Ostra satyra na współczesną branżę filmowo-rozrywkową i samoświadoma kpina z Hollywood napisana ze swadą, nie stroniąca od cięższych żartów naginających mocno poprawność polityczną i bardzo aktualna względem wielu bolączek, z jakimi spotykają się filmowcy, którzy chcieliby tworzyć sztukę, ale księgowi im nie pozwalają…
Showrunnerami i reżyserami serialu są współpracujący od wielu lat Evan Goldberg i Seth Rogen (wspólnie tworzyli m.in. Supersamca, Sausage Party, Wywiad ze słońcem narodu, Straż sąsiedzką, Sąsiadów, Kaznodzieję czy Gen V). Przy scenariuszach odcinków pracowali ponadto: duet Peter Huyck i Alex Gregory (Hydraulicy z Białego Domu, Figurantka, Frasier oraz The Late Show with David Letterman) oraz mniej doświadczona Frida Perez (wcześniej napisała trzy krótkie metraże i była asystentką Rogena przy produkcji Mufasa: Król Lew).
Za
zdjęcia odpowiadał Adam Newport-Berra, który pracował przy Mrugnij dwa razy,
The Bear, Euforii, Peryferiach oraz teledyskach Kendricka Lamara, Adele, Shawna
Mendesa. Muzykę skomponował Antonio Sanchez (Anarchiści, Dorwać Małego,
Birdman).
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Głównym
bohaterem serialu Studio jest Matt Remick (Seth Rogen, aktorsko znany z wielu
ról w komediach i filmach animowanych takich jak Kung Fu Panda, Król Lew, Sąsiedzi,
Sausage Party, Wywiad ze słońcem narodu, Supersamiec, Invincible, Zack i Miri
kręcą porno, a w ostatnich latach choćby Fabelmanowie, Pam i Tommy czy
Inwestorzy amatorzy), filmowy producent pracujący w uznanym studiu Continental.
Właścicielem studia jest Griffin Mill (Bryan Cranston, niezrównany Hal
Wilkerson ze Zwariowanego Świata Malcolma, ponadto można go kojarzyć również z
roli Waltera White’a w uniwersum Breaking Bad), ekscentryczny milioner bez
większego filmowego gustu, który na miejsce dotychczasowej CEO studia Patty
Leigh (Catherine O’Hara, którą w ostatnich latach można było widzieć lub
słyszeć w The Last of Us, Dzikim Robocie, Beetlejuice Beetlejuice, Między nami
żywiołami czy cenionej komedii Schitt's Creek) mianuje właśnie Matta.
W
skład producenckiego zespołu Matta wchodzą m.in. jego wieloletni przyjaciel Sal
Saperstein (Ike Barinholtz, Sąsiedzi, Legion samobójców, MADtv, Świat według
Mindy, Nieznośny ciężar wielkiego talentu), który próbuje wybić się na plecach
kolegi; ekspertka od marketingu i social mediów Maya Mason (Kathryn Hahn, w
Marvelu choćby Agatha Harkness, w animacjach Sony o Spider-manie Doc Ock,
ponadto choćby takie produkcje jak Transparent, Ms. Fletcher, To wiem na pewno
czy Glass Onion), którą interesuje tylko opinia publiczna i reakcje w sieci;
młoda i niedoświadczona, ale ambitna Quinn Hackett (Chase Sui Wonders, City on
fire, Generations, Bodies Bodies Bodies, Na lodzie).
Zmagają
się oni z rolą producentów filmowych, nadzorując powstawanie tych bardziej i
mniej artystycznych projektów, lawirując między dochodowością i potencjałem
franczyzowym, społeczną percepcją filmów i studia czy przede wszystkim
zadowoleniem aktorów i reżyserów, mających swoje humory i temperamenty.
Problemem jest to zwłaszcza dla Matta, który odbiera najmniejsze pochwały za
sukcesy, a ponosi największą odpowiedzialność za porażki, usilnie chce zaś zachować
wizerunek „równego gościa” i być lubiany przez wszystkich…
W
przeciwieństwie do serialu Franczyza, który również wyśmiewał współczesny
przemysł filmowo-rozrywkowy, skupiając się na jednym filmie i gatunku, nie posiadając
jednak wyraźnej fabuły i rozwoju bohaterów, Studio pokazuje dużo bardziej
przekrojowe i kompleksowe spojrzenie na branżę. Tam, gdzie Franczyza wydawała
się dość teatralna i przestylizowana, Studio wygląda jak film dokumentalny
pokazujący prawdziwe wydarzenia (wszak Rogen nie ukrywa, że inspirowały go
zasłyszane opowieści czy własne doświadczenia). 10-odcinkowy serial wypełniony
jest miniaturkami poświęconymi różnym zagadnieniom z życia producentów
filmowych, a narracyjnym kręgosłupem wybrzmiewającym w tle jest produkcja tandetnego
filmu opartego na znanym produkcie sprzed lat. Ma on zapewnić studiu niebywałe
dochody, pozbawiony jest jednak pierwiastka artyzmu i ocieka tanią nostalgią oraz
brakiem oryginalności.
W
serialu przewija się cała plejada hollywoodzkich gwiazd odgrywająca siebie
samych. Dostajemy m.in. Martina Scorsese, Charlize Therone i Steve’a
Buscemiego, Rona Howarda i Anthony’ego Mackie, Olivię Wilde i Zaca Efrona, Ice
Cube’a, Zoe Kravitz, Adama Scotta i Dave’a Franco, których filmów bardzo długo
by wymieniać, choć mnie najbardziej zaskoczył gościnny występ Teda Sarandosa,
CEO Netflixa, który kapitalnie puentuje rozterki Matta Remicka w kwestii
otrzymania podziękowań od aktorów przy odbieraniu nagród.
Realizmu
pokazywanych scen nie zaciera nawet absurdalność wydarzeń, która podkręca humor
serialu stanowiący jego najmocniejszy element. W świecie, gdzie trudno jest
zażartować z czegokolwiek, by nikogo nie urazić, Studio to momentami komediowy
rollercoaster bez trzymanki. W stosunkowo krótkich, dynamicznych odcinkach
dostajemy mnóstwo ciętych dialogów, niepoprawnych politycznie myśli, slapstickowych
gagów, żartów z samych siebie i tego, jak wygląda życie filmowej elity, a wszystko
to podszyte jest pewną tęsknotą za czasami, kiedy na pierwszym miejscu nie
stały tabelki w excelu księgowych, a ludzie chcieli robić po prostu dobre
filmy.
Nie wszystkie odcinki były równe, choć nawet te najsłabsze trzymały solidny poziom i ani przez moment widz nie czuje się zniechęcony do oglądania. Kibicujemy tym bohaterom, widząc ich jednoczesną depresję i ekscytację wynikającą z pracy i przeżywamy „zakłopotanie z drugiej ręki”, gdy widzimy kłopoty i kuriozalne sytuacje, w jakie często sami się wpakowali. Pod względem realizacyjnym na szczególną uwagę zasługują m.in. odcinek drugi nagrany na jednym ujęciu i dotyczący narracyjnie właśnie produkcji mastershota, czy też odcinek czwarty, który przeradza się kryminał noir. Sam dwuodcinkowy finał to dzika eskapada, która nie każdemu może przypaść do gustu, bawiłem się jednak jak prosię. Nie da się jednak nie odnieść wrażenia, że serial, ze względu na specyfikę podejmowanego tematu, może mieć nieco większy próg wejścia i pełnię satysfakcji dostarczy tym widzom, którzy coś o współczesnym Hollywood wiedzą.
Podsumowując,
Studio to brawurowa komedia pomyłek i satyra na przemysł filmowy, która
osadzona jest jednoczenie bardzo głęboko we współczesnych bolączkach Hollywood,
a z drugiej strony nie boi się pójść momentami po bandzie. Uśmiałem się srogo,
choć momentami musiałem rozchodzić zażenowanie, z niecierpliwością jednak
czekam na drugi sezon, a Studio otrzymuje ode mnie 8/10, bo jest to prawdziwa
gratka dla ludzi zainteresowanych branżą filmową.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz