sobota, 14 grudnia 2024

W SŁUŻBIE JEJ ANIELSKIEJ MOŚCI - OPOWIADANIE (2024)

 


    Jeździec szarpnął za wodze i zatrzymał gwałtownie wierzchowca, na co koń zareagował rżeniem i zarył kopytami w ziemi. Zwierzę zarzuciło łbem i zatańczyło w miejscu, jednak po chwili uspokoiło się na tyle, by dosiadający je człowiek mógł spokojnie zeskoczyć z siodła. Ubrany w czarny płaszcz mężczyzna odrzucił kaptur, by mieć lepszy widok i ogląd sytuacji.

    Znajdował się na niewielkim wzgórzu, na którego szczycie samotnie rosło pokaźnych rozmiarów drzewo o rozłożystych gałęziach pozbawionych listowia. Opadłe liście pokrywało ziemię wokół drzewa niczym rdzawo-bury kobierzec. Półmrok ustępował szarości świtu, potęgowanej rozlaną po okolicznych pagórkach i dolinkach mgłą, która niczym utkany z pajęczyny wąż wiła się po zboczach wzniesień i kłębiła się gęsto w zagłębieniach.

    Mężczyzna dokładniej przyjrzał się drzewu, które stało kilka kroków przed nim, ponure i wyniośle górujące ponad połaciami niskich, oszronionych traw. Ciemnobrązowa kora zdawała się jaśniejsza im dalej od pnia, zwłaszcza na końcach małych gałązek lizanych pierwszymi promieniami słońca i błyszczących od rosy. W pniu, na wysokości głowy rosłego człowieka, znajdowała się dziupla rozwarta szeroko niczym bezzębna paszcza. Jej kształt oraz regularność brzegów sprawiały wrażenie, jakby nie była naturalnym tworem, a dziełem ludzkich rąk. Coś nienazwanego przykuło uwagę wędrowca i skłoniło go zatrzymania się i zbadania tego miejsca. Mężczyzna zbliżył się do drzewa, zdejmując skórzane rękawice. Dotknął prawą dłonią pnia i pogładził opuszkami palców chropowatą korę. Przesunął ręką po krawędzi dziupli i zajrzał do środka. We wnętrzu leżała ludzka czaszka, mała i o wciąż intensywnym kolorze świeżej kości. Czaszka dziecka…

    Brwi zmarszczyły się, a twarz wykrzywiła w grymasie, kiedy niechętnie wyciągnął fragment szkieletu z zagłębienia. Obejrzał ją wnikliwie, cal po calu i pod różnymi kątami. Wyraźny podział na uzębienie mleczne i stałe wskazywało, że dziecko w chwili śmierci miało co najwyżej kilka lat. Intrygujący był niewielki otwór ziejący w czole, przez który można było wetknąć palec do wnętrza czaski. Zdawało się to być związane z przyczyną zgonu dziecka, a przynajmniej takie makabryczne skojarzenie przywodziło na myśl. Trudno było jednak stwierdzić jednoznacznie, czym zadano cios i czy aby otwór nie powstał już pośmiertnie.

    Odkładając czaszkę do wnęki, palce mężczyzny natrafiły na jeszcze jeden niepokojący przedmiot – gliniany kaganek. Pomimo iż wypalił się już w nim tłuszcz, to nadal można było wyczuć w skorupie ciepło zgromadzone od płomienia. Oznaczało to, że ktoś zapalił ten kaganek, aby płonął tej nocy i który dopiero co zgasł. Tutaj, w tej głuszy, na zapomnianym przez Boga i poborcę podatków odludziu…

    W mężczyźnie, który zatrzymał się tu jedynie przypadkiem, kierowany intuicją i jakimś złym przeczuciem, zaczęły narastać obawy. Słyszał o wielu różnych rytuałach i obrzędach, które mogły nieco przypominać zastaną scenerię, jednak nie potrafił tak szybko określić charakteru sytuacji. Spotkał się z wieloma ludowymi praktykami, czy to studiując zapiski na Imperialnej Akademii, czy w czasie jego licznych podróży. Równie dobrze mogła to być czarnomagiczna ofiara jak i wyraz osobliwej pamięci o zmarłym dziecku. Znajdował się dość daleko od cywilizacji, a w takich miejscach zdarzyć się mogło wszystko i wrodzony pesymizm podsuwał w jego umyśle najczarniejsze scenariusze.

    Aby upewnić się, mężczyzna zbliżył twarz do pnia i przyjrzał mu się bliżej. Wydawało się, jakby kora przy krawędzi była nieco ciemniejsza i pokryta naciekiem. Przytknął nos niemalże do drzewa i wytężył węch. Nie był pewny, ale wydawało mu się, że wyczuwa nikły zapach zaschniętej krwi. Mogło to być jednak tylko skojarzenie podsunięte przez wybujałą wyobraźnię…

    Nagle koń zarżał niespokojnie, a siedzące na gałęziach wrony wzbiły się w powietrze z głośnym, posępnym krakaniem. Wędrowiec zwinnym ruchem obrócił się, a jego czarny płaszcz zafalował niczym krucze skrzydła podrywające się do lotu. Ułamek chwili zajęło mu dobycie z pochwy krótkiego miecza. W drugiej ręce, w odwrotnym chwycie, dzierżył zaś nieco zakrzywiony nóż o niezbyt długim, szerokim i nieco zakrzywionym ostrzu.

    Jonathan Reis stal w pozycji bojowej, w każdym momencie gotów do uniku bądź ataku. Przez mgnienie oka zdawało się, że to fałszywy alarm, jednak okazały się to złudne nadzieje. Zza gniadego wierzchowca wyłoniła się chuda, wysoka postać o twarzy młodzieńca i spojrzeniu starca. Powłóczysta, cienka, ciemna szata powiewała lekko na wietrze. Osobliwego wyglądu dopełniały popielate proste włosy opadające poniżej ramion oraz sine usta wykrzywione w nieznacznym, aczkolwiek zauważalnym i tajemniczym półuśmiechu.

    - Bądź pozdrowiony, Jonathanie. Dawno się nie widzieliśmy… - zabrzmiał głęboki i spokojny głos przybysza, melodyjny i kojący z jednej strony, ale wywołujący ciarki z drugiej.

    - Czego ode mnie chcesz? Czemu nie zostawisz mnie w spokoju? Czy ja się kiedyś od Ciebie uwolnię? – wyrzucił Jonathan z wyrzutem.

    - Wątpię, mój przyjacielu. A czego od ciebie chcę? A jak myślisz? – zapytał z delikatną, ale wyczuwalną ironią w głosie, po czym błyskawicznie zbliżył się do rozmówcy i położył mu dłoń na ramieniu. – Jak zwykle, Jonathanie, musisz kogoś dla mnie zabić… - roześmiał się Anioł i rozpostarł swe ogromne, szare skrzydła…


    Osada, do której skierował go szaropióry los następnego dnia, była spora i na oko liczyła więcej niż sto domów. Rozłożona nad brzegiem rzeki, posiadała nawet przystań i targ. Niewykluczone nawet, że to od przystani wzięła początek miejscowość, rozrastając się wraz z intensyfikacją handlu rzecznego i spławu drewna. Palisadę przekroczył jeszcze po południu, jadąc wolno błotnistą ulicą kierującą go do centrum Verndorfu, gdzie wznosiła się większość murowanych budowli. Miejscowi nie raczyli go niczym ponad krótkie spojrzenie, nim odwracali wzrok i wracali do swoich spraw, a Reis starał się też nie rzucać w oczy. Zsiadł z konia i zaczął prowadzić go za uzdę, kierując swe kroki w poszukiwaniu noclegu, nie wiedział wszak, jak długo przyjdzie mu tu zabawić. Był już tu kiedyś i znał podstawy topografii, toteż skręcił z głównego placu w ulicę prowadzącą do przystani i szybko trafił do domu pielgrzyma, który prowadził zasuszony zakonnik. Zostawiwszy konia w stajni, zaniósł do wynajętej izby kuferek z dobytkiem, głównie złożonym z jego dzienników. Opłaciwszy datek za posługę braci jałmużników, Jonathan postanowił przejść się po osadzie, najpierw jednak zagadnął staruszka.

    - Bracie Zachariaszu, jakie nowiny w Verndorfie? Nie mieliście tu aby ostatnio jakichś niepokojów? Nikogo nie obwieszono aby?

    - Tutaj? Na stryk? Ostatnio nie, a to wcale nie dlatego, żeby było spokojnie. Wójt nasz słabuje od wiosny i nie ma komu dyscypliny pilnować, a tych kilku z milicji, których ma pod komendą, patrzy na wszystko przez palce i udaje, że nic nie widzi. Prosilim komesa, aby porządek zaprowadził, ale do Hervrugen daleko, a latem komes ruszył na wojnę i żadnej pomocy nam nie przysłał. – zreferował zakonnik, po czym utyskiwał jeszcze chwilę na panujące wśród młodych obyczaje i jesienną pogodę.

    Reis zaszedł do pobliskiej karczmy i zamówił kufel piwa, po czym rozsiadł się w wolnym kącie głównej izby. Dyskretnie zaczął obserwować klientelę, tę wyglądającą na lokalną jak i tych, którzy zdawali się być tu tylko przejazdem. Tłum złożony głównie z kupców, flisaków i dokerów dzielił się na mniejsze, kilkuosobowe grupki, które gwarnie dyskutowały między sobą, śmiały się lub sprzeczały, a zewsząd rozlegało się regularne stukanie glinianych kufli.

    Jego uwagę zwrócił barczysty drab o krótko przystrzyżonych włosach i koziej bródce. Posturą górował nad większością swoich kompanów, a Ci nie wyglądali na ułomków. Na masywnym karku, za prawym uchem, widniał fragment tatuażu, niezbyt wyraźny w słabo oświetlonej sali gospody. Jonathan rozpoznał jednak ten symbol – stryczek, w którego pętli wpisana była nieczytelna z tej odległości liczba. Tak znakowano skazańców osadzonych w więzieniu Hernford, którzy miesiącami czekali na wyrok, najczęściej oznaczający właśnie powieszenie. Skoro mężczyzna ten przesiadywał tu tak beztrosko, mogło to oznaczać, że został uniewinniony. Mógł też uciec w czasie niesławnego buntu przed trzema laty, kiedy kilkudziesięciu więźniów zginęło w czasie zamieszek, ale kilkunastu udało się uciec i nie wszystkich dotąd złapano.

    Reis zamyślił się chwilę. Jego pryncypialny, skrzydlaty prześladowca przekazał mu informacje dotyczącego jego celu w sposób jak zwykle zawiły i nieprecyzyjny oraz pozbawiony konkretów. Wskazano mu miejsce i trop podążania za lubieżnym wisielcem, który doprowadzi go do jeszcze mroczniejszego grzechu. Wyglądało na to, że Jonathanowi Reisowi poszczęściło się już pierwszego dnia poszukiwań, a przynajmniej haczyk ten wydawał się wart złapania.

    Gdy obok niego przechodziła dziewka posługująca w karczmie, złapał ją za łokieć i zatrzymał w miejscu, po czym zamówił drugie piwo i zagadnął o osiłka z tatuażem. Dziewczyna wyraźnie pobladła, odwróciła wzrok i delikatnie starała się uwolnić rękę, ale Reis trzymał stanowczo, drugą ręką zaś sięgnął za pazuchę i z kieszonki wyjął srebrną monetę.

    - To Kurt Vesner, człowiek niebezpieczny i gwałtowny. Lepiej o niego nie pytajcie, bo napytacie sobie biedy – rzekła po cichu dziewczyna, płosząc się i chowając twarz przed przenikliwym spojrzeniem Reisa.

    - Za tę srebrną monetę oczekuję nieco więcej informacji.

    - To gadajcie z ojcem, on Wam więcej powie – wskazała głową na kontuar i nalewającego tam piwo karczmarza.

    - Wolę z Tobą – odpowiedział nieustępliwie i dobitnie mężczyzna, po czym zapytał już nieco łagodniejszym tonem – Jak Ci na imię?

    - Margot.

    - Więc powiedz mi, Margot – Jonathan zręcznym trikiem przełożył monetę między palcami w jedną i w drugą stronę – kim jest ten Kurt?

    - Doker w przystani, ale i rozróbą nie pogardzi, zwłaszcza po napitku. Niejednemu już kości porachował, mówiło się też i o poważniejszych występkach, alem ja wcale nie była ciekawa. Mówią też, że ostatnio ma rankor do takiej jednej Matyldy, wdowy po aptekarzu.

    - Dziękuję, Margot. Możesz iść, przynieść mi tu jeszcze kufel piwa, piany na dwa palce – powiedział Jonathan, gdy zobaczył, że przeciągająca się konwersacja zaczęła zwracać uwagę kilku siedzących nieopodal karczemnych gości. Coś czuł, że to nie będzie ostatnie piwo tego wieczoru, potrzebował też więcej informacji…


    Jonathan wyszedł z karczmy tuż przed brzaskiem, zaraz po tym, jak gospodę opuściła grupa dokerów przesiadująca z Kurtem Vesnerem. Nie zdążyli jeszcze zanadto oddalić się, toteż Reis szybko zlokalizował obiekt swojego zainteresowania. Kurt, widocznie wstawiony, żegnał się z kompanami i ruszył samotnie jedną z uliczek. Jonathan trzymał się w bezpiecznej odległości, śledząc osiłka. Noc była bezchmurna, a księżyc w pełni jeszcze całkiem dobrze oświetlał ulice, zaraz jednak miał ustąpić szarówce przed nastaniem świtu. W końcu Jonathan przystanął, obserwując Vesnera, który zatrzymał się przed murowanym domem na rogu jednej ze znaczniejszych ulic osady. Dwupiętrowy budynek z szarego kamienia nie był duży, ale na standardy Verndorfu musiał uchodzić za bogaty i okazały. Na piętrze, w jednej z dwóch okiennic, paliło się już światło. 

    Kurt stał przez chwilę przed budynkiem kołysząc się lekko i wpatrując w to jedno oświetlone okno, po czym podszedł do drzwi i zdecydowanie załomotał pięścią. Do uszu Reisa dotarł podniesiony męski głos, po czym drzwi uchyliły się lekko, a nie czekający na lepszą okazję Kurt z impetem uderzył barkiem w deski i wparował do środka. Jonathan postanowił zobaczyć, w jaki sposób eskalowała będzie sytuacja, a przekraczając próg spostrzegł, że szyld wiszący obok drzwi przedstawiał coś na kształt wymalowanej szalki z ampułkami lub słoiczkami, jednak nie mógł być pewny w półmroku.

    Gdy Reis wszedł po cichu do środka i podążył za odgłosami walki dochodzącymi z następnego pomieszczenia. Krzyk kobiety i warkot mężczyzny zaczynały cichnąć, ustępując miejsca szlochowi i sapaniu. Jonathan stanął w progu izby, obserwując bez słowa, jak pochylony nad czarnowłosą kobietą w średnim wieku Kurt zdziera z niej nocną koszulę i zamierza ją zgwałcić. W szamotaninie na ułamek sekundy spojrzenie kobiety spotkało się ze wzrokiem Jonathana, co dodało sił kobiecie.

    - Pomocy! Pomóż mi! – zakrzyczała wdowa po aptekarzu, jednak dalsze słowa uwięzły jej w gardle, gdy dostała w twarz ciosem na odlew. Instynktownie jednak Kurt odwrócił wzrok w kierunku wejścia i ujrzał Reisa, który w tym samym momencie wykonał ruch w jego stronę i rzekł spokojnie:

    - Odstąp, Kurcie Vesnerze. Idź stąd i nie wracaj tu więcej.

    - Precz, kmiocie! Zmiataj stąd! – odwarknął Kurt, odwracając się doń z na wpół opuszczonymi portkami, jedną ręką przypierając kobietę do stołu, a drugą starając się podciągnąć nogawice.

    - Zostaw tę kobietę i zapomnij o niej, a nie uczynię ci żadnej krzywdy. – powtórzył Reis tonem niemalże znudzonym i zniechęconym.

    - Ja cię zaraz… - krzyknął Kurt i ruszył żwawo na intruza, jednak Jonathan nie dał mu szans na jakąkolwiek akcję, błyskawicznie dobywając ukryty pod płaszczem krótki miecz i wbijając prostym sztychem ostrze prosto w pierś niedoszłego gwałciciela. Kurt nabrał gwałtownie tchu i zamarł w półkroku, łapiąc Jonathana za rękę trzymającą broń, jednak na nic mu się to zdało i osunął się na bok, uderzając swoim cielskiem o podłogę, a znad jego mostka nadal wystawała tylko rękojeść.

    Oszołomiona kobieta wpatrywała się w trupa Vesnera, po czym niezgrabnie starała się poprawić podarte giezło i przeniosła wzrok na stojącego nieruchomo wybawiciela. Krucze loki opadające swobodnie na ciało osłaniały jej lewą pierś, której nie skrywał rozdarty materiał. Twarz miała pobrużdżoną pierwszymi zmarszczkami, a na siniejącym prawym policzku rosła opuchlizna, mimo to musiała uchodzić za kobietę urodziwą.

    - Dziękuję Ci, panie... Ocaliłeś mnie… ja dzięku… - zaczęła nieskładnie, jednak Jonathan Reis przerwał jej władczym gestem ręki. Milczenie przedłużało się niezręcznie, a mężczyzna wahał się chwilę, czy to, co ma uczynić, jest słuszne, podjął jednak decyzję. Wpatrując się z odrobiną żalu w twarz kobiety, przemówił chłodno i beznamiętnie:

    - Matyldo Arlveid, przy przyznajesz się do popełnienia zbrodni dzieciobójstwa? Czy wyznajesz przed Bogiem i jego Aniołami, mnie biorąc za świadka, że żałujesz popełnionych grzechów, czyli spędzania płodów i uśmiercenia niechcianego dziecka?

    Kobieta zamarła w bezruchu, nie mogąc w osłupieniu wydobyć głosu, jednak Jonathan Reis w jej oczach i mimice twarzy dostrzegł to, czego szukał – winę tkwiącą w tej kobiecie, która zgubiła drogę do owczarni Pana i pobłądziła w ciemnej dolinie. Więcej mu nie było potrzeba. Szybkim ruchem doskoczył do kobiety, jedną ręką zatykając jej usta, a drugą przesuwając jej ostrze sztyletu po szyi, głęboko rozcinając gardło, z którego trysnęła krew. Jonathan widział niezrozumienie i smutek w jej oczach, gdy gasło w nich życie.

    Nie miało to jednak już żadnego znaczenia. Jej życie się nie liczyło, tylko jej grzechy. Jego życie nie liczyło się również, jedynie jego rola jako narzędzie anielskiej sprawiedliwości. Jonathan Reis nienawidził się za to, nie miał jednak wpływu na ścieżkę, jaką wyznaczył mu Bóg i Anioł, w którego służbie się znajdował.





3 komentarze:

  1. Zaciągnąłeś Pan dług. Pisząc to opowiadanie i podając je tu do przeczytania zaciągnąłeś dług mojej najszczerszej uwagi. Natychmiast wzywam do spłaty długu w postaci kontynuacji. Zastrzegamy, że naliczane są odsetki.

    OdpowiedzUsuń

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...