób udało się tam bardzo sprawnie dopasować
trudny materiał oryginalny na potrzeby sztuki filmowej, realizując historię
lepiej i sprawniej niż sam Frank Herbert. Konklawe jednak zasłużyło na swoją nagrodę pocieszenia.
Swoją
nagrodę podniosła również Substancja, która dla wielu mogła być czarnym koniem
tego wieczoru w większym stopniu niż Konklawe czy Kompletnie nieznany, a
otrzymała ją za najlepszą charakteryzację. Jakkolwiek mój stosunek do tego filmu jest
ambiwalentny to trudno jest mi dyskutować z werdyktem, choć Nosferatu też był
warty docenienia, choć z pewnością nie tak widowiskowy.
W
kategorii najlepszych filmów animowanych, powtarzając kilka wcześniejszych sukcesów
międzynarodowych, wybrano łotewski Flow. Ja osobiście
kibicowałem Dzikiemu robotowi, ale Flow nie oglądałem i może po seansie zmienię
zdanie. Warto docenić łotewskich twórców, a Hollywood i Akademia lubią takie
historie.
Najlepszym
filmem międzynarodowym wybrano brazylijski I’m still here i jest to dla mnie
pewne zaskoczenie, bo była to do niedawna kategoria, którą w cuglach miała
wygrać Emilia Perez, ale ta upadała i sobie głupi ryj rozwaliła i dobrze.
Polsko-duńska koprodukcja Magnusa von Horna, czyli Dziewczyna z igłą, nie miała
większych szans na przebicie się w tej stawce, znajdując się daleko w kolejce
po nagrody jeszcze między innymi za niemiecko-irańskim Nasieniem świętej figi.
Warto odnotować również te Oscary, które mało kogo interesują i praktycznie nikt nie zwraca na nie uwagi. W kategorii krótkich metraży najlepszą animacją wybrano irańskie W cieniu cyprysu, najlepszym filmem fabularnym wybrano holenderski Nie jestem robotem, a najlepszym dokumentem wybrano amerykańską Pierwszą dziewczynę w orkiestrze, natomiast najlepszym dokumentem pełnometrażowym wybrano palestyńsko-izraelski dokument o wysiedleniach pt. Nie chcemy innej ziemi, którego zwycięstwo było największym politycznie zaangażowanym momentem całej gali.
Relację z ceremonii zakończymy kategoriami aktorskimi. 20 aktorów z 11 filmów walczyło o 4 statuetki: Brutalista i Kompletnie nieznany miał po 3 reprezentantów, Wicked, Konklawe, Wybraniec, Anora i Emilia Perez po 2 nominowanych, a po jednym mieli Prawdziwy ból, Substancja, I’m still here oraz Sing Sing.
W kategorii aktora drugoplanowego bez żadnych wątpliwości wygrał Kieran Culkin za rolę w Prawdziwym bólu, który kręcony był w Polsce i wieńczy to jego zwycięski marsz przez wszystkie festiwale i nagrody, a jego przemówienie na gali było najlepsze. Szczerze jednak ja bym tę statuetkę przekazał w ręce Guy’a Pearce’a za jego rolę w Brutaliście, a kto wie, czy nie w ręce Jeremy’ego Stronga, niestety jednak nie widziałem Wybrańca. Ale Kieran spoko, więc jest okejka.
W kategorii aktorki drugoplanowej, również zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, wygrała Zoe Saldaña za rolę w Emilii Perez i gdybym obejrzał film to mógłbym wypowiedzieć się bardziej na ten temat. Ja bym nagrodę przyznał Felicity Jones za rolę w Brutaliście, ale nie będę rozdzierał szat nad powszechnie przyjętym konsensusem, że należało się Saldanii, która może wrócić do roli najbardziej dochodowej aktorki w historii kinematografii.
W kategorii aktorki pierwszoplanowej niemal łeb w łeb szły przez długi czas dwie aktorki, czyli Demi Moore za rolę w Substancji oraz Mikey Madison za rolę w Anorze i jakkolwiek ja bym Oscara wręczył Demi, to cieszy mnie również nagroda dla Mikey. Wszyscy, aby nie Emilia Perez i Karol Zofiusz Gaskończyk.
W kategorii aktora pierwszoplanowego poważnych faworytów było trzech, choć z nich Ralph Fiennes jednak stał z boku, a Sebastian Stan mógł być upatrywany jako czarny koń. Gdy Timothee Chalamet zdobył niedawno uznanie Amerykańskiej Gildii Aktorów, wzbudziło to wątpliwości, czy aby nie sprzątnie nagrody nagrodzonemu już 22 lata temu Adrienowi Brody’emu, ale jednak to Brody za rolę w Brutaliście podniósł statuetkę i ja również bym mu ją wręczył. Normalnie kibicowałbym Fiennesowi, ale już po seansie Konklawe nie miałem przekonania, że było w niej coś na tyle wyjątkowego, by przebić się w tym wyścigu, a Brody kompletnie wtopił się ekranowo w Laszlo Totha, wyciągając z roli więcej niż przy okazji wspomnianego już Pianisty. Łzawe przemówienie o górnolotnych kwestiach mogło przerodzić się w tyradę o obecnym stanie USA i świata, ale nasz amerykańsko-żydowski wrażliwiec o polsko-węgierskich korzeniach powstrzymał się od moralizatorstwa i osądzania ludzkości z tronu świata, na jaki usiadł, odbierając statuetkę, więc mogło być gorzej.
Podsumowując, gala była bezpieczna, w większości momentów przewidywalna i trochę bez wyrazu. Gdyby jednak Akademia skręciła na drogę wojny z Trumpem oraz zajmowaniem stanowiska w sprawach polityczno-społecznych, to bym narzekał jeszcze bardziej, więc może lepiej, że zajęli się docenianiem autorskiego kina niezależnego i skupili na żywotności kinematografii jako takiej, która coraz bardziej musi walczyć o uwagę widza ze streamingiem. Więcej oczekiwałem od prowadzącego galę Conana, ale raczej na zasadzie „no był dobry, a mógł być bardzo dobry”. Kibicowałem bardziej Brutaliście, który dużo większe wrażenie wywarł na mnie swoim umiejętnym połączeniem rozmachu i kameralności, sam podjąłbym kilka innych decyzji, ale nie zżymam się na Anorę i Seana Bakera, bo regularnie nagrody wygrywają filmy, które trafiają „punktum” w chwilowy gust publiki, a po kilku latach większość o nich zapomni. Ktoś pamięta jeszcze o filmie CODA? A o Brutaliście ktoś będzie pamiętał, ja na pewno.
P.S. Sean Baker jest pierwszym od 1954 roku człowiekiem, który na jednej gali zgarnął aż 4 Oscary. Poprzednim był sam Walt Disney, który dokonał tego za cztery różne filmy.


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz