Netflix
nadal doi markę Wiedźmina, wyciskając z niej co tylko może ku dezaprobacie
wzburzonej publiczności. Tym razem zaprezentowano widzom film anime adaptujący
opowiadanie Trochę poświęcenia ze zbioru Miecz przeznaczenia Andrzeja Sapkowskiego. Czy twórcy w
końcu zrozumieli, czym jest Wiedźmin czy nadal uprawiają swoją wesołą twórczość
własną przypominającą zajęcia z rękodzieła w szkole dla upośledzonych dzieci?
Za
produkcję filmu odpowiada koreańskie studio animacji Mir, które pracowało również
nad poprzednim wiedźmińskim animie, czyli nie najgorzej przyjętą Zmorą wilka. Wśród
innych produkcji, przy których udzielało się Studio Mir wymienić można choćby X-men
’97, Harley Quinn, Watchmen, filmy z uniwersum Mortal Kombat czy DC, a także
nadchodzący serial Devil My Cry. Reżyserem Sirens of the Deep był Kang Hei Chul,
dla którego to debiut, wcześniej pracował przy animacjach Young Titans, The Death
of Supermen czy serialu Voltron: Legendarny Obrońca oraz Wiedźmin: Zmora wilka.
Za
scenariusz odpowiada Mike Ostrowski (scenarzysta doświadczony w pisaniu seriali
kryminalno-sensacyjnych takich jak CSI: Kryminalne zagadki Miami, Bez pardonu,
Jerycho, Blacklist, Colony, Being Human oraz Witcher), a także Rae Benjamin (mniej
doświadczony z duetu, który poza Wiedźminem pracował przy scenariuszach seriali
Prestige oraz Nasza bandera znaczy śmierć).
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Film
opowiada o przygodzie wiedźmina Geralta (tym razem głos podkłada mu Doug
Cockle, czyli aktor odgrywający go w serii gier CD Projekt Red, ostatnio też
można go było usłyszeć w Baldur’s Gate III, Alan Wake II, Dying Light 2: Stay
Human, a zaczynał w 2001 roku od Kompanii braci) oraz barda Jaskra (Joey Batey, który
odgrywa tę postać w serialu The Witcher), którzy wplątali się w intrygę rozgrywającą
się w nadmorskim Królestwie Bremervoord. Wiedźmin został wynajęty do zgładzenia
bestii mordującej poławiaczy pereł stanowiących podstawę gospodarki tego
państwa, oszczędził jednak stwora, nie w nim upatrując przyczyny zgonów.
Pozostając
bez grosza, przystają na zaproszenie uczestnictwa w festiwalu, który bard
Jaskier ma uświetnić występem. Poznają tam znajomą Jaskra z młodości, trubadurkę
Essi Daven zwaną Oczko (Christina Wren, Will Trent, L.A. Macabre, Człowiek ze
stali). Geralt dowiaduje się, że ludzie z Bremervoord popadli w konflikt z
morskim ludem syren, trytonów i służących im wodników, a jedyne co może powstrzymać
wiszącą na włosku wojnę jest romans księcia Aglovala (Camrus Johnson, Batwoman)
z syreną, księżniczką Sh’eenaz (Emily Carey, młoda Alicent Hightower w Rodzie
Smoka). Przeciwko temu związkowi są zarówno król Usveldt (Simon Templeman) wraz
ze swym bękarcim synem, dowódcą gwardii Zelestem (Ray Chase) oraz władcy podmorskiego królestwa,
król Basim (Ramon Tikaram) i królowa Dahut (Cynthia Kaye McWilliams), a jedyną
wspierającą miłość Sh’eenaz zdaje się być jej ciotka, morska wiedźma Melusina (Mallory
Jansen). Szybko jednak okazuje się, że prawda o tym konflikcie jest inna i tylko ostry miecz wiedźmina
będzie mógł zatrzymać rozlew krwi i międzygatunkową wojnę…
Przede wszystkim Wiedźmin: Syreny z głębin jest fatalną adaptacją opowiadania Trochę poświęcenia, ale nawet oceniając film w oderwaniu od materiału źródłowego, jest maksymalnie średni. Scenariusz jest płytki jak kałuża z błotem i przewidywalny, a bohaterowie pozbawieni są głębi, szorując charakterologiczną mielizną. Styl animacji jest nijaki, niektórym spodoba się bardziej a innym mniej, mi natomiast nieszczególnie przypadł do gustu. Liczne sceny akcji starają się bardzo wypełnić pustą treść filmu, jednak przesadzają one w wielu momentach, robiąc z tej produkcji niemalże kino superbohaterskie. Sama zaś fabuła, w domyśle adaptująca postmodernistyczny retelling andersenowskiej Małej Syrenki dokonany przez Sapkowskiego, skupia się bardziej na kopiowaniu Disneyowskiej wersji tej historii (dostajemy nawet piosenkę głównego złola)...
Bohaterowie są nudni, nieciekawi i nieangażujący, choć aktorzy starają się coś z nimi zrobić, jednak ręce wiąże im słabo napisany scenariusz, stanowiący główny problem tego dzieła jak i pozostałych produkcji z netflixowego unierwsum wiedźmina. Gdyby scenariusz był dobry, przebolałbym bardzo daleko idące zmiany względem materiału źródłowego. Niestety tak nie jest, więc zadaję sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego Netflix tak usilnie psuje gotowce, które dostali od Andrzeja Sapkowskiego, całkowicie nie rozumiejąc istoty tej prozy i siły filozoficzno-moralnej stojącej za historiami o Geralcie, a co gorsza ignorując je i wymyślając niepotrzebnie wszystko po swojemu, zmieniając rzeczy na gorsze?
Sam
Geralt może nie jest potraktowany w tym filmie wyjątkowo źle, twórcy czynią go
jednak dużo bardziej gadatliwym, a jego zdolności akrobatyczne i magiczne
bardzo mocno rozbudowują, jednak spłycają jego psychikę i sprowadzają postać
jedynie do wymachiwania mieczem w ekwilibrystycznych pozach.
Dużo
gorzej poprowadzony jest wątek Jaskra, który z wicehrabiego de Lettenhove
został zdegradowany do wywodzącego się z Bremervoord wieśniaka, który bardzo
chciał się wyrwać z tego mało znaczącego zakątka świata. W niewiadomym kierunku
uleciała zaś cała mądrość życiowa i inteligencja podróżującego z Geraltem
człowieka, który pod pozą bawidamka skrywa precyzyjnego obserwatora rzeczywistości. Fatalnie również poprowadzono postać Essi Daven, której romans z
wiedźminem, krótki i intensywnie emocjonalny, sprowadzony został jedynie do
jednorazowego przygodnego stosunku seksualnego pozbawionego całej głębi emocji
i znaczeń, jakie nadał mu Sapkowski. Scenarzyści dokonali bestialskiego mordu na
literaturze i już za to powinni zostać postawieni przed Międzynarodowym
Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze.
Wcale nie lepiej potraktowano główny wątek fabularny opowiadania, czyli nieoczywisty, stawający na przekór światu romans syreny Sh’eenaz oraz księcia Aglovala, którzy to odarci zostali ze swych motywacji i światopoglądu, sprowadzeni jedynie do kopulujących młodzików, pozbawieni sprawczości oraz mocy decydowania o losie swoim i innych poprzez doprawienie im królewskich rodziców. Cały przewijający się w opowiadaniu motyw poświęcenia dla ukochanej osoby w filmie odwrócono tylko po to, by Agloval mógł na złość zrobić ojcu, a wszystko miało typowy anty-monarchistyczny wydźwięk pracującego ludu miast i wsi.
Wypatroszono
całą bogatą warstwę romantyczną tej opowieści, sprowadzając ją tylko do
ruchańska Geralta z Essi oraz Sh’eenaz z Aglovalem, jakkolwiek to drugie
miałoby nie wyglądać… Pominięto cały pro-ekologiczny wątek środowiska
naturalnego oraz chciwości ludzi degenerującej otaczającą ich rzeczywistość
oraz zagrażającą innym gatunkom, zamieniając to tylko i wyłącznie w dworskie
intrygi na obu królewskich dworach, bo jedyne co się liczy to władza i
dziedzictwo lub jego brak.
Cały zaś konflikt oparty jest na idiotycznych założeniach zmuszających ludzi zgromadzonych na kilku statkach do atakowania całej podmorskiej nacji wyposażonej w armię nadludzko silnych i szybkich wojowników na ich terytorium, jednocześnie każąc nam obawiać się o to, czy syreny, trytony i wodniki nie zostaną zgładzeni przez chciwych, morderczych ludzi bezmyślnie prących do konfliktu. Finałowa bitwa wypełniona jest natomiast idiotycznymi momentami, w których imperatyw narracyjny nagle wyposaża bohaterów takich jak Essi, Jaskier czy Sh’eenaz w niezwykły plot armour, kuriozalnie psując nabudowywaną stawkę i nadmuchując sztucznie grozę i powagę sytuacji. Dzieci w przedszkolu wymyślają lepsze historie bawiąc się pluszakami…
Dodatkowo wprowadzono wiele pomniejszych, nic niewnoszących, nic nieznaczących narracyjnie zmian, które nie były nikomu do niczego potrzebne i tylko pokazywały, jak Amerykanie (Koreańczyków nie winię, oni tylko to rysowali i wcielali w życie, to Jankesi odpowiadali za scenariusz tego filmu i pomysł na cały świat), pozbawieni kultury dłuższej niż kilkaset lat nie rozumieją, jak wygląda dużo bardziej wyrafinowana, rozbudowana i zróżnicowana kultura i historia europejska, dlatego muszą to spłycać dla szerokiej widowni masowej…
A wszak sama idea, by to właśnie za pomocą animacji adaptować wiedźmińskie opowiadania i pokazywać historie napisane przez Andrzeja Sapkowskiego, nie była zła. W przypadku Zmory wilka, mniej skrępowanej materiałem źródłowym, którego wówczas jeszcze w zasadzie nie było, przynajmniej wysilono się na całkiem zgrabnie napisaną i zrealizowaną produkcję mającą jakiś charakter. Syreny z głębin zaś to bezmyślna eksploatacja znanej i wciąż nadal lubianej przez publikę marki, nie mająca nic odkrywczego do powiedzenia, operująca na kliszach i odrzucająca swą prostacką prostotą.
Podsumowując, Wiedźmin: Syreny z głębin to rozczarowująca produkcja, wypaczająca prozę Andrzeja Sapkowskiego, czy to z braku zrozumienia czy chęci jej nieudolnego i nieumiejętnego udoskonalenia. Witcher: Sirens of the Deep otrzymuje ode mnie okrągłe 3/10, w sumie nie wiem, dlaczego tak wysoko, a w swej łaskawości desygnuję również ogromnego karnego kutasa do kolekcji dla sprawującej pieczę nad netflixowym Witcherverse Lauren Schmidt Hissrich. Tomasz Bagiński chyba stracił tam już jakąkolwiek decyzyjność i wpływ na rozwój marki. Dobrze, że chociaż Andrzej Sapkowski dostał pieniądze z góry…





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz