sobota, 15 lutego 2025

WIEDŹMIN: SYRENY Z GŁĘBIN (2025) - RECENZJA FILMU

 
Netflix nadal doi markę Wiedźmina, wyciskając z niej co tylko może ku dezaprobacie wzburzonej publiczności. Tym razem zaprezentowano widzom film anime adaptujący opowiadanie Trochę poświęcenia ze zbioru Miecz przeznaczenia Andrzeja Sapkowskiego. Czy twórcy w końcu zrozumieli, czym jest Wiedźmin czy nadal uprawiają swoją wesołą twórczość własną przypominającą zajęcia z rękodzieła w szkole dla upośledzonych dzieci?


Za produkcję filmu odpowiada koreańskie studio animacji Mir, które pracowało również nad poprzednim wiedźmińskim animie, czyli nie najgorzej przyjętą Zmorą wilka. Wśród innych produkcji, przy których udzielało się Studio Mir wymienić można choćby X-men ’97, Harley Quinn, Watchmen, filmy z uniwersum Mortal Kombat czy DC, a także nadchodzący serial Devil My Cry. Reżyserem Sirens of the Deep był Kang Hei Chul, dla którego to debiut, wcześniej pracował przy animacjach Young Titans, The Death of Supermen czy serialu Voltron: Legendarny Obrońca oraz Wiedźmin: Zmora wilka.

Za scenariusz odpowiada Mike Ostrowski (scenarzysta doświadczony w pisaniu seriali kryminalno-sensacyjnych takich jak CSI: Kryminalne zagadki Miami, Bez pardonu, Jerycho, Blacklist, Colony, Being Human oraz Witcher), a także Rae Benjamin (mniej doświadczony z duetu, który poza Wiedźminem pracował przy scenariuszach seriali Prestige oraz Nasza bandera znaczy śmierć).


RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film opowiada o przygodzie wiedźmina Geralta (tym razem głos podkłada mu Doug Cockle, czyli aktor odgrywający go w serii gier CD Projekt Red, ostatnio też można go było usłyszeć w Baldur’s Gate III, Alan Wake II, Dying Light 2: Stay Human, a zaczynał w 2001 roku od Kompanii braci) oraz barda Jaskra (Joey Batey, który odgrywa tę postać w serialu The Witcher), którzy wplątali się w intrygę rozgrywającą się w nadmorskim Królestwie Bremervoord. Wiedźmin został wynajęty do zgładzenia bestii mordującej poławiaczy pereł stanowiących podstawę gospodarki tego państwa, oszczędził jednak stwora, nie w nim upatrując przyczyny zgonów.

Pozostając bez grosza, przystają na zaproszenie uczestnictwa w festiwalu, który bard Jaskier ma uświetnić występem. Poznają tam znajomą Jaskra z młodości, trubadurkę Essi Daven zwaną Oczko (Christina Wren, Will Trent, L.A. Macabre, Człowiek ze stali). Geralt dowiaduje się, że ludzie z Bremervoord popadli w konflikt z morskim ludem syren, trytonów i służących im wodników, a jedyne co może powstrzymać wiszącą na włosku wojnę jest romans księcia Aglovala (Camrus Johnson, Batwoman) z syreną, księżniczką Sh’eenaz (Emily Carey, młoda Alicent Hightower w Rodzie Smoka). Przeciwko temu związkowi są zarówno król Usveldt (Simon Templeman) wraz ze swym bękarcim synem, dowódcą gwardii Zelestem (Ray Chase) oraz władcy podmorskiego królestwa, król Basim (Ramon Tikaram) i królowa Dahut (Cynthia Kaye McWilliams), a jedyną wspierającą miłość Sh’eenaz zdaje się być jej ciotka, morska wiedźma Melusina (Mallory Jansen). Szybko jednak okazuje się, że prawda o tym konflikcie jest inna i tylko ostry miecz wiedźmina będzie mógł zatrzymać rozlew krwi i międzygatunkową wojnę…


Przede wszystkim Wiedźmin: Syreny z głębin jest fatalną adaptacją opowiadania Trochę poświęcenia, ale nawet oceniając film w oderwaniu od materiału źródłowego, jest maksymalnie średni. Scenariusz jest płytki jak kałuża z błotem i przewidywalny, a bohaterowie pozbawieni są głębi, szorując charakterologiczną mielizną. Styl animacji jest nijaki, niektórym spodoba się bardziej a innym mniej, mi natomiast nieszczególnie przypadł do gustu. Liczne sceny akcji starają się bardzo wypełnić pustą treść filmu, jednak przesadzają one w wielu momentach, robiąc z tej produkcji niemalże kino superbohaterskie. Sama zaś fabuła, w domyśle adaptująca postmodernistyczny retelling andersenowskiej Małej Syrenki dokonany przez Sapkowskiego, skupia się bardziej na kopiowaniu Disneyowskiej wersji tej historii (dostajemy nawet piosenkę głównego złola)...

Bohaterowie są nudni, nieciekawi i nieangażujący, choć aktorzy starają się coś z nimi zrobić, jednak ręce wiąże im słabo napisany scenariusz, stanowiący główny problem tego dzieła jak i pozostałych produkcji z netflixowego unierwsum wiedźmina. Gdyby scenariusz był dobry, przebolałbym bardzo daleko idące zmiany względem materiału źródłowego. Niestety tak nie jest, więc zadaję sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego Netflix tak usilnie psuje gotowce, które dostali od Andrzeja Sapkowskiego, całkowicie nie rozumiejąc istoty tej prozy i siły filozoficzno-moralnej stojącej za historiami o Geralcie, a co gorsza ignorując je i wymyślając niepotrzebnie wszystko po swojemu, zmieniając rzeczy na gorsze?

Sam Geralt może nie jest potraktowany w tym filmie wyjątkowo źle, twórcy czynią go jednak dużo bardziej gadatliwym, a jego zdolności akrobatyczne i magiczne bardzo mocno rozbudowują, jednak spłycają jego psychikę i sprowadzają postać jedynie do wymachiwania mieczem w ekwilibrystycznych pozach.

Dużo gorzej poprowadzony jest wątek Jaskra, który z wicehrabiego de Lettenhove został zdegradowany do wywodzącego się z Bremervoord wieśniaka, który bardzo chciał się wyrwać z tego mało znaczącego zakątka świata. W niewiadomym kierunku uleciała zaś cała mądrość życiowa i inteligencja podróżującego z Geraltem człowieka, który pod pozą bawidamka skrywa precyzyjnego obserwatora rzeczywistości. Fatalnie również poprowadzono postać Essi Daven, której romans z wiedźminem, krótki i intensywnie emocjonalny, sprowadzony został jedynie do jednorazowego przygodnego stosunku seksualnego pozbawionego całej głębi emocji i znaczeń, jakie nadał mu Sapkowski. Scenarzyści dokonali bestialskiego mordu na literaturze i już za to powinni zostać postawieni przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze.

Wcale nie lepiej potraktowano główny wątek fabularny opowiadania, czyli nieoczywisty, stawający na przekór światu romans syreny Sh’eenaz oraz księcia Aglovala, którzy to odarci zostali ze swych motywacji i światopoglądu, sprowadzeni jedynie do kopulujących młodzików, pozbawieni sprawczości oraz mocy decydowania o losie swoim i innych poprzez doprawienie im królewskich rodziców. Cały przewijający się w opowiadaniu motyw poświęcenia dla ukochanej osoby w filmie odwrócono tylko po to, by Agloval mógł na złość zrobić ojcu, a wszystko miało typowy anty-monarchistyczny wydźwięk pracującego ludu miast i wsi.

Wypatroszono całą bogatą warstwę romantyczną tej opowieści, sprowadzając ją tylko do ruchańska Geralta z Essi oraz Sh’eenaz z Aglovalem, jakkolwiek to drugie miałoby nie wyglądać… Pominięto cały pro-ekologiczny wątek środowiska naturalnego oraz chciwości ludzi degenerującej otaczającą ich rzeczywistość oraz zagrażającą innym gatunkom, zamieniając to tylko i wyłącznie w dworskie intrygi na obu królewskich dworach, bo jedyne co się liczy to władza i dziedzictwo lub jego brak.

Cały zaś konflikt oparty jest na idiotycznych założeniach zmuszających ludzi zgromadzonych na kilku statkach do atakowania całej podmorskiej nacji wyposażonej w armię nadludzko silnych i szybkich wojowników na ich terytorium, jednocześnie każąc nam obawiać się o to, czy syreny, trytony i wodniki nie zostaną zgładzeni przez chciwych, morderczych ludzi bezmyślnie prących do konfliktu. Finałowa bitwa wypełniona jest natomiast idiotycznymi momentami, w których imperatyw narracyjny nagle wyposaża bohaterów takich jak Essi, Jaskier czy Sh’eenaz w niezwykły plot armour, kuriozalnie psując nabudowywaną stawkę i nadmuchując sztucznie grozę i powagę sytuacji. Dzieci w przedszkolu wymyślają lepsze historie bawiąc się pluszakami…

Dodatkowo wprowadzono wiele pomniejszych, nic niewnoszących, nic nieznaczących narracyjnie zmian, które nie były nikomu do niczego potrzebne i tylko pokazywały, jak Amerykanie (Koreańczyków nie winię, oni tylko to rysowali i wcielali w życie, to Jankesi odpowiadali za scenariusz tego filmu i pomysł na cały świat), pozbawieni kultury dłuższej niż kilkaset lat nie rozumieją, jak wygląda dużo bardziej wyrafinowana, rozbudowana i zróżnicowana kultura i historia europejska, dlatego muszą to spłycać dla szerokiej widowni masowej…

A wszak sama idea, by to właśnie za pomocą animacji adaptować wiedźmińskie opowiadania i pokazywać historie napisane przez Andrzeja Sapkowskiego, nie była zła. W przypadku Zmory wilka, mniej skrępowanej materiałem źródłowym, którego wówczas jeszcze w zasadzie nie było, przynajmniej wysilono się na całkiem zgrabnie napisaną i zrealizowaną produkcję mającą jakiś charakter. Syreny z głębin zaś to bezmyślna eksploatacja znanej i wciąż nadal lubianej przez publikę marki, nie mająca nic odkrywczego do powiedzenia, operująca na kliszach i odrzucająca swą prostacką prostotą.


Podsumowując, Wiedźmin: Syreny z głębin to rozczarowująca produkcja, wypaczająca prozę Andrzeja Sapkowskiego, czy to z braku zrozumienia czy chęci jej nieudolnego i nieumiejętnego udoskonalenia. Witcher: Sirens of the Deep otrzymuje ode mnie okrągłe 3/10, w sumie nie wiem, dlaczego tak wysoko, a w swej łaskawości desygnuję również ogromnego karnego kutasa do kolekcji dla sprawującej pieczę nad netflixowym Witcherverse Lauren Schmidt HissrichTomasz Bagiński chyba stracił tam już jakąkolwiek decyzyjność i wpływ na rozwój marki. Dobrze, że chociaż Andrzej Sapkowski dostał pieniądze z góry…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...