Jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier filmowych w tym roku było najnowsze dzieło science fiction uznanego koreańskiego reżysera. Czy jednak ambitny koncept udało się zrealizować tak, by powtórzyć sukces Parasite?
Reżyserem
i scenarzystą filmu Mickey 17 jest Bong Joon Ho, którego poprzednim filmem był szeroko
nagradzany Parasite, a ponadto stworzył między innymi jeszcze takie filmy jak Okja,
Snowpiercer: Arka przyszłości, Matka, Zagadka zbrodni. W tym przypadku
adaptował on powieść Mickey 7 z 2022 roku autorstwa amerykańskiego pisarza Edwarda
Ashtona.
Autorem
zdjęć do filmu był irański operator Darius Khondji, który zasłynął takimi
filmami jak Siedem, Dziewiąte wrota, Obcy: Przebudzenie, Niebiańska plaża czy w
ostatnich latach Zaginione miasto Z, Okja, Nieoszlifowane diamenty. Muzykę
skomponował Koreańczyk Jung Jae-li (Parasite, Okja, Baby broker, Squid Game).
Mickey 17 jest satyrą z elementami czarnej komedii poruszającą interesujące zagadnienia moralne i koncepty science-fiction oraz komentująca hipokryzję elit, neokolonializm, konsumpcjonizm i kapitalizm oraz destruktywny wpływ naszej cywilizacji na środowisko, czy wnosi jednak coś ciekawego?
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Głównym bohaterem filmu jest Mickey Barnes (Robert Pattinson, między serią Zmierzch i The Batman zagrał również w The Lighthouse, Król, Tenet, Zaginione miasto Z, Cosmopolis), który zaciąga się na pokład statku kosmicznego zmierzającego na odległą i nieprzyjazną planetę Nilfheim wraz ze swoim kolegą i współpracownikiem Timo (Steven Yeun, ostatnio Minari, Awantura, Nope! czy główna rola w serialu Invincible). Uciekają oni z Ziemi, gdzie wpadli w finansowe tarapaty, zalegając znaczną sumę pieniędzy bezwzględnemu szefowi mafii Dariusowi Blankowi (Ian Hanmore, m.in. Gra o Tron, Dungeons and Dragons: Złodziejski honor, Carinval Row), jednak Timo potrafi wkręcić się do załogi pionierów jako pilot, a Mickey, pozbawiony charyzmy i zaradności, trafia na pokład statku jako Wymienialny.
Jego
zadaniem jest wykonywanie najgorszych prac i stawanie w pierwszym rzędzie walki
z nieprzychylną planetą (kosmiczne promieniowanie, śmiercionośne wirusy,
niebezpieczna fauna) ze świadomością, że gdy zginie, wydrukowana zostanie z organicznych
odpadków i kupska jego kolejna wersja, której wgrana zostanie na bieżąco
aktualizowana matryca pamięci. Dlatego też, jak wskazuje tytuł filmu, bohaterem
opowieści jest siedemnasta inkarnacja Micky’ego, który w czasie kilkuletniej
wyprawy przeżył bardzo wiele traumatycznych doświadczeń i jedynym pozytywnym
elementem jego życia była relacja z poznaną na statku dziewczyną, Nashą (Naomie
Ackie, Mrugnij dwa razy, The End of the Fucking World, Gwiezdne Wojny:
Skywalker. Odrodzenie).
Przywódcą ekspedycji jest skompromitowany amerykański polityk Kenneth Marshall (Mark Ruffalo, rola Hulka w MCU, a ponadto ostatnio Projekt: Adam, Biedne istoty, To wiem na pewno, Iluzja, Spotlight), któremu towarzyszy ekscentryczna żona Ylfa (Toni Colette, Szósty zmysł, Był sobie chłopiec, Hereditary, Zaułek koszmarów, Na noże, Mafia Mamma). Celem jest zasiedlenie Nilfheimu i stworzenie ludzkiej kolonii w obliczu coraz gorszych warunków życiowych na Ziemi, na przeszkodzie kolonistom stanąć jednak może żyjący na lodowej planecie gatunek zwierząt, a Mickey zostaje wytypowany do zdobycia okazu celem jego przebadania przez zespół naukowców. Jego misja nie idzie jednak pomyśli nie dlatego, że podczas niej umiera, ale dlatego, że nie umiera, a na statku zdążyli już wydrukować kolejnego Micky’ego, a obu wersjom grozi w takim przypadku unicestwienie…
Wielki potencjał filmu Bong Joon Ho został rozmieniony na drobne poprzez niewiarygodne spłycenie filozoficznej głębi, jaka kryła się w tym dziele. Wszystko zostało jednak sprowadzone do nieangażującej i mało zabawnej satyry pozbawionej finezji i polotu. Kapitalne koncepty naukowo-filozoficzne utonęły w gąszczu mało subtelnych komentarzy do tego, jak dziki kapitalizm nieco futurystycznej Ameryki wyobraża sobie koreański twórca, serwując widzom nudny, powolny seans wypełniony dziwactwami gryzącymi się tonalnie i męczącymi widza.
Aktorsko bronił się w pewien sposób Robert Pattinson, dźwigając na swoich barkach ten film i starając się przedstawić dwie zróżnicowane postacie wrzucone w absurdalną sytuację. Na drugim planie solidnie też prezentował się Steven Yeun, choć jego rola była bardzo ograniczona, pozytywnie wypadła też Naomie Ackie, co do której żywiłem obawy, że będzie mnie bardzo irytowała na ekranie. Po drugiej jednak stronie stanęli Mark Ruffalo i Toni Collete, którzy swoje role przeszarżowali w stylu kiczowatego slap sticku i błazenady, irytując widza coraz bardziej i bardziej.
Film
nie wyglądał źle, efekty specjalne i scenografie wyglądały przekonująco, była
to jednak tylko pusta w środku wydmuszka, nie mająca nic ciekawego do
powiedzenia. Intrygująca historia uległa banalnej narracji wypełnionej pustymi
frazesami, czerstwymi dialogami i miałkimi, przesterowanymi postaciami. Trudno jednoznacznie
ocenić, czy Bong specjalnie zidiocił przekaz filmu, żeby był bardziej
zrozumiały dla szerokiego amerykańskiego odbiorcy (i nie mam tu na myśli
typowego klienta Walmarta), czy nie potrafił wykorzystać materiału źródłowego
czy też film padł ofiarą przepychanek między wizją reżysera a interesami
producentów z Warner Brothers.
Podsumowując, Mickey 17 to film rozczarowujący. Technicznie nie jest źle zrealizowany, niestety ogromny potencjał intelektualny zostaje zmarnowany na słabą warstwę komediową i miałką warstwę komentarza społecznego. Wiele z zasygnalizowanych ciekawych tematów zostało pogrzebanych przez średni scenariusz i nie wybrzmiało należycie. Spodziewałem się czegoś znacznie lepszego i dlatego Mickey 17 oceniam na przeciętne 6/10, szkoda…






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz