Denis
Villeneuve w ostatnich latach zachwycił publiczność swoimi dwoma częściami
ekranizującymi powieść Franka Herberta pt. Diuna. Warner postanowił kuć żelazo,
póki gorące i w oczekiwaniu na ekranizację Mesjasza Diuny przygotował widzom
osadzony 10 mileniów wcześniej prequel na podstawie mniej docenionej prozy literackich
sukcesorów Herberta.
Serial przez ostatnich kilka lat przechodził produkcyjne piekło nie tylko związane ze strajkiem aktorów, ale dużo wcześniejszych kreatywnych różnic. Początkowo w serial Dune: Sisterhood miał być zaangażowany duet Denis Villeneuve i Jon Spaihts odpowiedzialny za dwa dotychczasowe filmy. Z powodu zbyt małych parytetów kobiecych, do Jona Spaihtsa dokooptowano Danę Calvo jako co-showrunnerkę, a chwilę później Spaihts opuścił projekt. Dana Calvo została wkrótce zastąpiona przez Diane Ademu-John (pracowała wcześniej przy serialach Medium, Anatomia prawdy, The Originals, Imperium). Villeneuve też nie mógł pracować nad serialem, a reżyserią miał zająć się Johan Renck (odcinki Breaking Bad, Wikingowie i przede wszystkim Czarnobyl), jednak i on odszedł w czasie produkcji. Ademu-John również odeszła przed zakończeniem prac nad serialem, choć jej wkład był na tyle znaczący, że uchowała się jako jedna z licznego grona producentów. Samodzielną showrunnerką pozostała Alison Schapker, osoba doświadczona w branży dzięki takim produkcjom jak Czarodziejki, Agentka o stu twarzach, Zagubieni, Fringe, Almost Human, Flash, Skandal, Altered Carbon i Westworld.
Nad scenariuszem, opartym na książce Briana Herberta i Kevina J. Andersona pt. Sisterhood of Dune z 2012 roku pracowali ponadto Suzanne Wrubel (Westworld, Weird City), Elizabeth Padden (Umbrella Academy, The Walking Dead: Nowy świat, Altered Carbon), Kor Adana (Gwiezdne Wojny. Akolita, Mr. Robot), Leah Benavides Rodriguez (Imperium, The Arrangement), Jordan Goldberg (Westworld, pracował też jako pomniejszy producent przy filmach Prestiż, Insterstellar, Incepcja, Mroczny Rycerz i Mroczny Rycerz powstaje), Kevin Lau (Ród Smoka, Westworld, Nierealne, Kraina Lovecrafta), Monica Owusu-Breen (Czarodziejki, Agentka o stu twarzach, Zagubieni, Fringe, Agents of SHIELD, Midnight, Texas, Percy Jackson i bogowie olimpijscy), Carlito Rodriguez (Imperium oraz odcinek The Leftovers). Za reżyserię odcinków odpowiadali ostatecznie Anna Foerster (Outlander, Jessica Jones, Carnival Row, Westworld, Underworld: Wojny krwi), doświadczony Richard J. Lewis (Westworld, Dom grozy: Miasto Aniołów, Impersonalni, The Defenders, CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas i wiele innych) oraz John Cameron (ciekawa persona, bo po odcinku Xeny: Wojowniczej księżniczki oraz Herkulesa miał przerwę od 1998 do 2017 roku, kiedy wyreżyserował odcinek Fargo, a później cztery odcinki Legiona [których był również pełnoprawnym producentem, jak i Severance oraz kilku filmów pokroju Ladykillers, czyli zabójczy kwintet, Zły Mikołaj, Bracie, gdzie jesteś?, Big Lebowski).
Za
muzykę odpowiadał Volker Bertelmann, którego tylko w tym roku można było
usłyszeć w serialach Dzień Szakala, Hrabia Monte Christo, Social Studies oraz
filmach Konklawe i Kruk.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Serial
Diuna: Proroctwo opowiada historię osadzoną dziesięć tysięcy lat przed wydarzeniami
książkowej Diuny, około stulecie po zakończeniu jihadu butleriańskiego i
pokonaniu myślących maszyn. Ludzkość nadal liże rany po wielkiej wojnie, a Galaktyczne
Imperium na dobrą sprawę wciąż się formuje, serial jednak nam o tym nie mówi. W
cieniu polityką zaczyna sterować kobiecy zakon później znany jako Bene Gesserit,
który wedle własnego tajemniczego planu dąży do koligacji między wysokimi rodami
oraz steruje poczynaniami możnych tego świata, z padyszachem imperatorem
Javicco Corrino na czele (w tej roli znany i lubiany Mark Strong, który zaliczył
w tym roku epizod w Legendzie Vox Machiny oraz Pingwinie, a także filmach Atlas
i Godzina ciszy).
Na
czele zakonu stoi matka przełożona Valya Harkonnen (w roli starszej wersji
Emily Watson, którą można kojarzyć z roli Uliany Chomiuk w Czarnobylu; młodszą
wersję zaś gra Jessica Barden, The End of the Fucking World, Układanka, You &
me, American Horror Stories), a kontrolę nad zgromadzeniem pomaga jej sprawować
jej siostra, matka wielebna Tula Harkonnen (Olivia Williams, The Crown, Nierealne, Ojciec,
Odpowiednik, Projekt Manhattan; młodszą jej wersję odgrywa Emma Canning, Nic nie
mów, Władcy przestworzy, Domina).
Wśród
ich uczennic wymienić można m.in. siostrę Lilę (Chloe Lea), siostrę Theodosię (Jade
Anouka), siostrę Jen (Faoileann Cunningham) czy siostrę Emeline (Aoife Hinds) –
każda z nich charakteryzuje się nieco innymi predyspozycjami i odegra odmienną
rolę w serialowych wydarzeniach, to jednak zbyt mało ciekawe i zbyt
skomplikowane, by o tym pisać…
Zakon
chce przyjąć w swe szeregi następczynię tronu, księżniczkę Ynez Corrino (Sarah-Sofie
Boussnina), która spędza bezproduktywnie czas w pałacu wraz ze swym przyrodnim bratem, księciem Konstantinem Corrino (Josh Heuston) oraz mistrzem miecza, Keiranem Atrydą (Chris Mason),
w którym się zakochuje. Niezbyt przychylnie na ten pomysł patrzy cesarzowa
Natalya (Jodhi May, znana choćby z roli królowej Calanthe w pierwszym sezonie
Wiedźmina), a wpływy Zgromadzenia maleją, gdy na dworze Corrinów pojawia się
tajemniczy żołnierz Desmond Hart (Travis Fimmel, najbardziej znany z roli
Ragnara Lothbroka w Wikingach), który wykazuje się przebiegłością i
tajemniczymi mocami.
Obserwujemy
zatem wielorakie intrygi pałacowe i przepychanki między Zakonem a Desmondem
Hartem, między Imperium a Rebeliantami, między Imperatorem a wysokimi rodami
oraz tymi, którzy chcą słabym imperatorem manipulować, a także intrygi i
niesnaski w samym Zgromadzeniu tak współcześnie jak i kilkanaście lat
wcześniej, gdy młoda i ambitna Valya Harkonnen przejęła kontrolę w znanym
Wszechświecie, ale przeszłość wyciąga po nią ręce i zwiastuje czarne chmury nad
losem Zgromadzenia…
Serial
ten podczas oglądania wywierał na mnie wrażenie połączenia amazońskiego Koła
czasu z netflixowym uniwersum Wiedźmina bardzo mocno inspirowanego ejczbiowską
Grą o tron. Podstawowym jednak problemem, poza wieloma pomniejszymi, był chaotycznie
pisany scenariusz i widać wyraźnie, jak produkcja ucierpiała na tych wszystkich
zmianach personalnych osób odpowiedzialnych za fabułę i prowadzenie narracji (a
wszak i aktorsko też nastąpiły zmiany, wszak w trakcie zdjęć z roli zrezygnowały
Shirley Henderson jako Tula oraz Indira Varma jako cesarzowa Natalya).
Wykreowano serial ze słabo napisanymi postaciami, które nie potrafiły wzbudzić sympatii widza oraz fatalnymi dialogami, ponadto mając do dyspozycji tak bogaty świat jak Diuna zdecydowano się praktycznie nic nie tłumaczyć, a proste wątki niepotrzebnie komplikować i udziwniać. Serial miotał się od melodramatycznej space opery mydlanej poprzez intrygancki thriller polityczny po young adult dramę na sterydach kosmicznych zakonnic, wszystko to jednak okazywało się mało interesujące na dłuższą metę. Trzeba jednak przyznać, że finały odcinków budowały napięcie, które zmuszało do sięgnięcia po kolejny odcinek...
Ponadto,
brakowało serialowi rozmachu w kontekście scenografii, rekwizytów, kostiumów i
ogólnej wielkości świata, wszystko bowiem wydawało się bardzo małe i
nieciekawe. Serial miał jedynie przebłyski ciekawych momentów i ujęć, w
większości przypadków wydając się płaskim. W porównaniu z filmową Diuną
brakowało tu polotu zarówno narracyjnego jak i wizualnego, a muzyka Bertelmana również
była rozczarowująca.
Wśród aktorów przez moment na początku tylko Travis Fimmel wzbudzał moje zainteresowanie swoim przerysowaniem i tajemniczością, szybko jednak mnie zgubił popadnięciem w jednowymiarowy manieryzm oraz miałkością wątku, pod koniec nieco sympatii zyskała w moich oczach Olivia Williams, pokazując najwięcej człowieczeństwa w swej roli, pozostała reszta to były gadające kukły wygłaszające przemowy, a nie dialogi i nikomu nie kibicowałem.
Podsumowując, aby nie znęcać się niepotrzebnie i nie roztrząsać przykrych szczegółów produkcji, Diuna: Proroctwo to jedno z większych serialowych rozczarowań tego roku ze względu na spory potencjał, który nie został wykorzystany. Nie było może tragedii, ale poprzeczka była zawieszona dużo wyżej, dlatego serial otrzymuje ode mnie ocenę 6/10 i drugi sezon z pewnością obejrzę, ale bez przesadnego oczekiwania i bez miłości. Wierzę jednak, że bardziej spójnie zaplanowany drugi sezon pozbawiony całego bałaganu może okazać się lepszy, póki co jednak Dune: Prophecy stoi na poziomie Pierścieni Władzy w uniwersum Władcy Pierścieni.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz