W ostatnim czasie Netflix postanowił obdarować widzów adaptacjami znanych i lubianych marek anime, przenosząc je z wersji animowanych do live action. Po udanym, acz momentami absurdalnym One Piece, teraz otrzymaliśmy Avatara: Ostatniego Władcę Wiatru, który już otrzymał zielone światło na dwa kolejne sezony.
Marka Avatara (nie mylić z franczyzą Jamesa Camerona o niebieskich kotołakach z Pandory) wywodzi się z serialu animowanego autorstwa Bryana Konietzko oraz Michaela Dante Di Martino znanego pod tytułami Avatar: The Last Airbender albo Avatar: Legend of Aang oraz jego kontynuacji Avatar: Legend of Kora. Swoją filmową próbę adaptacji podjął M. Night Shyamalan w 2010 roku, jednak jego wizja nie przypadła publice do gustu. Sam nigdy nie oglądałem serialu animowanego, natomiast film widziałem (podobno i to nie cały), także nie mam żadnego emocjonalnego związku z tą franczyzą i nie działają na mnie tanie sztuczki twórców, choć na samą produkcję czekałem po przyjemnie wyglądających zwiastunach. Czy showrunner i współscenarzysta Albert Kim (pracował wcześniej z przy takich serialach jak Nikita, Jeździec bez głowy czy animowany Pantheon) sprostał zadaniu?
Fabuła serialu opowiada o losach fikcyjnego świata, w którym każdy z czterech narodów dysponuje magią jednego z żywiołów: Powietrza, Ziemi, Wody i Ognia, a o równowagę dba Awatar, istota panująca nad wszystkimi żywiołami. Naród Ognia wykorzystał nieobecność Awatara i zgładził Nomadów Powietrza oraz wypowiedział trwającą od stu lat wojnę Królestwu Ziemi i Plemionom Wody. Wówczas z letargu budzi się Aang, tytułowy ostatni władca wiatru, który jest nowym Awatarem. Wraz z poznanymi na swej drodze przyjaciółmi musi uratować świat i pokonać Naród Ognia dążący do podboju świata i zjednoczenia go pod swoimi rządami.
Sytuacja prezentuje się lepiej na
drugim planie, w gronie antagonistów lub antybohaterów serialu, gdzie zobaczyć
mogliśmy trzy rozpoznawalne twarze. W rolę Ozaia, przywódcy Narodu Ognia, wcielił
się Daniel Dae Kim (Jin Kwon z serialu Zagubieni) i choć nie była to rola duża,
to dobrze wypadł jako sterujący wszystkim zza pałacowych kulis władca. Jako
narzędzie wojny w rękach Ozaia, dowodzącego flotą admirała Zhao, wcielił się
Ken Leung (Miles z serialu Zagubieni) – antagonista dość tekturowy, ale też
znajdujący się w dalszym szeregu, toteż nie trzeba było wymagać zbyt wiele.
Najciekawszym wątkiem całego serialu była natomiast relacja między księciem
Zuko (Dallas Liu, wystąpił m.in. w marvelowskim Shang-chim) oraz opiekującym
się następcą tronu wujem, generałem Irohem (Paul Sun-Hyung Lee znany choćby z seriali tzw. "Mandoverse", ale przede wszystkim z serialu Kim’s Convenience). Te dwie
postaci miały najciekawszą drogę, a bohaterowie okazali się mieć najbardziej
pogłębione charaktery w całym serialu i nawet jeśli czasem napisane były w
infantylny sposób, to w perspektywie całego wątku broniły się najlepiej i nie irytowały
tak, jak protagoniści, którym powinniśmy kibicować.
Podsumowując, nie miałem żadnego czynnika nostalgii i poza relacją Zuko i Iroha losy bohaterów nie obchodziły mnie w żaden sposób, nie wywołując cienia emocji. Twórcy od samego początku swoim infantylnym, prostackim pisaniem pretekstowego scenariusza wypełnionego sztampowymi, nijakimi dialogami, okraszonymi przeciętną grą aktorską odstręczali mnie od oglądania i bywały momenty, że chciałem po prostu zostawić ten serial w połowie. Jednym z elementów, które interesowały mnie w tej produkcji był występ urodzonej w Krakowie polsko-chińskiej aktorki Marii Zhang wcielającej się w elitarną wojowniczkę Suki. Jak się jednak okazało, jej występ ograniczył się zaledwie do jednego odcinka… Serial był słabo napisany, ale nie był fatalny i pomimo całej mojej niechęci przechodzącej w obojętność, oceniam go na 6/10 i prawdopodobnie szybko o nim zapomnę do momentu zwiastuna drugiego sezonu.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz