Tonący w mroku korytarz był zimny i wilgotny. Kamienne ściany porastał mech i grzyb. Nieliczne pajęczyny falowały lekko i drgały, poruszane wyczuwalnym ciągiem wypełnionego stęchlizną powietrza. Ciszę rozdzierało dudniące echo wywołane miarowym stukotem, a mrok rozświetlał jedynie migotliwy płomień pochodni.
Ravel potknął się w biegu w wpadł na omszałą ścianę. W ostatniej chwili ochronił twarz prawą ręką, która przyjęła impet bolesnego spotkania z murem. Z jego lewej dłoni wypadła pochodnia, która z sykiem płomienia potoczyła się po posadzce. Podziemny korytarz znów wypełniła cisza, gdy mężczyzna przestał biec. Ravel próbował złapać oddech i rozmasowywał obolały nadgarstek, a w uszach tętnił mu tylko szum. Po chwili jednak dotarł do niego odległy odgłos pościgu. Brzęczenie łańcuchów uderzających o kamień i narastające warczenie stawały się coraz bliższe. Zimny dreszcz przebiegł przez ciało Ravela, a oczy wypełnił strach. Chwycił pochodnię i ruszył do dalszego biegu. Nie oglądając się w gęstniejący za jego plecami mrok, biegł przed siebie, oślepiony blaskiem pochodni.
Gdy korytarz rozwidlił się, instynktownie wybrał prawą odnogę, która po chwili doprowadziła go do przestronnej komnaty z wysoko sklepionym sufitem wspartym na kilku smukłych kolumnach. Okrągłe pomieszczenie nadal w większości skrywało się wśród cieni rzucanych przez pochodnię. W niewyraźnym świetle dostrzegł, że do komnaty prowadzi kilka innych korytarzy oraz jedne schody wiodące w dół oraz jedne prowadzące w górę. Omiatając komnatę wzrokiem zauważył, że do kolumn w centrum sali przytwierdzone są metalowe obręcze, z których zwisały kajdany obejmujące resztki zmurszałych kości ludzkich rąk. Na podłodze spostrzegł rozrzucone w nieładzie pozostałości szkieletów. Przełknął głośno ślinę i znów słysząc za sobą zbliżający się łoskot, zdecydowanie ruszył w kierunku schodów i zaczął wspinać się po stopniach, licząc na to, że wyprowadzą go z tych lochów na powierzchnię.
Pokonując kolejne stopnie dyszał coraz ciężej i nieco zwolnił tempo. Nie mógł odpędzić od siebie myśli o towarzyszach, których zostawił tam na dole: jasnowłosa Evrid o smutnych, błękitnych oczach, która przyłączyła się jako ostatnia do kompanii; potężny rudy Viran, z którym tak często droczył się przy wieczornych gawędach; ciemnowłosa i ciemnoskóra Aymanla, której nie zdążył powiedzieć tak wielu rzeczy i namówić na kilka głębszych kielichów wina, które mogłyby ośmielić ich oboje; poważny i skryty Lacarl, którego ostatniego widział żywego. To on uwalniał go z kajdan. Tych, które nadal okalały jego przedramiona, odkąd Lacarl swoim toporem nie przeciął łączącego je łańcucha. Czuł się winny, że nie został z nimi. Ale gdy zobaczył rozerwane na strzępy ciało Evrid oraz bezgłowe zwłoki Virana coś w nim pękło, a strach wziął górę i nie widział już, jak Aymanla upada na twarz, gdy bestia szarpie ją za nogę ostrymi zębami, a dwa inne stwory rzucają się na szamoczącego się Lacarla. Jeszcze przyjdzie czas na wyrzuty sumienia, teraz najważniejsze było wydostać się z tego lochu i przeżyć…
Poczuł wyraźniejszy ruch powietrza, które stawało się nieco mniej zatęchłe i wilgotne, a otaczający go mrok jakby nieco się rozjaśniał wraz z każdym krokiem wzwyż. Po chwili pojawił się przeciąg, a w uszach zagwizdał wiatr. Przez blask trzymanej przed sobą pochodni, której płomień coraz bardziej pełgał i migotał, przebijać się zaczęło światło dnia. Nie minęło kilka chwil, gdy Ravel wypadł przez wąskie przejście zwieńczające schody na kamienny blankowany mur ciągnący się kilkadziesiąt stóp w kierunku zniszczonej wieży. Blask słońca oślepił Ravela, który musiał przyzwyczaić wzrok do otaczającej go jasności. Zwalczając zawroty głowy, mężczyzna rozejrzał się szybko w celu oceny położenia i szans na przetrwanie w tej sytuacji.
Po zewnętrznej stronie muru wznoszącego się nad skalnym urwiskiem, kilkadziesiąt stóp poniżej płynęła rzeka. Wyglądało na to, że jej nurt nie był zbyt silny, ale nie sposób było określić jej głębokości i skok z tej wysokości mógł zakończyć się szybkim spotkaniem z jej skalistym dnem. Po wewnętrznej stronie muru znajdowało się opadające na dziedziniec rumowisko, które niegdyś zapewne było częścią kompleksu warowni, a teraz stanowiło stertę zmurszałego drewna i gruzu, jaka została z dawnych zabudowań.
Z jego poziomu odległość do rumowiska wynosiła kilkanaście stóp, jednak nim podjął decyzję, czy skakać do rzeki, czy przedzierać się przez ruiny dziedzińca, łoskot dobiegający ze schodów nasilił się i z otworu wypadły trzy szkaradne stwory przypominające hybrydę ogara oraz jaszczurki. Sięgające mu do pasa czterołape potwory warczały złowrogo, obnażając wypełnione ostrymi zębami paszcze. Powyżej podłużnych pysków błyszczały im zielono-żółte ślepia z pionowymi źrenicami, a po bokach sterczały błoniaste, spiczaste uszy. Beczułkowate korpusy pokrywały duże, twarde zrogowacenia, zaś pazurzaste łapy upstrzone były krótką, szczeciniastą jak u dzika sierść. Podobnie zakończenia łuskowatych ogonów przechodziły stopniowo we włosie. Wokół krótkich szyj zapięte miały metalowe obroże, z których zwisały ciągnące się za nimi łańcuchy.
Bestie zawarczały głośniej i sposobiły się do ataku, choć nie miały miejsca, by rzucić się na Ravela wszystkie razem. Wyszczerzyły kły i zazgrzytały pazurami po kamieniu. Ravel zamachał kilkukrotnie pochodnią, utrzymując stwory na dystans, po czym rzucił w nie pochodnią. Ta odbiła się od pyska jednej z bestii i spadła jej pod nogi, nie wyrządzając żadnej krzywdy. Ravel się tym jednak nie przejął, ponieważ będąc już na powierzchni czuł się znacznie pewniej i potężniej niż głęboko w lochu, gdzie jego siły i zdolności były znacząco przez coś lub przez kogoś przytłumione.
Mężczyzna uniósł ręce nieco powyżej swej głowy, niemal stykając ze sobą rozcapierzone palce i silnym głosem wykrzyczał krótką inkantację, a jego dłonie zajaśniały lekko, zaś po palcach przebiegać zaczęły iskierki energii. W tym momencie tlący się już słabo płomień pochodni wybuchnął w górę słupem ognia, który zaczął przybierać na sile, wić się i spadł jęzorami płomieni na bestie, które oparzone odskoczyły z piskiem, chowając się na granicy schodów. Ravel ponownie wykrzyknął coś tubalnie i wyrzucił rękę przed siebie, a niewidoczny podmuch energii strącił potwory w dół po schodach, które zniknęły w ciemności z donośnym skomleniem.
Tryumf Ravela nie trwał jednak długo, bowiem płomień zaczął szybko maleć i ciemnieć, aż pochodnia niemal całkowicie nie zgasła i zaczęła kopcić kłębami najpierw siwego, a z każdą kolejną chwilą coraz ciemniejszego dymu, który gęstniał w oczach. Gęstniejąc zaś, zaczął przybierać kształt przypominający ludzką postać. Dym kłębił się wokół półmaterialnej istoty niczym płaszcz okrywający cień. Zjawa wyrastała coraz wyżej, jednak nadal pozostawała na granicy widzialności. Przerażony Ravel na ułamki sekund potrafił wychwycić wystający spod cienia zarys kościstej, popielatej twarzy czy ciemnej szaty, po czym rozmywał się on przy kolejnym uderzeniu serca.
- Nie uciekniesz przede mną… - rozległ się zgrzytliwy, chrapliwy głos, w którym dawało się jednak wyczuć lekki ton rozbawienia. – Nie opieraj się… To już nieistotne… Twoje życie… nie jest ważne… Teraz moje… Należysz do mnie… - Ravel nie był pewien, czy to wiatr niósł ten mrożący krew w żyłach głos, czy rozlegał się on bezpośrednio w jego umyśle. Mężczyzna zebrał w sobie całą odwagę i skoncentrował się w rozpaczliwej próbie.
Rozpostarł szeroko ręce, po czym złożył je blisko siebie na wysokości klatki piersiowej. Cały zadygotał, a ciemne włosy zmierzwił podmuch energii pulsującej ze sfery otaczającej jego dłonie. Wykrzyczał inkantację i z impetem wypchnął ręce przed siebie, wysyłając w cienistą istotę potężną falę energii w postaci rozwibrowanego jasnego promienia, który już miał pochłonąć przeciwnika, ale tuż przed nim napotkał barierę utkaną z dymu i cienia, uderzając w nią z hukiem. W następnym momencie zwrotna fala uderzeniowa wyrzuciła Ravela za blanki, a gdy uderzył po kilku sekundach w taflę wody, stracił przytomność…
Świadomość zaczęła przebijać się do Ravela tak, jakby chciała siłą wyważyć drzwi w jego głowie. Pulsujący ból wewnątrz czaski zaczął powoli ustawać, a Ravel zdecydował się otworzyć oczy. Przez chwilę przyzwyczajał wzrok do ciemności, by zorientować się, że coś tu bardzo nie pasuje. Zdezorientowany rozejrzał się na boki i ujrzał przed sobą wypełniony chaosem loch. Szarpnął się, lecz przykuty łańcuchem do metalowej obręczy umocowanej nad jego głową do kolumny podtrzymującej strop nie mógł nic zrobić.
Nim jednak miał czas zastanowić się, co tu się dzieje i dlaczego, zamiast płynąć z nurtem rzeki albo obijać się o wystające z wody ostre skały rozcinające jego ciało, znowu jest w lochu, ktoś stanął obok niego i potężnym ciosem topora zdruzgotał łańcuch jego kajdan. Ravel opadł na kolana, ale przytrzymała go silna ręka łysego mężczyzny ze świeżą blizną przecinającą jego twarz pod prawym okiem.
-
Wstawaj i walcz, magiku – krzyknął w zgiełku Lacarl do Ravela i ruszył z
toporem na atakujące go bestie…

blorrrrgzzzzyyybzzz...
OdpowiedzUsuń