W
ubiegłym roku Marvel Studios zaoferowało fanom tylko jeden film w postaci
Deadpool i Wolverine, który stał nieco na uboczu głównej linii fabularnej
największej franczyzy filmowej w historii kina. W tym roku MCU oferuje widzom
trzy filmy, a pierwszym z nich jest kontynuacja przygód Kapitana Ameryki, w
którego tym razem wcieli się Sam Wilson, wcześniej występujący pod pseudonimem
Falcon.
Reżyserem
filmu jest Julius Onah, urodzony w Nigerii twórca nie mający na swoim koncie
zbyt rozbudowanej filmografii, gdyż poza kilkunastoma filmami krótkometrażowymi
na dużym ekranie ukazały się jedynie średnio przyjęte produkcje jak Dziewczyna
ma kłopoty, Paradoks Cloverfield i Luce. Poza nim nad scenariuszem pracowali:
Rob Edwards (pisał odcinki seriali w latach 80. i 90. takich jak Bajer z
Bel-Air, Out All Night, In the House, Pełna chata, a wśród filmów jedynie
animacje Planeta Skarbów oraz Księżniczka i żaba) oraz niezbyt doświadczeni Malcolm
Spellman (seriale Imperium, Bel-Air oraz Falcon i Zimowy Żołnierz), Dalan
Mussan (Iron Sky. Inwazja oraz Falcon i Zimowy Żołnierz) oraz Peter Glanz (film
Bardzo długi tydzień oraz serial The Trivial Pursuits of Arthur Banks).
Za
muzykę odpowiadała Laura Karpman, która w Marvelu pracowała już nad ścieżką
dźwiękową do seriali Ms. Marvel, What if…? oraz filmu The Marvels, a ponadto
Craft in America, American Fiction, seriale Kraina Lovecrafta, 61st Street, L.A.'s
Finest, Odyssey 5 i wiele innych produkcji sięgających ponad trzech dekad.
Operatorem był Kramer Morgenthau, który w uniwersum miał na koncie już Thor:
Mroczny świat, a ponadto odcinki Gry o Tron, Zakazanego imperium, Jeźdźca bez
głowy czy Orville oraz filmy takie jak Creed II i Creed III, Terminator:
Genisys, Wszyscy święci New Jersey, Respekt - królowa soul czy Spirited.
35.
kinowy film MCU sygnowany producenckim nazwiskiem Kevina Feige fabularnie
opiera się na trzech filarach poprzednich produkcji: Incredible Hulk z 2008
roku, Eternals z 2021 roku oraz serialu Falcon i Zimowy Żołnierz z 2021 roku. Gdy
pod koniec Avengers: Endgame w 2019 roku Steve Rogers przekazywał Samowi
Wilsonowi tarczę i namaszczał go na nowego Kapitana Amerykę, nasza rzeczywistość
znajdowała się jeszcze przez pandemią oraz strajkami w branży filmowej, a także
krótką, choć burzliwą prezesurą Boba Chapeka w Disney’u, po której sprzątać
musi Bob Iger powracający z emerytury i ostatnim filmem ery Chapeka, czyli „produkować
tak dużo i tak szybko, jak to możliwe”, ma być właśnie Nowy wspaniały świat,
który przechodził przez produkcyjne piekiełko, co niewątpliwie odbiło się na jakości
tej produkcji.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Brave
New World kontynuuje drogę Sama Wilsona (Anthony Mackie, poza MCU widziany
ostatnio w serialach Twisted Metal, Altered Carbon, a także w filmach Bankier, Psy
mafii, Piąta władza, Giganci ze stali, a zaczynał w 2002 roku w 8. mili), który w
serialu Falcon i Zimowy Żołnierz musiał zapracować na to, by USA zaakceptowały
go jako nowego Kapitana Amerykę i następcę Steve’a Rogersa. Świat natomiast
wciąż nie mógł pozbierać się po wydarzeniu, jakie miało miejsce w filmie Eternals,
gdy z Oceanu Indyjskiego wyłoniła się Wyspia Celestian, na której odkryto złoża
nowego metalu o niezwykłych właściwościach, czyli adamantium. Zaczyna się
wyścig o to, kto położy na nowym metalu ręce, ale propozycję rozwiązania rodzącego
się konfliktu przedstawia nowo wybrany prezydent USA, Thaddeus „Thunderbolt”
Ross (zmarłego Williama Hurta w tej roli zastąpił Harrison Ford, którego
przedstawiać nie trzeba), który dąży do pokojowego i sprawiedliwego
rozdysponowania materiałem wobec reszty świata. Traktat staje jednak pod
znakiem zapytania, gdy skradziony zostaje japoński depozyt adamantium, a do
jego odzyskania z rąk organizacji Serpent Society (pol. Węże) i ich przywódcy,
Sidewindera (Giancarlo Esposito, którego przedstawiać nie trzeba) wyznaczony zostaje odział amerykańskich
komandosów z Kapitanem Ameryką oraz nowym Falconem, Joaquinem Torresem (Danny
Ramirez, Falcon i Zimowy Żołnierz, Top Gun: Maverick, Winner, Dwa życia). Odzyskują
skradzione adamantium, choć Sidewinderowi udaje się umknąć.
Po
zakończonej sukcesem misji Sam Wilson i Joaquin Torres zostają zaproszeni przez
prezydenta Rossa do Białego Domu na bankiet mający stanowić preludium do
podpisania traktatu, na który Sam zabiera również Isaiaha Bradley’a (Carl
Lumbly, poza Falcon i Zimowy Żołnierz ostatnio grał w Zagładzie Domu Usherów, Zmaskarowanych,
Supergirl, This is us, Altered Carbon, Zoo, a przez lata można go było widzieć
w Agentce o stu twarzach) – czarnego amerykańskiego super-żołnierza służącego w
armii podczas wojny w Korei, który później został zamknięty w więzieniu na
ponad 30 lat jako wojskowy obiekt badań utrzymywany w tajemnicy przed opinią
publiczną. Podczas przemówienia prezydenta Rossa dochodzi do zamachu
terrorystycznego, a jednym z zamachowców okazuje się być nieświadomy tego
Isaiah Bradley, który pod wpływem Sama godzi się na aresztowanie. Sam Wilson,
chcąc ocalić przyjaciela, rozpoczyna śledztwo mające na celu odkrycie sieci
oplatającej prezydenta Rossa, którą utkał tajemniczy i operujący w cieniu
złoczyńca dążący do destabilizacji Ameryki i kompromitacji Rossa. Przeciwko
sobie ma jednak nie tylko sterującego zamachowcami mistrza marionetek oraz
Sidewindera, ale również służby państwowe, którymi kieruje prezydencka
doradczyni ds. wywiadu oraz była czarna wdowa, Ruth Bat-Seraph (Shira Haas,
izraelska aktorka, którą można kojarzyć z netflixowego serialu Ciała).
Głównym
problemem filmu jest średni scenariusz, rozchodzący się w szwach w kilku kierunkach
i gubiący po kolei wątki, a sam film zdaje się być czymś w rodzaju „palete
cleanser” zamykającym kilka pozostawionych dawno temu wątków (choćby z filmu
Incredible Hulk, do którego zdaje się być bardziej sequelem niż do losów
Kapitana Ameryki) przed kolejnymi projektami MCU. Polityczny thriller miał w teorii nawiązywać do klasyków
gatunku, jednak nie angażował szczególnie widza w intrygę polityczną, która
ostatecznie sprowadziła się do prywatnej animozji między Samuelem „Liderem” Sternem
(Tim Blake Nelson, m.in. Incredible Hulk, Ballada o Busterze Scruggsie, Bracie gdzie jesteś?, serial Watchmen) a „Thunderboltem” Rossem. Zmarnowany wątek Serpent Society i
Giancarlo Esposito, który zamiast pełnoprawnego villaina stanowił tutaj rodzaj drugorzędnego
przeszkadzacza. Samuel Stern jako główny antagonista miał dużo większy
potencjał, niestety nie został wykorzystany, a postaci brakowało rozmachu. Najjaśniej
w tym aspekcie wypadł Harrson Ford jako antagonista filmu Red Hulk, ponieważ to
jemu podporządkowany był główny wątek i to on fabularnie prowadził ten film
kosztem nawet tytułowego bohatera. Niestety produkcja, zwłaszcza w pierwszym
akcie, cierpiała bardzo mocno na masę słabo zaserwowanej ekspozycji mającej za
zadanie nakreślić zapominalskim widzom, kto jest kim lub dopiero przedstawić
bohaterów i nakreślić sytuację tym, którzy ominęli serial na Disney+. Za
sytuację tę należy winić słaby zespół scenarzystów i reżysera, którzy nie
wykazali się tutaj kompetencją, nie mając wcześniej do czynienia z produkcją
takiego rozmiaru i zadanie najwidoczniej ich przerosło.
Aktorsko
film wypadł całkiem solidnie, ponieważ wszyscy aktorzy starali się jak mogli
wykrzesać coś ze słabo napisanych postaci. Anthony Mackie świetnie sprawdzał
się jako Falcon i pomocnik Steve’a Rogersa, jako Kapitan Ameryka cały czas
jednak nie może rozwinąć skrzydeł i film nieco na siłę stara się nam go
sprzedać, a postaci brakuje naturalnej progresji do nowego tytułu. (w filmie w
ogóle brakuje mu jakiejkolwiek drogi, a postać raczej reaguje na rzeczy
dziejące się wokół). Sympatycznie wypadł nowy Falcon, choć często balansował na
granicy krindżu, nie irytował jednak szczególnie i miał bardzo mało do
zagrania. Świetnie wypadł Carl Lumbly, który ponownie włożył wiele emocji w
tragiczną postać zniszczonego przez życie i zgnębionego przez własny kraj weterana.
Dobrze zaprezentował się Harrison Ford, balansujący między twardym generałem,
lawirującym politykiem i troskliwym ojcem próbującym odnowić kontakt z córką. Giancarlo
Esposito robił co mógł, by nadać jakiś charakter Sidewinderowi w tym krótkim
czasie ekranowym, jaki dostał i mógłby być świetnym antagonistą pierwszego
filmu nowej trylogii Sama Wilsona, jednak jego potencjał i możliwości nie
został w żadnym stopniu wykorzystany. Jeszcze większym rozczarowaniem była postać
Lidera, do roli którego Tim Blake Nelson powrócił po 17 latach i tu pomysł był
większy, jednak nie poszedł on w żadnym ciekawym kierunku, a jego motywacje
oraz metody koniec końców wydały się mało błyskotliwe i płaskie.
Sceny akcji w filmie nie wypadły źle, choć też nie robiły jakiegoś szczególnego wrażenia. Nie schodziły poniżej pewnego poziomu, nie wniosły jednak nic odkrywczego do gatunku superhero, który na tym etapie rozwoju wymaga tego czegoś „ekstra”, co zapadnie w pamięć widza. Wszystko było tylko i aż poprawne. Podobnie sprawa się miała z efektami specjalnymi, które poza pojedynczymi przypadkami nie schodziły z solidnego poziomu i nie raziły oczu widza, co nie było ostatnio normą w kinie komiksowym, również produkcji Marvel Studios. Bezpłciowo film wypadł pod względem audiowizualnym – nie zwróciła mojej uwagi w ogóle muzyka Laury Karpman, bez wyrazu i charakteru były również zdjęcia Kramera Morgenthaua (może kilka scen akcji przy Wyspie Celestian wyróżniało się na tym tle), które słabo starały się oddać napięcie thrillera politycznego.
Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat to film poprawny i wcale nie wypada tragicznie (jak niesie internetowe echo), zwłaszcza na tle wielu filmów komiksowych z ostatnich lat (czy to ze stajni DC, czy to potworków Sony czy nawet kilku nieudanych produkcji MCU). Jest to marvelowski średniak, publika jednak, a przede wszystkim krytycy, oczekiwali czegoś więcej. Solidne aktorstwo i nienajgorsze sceny akcji ciągnie w dół średnia realizacja ogólna filmu i słaby scenariusz. Fabularnie w perspektywie uniwersum też film raczej domyka starsze wątki, nie otwiera w zasadzie nic nowego i nie wnosi do MCU zbyt wiele poza adamantium znajdującym się gdzieś na trzecim planie filmu. Anthony Mackie, mimo całej jego sympatyczności, nie posiada takiej charyzmy ekranowej jak Chris Evans i są to chyba dla niego za duże buty, by wejść w ikoniczny kostium.
Podsumowując, na Nowym wspaniałym świecie bawiłem się nie najgorzej, choć film jest co najwyżej poprawny z plusem. Dość bezpieczny, nie starający się przemycić zbyt wiele łopatologicznego przekazu, nie angażujący jednak widza zbytnio w intrygę. Położonych złoczyńców nie rekompensuje całkiem udany Red Hulk/Ross. Nowego Kapitana Amerykę zatem oceniam na łaskawe 6,5/10 i liczę, że kolejne filmy MCU dostarczą więcej frajdy.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz