poniedziałek, 23 grudnia 2024

WŁADCA PIERŚCIENI: WOJNA ROHIRRIMÓW (2024) - RECENZJA FILMU

 

W ostatnim czasie studio Warner Brothers postanowiło na nowo otworzyć swoje filmowe tolkienowskie uniwersum, a pierwszym projektem, który ujrzał światło dzienne stał się film anime o losach króla Rohanu Helma Hammerhanda. Czy film ten udanie przetarł szlak nadchodzącym produkcjom, czy też bazował jedynie na nostalgii?


Za reżyserię filmu odpowiadał Kenji Kamiyama, który w Japonii znany jest głownie z pracy nad takimi uniwersami jak Ghost in the Shell, Ultraman czy Cyborg 009, a także Blade Runner: Black Lotus. Za scenariusz odpowiadał niezbyt doświadczony zespół, w skład którego wchodzili: duet Jeffrey Addiss i Will Matthews mający na koncie Ciemny kryształ: Czas buntu i Life in a Year, a także duet Arty Papageorgiou i Phoebe Gittins, którzy przed kilkunastoma laty stworzyli film The Sorrows, a panna Gittins znana jest nadal najbardziej z tego, że jest córką Philippy Boyens, która z Peterem Jacksonem współpracowała nad wieloma jego projektami jako scenarzystka czy producentka, głównie w uniwersum Śródziemia.


Za muzykę odpowiadał Steven Gallagher, który pracował wcześniej już przy Hobbitach, Dystrykcie 9 czy Avatar: Istota wody, nie był jednak kompozytorem muzyki tych filmów.

Film powstał z dwóch powodów – po pierwsze i przede wszystkim studio musiało zrobić jakikolwiek film z uniwersum celem zachowania praw do marki. Po drugie, twórcy chcieli odgrzać stary kotlet przyprawiony „współczesną wrażliwością uśmiechniętego społeczeństwa Zachodu”, aby zdobyć glorię chwały i rozbić box-office…

Wojna Rohirrimów fabularnie rozgrywa się około 250 lat przed wydarzeniami z Dwóch Wież i opowiada o wewnętrznym konflikcie w Rohanie za czasów panowania króla Helma Żelaznorękiego (Brian Cox, ostatnio najbardziej znany z roli Logana Roya w Sukcesji). Następcami Helma byli bracia Haleth (Benjamin Wainwright) i Hama (Yazdan Qafouri), ale król najbardziej hołubił córkę Herę (Gaia Wise). Hera była silną i niezależną niewiastką, która wolała samodzielnie patatajać na koniku po rohańskich stepach, uciekając przed swą opiekunką i dawną tarczowniczką Olwyną (Lorraine Ashbourne, ostatnio choćby Bridgertonowie). Helm planuje wydać ją za mąż za księcia Gondoru (nie kojarzę wówczas takiego, może chodziło o namiestnika Gondoru, gdyż Gondor nie ma króla, Gondor nie potrzebuje króla…), w konkury o rękę Hery staje jednak też Wulf (Luca Pasqualino, Snowpiercer, Cień i kość, Muszkieterowie, Rodzina Borgiów), syn lorda Freki z plemienia Dunledingów. Mariaż ten zostaje odrzucony przez króla, na co urażony Freka wyzywa Helma na pojedynek, w którym ginie, a jego pałający żądzą zemsty syn zostaje wygnany.

Zupełnym przypadkiem podczas konnej przejażdżki nasza girlboss eskortowana przez kuzyna Frealafa (Laurence Ubong Williams) napotyka zabłąkanego mumakila (zwanego też olifantem), a uciekając od niego wpada na służącego Wulfowi generała Targga (Michael Wildman), który porywa ją do Isengardu, który swoją siedzibą uczynił sobie Wulf. Przy pomocy heroiny Olwyny udaje jej się uciec, Rohan jednak jest zagrożony inwazją Dunledingów. Helm pragnie stanąć do bitwy z rzucającym mu wyzwanie Wulfem, a Edoras, stolica Rohanu, zostaje pozbawiona ochrony. Bitwa, w wyniku forteli i zdrad, przechyla się na korzyść Wulfa, zwłaszcza gdy z jego ręki pada następca tronu, Haleth. Ranny Helm zostaje zabrany do Rogatego Grodu (później przemianowanego na Helmowy Jar), a Wulf, nie bacząc na zbliżającą się zimę, rozpoczyna oblężenie niezdobytej twierdzy, z której Hera i garstka wiernych jej Rohańczyków nie mają ucieczki.


Hera nie od tego ma jednak głowę, żeby deszcz nie leciał jej do wnętrzności, lecz z pewnością wykoncypuje jakiś sprytny plan, jak wystrychnąć na dudka tego huncwota Wulfa, a Helm swój przydomek Żelaznoręki wziął też nie od pracy w kuźni, więc oszalały z rozpaczy będzie rozpierdalał wszystkich jak leci, to jednak na mizernych barkach Hery (i heroiny Olwyny) spocznie ciężar rozjebania całej armii Wulfa, gdyż tak stanowi Najwyższe Prawo Śródziemia objawione w samej muzyce Ainurów, bo gdyby to było złe, to Eru Iluvatar inaczej stworzyłby Ardę.

Władca Pierścieni: Wojna Rohirrimów od samego początku nie stara się wykreować ciekawych, skomplikowanych postaci, w których losy można byłoby się zaangażować. Historia jest prosta i pretekstowa, a bohaterowie nieciekawi. Wybija się tu charyzmatyczny Helm ugłosowiony przez kapitalnego Briana Coxa, ale cała reszta nie zwróciła mojej uwagi. Na plus poczytać jeszcze można było przewijającą się od czasu do czasu narrację prowadzoną przez Mirandę Otto, która wcielała się w postać Eowiny.

Fabuła i bohaterowie byli nijacy, a cały film bardzo mocno mrugał okiem do widza w zakresie nawiązań do filmów Petera Jacksona, prezentując nam sporo klisz i w wielu miejscach odbijając sceny niemal od kalki. Nie były to może przeniesienia jeden do jednego, ale w moim odczuciu było to zbyt nachalne opieranie narracji o nostalgię, a za mało własnej inwencji. A tam, gdzie starano się o coś oryginalnego, opierano się na girl-bossowości głównej bohaterki, która zwinna i sprawna w boju niczym elfka naklepała by amazońskiej Galadrieli i się nawet nie spociła. Przesadzam z moją awersją do tej postaci tylko odrobinę, gdyż wpisuje się niestety we współczesny schemat i szablon bohaterki lepszej we wszystkim od wszystkich, która odrzuca tradycyjny wzorzec i walczy z patriarchalnymi okowami panującymi w społeczeństwie.


Poza gęsto wplecionymi nawiązaniami w filmowy wątek Rohanu z trylogii Jacksona, z niezbyt uzasadnionych przyczyn film wrzuca również sporo nawiązań do szerszego kontekstu Władcy Pierścini, upychając niemal kolanem pod koniec odwołania do Sarumana i Gandalfa oraz poszukiwania Jedynego Pierścienia, co według mnie nie było w ogóle potrzebne w tej historii, ale bez tego najwidoczniej film nie przechodził kontroli jakości zgodności z lorem i odhaczeniem check-boxów.

Ponadto, wizualnie animacja mi się nie podobała, co najwyżej kilka sekwencji było ciekawych i płynnych, reszta zakrawała o filmy animowane sprzed trzech czy czterech dekad. I może wynika to z faktu, że chciano oddać hołd dawnej animowanej wersji Władcy Pierścieni, a może tak po prostu nadal kręci się w Japonii – nie wiem, bo nie oglądam chińskich bajek...


Podsumowując, Władca Pierścieni: Wojna Rohirrimów to średni film ze szczątkową historią klejoną na siłę nostalgii w rytm utworu „Rohan greatest hits, women edition”. Bohaterowie przezroczyści, historia mało angażująca, nostalgia do porzygu, wizualnie film niezbyt interesujący i momentami zacofany jak somalijskie rolnictwo. Nie zadziałała na mnie magia Środziemia tym razem i liczę, że więcej pomysłu będzie na aktorskie filmy z tego uniwersum - Panie Jackson, nie spierdol tego. Wojna Rohirrimów dostaje ode mnie 5,5/10 i nigdy więcej nie wrócę do tego filmu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...