poniedziałek, 11 marca 2024

THE GENTLEMEN (2024) - RECENZJA.

Guy Ritchie, brytyjski reżyser znany z takich produkcji jak „Przekręt”, „Porachunki”, „Sherlock Holmes”, czy „Aladyn”, powraca do wykreowanego przez siebie uniwersum brytyjskich gangsterów-dżentelmenów, w którym oferuje widzowi ostrą fabułę, cięte dialogi, intrygi i zdrady, brudny biznes narkotykowy, a wszystko to podane na złotej zastawie w książęcym pałacu i okraszone swoim wyjątkowym autorskim stylem. Tym razem w roli showrunnera oraz reżysera pierwszych odcinków, pozwolił swojemu światu rozrosnąć się i rozwinąć skrzydła.

            

        W 2020 roku, tuż przed wybuchem pamiętnej pandemii, premierę miał film Guya Ritchiego pt. Dżentelmeni w gwiazdorskiej obsadzie zawierającej m.in. Matthew McConaughey’a, Charliego Hunnama, Hugh Granta czy Colina Farrella. Film opowiadał o narkotykowym imperium Mickey’a Pearsona, który chciał wycofać się z biznesu i sprzedać sieć plantacji i system dystrybucji marihuany. Błyskotliwość Guya Ritchiego uderzała zarówno w kreacji bardzo wyrazistych postaci jak i sposobie prowadzenia narracji, toteż z całą sympatią polubiłem tamtą produkcję i przyznałem jej ocenę 8/10. Przy okazji serialu bardzo liczyłem, że ponownie Ritchie mnie nie zawiedzie.

        Serial, stanowiący bardziej spin-off i wariację na temat niż jakąś kontynuację filmu, skupia się na nieco innej stronie medalu tworzącego marihuanowe imperium ulokowane pod ziemskimi posiadłościami arystokratycznych brytyjskich rodów. Śledzimy perypetie Edwarda Hornimana (Theo James), który po śmierci swojego ojca dziedziczy tytuł księcia Halstead wraz z całym majątkiem oraz nieoczekiwanym obciążeniem. Pod posiadłością ulokowana jest bowiem plantacja marihuany, która należy do mafijnej rodziny Glassów, reprezentowanej pod nieobecność odsiadującego wyrok ojca (Ray Winstone) przez obrotną i kompetentną Suzie Glass (Kaya Scodelario).

           Eddie, z zawodu żołnierz służący na zagranicznych misjach pokojowych, musi zmierzyć się z zupełnie nowym dla siebie środowiskiem brytyjskich gangsterów, tych bardziej i tych mniej dżentelmeńskich. Aby chronić swoją rodzinę i spuściznę rodową, główny bohater stara się wykręcić ze współpracy. Na przeszkodzie ciągle stają  jednak nieoczekiwane przeciwności i perypetie, często prowokowane przez jego starszego brata, Freddy’ego (Daniel Ings), rozczarowanego pominięciem w sukcesji nieudacznika życiowego. Natomiast zarówno na samą posiadłość rodową jak i całe imperium Glassów łakomie spogląda amerykański biznesmen Stanley Johnston (Giancarlo Esposito), który może mieć bardziej makiaweliczne plany niż się na pierwszy rzut oka wydaje.


Narracja serialu prowadzona jest w nieco antologiczny sposób, a w każdym odcinku główny bohater mierzy się z innym problemem i poznaje innych ludzi należących do przestępczego półświatka, by w finale serialu wszystkie wątki znalazły połączenie w jeden większy węzeł fabularny. Tempo serialu jest szybkie i energetyczne, choć w montażu dość często przewija się slow motion podbudowane klasyczną muzyką salonową. Typowo dla Ritchiego serial wypełniony jest meta-narracją oraz wizualnymi podpisami prezentującymi informacje przekazywane w dialogach. Wizualnie produkcja prezentuje się na wysokim poziomie, a widz przebywa wraz z bohaterami w eleganckich salonach i gabinetach arystokracji, biznesowych apartamentach ale również gangsterskich garażach czy w cygańskim taborze. Szybkie auta, stare pałace, drogie cygara, jądro Adolfa H. – czego można więcej oczekiwać?

Z pewnością, poza samą warstwą produkcyjną i jasno określoną wizją artystyczną, siłą produkcji jest zaangażowanie do niej aktorów, którzy stworzyli sympatycznych bohaterów, których losy i relacje chce się śledzić. Na etapie zapowiedzi miałem wątpliwości co do głównego bohatera granego przez Theo Jamesa, którego widzowie mogą znać z takich produkcji jak Niezgodna, Zbuntowana czy serialowy Biały Lotos, ale ja ich nie widziałem. Szybko się jednak przekonałem do aktora, który poza elegancką brutalnością miał w sobie tę potrzebną odrobinę uroku i sarkastycznego humoru. Świetnie partnerowała mu Kaya Scodelario (pamiętam ją tylko z Piratów z Karaibów 4), która emanowała chłodną kalkulacją, zaradnością w trudnym i niebezpiecznym świecie oraz intrygującą prezencją i pewnością siebie. 

Na drugim planie przemykali nieco bardziej znani aktorzy: Joely Richardson jako matka głównego bohatera, Vinnie Jones jako dozorca posiadłości Hornimanów, ale przede wszystkim wspomniani już Ray Winston jako szef marihuanowego imperium pociągający za sznurki czy starający się przejąć jego biznes ekscentryczny Giancarlo Esposito. W rolach epizodycznych świetnie wypadli również m.in. Kristof Hivju czy Peter Serafinowicz.


W mojej opinii serialowi Dżentelmeni nie byli tak urokliwi jak filmowa inkarnacja tego uniwersum, ale ze względu na inne medium mieli więcej miejsca na rozwój bohaterów czy prezentację różnorodniejszej gamy postaci. Barwny świat pełen nietuzinkowych postaci i chętnie doń powrócę, jeśli Guy Ritchie zdecyduje się go kontynuować. Serial oceniam na solidne 8/10, bowiem trafia w moje gusta pod względem stylu, sposobu narracji i humoru.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...