Andrzej Pilipiuk jest autorem literatury fantastycznej o silnym nacechowaniu historycznym, wynikającym z zainteresowań i wykształcenia pisarza. Uważany za największego grafomana polskiej sceny fantasy, Pilipiuk zasłynął przede wszystkim jako autor mocno humorystycznej serii o Jakubie Wędrowyczu (bimbrowniku-egzorcyście) oraz serii poważniejszych opowiadań o Robercie Stormie (współczesnym archeologu-detektywie) i doktorze Skórzewskim (lekarzu i badaczu zjawisk paranormalnych przełomu XIX i XX wieku).
Książka ma wykreowany całkiem prosty, ale przyjemnie interesujący świat, który zachęca czytelnika do jego eksploracji. Nie jesteśmy zarzuceni dziesiątkami państw i kultur, setką miejsc i bohaterów, które mogłyby przysporzyć bólu głowy. Wyobrażam to sobie jako quasi-średniowieczne post-apo, gdzie potężna i prężnie rozwijająca się (stosunkowo bardziej jednorodna od naszej) cywilizacja antyczna upadła wskutek kataklizmu naturalnego, a po niemal tysiącleciu ich potomkowie próbują utrzymać choć część dawnej świetności starego świata.
Niestety za angażującą uwagę koncepcją startową nie idzie ani interesująca fabuła ani ciekawi bohaterowie. Jakkolwiek narracja prowadzona jest w sposób pierwszoosobowy, to głównym bohaterem książki jest trójka młodych osób – Dave, Tyra i Ana. Przemierzają znaczną odległość, ale charakterologicznie nie przebywają żadnej drogi i choć mierzą się z problemami zewnętrznymi, nie mają między sobą żadnej interesującej dynamiki. Są to statyczni bohaterowie o płaskich, jednowymiarowych charakterach i nie budzą w czytelniku głębszych emocji. Brakuje im wyrazistości, konfliktu, osobowości. Być może w planach autora jest przewidziany ich rozwój, ale nastąpi to w kolejnych tomach. Jeszcze bardziej nijako prezentuje się drugi plan, gdzie mamy na przestrzeni całej powieści kilku bohaterów z tektury, o których bardzo szybko zapominamy. Podobnie fabuła książki jest prostolinijna i niewyszukana, z jednym interesującym momentem przełomowym w środku i mozolnym brnięciem ku końcowi, w którym największą przeciwnością stojącą na drodze bohaterów jest pogoda.
Powieść
„Przetaina” Andrzeja Pilipiuka jest w moim odczuciu książką w najlepszym razie
poprawną, choć płynącą bardzo powolnym i spokojnym nurtem. Pozbawiona głębi
bohaterów oraz wciągającej fabuły, broni się jedynie przyjemnie skonstruowanym
w moim odczuciu światotwórstwem i jedynymi interesującymi momentami podczas
lektury było odkrywanie tajemnic upadłej cywilizacji. Być może sięgnę po drugi
tom, ale raczej z ciekawości, czy pierwsza część cyklu była tylko nieumiejętnym
rozstawieniem pionków na planszy oferującej coś więcej. Książkę oceniam na 6/10,
poniżej średniej możliwości autora, którego lekką i przyjemną prozę zawsze sobie ceniłem.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz