Burzliwa
historia jednego z pierwszych wojowników mieszanych sztuk walki i prekursora
zawodów UFC, który zmagał się nie tylko z uzależnieniem, trudną relacją miłosną
i rywalami, ale przede wszystkim z samym sobą.
Reżyserem, scenarzystą i montażystą
filmu jest Benny Safdie, który dotychczas pracował w duecie z bratem Joshem
Safdiem. Panowie na koncie mieli m.in. Nieoszlifowane diamenty, Good Time,
Lenny Cooke. Benny rozwijał ostatnimi laty również karierę aktorską, występując
m.in. w Oppenheimerze, Obi-wanie, Licorice Pizza czy Cząstkach kobiety.
Autorem zdjęć był Maceo Bishop,
który jako samodzielny główny operator nie zebrał jeszcze wielkiego
doświadczenia, ale pracował wcześniej przy takich produkcjach jak
Nieoszlifowane diamenty, Hamilton, Jurassic World: Upadłe królestwo, Król
rozrywki, Most szpiegów, Wilk w Wall Street. Muzykę skomponowała Nala Sinephro,
która do tej pory stworzyła muzykę do krótkometrażowego I love You I hate You.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Film ukazuje nam historię Marka
Kerra (Dwayne The Rock Johnson, znany z ról m.in. w takich seriach jak
Szybcy i wściekli czy Jumanji, a także prawdziwy Mark Kerr, spoiler: nie zaćpał),
profesjonalnego zawodnika MMA na początku XXI wieku, walczącego w Amryce,
Brazylii czy Japonii. Obserwujemy rozwój jego kariery, gdy sport ten dopiero
otwierał się na szerszą publiczność, a zwykli widzowie nieobeznani byli jeszcze
z zasadami walki w oktagonie.
Mark jest sympatycznym, kulturalnym
facetem, w którym podczas walki budzi się bestia, tytułowa „smashing machine”.
Okiełznać go potrafi jego partnerka, Dawn Staples (Emily Blunt, w ostatnich
latach m.in. Oppenheimer, Fall Guy, Jungle Cruise), jednak ich relacja przeżywa
liczne dramatyczne wzloty i upadki. W zawodowej karierze Markowi pomagają przyjaciel
z ringu Mark Coleman (wciąż aktywny zawodnik MMA Ryan Bader) oraz trener Bas (własną osobą Sebastian Rutten, były zawodnik mieszanych sztuk walki,
który faktycznie trenował Kerra), ale nawet oni nie są w stanie powstrzymać
Marka przed wpadnięciem w uzależnienie od środków przeciwbólowych. Największym
wyzwaniem na drodze Marka stają się odwyk, ogarnięcie relacji z Dawn i wypracowanie
formy na japoński turniej organizacji Pride, w którym wystartuje również jego
niedawny trener, Mark Coleman.
Safdie próbuje poruszyć w swoim filmie
kilka motywów, jednak każdy potraktowany jest na pół gwizdka i brakuje mu
czegoś angażującego – ekspresowo załatwione jest uzależnienie i odwyk głównego
bohatera, choć wydawało się z podbudowy, że będzie to istotny element filmu;
mało angażujące są miłosne perypetie odgrywane przez The Rocka i Emily Blunt,
aspektowi sportowemu brakuje ognia i finałowej stawki, a walki są bardzo powtarzalne.
Z pewnością można na plus wyróżnić
Dwayne’a The Rocka Johnsona, dla którego miał to być w końcu ten film, w którym
udowodni aktorski talent i trzeba przyznać, że pod umiejętnym kierownictwem Benny’ego
Safdiego udało się z niego wyciągnąć na tyle dużo, że przestało się widzieć The
Rocka. Jak zwykle wspaniała Emily Blunt musiała odegrać swoją rolę dobrze, bo
była strasznie irytująca na ekranie, stanowiąc przeszkodę na drodze bohatera.
Zaskakująco dobrze wypadł Bader, który nie ma żadnego aktorskiego doświadczenia
i był to jego debiut, a wypadł bardzo naturalnie również poza ringiem.
Sympatycznie zaprezentował się również Bas Rutten, choć akurat on już grywał w
filmach i serialach.
Jeśli ktoś lubi a’la documentalny
styl zdjęć wyglądających jakby faktycznie kręcono to na początku tego stulecia,
to jest duża szansa, że spodoba mu się to, jak prezentuje się The Smashing
Machine – ja do tych ludzi nie należę. Doceniam jednak dobór muzyki, często
kontrapunktującej to, co dzieje się na ekranie, zwłaszcza w kontekście walk. Co
do choreografii samych walk, wyglądała przekonująco, niestety wszystkie walki
wyglądały niemal dokładnie tak samo i po kilku razach nużyły, nie udało się m.in.
należycie wykorzystać mistrza świata kilku federacji oraz mistrza olimpijskiego
w boksie Oleksandra Usyka.
Ogólnie natomiast sam film był dosyć nudny, zwłaszcza na początku, który stanowił serię nieszczególnie powiązanych ze sobą i mało interesujących scen, w drugiej połowie łapiąc nieco więcej koherentności i rytmu. Kuleje tu przede wszystkim scenariusz i widać, że Benny Safdie nie potrafił zapanować nad materiałem, w którym rzeźbił.
Podsumowując, The Smashing Machine to nienajgorsza produkcja, jednak oczekiwania były większe, a rozczarowanie wypływa głównie ze strony chaotycznej i mało angażującej narracji. Film oceniam na 6,25/10 i choć bez negatywnych wspomnień, to nigdy do niego nie powrócę.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz