Niemal
każdego roku Hollywood produkuje jakąś muzyczną biografię, która niekoniecznie
odnosi komercyjny sukces, ale jej głównym zadaniem jest przede wszystkim zrobienie
hałasu w okresie nagród i walka o najwyższe laury. Tym razem na tapet wzięto
historię ikony amerykańskiej muzyki i jedynego pieśniarza nagrodzonego
literacką Nagrodą Noba, Boba Dylana, obsadzając w głównej roli chyba
najgorętsze nazwisko młodego aktorskiego pokolenia. Co wyszło z tego połączenia
poza ośmioma nominacjami do Oscarów?
Za reżyserię filmu odpowiadał
ceniony twórca James Mangold, mający w swoim dorobku m.in. filmy takie jak Kate
i Leopold, 3:10 do Yumy, Wolverine, Logan, Ford vs Ferrari czy ostatnio Indiana
Jones i Artefakt Przeznaczenia. Przy scenariuszu pracował z nim również Jay
Cocks, który w ostatnich latach nie angażował się w zbyt wiele projektów, a wśród
najgłośniejszych produkcji wymienić można Wiek niewinności, Milczenie oraz
Gangi Nowego Jorku Martina Scorsese. Jest to też osoba odpowiedzialna za napisy
prologu do filmu Star Wars (obecnie zwanego Nową Nadzieją). Scenariusz jest adaptacją
książki Dylan Goes Electric! z 2015 roku autorstwa Elijah Walda.
Za zdjęcia do filmu odpowiadał
grecki operator Phedon Papamichael, nominowany do Oscara dwukrotnie za filmy
Nebrasca i Proces Siódemki z Chicago. Ponadto w jego filmografii znajdują się
filmy Mangolda takie jak Tożsamość, 3:10 do Yumy, Spacer po linie, Ford vs
Ferrari czy ostatni Indiana Jones, ale również wiele innych produkcji jak na
przykład Obrońcy skarbów, Idy marcowe, W pogoni za szczęściem czy przede
wszystkim moje ukochane Polowanie na mysz. W filmie nie zdecydowano się na
wykorzystanie oryginalnej kompozycji muzycznej, wypełniając film mnóstwem
piosenek Dylana i innych legend folku.
Tytuł filmu nawiązuje do jednej z
najważniejszych piosenek Boba Dylana, czyli „Like a Rolling Stone” z 1965 roku
z płyty Highway 61 Revisited, od której to pochodzi nazwa założonego w 1967
roku kultowego czasopisma muzyczno-kulturowego (a nie od brytyjskiego zespołu
The Rolling Stones założonego w 1962 roku jak niegdyś myślałem…) i pokazuje nam
pewien kilkuletni fragment kariery muzycznej Boba Dylana vel Roberta Zimmermaa,
skupiając się na jej początku i przemianie Dylana z artysty folkowego na kogoś
więcej, kto stanie się jedną z ikon amerykańskiej kontrkultury rodzącej się w
latach 60. XX wieku. Film nominowany do Oscara za najlepszy dźwięk, kostiumy, scenariusz
adaptowany, reżyserię i film oraz pierwszoplanową rolę męską i drugoplanowe
role kobiecą i męską.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Kompletnie nieznany pokazuje nam
początki Boba Dylana (Timothée Chalamet, czyli Paul Atryda we współczesnej
serii filmów Diuna, ale także filmy Wonka, Król, Małe kobietki, Lady Bird, Tamte
dni, tamte noce, Interstellar) po jego przyjeździe do Nowego Jorku w wieku 20
lat celem odnalezienia przebywającego w szpitalu swojego idola, folkowego
muzyka Woody’ego Guthriego (Scott McNairy, Nie mów zła, Blondynka, Operacja
Argo, Zniewolony czy seriale Pantheon, Green Man, Narcos: Meksyk czy True
Detective). Poznaje tam innego znanego muzyka Petera Seegera (nominowany do
Oscara za tę rolę Edward Norton, którego przedstawiać nie trzeba), który zauroczony
talentem Dylana bierze go pod swoje skrzydła, dając szansę na nowojorskiej folkowej
estradzie, a jego menadżerem zostaje Alan Grossman (Dan Fogler, najbardziej
znany z roli Jacoba Kowalskiego w serii filmowej Fantastyczne zwierzęta).
Początkowo jednak Dylan nie może przebić się na rynku, zmuszony przez studio do
nagrania na album coverów znanych folkowych utworów niż własnych piosenek, a
scena należała wówczas do uwielbianej Joan Baez (Monica Barbaro nominowana za
tę rolę do Oscara, którą kojarzyć można przede wszystkim z roli pilotki o
kryptonimie Pheonix w Top Gun: Maverick)
Film ukazuje nam uczuciowy trójkąt między Dylanem a jego ówczesną dziewczyną, Sylvie Russo (Elle Fanning, znana choćby z roli carycy Katarzyny w serialu Wielka czy filmów Czarownica i Czarownica 2, można ją było też zobaczyć w Super 8, Deja vu czy Neon Demon), pomimo pewnych malarskich aspiracji w gruncie rzeczy zwyczajnej dziewczynie oraz gwiazdą muzyki folk Joan Baez, z którą wytwórnia muzyczna Columbia często parowała występy i trasy koncertowe Dylana. To jednak nie romanse, te poważniejsze i te liczne mniej istotne, Boba Dylana są motorem napędzającym jego życie, a twórczość pochłaniająca go obsesyjnie oraz rodzący się w nim bunt, początkowo wobec sytuacji polityczno-społecznej (kryzys kubański, wojna w Wietnamie, ruch równouprawnienia), później zaś szufladkowania jego twórczości i zamykania go w folkowym pudełku. Symbolicznym zaś momentem staje się prowadzony m.in. przez Petera Seegera festiwal muzyki folkowej w Newport w 1965 roku, gdzie podczas występu uwielbiany przez publiczność Bob Dylan decyduje się grać na gitarze elektrycznej muzykę odbiegającą od gustów zarówno jego przyjaciół - folkowych purystów jak i zgromadzonej publiczności.
Dylan, którego przeszłości w
zasadzie nie poznajemy, pojawia się znikąd i sprzedaje swoim dziewczynom (i widzowi)
bajki o wychowywaniu się w cyrku oraz zdobywa szturmem (choć nie bez początkowych
problemów) miłość fanów, ale obserwując go z boku nadal stwierdzamy, że jest
nam podczas seansu kompletnie nieznany. Widzimy tylko to, co sam chce nam
pokazać, czyli swój muzyczny wizerunek. Bohater odgrywany przez Chalameta jest
egoistycznym dupkiem, zapatrzonym w siebie i swoją twórczość, słabo znoszącym sławę i skupionym tylko na tym, by pisać piosenki. Nie dostajemy jednak zbyt
pogłębionej analizy tego, skąd wypływa jego wena i gdy nagle nasz bohater
zaczyna śpiewać o społecznych problemach Ameryki i zmieniającym się obrazie
świata, angażując się w trapiące Stany Zjednoczone bolączki, nie mamy pewności,
czy pewien anarcho-idealizm zwiastujący ruch hippisowski siedział w nim cały
czas czy jest to wykalkulowany ruch polegający na wnikliwej obserwacji zachodzących
zmian i dostarczeniu publice tego, czego ona sama jeszcze nie wiedziała, że
chce. Nie da się jednak ukryć, że teksty Dylana trafiają do milionów i stanowią
jeden z fundamentów ruchu kontrkultury. Sam Dylan jednak, widząc swój sukces i
to, jak ludzie na niego reagują, pragnie ewolucji i nie chce zamykać się w
sztywnych ramach muzycznej doktryny, pobudzony zwłaszcza przez swojego kolegę
muzycznej niedoli, Johny’ego Casha (Boyd Holbrook).
Film
stara się wyzbyć patosu, jaki mógłby towarzyszyć bezkompromisowemu twórcy i
natchnionemu wieszczowi, jakim był Dylan. Jego postać pozbawiona jest jednak
wzniosłości, a Kompletnie nieznany nie stara się budować mu spiżowego pomnika
jak niektóre muzyczne biografie lub epatować seksualno-narkotykowo-alkoholowymi
ekscesami. Gdy na marszu na Waszyngton 28 sierpnia 1963 roku pastor Martin
Luther King Jr. wygłaszał legendarne przemówienie „I have a dream”, na scenie
występował m.in. Bob Dylan oraz Joan Baez, która według opublikowanych w
ostatnich latach raportów FBI miała mieć wieloletni romans z Martinem Lutherem
Kingiem. Dostajemy jednak z tego zaledwie urywek sceny pokazujący Chalameta
wklejonego w archiwalne nagranie z wiecu pod pomnikiem Lincolna, a wszystko, co
Bob Dylan mógł mieć do powiedzenia na tematy polityczno-społeczne dostajemy nie
poprzez jego deklamacje a piosenki, które wybrzmiewają lepiej niż patetyczne
frazesy.
Fabuła nie jest najmocniejszym
elementem filmu, a narracja wydaje się przemykać w tle muzycznych występów,
wydaje się jednak, że taki był zamysł twórcy i na eksponowaniu walorów
audiowizualnych się skupił, czyniąc muzykę nośnikiem historii, nie wykładając
widzowi wszystkiego w quasi-dokumentalistycznym stylu. I jakkolwiek nie jestem
fanem tego gatunku muzyki, a repertuaru Dylana w zasadzie nie kojarzyłem,
mogłem z czystym umysłem i bez oczekiwań podejść do tematu i całkowicie
pochłonęła mnie ta warstwa filmu. Melancholijne aranżacje na gitarze i harmonijce
ustnej opowiadające o trudzie zwykłego życia i niesprzyjającym losie,
zaprzepaszczonej miłości i smutku codzienności przeplatały się z bardziej
pozytywnym spojrzeniem na świat, naturę i człowieka próbującego znaleźć swoje
miejsce w tej nieustannej gonitwie, wreszcie nacechowane pacyfistycznie,
rozczarowane decyzjami polityków utwory moralnego niepokoju w wykonaniu
zaskakująco przekonującego Chalameta oraz nieoczekiwanie Barbaro o bardzo
mocnym, harmonijnym brzmieniu rezonowały z moją wrażliwością i ograniczoną
muzyczną percepcją.
Tak samo na uwagę zasługują występy aktorskie. Chalamet łączył w sobie neurotycznego dupka i czarującego lowelasa magnetyzującego nie tylko żeńską część publiki i swoją nienachalną charyzmą intrygującego ludzi. Edward Norton również zapisał się na plus ze swoim pozytywnym przesłaniem Petera Seegera i sympatycznym manieryzmem. Na drugim planie kontrastowały ze sobą Elle Fanning oraz Monica Barbaro – ta pierwsza nadawała się na dobrą żonę dla Dylana i kibicowaliśmy jej oraz współczuliśmy, gdy Dylan ją zawodził, druga natomiast stanowiła dobry materiał na kochankę, jednak ścierająca się z Bobem swoim równie indywidualistycznym, wyzwolonym, silnym charakterem. Czy Barbaro zasłużyła na oscarową nominację? Pewnie nie, choć jej występ mi się podobał, zwłaszcza pod względem wokalnym. Na drugim i trzecim planie przewinęło się kilka ciekawych postaci, a wyrazistą choć bardzo ograniczoną czasowo rolę zaprezentował Boyd Holbrook wcielający się w legendarnego Johny’ego Casha i liczyłem, że dostaniemy więcej w kontekście jego relacji z głównym bohaterem. Najbliżej jednak odarcia Dylana z maski i spojrzenia na jego prawdziwą osobę byliśmy, gdy kilkukrotnie na przestrzeni filmu odwiedzał w szpitalu schorowanego Guthriego i wtedy można było dostrzec jego człowieczeństwo schowane pod warstwą niepokornego artysty.
Podsumowując, Kompletnie nieznany to dobry, choć specyficzny muzyczny biopic, pozbawiony jednak wyraźnej fabuły oraz nie opowiadający holistycznie historii, a jedynie kroczący wąską ścieżką narracyjną skupioną na pojedynczym aspekcie życia Dylana, czyli muzyce. Ta jednak okazała się być bardzo przyjemnym i angażującym elementem filmu, dlatego seans mi się podobał i Kompletnie nieznanego oceniam na 7,5/10, a sam film zachęcił mnie do sięgnięcia po przepastny repertuar Boba Dylana.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz