poniedziałek, 4 marca 2024

DIUNA: CZĘŚĆ II (2024) - RECENZJA

 

Po kilku latach przerwy Denis Villeneuve, jeden z najlepszych współczesnych reżyserów, powraca z sequelem Diuny, dopełniając ekranizacji pierwszego tomu kultowej serii sci-fiction autorstwa Franka Herberta. Kanadyjski twórca ponownie przeniósł nas na pustynną planetę Arrakis, na której ważyć się będą losy całego Wszechświata, bowiem ten, kto posiada Przyprawę, posiada władzę.


Z pierwotnego tria scenarzystów wykruszył się uznany Eric Roth (Forest Gump, Monachium, Ciekawy przypadek Benjamina Buttona, Narodziny gwiazdy, Czas krwawego księżyca), a Denisowi Villeneuve towarzyszył jedynie nieco mniej doświadczony Jon Spaihts (Prometeusz, Doktor Strange, Pasażerowie). Scenariusz doszlifowywał natomiast Craig Mazin, twórca takich produkcji jak Czarnobyl i The Last of Us. Za warstwę audiowizualną ponownie odpowiadali Hans Zimmer (muzyka) oraz Greig Fraser (zdjęcia).

            Diuna z 2021 roku wywarła na publice ogromne wrażenie, a ja sam byłem na tyle oczarowany filmem, że przyznałem mu ocenę 9/10. Wizja Villeneuve niezwykle celnie trafiła w mój gust i z ogromnym przejęciem czekałem na kontynuację losów Paula Atrydy w jego krętej drodze w poszukiwaniu Złotej Ścieżki. Poprzeczka była zawieszona niezwykle wysoko i od dawna tak bardzo nie wyczekiwałem na jakąkolwiek filmową premierę, prawdopodobnie od czasu… premiery pierwszej części Diuny.

Pierwszy film, zgodnie z ostatnim zdaniem „This is only the beginning”, był jedynie wstępem właściwej historii i rozstawieniem pionków na planszy. Wobec rosnącego znaczenia rodu Atrydów Imperator przekazał im we władanie kluczową gospodarczo planetę Arrakis, którą dotychczas rządzili okrutni Harkonnenowie. Baron Vladimir Harkonnen miał jednak inne plany i zgodnie z wolą Imperatora zaatakował Atrydów, którzy w bitwie o Arrakeen zostali zdziesiątkowani, a ich przywódca, książę Leto Atryda, zginął. Zmusiło to jego dziedzica, młodego Paula Atrydę, do ucieczki i schronienia się wraz z matką Jessicą, członkinią Zakonu Bene Gesserit, na pustyni wśród Fremenów. Zaczęło wypełniać się przeznaczenie Paula jako Kwisatz Haderach – efektu wielowiecznego projektu genetycznego mającego na celu stworzenie istoty o potężnym umyśle potrafiącym widzieć przeszłość oraz przewidywać przyszłość, oraz Lisana al – Gaiba – proroka wytyczającego społeczności Fremenów drogę do Raju…



Akcja drugiej części zaczyna się tuż po zakończeniu pierwszej, gdy Paul Atryda (Timothee Chalamet) zostaje przyjęty jako gość przez fremeński oddział pod dowództwem Stilgara (Javier Bardem). Podczas gdy Paul walczy wraz Fremenami przeciwko Harkonnenom, jego brzemienna matka, Lady Jessica (Rebeca Ferguson), zostaje Matką Wielebną i wbrew woli syna prowadzi religijną agitację podsycającą wiarę Fremenów w nadzwyczajną rolę Paula. Obserwujemy, jak między Paulem a Fremenką Chani (Zendaya) rodzi się uczucie, a sam Paul uczy się przetrwania na pustyni i w końcu zostaje Fremenem – otrzymuje imię Usul oraz nadaje sobie wojenny przydomek Muad’Dib. Baron Vladimir Harkonnen (Stellan Skarsgaard), widząc niepowodzenia swojego bratanka Glossu Rabbana (Dave Bautista) w zapewnieniu produkcji Przypawy i pacyfikacji Fremenów, ustanawia gubernatorem Arrakis jego młodszego brata, Feyda-Rauthę (Austin Butler), wobec którego nie tylko Vladimir Harkonnen ma plany. Na dworze Padyszacha Imperatora Znanego Wszechświata Szaddama IV Corrino (Christopher Walken) za sznurki władzy pociągają siostry zakonu Bene Gesserit, wśród których jest również jedna z jego córek, księżniczka Irulana (Florence Pugh). Matka Wielebna Gaius Helena Mohiam (Charlotte Rampling) chce, by to Feyd-Rautha zasiadł na Tygrysim Tronie. Wszystko rozstrzygnie się na pustyni Arrakis, gdzie fundamentaliści religijni oczekują na przybycie Mesjasza Diuny…

W pierwszym filmie nawet tych głównych bohaterów poznaliśmy dość powierzchownie. Paul był niedoświadczonym młodzieńcem zagubionym między powinnością a przeznaczeniem, Lady Jessica zaś nosiła maskę Bene Gesserit, zza której z rzadka ukazywały się szczere emocje. Pustynia ich otworzyła – Paul dojrzał, zarówno jako wojownik i przywódca, ale też jako mężczyzna. Jessica, oczekująca drugiego dziecka, musiała zatroszczyć się o własną głowę oraz przyszłość swoich dzieci, podejmując ryzykowną grę i stawiając wszystko na jedną kartę. Wszystko to jednak blaknie przy prawdziwej rozterce Paula Atrydy – zostawić przyszłość samej sobie i biernie reagować na zrządzenie losu czy podążyć ścieżką przeznaczenia, które krwawym piętnem odciśnie się na znanym Wszechświecie, a ogień Świętej Wojny pochłonie miliardy istnień. Tak jak przed pierwszą Diuną miałem wątpliwości, czy Timothee Chalamet udźwignie ciężar postaci i aktor przekonał mnie swoim występem, tak tutaj ponownie miałem obawy, czy zdoła ukazać w wiarygodny sposób przemianę bohatera. Muszę przyznać, że już drugi raz Chalamet przekonał mnie do siebie i z pewnością mogę zakrzyknąć „Lisan al.-Gaib, tak jak zostało zapisane!”. Podobnie wobec kreacji Lady Jessiki w wykonaniu Rebeki Ferguson nie mam zastrzeżeń i podobało mi się to chłodne zdecydowanie w dążeniu do celu zdeterminowanej matki.

Wśród postaci drugoplanowych, które odgrywały znaczniejszą rolę w pierwszym filmie, warto wspomnieć wspierających Paula przywódcę siczy Stilgara oraz atrydzkiego zbrojmistrza Gurneya Hallecka (Josh Brolin). Tak jak Brolin w pierwszej części (wówczas wespół z Duncanem Idaho granym przez Jasona Momoę) odgrywał znaczącą rolę formacyjną w życiu Paula, tak w drugiej części to miejsce wypełnia postać Stilgara, który z czasem zaczyna darzyć Atrydę fanatyczną religijną czcią i wierzy, że Muad’Dib faktycznie jest przepowiedzianym Lisanem al-Gaibem. Postać Stilgara wprowadza jednak jeden istotny element narracyjny – poprzez swoje humorystyczne wstawki zapewnia komediową przeciwwagę dla bardzo poważnej, pompatycznej i tragicznej historii większej niż życie, jaką jest Diuna. To przy Stilgarze widzimy Paula luźnego i niemal beztroskiego, przy postaciach takich jak Gurney Halleck czy Lady Jessica ciąży na nim zbyt wielkie brzemię dziedzica Atrydów i Kwisatz Haderacha. O postaci Vladmira Harkonnena trudno napisać cokolwiek więcej, że Stellan Skarsgaard w udany sposób kontynuował swój świetny występ z pierwszej części, sama postać barona jednak nie miała jednak aż tyle przestrzeni, żeby wyróżnić się w szczególny sposób, bowiem musiał podzielić się rolą antagonisty z nowo wprowadzonymi bohaterami Feyda Rauthy jak i Imperatora Szaddama IV.

Jakkolwiek postać Chani pojawiła się już w pierwszej części, choć poza snami i wizjami dopiero na samym końcu filmu, to wówczas była to postać w zasadzie bez charakteru. W drugiej części Diuny poznaliśmy, kim jest Chani Sidhaja – odważna, waleczna, zdecydowana i pełna energii kobieta, która gotowa jest poświęcić się dla dobra swego ludu, ale nie wierzy w religijne proroctwa i przepowiednie, skupiając się na doczesnej walce o lepsze jutro dla Fremenów. Czy w pełni widziałem na ekranie uczucie pomiędzy Chani a Paulem Atrydą, teasowane zarówno nam jak i głównemu bohaterowi w poprzednim filmie? Wystarczająco, abym mógł uwierzyć w oddanie, jakie żywiła do Paula i jej rozczarowanie tym, jaką drogą podążył jej ukochany.

Tak jak głównym przeciwnikiem politycznym Paula Atrydy był Imperator Szaddam IV Corrino, tak przeciwnikiem fizycznym miał zostać Feyd-Rautha Harkonnen – sadystyczny psychopata, w którym można wyczuć nutę honoru. Austin Butler stworzył świetną kreację bohatera przesiąkniętego złem, który jednak poza grozą budzi również fascynację. Przeciwwaga dla Paula, z którym łączy go nie tylko fakt, iż brał nieświadomie udział w programie eugenicznym Bene Gesserit, ale przejawiał zdolności prekognicji. Choć to starszy brat Feyda-Rauthy, Rabban, był nazywany Bestią, to zdecydowanie bohater grany przez Butlera kojarzył się z drapieżnością, dzikością i nieprzewidywalnością.

Zupełnie inny portret swojemu bohaterowi wymalował Christopher Walken wcielający się w Padyszacha Imperatora Znanego Wszechświata Szaddama IV z rodu Corrino, potomka dynastii od tysiącleci władającej kosmosem. Imperator jest starszym mężczyzną, który żyje w przekonaniu absolutnej władzy i snucia intryg, sam jest jednak przedmiotem intrygi Bene Gesserit. Doradza mu jego ukochana córka Irulana, wszechstronnie wykształcona siostra zakonu Bene Gesserit. Prezencja Christophera Walkena w tym przypadku jest bez zarzutu, ale pod względem scenariuszowym jego postaci brakuje potrzebnej charyzmy. Nie dostaje też zbyt dużo przestrzeni do rozwinięcia skrzydeł ze względu na mocno ograniczony czas ekranowy. Nieco więcej swoją grą aktorską udaje się osiągnąć Florence Pugh, bowiem jej Irulana, poza fantastycznymi kostiumami, ma w sobie właśnie tę iskrę charyzmy potrzebną inteligentnemu, przebiegłemu politykowi.





Bez wątpienia jedną z podstawowych zalet obu części Diuny jako wizji Denisa Villeneuve jest jej monumentalność w aspekcie audiowizualnym. Rozmach pod względem scenograficznym, wysublimowane podejście do kostiumów, rekwizytów i architektury oraz majestatyczne zdjęcia budzą pełen podziw, a dopełniający efektu dźwięk kapitalnie komponujący się z tym, jak Diuna wygląda na wielkim ekranie zaiste przywraca wiarę w Kino. Pod względem technicznym część druga Diuny jest mistrzowskim dziełem, tak jak jej poprzedniczka.

Osobnym wątkiem jest muzyka Hansa Zimmera, co do której mam mieszane uczucia i póki co nie jestem w stanie na podstawie tylko jednego seansu wydać definitywnej opinii. Sąd pierwszej instancji wydał werdykt, że jakkolwiek sama wizja artystyczna kompozytora jest świetna i wpisuje się w audiowizualny monumentalizm filmu, tak w pewien sposób czuć niedosyt i nadmierne poleganie na tym, co Zimmer skomponował do pierwszego filmu. Wniesiona została apelacja i sąd drugiej instancji wyda wkrótce wyrok po dogłębnym zapoznaniu się z materiałem dowodowym.

Przy okazji ekranizacji legendarnej i kultowej powieści nie można uciec od porównań z literackim pierwowzorem i różnicami względem materiału źródłowego oraz oceną artystycznej wizji reżysera. Pierwsza część Diuny stanowiła w moim odczuciu jedną z lepszych adaptacji i nie narzekałem zanadto, gdy pojawiały się drobne rozbieżności z prozą Franka Herberta czy pominięciem kilku scen. W przypadku części drugiej Diuny, ekranizującej drugą połowę książki, pojawiło się tych rozbieżności nieco więcej, a Villeneuve skierował swoją narrację w konkretnym kierunku, pozbywając się elementów, które prawdopodobnie nie będą mu potrzebne w ekranizacji drugiego tomu Kronik Diuny. Nie da się jednak zaprzeczyć, że reżyser w swej istocie oddał charakter książki i wiernie podszedł do przyświecających jej motywów. Akuratne według mnie będzie tu porównanie do trylogii Władcy Pierścieni zrealizowanej przez Petera Jacksona, który dużo bardziej „drastycznie” potraktował prozę Tolkiena, ale wszystko to, co najważniejsze i pasujące mu do własnej interpretacji zachował z szacunkiem do materiału źródłowego.

Villeneuve skompresował powieść Franka Herberta do dwóch filmów, choć sama książka strukturalnie jest podzielona na trzy części i znając treść powieści zrozumiałe jest, że narracyjnie podjął dobrą decyzję z obecnym podziałem. Bogatsza w wydarzenia i punkty widzenia druga połowa Diuny musiała zostać niestety pocięta, a niekonieczne lub zbędne elementy wycięte, by móc stworzyć koherentny produkt przeznaczony dla masowego odbiorcy. Czy chciałbym, żeby film był o godzinę dłuższy? Bez wątpienia. Czy bez „brakującej” godziny dzieło jest niekompletne? W żadnym wypadku. Nie jest to według mnie adaptacja idealna, ale wystarczająco dobra, bym mógł ją kochać. Rozumiem zdecydowaną większość zmian (nawet tak dużych jak ta związana z obecnością w filmie siostry Paula Atrydy). Tylko jedna zmiana względem książkowego pierwowzoru, na sam koniec filmu, budzi moje wątpliwości i jej nie rozumiem, bo realizacja jednej sceny z jedną krótką rozmową między dwójką bohaterów zajęłaby może nawet nie minutę czasu ekranowego, którą później spożytkowano na realizację tej zmiany. Domyślam się, że jest to swego rodzaju cliff-hanger i budowanie napięcia w trzecim filmie i jako fan kanadyjskiego reżysera akceptuję to, bo Denis Villeneuve jeszcze mnie nie zawiódł.

Podsumowując, film „Diuna: Część II” jest monumentalnym pomnikiem kina science-fiction i jednym z najlepszych sequelów ostatnich lat, przez niektórych porównywanym do Mrocznego Rycerza Christophera Nolana czy Imperium kontratakuje Irvina Kershnera i George’a Lucasa. Nie jestem na tyle kompetentny, żeby wygłaszać tak radykalne opinie, ale z mojego osobistego punktu widzenia jest to dzieło ze wszech miar wybitne. Nie jest to film idealny, niektórzy prawdopodobnie mogą mieć też problem z tempem czy prezentacją postaci, ale wszystkie te pomniejsze uwagi blakną przy całym majestacie dzieła (zwłaszcza w czarno-białej sekwencji na rodzinnej planecie Harkonnenów, Giedi Prime i jego czarnym słońcu). Fantastyczny film wojenny i kapitalne dzieło o pogrążaniu się w religijnym fanatyzmie i bezrefleksyjnym podążaniu za idolami, autorytetami czy prorokami. Nawet jeśli ci prorocy starają się opierać swemu przeznaczeniu w obawie przed straszliwymi konsekwencjami, jakie będą miały ich działania. Fenomenalne kino łączące studium bohatera i monumentalną wojnę oraz zapowiedź trzeciego filmu, w którym ku mojej z trudem okiełznanej ekscytacji w rolę Alii Atrydki zwanej „świętą Alią od noża” wcięli się jedyna w swoim rodzaju Anya Taylor-Joy i tylko z samego tego faktu być może będę bił swój rekord seansów kinowych jednego filmu (obecnie jest to 7 seansów Epizodu VIII Gwiezdnych Wojen: Ostatni Jedi). Panie Villeneuve, ufam Tobie!

Diuna: Część II otrzymuje ode mnie subiektywną ocenę 9/10 i nie mogę doczekać się kolejnego seansu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...