Jednym z najbardziej widowiskowych filmów roku zapowiadano ekranizację jednego z najpopularniejszych w historii broadwayowskich musicali. Czy w Wicked było wystarczająco dużo magii, aby nawet mi, stroniącemu od śpiewania w filmach, spodobała się ta historia? Czy warto czekać na drugą część?
Wicked
to kinowa wersja musicalu o tym samym tytule, który na Broadwayu premierował 30
października 2003 roku, do którego piosenki i muzykę napisał Stephen Schwartz,
muzyk nagrodzony Oscarami i Złotymi Globami m.in. za Pocahontas czy Dzwonnika z
Notre-Dame. Scenariusz musicalu był autorstwa Winnie Holzman, która oparła sztukę
na podstawie powieści Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu napisanej
przez Gregory’ego Maguira w 1995 roku. Książka natomiast ukazuje perspektywę
antagonistki książki Czarnoksiężnik z Krainy Oz autorstwa Lymana Franka Bauma z
1900 roku. Mamy więc do czynienia z „przekładem czwartego stopnia” w kontekście
klasycznego dzieła.
Za
reżyserię odpowiada Jon M. Chu, który karierę zaczynał od filmu Step up 2 i wiele
z jego późniejszych filmów nosiła znamiona musicali albo zawierających znaczące
elementy taneczno-śpiewane. W późniejszym jego dorobku należy wyróżnić m.in. G.I.
Joe: Odwet, Iluzja 2, Bajecznie bogaci Azjaci, In the Heights: Wzgórza marzeń.
Scenariusz napisała Dana Fox (Co się zdarzyło w Las Vegas, Raj dla par, Ben and
Kate, Jak to robią single, Cruella, Zaginione miasto czy serial Home Before
Dark) przy wsparciu Winnie Holzman.
W filmie wykorzystano muzykę i piosenki Schwartza, kompozytorem ścieżki dźwiękowej był natomiast John Powell, w którego bogatej filmografii wyróżnić można m.in. liczne animacje takie jak serie Shrek, Kung Fu Panda, Jak wytresować smoka, Epoka lodowcowa (poza pierwszą częścią), a wśród filmów aktorskich choćby seria o Jasonie Bournie, X-men 3: Ostatni bastion, Pan i Pani Smith, Jumper, Hancock). Autorem zdjęć była Alice Brooks, która z Chu współpracowała przy okazji In the Heights, Home Before Dark czy Legion Niezwykłych Tancerzy, a ponadto ma na koncie także ciepło przyjęty tick, tick... Boom! czy The Walking Dead: Red Machete.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Film opowiada o relacji łączącej Elphabę (Cynthia Erivo, nominowana do Oscara za rolę w Harriet, ponadto Źle się dzieje w El Royale, Wdowy, Pinokio [wersja Roberta Zemeckisa z 2022] czy seriale Carrier i Genius), która później stanie się tytułową Złą Czarownicą oraz Galindę (Ariana Grande, popularnej piosenkarce, którą można było już widzieć na ekranach przy okazji Nie patrz w górę). Elphaba, od urodzenia zielonoskóra córka gubernatora Manczkinlandii, od zawsze była obiektem szyderstw i niechęci również za sprawą magicznych predyspozycji, których nie potrafiła opanować. Wbrew swym planom została przyjęta do Uniwersytetu Shiz, gdzie miała zaopiekować się tylko swoją poruszającą się na wózku inwalidzkim siostrą Nessarosą (Marissa Bode), jej potencjał dostrzegła jednak rektorka uczelni, Madame Morrible (Michelle Yeoh, w ostatnich latach Duchy w Wenecji, Wiedźmin: Rodowód krwi, Shang-chi i legenda dziesięciu pierścieni i przede wszystkim Wszystko wszędzie naraz, za który to dostała Oscara).
Na
studiach los Elphaby przecina się z perypetiami Galindy, gdy te zostają
współlokatorkami. Postacie o zupełnie przeciwnych charakterach początkowo prowadzą
niewypowiedzianą wojnę, nie potrafiąc się porozumieć i dopasować. Sytuacja
zmienia się, gdy na uczelnię trafia wzbudzający sensację bawidamek książę
Fiyero (Jonathan Bailey, Bridgertonowie, Towarzysze podróży, W1A, Broadchurch, Jack Ryan), a wszyscy pod jego wpływem dostają kociokwiku, zaś splot wydarzeń sprawia, że Elphaba i
Galinda zbliżają się do siebie i zostają przyjaciółkami (o nadal trudnej do
przewidzenia dynamice relacji).
Innym
wątkiem jest pogarszająca się rola zwierząt w Oz, zwłaszcza po tym, jak wykluczony
z uczelni zostaje ostatni animalistyczny wykładowca, kozioł nauczający
historii, doktor Dillamond (Peter Dinklage, Tyrion z Gry o Tron). Elphaba,
czując więź z prześladowaną mniejszością, pragnie pomóc potrzebującym, jednak
wezwana zostaje do Szmaragdowego Miasta na zaproszenie samego Czarnoksiężnika
(Jeff Goldblum, którego przedstawiać nie trzeba). W podróż z nią wybiera się
również Galinda, nie wszystko jednak okaże się w stolicy być takie, jak sobie
wyobrażały, a obie dziewczyny będą musiały wybrać stronę w nadchodzącym
konflikcie.
Film
wypada zaskakująco dobrze pod względem realizacji, a na wysokim poziomie stoją
kostiumy, rekwizyty, scenografie i cała warstwa wizualna. Barwna produkcja wykonana
jest gustownie i nie wpada w kicz oraz plastikowość. Dużą siłą filmu jest
również wartkie tempo wypełnione piosenkami i towarzyszącym im tańcem,
utrzymując dzięki choreografii uwagę widza i nie pozwalając mu na nudę.
Dobrze
wypadają główne bohaterki – co do Erivo nie było wątpliwości, że będzie mogła
wykazać się swoim aktorskim potencjałem, zaskakująco pozytywnie zaprezentowała
się jednak Ariana Grande, która choć odgrywała stereotypowy charakter, to nie
brakowało jej charyzmy i wprowadzała niezbędną pompatycznej historii komedię.
Nieco słabiej niestety wyglądało to na drugim planie, gdzie brakowało wyrazistych
bohaterów – lekki plus można zapisać przy Jonathanie Baileyu w roli Fiyero, który
wprowadził dynamizm do historii i sam przeszedł przemianę, minus przy Michelle
Yeoh, która miała znikomą rolę i pojawiała się na ekranie incydentalnie, mało
czasu również dostał Jeff Goldblum jako Czarnoksiężnik, choć nadrabiał
charyzmą.
Nawet
piosenki, które w filmie występowały często i gęsto, nie popsuły mi seansu,
choć jakby było ich mniej, to dla mnie byłoby korzystniej – jednak widziały
gały co brały i trudno od musicalu wymagać, żeby nie było tam piosenek, tańców,
hulanek i swawoli.
Fabularnie natomiast film wygrywał skomplikowaną relacją Elphaby i Galindy, wątek sytuacji w Oz bowiem budowany był powoli i niespiesznie, rzucając dopiero na koniec w widza wyjaśnieniami, kto stoi za całym zamieszaniem i jaka jest prawdziwa intryga. Rozwinięcie tego zobaczymy pewnie w większym stopniu w części drugiej, według mnie brakowało jednak szerszego zarysowania kontekstu już teraz.
Podsumowując, Wicked to nadspodziewanie solidna produkcja w gatunku, za którym nie przepadam, ale potrafię docenić jakość produkcyjną i czysty fun z tego, co działo się na ekranie. Część pierwsza Wicked otrzymuje ode mnie 7,5/10 i wcale nie dziwi mnie tak pozytywne przyjęcie filmu zarówno wśród krytyków jak i przez publiczność, najwidoczniej w Internecie wygrał zielonoskóry solidaryzm, który powstrzymał trolli przed review bombingiem filmu. Z chęcią natomiast wybiorę się na drugą część, by poznać dalsze losy Elphaby i Galindy.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz