Mistrz
Andrzej Sapkowski po 11 latach od wydania Sezonu burz powraca z wyczekiwaną
przez fanów książką z wiedźmińskiego uniwersum. Podjudzony przez netflixową
Zmorę wilka, postanowił rozwiać wątpliwości związane z ważnym wydarzeniem jakim
był upadek Kaer Morhen i przedstawić własną, kanoniczną wersję, do tego
prezentując publiczności przygody młodziutkiego wiedźmina Geralta. Jak wypadła
ta próba i czy Sapkowski ma jeszcze czytelnikowi coś ciekawego do zaoferowania?
Andrzeja
Sapkowskiego nie trzeba przedstawiać, bowiem autor cyklu wiedźmińskiego (teraz
liczącego już dziewięć pozycji) oraz trylogii husyckiej od lat siedzi na tronie
polskiej fantastyki i jak widać wcale nie zamierza abdykować, choć w ostatnich osiemnastu
latach wydał ledwie dwie książki. Ostatnia jego powieść, czyli Sezon burz,
spotkała się z mieszanym przyjęciem fanów, a i ja za pierwszą lekturą nie ustrzegłem
się kręcenia nosem. Kilkanaście kolejnych lektur tej książki (a dokładnie słuchowiska)
dużo bardziej przekonało mnie do niej i cenię sobie ją zarówno za warstwę
fabularną jak i zaprezentowanie barwnych postaci, które główny bohater spotyka
na swej drodze, wszak „opowieść trwa, historia nie kończy się nigdy”…
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Powieść
rozpoczynamy od konsekwencji, jakie miały spotkać młodziutkiego Geralta, który
dopiero wyruszył z Kaer Morhen i spotkał na swej drodze pierwszego potwora –
próbującego zgwałcić młodą dziewczynę żołdaka. Niedoświadczony jeszcze i pełen
idealizmu Geralt (nie noszący jeszcze przydomka „z Rivii”) ma zostać stracony za
morderstwo, ale z opresji wybawia go podstarzały białowłosy wiedźmin Preston
Holt, który oferuje Geraltowi współpracę. Preston bowiem, posunięty w latach i kontuzjowany,
nie może już wykonywać wiedźmińskiej posługi, szuka zatem następcy, któremu
oferuje wsparcie wiedzą, akomodacją, treningiem i przede wszystkim
znajomościami, które mogą mu pomóc na Szlaku.
Geralt,
bez zobowiązywania się, wyrusza z Holtem do jego posiadłości Rocamora, gdzie
otrzymuje od mistrza wiedźmińskiego fachu kilka cennych lekcji, czy to w
zakresie walki czy wymowy czy to wreszcie twardego osądu wobec rzeczywistości i
wyrusza na spotkanie z Timurem Voronoffem, wiedźmińskim pośrednikiem i agentem,
który ma zapewnić Geraltowi intratne kontrakty za eksterminację potworów
grasujących po rozległych kaedweńskich puszczach.
Białowłosy
wiedźmiński czeladnik wyrusza na Szlak, pomagając ludziom w potrzebie i
podejmując się zleceń na monstra, jego tropem zaś podążają agenci kaedweńskich
służb śledzący poczynania Prestona Holta, który podpadł komuś wysoko
postawionemu. Geralt podróżuje po królestwie Kaedwen i podległych mu
granicznych Marchiach. Napadnięty przez prefekta Estevana Trillo da Cunhę,
otrzymuje od urzędnika propozycję szpiegowania i wydania w ręce władz Prestona
Holta, na którym ciążą zarzuty kilku morderstw. Geralt nie podejmuje propozycji, a z
opresji uratowany zostaję przez komendant Elenę Fiachrę de Mersault będącą w służbie
jednego z margrabiów, dla którego wiedźmin ma odczarować strzygę. Inny z kolei margrabia
prosi Geralta o pozbycie się z jego zamku naprzykrzającego się służbie wodnika,
a Geralt wplątuje się tam w zupełnie inną obyczajową intrygę i rodową wróżdę.
Cały czas jednak w tle pobrzmiewa sprawa upadku Kaer Morhen, kiedy to
podburzony motłoch zaatakował wiedźmińską warownię oraz rola, jaką wówczas i
później odegrał Preston Holt, bowiem przeszłość wyciąga ręce po starego
wiedźmina, a młody Geralt wplątuje się w kolejną kabałę…
W
powieści Rozdroże kruków pobrzmiewa echo wiedźmińskich opowiadań z początku literackiej
kariery Sapkowskiego, kiedy to obserwowaliśmy pozornie niezwiązane ze sobą przygody
Geralta, finalnie otrzymując pewną narracyjną klamrę czy finalne związanie
wątków. Różnica jest taka, że tym razem obserwujemy młodego, niedoświadczonego
Geralta, który znajduje się na samym początku swojej wiedźmińskiej kariery i
brakuje mu jeszcze obycia wśród ludzi i realnego doświadczenia z potworami.
Widzimy to już na samym początku przy zleceniu w Szklanej Górze, widzimy to
później podczas pokonania mumataka, najdobitniej zaś w przypadku walki ze
strzygą. Geralt wpada w pułapki, bo jeszcze nie zwykł ich wypatrywać, jego
szkoleniem było przygotowanie się na potwory, a nie na ludzi mających nieodgadnione
motywacje i nieprzewidywalne zachowania. Wyciąga jednak wnioski i uczy się, powoli
wyzbywając się ślepego idealistycznego podejścia i staje na początku ścieżki do
stania się takim Geraltem, jakim go znany w późniejszych tomach serii.
Głównym
wątkiem zaś, który na dobrą sprawę zaznacza się wyraźniej w narracji bliżej
połowy powieści, jest historia pogromu wiedźminów w Kaer Morhen. Z ust kapłanki, matki
Assumpty z Rivii Geralt otrzymuje informacje o przebiegu tego wydarzenia, autor
jednak nie odkrywa przed nami od razu wszystkich kart tej sprawy i wraz z
rozwojem powieści dowiadujemy się więcej o roli czarodziejów, prywatnym podłożu
nagonki na wiedźminów wynikającym z niejasnych przesłanek oraz roli, jaką
odegrał Preston Holt w późniejszym dochodzeniu zemsty na sprawcach tragedii. Co
więcej, spotykamy sprawcę całego zdarzenia, czyli możnego maga Artamona z
Asguth, autora sławnego anonimowego dzieła Monstrum albo wiedźmina opisanie, a
Geralt, odkrywając zagrożenie ciążące z jego strony zarówno nad Prestonem jak i
kapłankami Melitele, nie waha się działać, jednak jego czyny niekoniecznie
przynoszą zamierzony efekt. Pierwsza połowa krótkiej skądinąd książki to
side-questy Geralta, w których zdobywa doświadczenie i poznaje różnych
bohaterów, którzy mogą odegrać w późniejszych wydarzeniach mniejszą lub większą
rolę. Druga połowa natomiast to już w zasadzie sam wątek główny, w którym akcja
przybiera na sile, a tempo narracji przyspiesza, dzięki czemu książkę czyta się
z przyjemnością i lekkością.
Niestety,
nie tylko krótki metraż powieści (której przydałoby się tak ze sto dodatkowych
stron) stanowił dla mnie pewien problem, ale również dość pobieżnie
zaprezentowani bohaterowie poboczni, którym brakowało głębi i szerszego
kontekstu. Jedynie Preston Holt dostał od autora trochę więcej miejsca jako
postać przewijająca się przez całą powieść, reszta była tylko epizodycznie
występującymi gośćmi rzadko mającymi więcej niż jedną cechę charakteru. Tym
bardziej doskwiera ten fakt, że od zawsze proza Sapkowskiego stała mnogością
barwnych i nietuzinkowych postaci o wyrazistych charakterach, stylu mówienia
czy zachowania, które zapadały w pamięć. W Rozdrożu kruków brakuje takich
postaci, bo choć otrzymujemy takich bohaterów jak prefekt Estevan Tillo da
Cunha, Timur Voronoff, czarodziejka Vrai Natteravn, burdelmama Pampinea Monteforde
czy komendant Elena Fiachra de Mersault to są to oni pozbawieni tej iskry, którą
można było ujrzeć w kreacjach Sapkowskiego. W dodatku późno wprowadzeni
antagoniści w postaci Artamona z Asguth oraz markizy Cervii Herrady Graffiacane
nie mają czasu wybrzmieć, zbudowani są dość powierzchownie, a ich rys psychologiczny
jest ledwie naszkicowany.
Powieść rozkręca się niespiesznie, a autor jakby udaje, że nie interesuje go jakiś motyw przewodni, później jednak intryga się zazębia i wiedzie nas jasną ścieżką, gdzie moralność poddawana jest próbie, a bohaterowie muszą dokonywać wyborów. Sapkowskiemu nadal nie brakuje swady w dialogach, choć nie było tu aż tyle zapadających w pamięć scen i wymian zdań. Nie da się jednak zaprzeczyć, że gdy powieść wchodzi na wyższy bieg, to stanowi przyjemną lekturę, którą z łatwością się pochłania. Zwłaszcza, że autor rzuca w czytelnika smaczkami czy to odnoszącymi się do wcześniejszych książek, czy to uderzających w konfabulacje netflixowych twórców czy też w pewien sposób polemizuje z uniwersum growym.
Rozdroże kruków ożywiło kolejny raz cykl, który fani uważali już za jedynie obiekt nostalgicznych westchnień. Towarzysząca lekturze ekscytacja była tym, czego trzeba mi było, nawet jeśli sama książka nie zwala z nóg jakością. Rozdroże kruków nadal jednak oferuje czytelnikowi ciekawą przygodę i nową perspektywę na bohatera, wnosząc powiew świeżości do wiedźmińskiego świata, wypełniając kilka luk, o których autor wcześniej milczał. Lektura ostatecznie okazała się przyjemną i daleko jej do rozczarowania, nawet jeśli można było wycisnąć z niej znacznie więcej, dlatego Rozdroże kruków oceniam ją na 7/10 i mam nadzieję, że autor dotrzyma słowa i uraczy nas jeszcze niejedną powieścią o wiedźminie Geralcie z Rivii. Czy Rozdroże kruków znajdzie się na końcu mojego wiedźmińskiego rankingu? Pewnie tak. Czy jest to zatem najsłabsza książka cyklu? Prawdopodobnie, ktoś musi być ostatni. Czy bawiłem się dobrze podczas lektury? Pewnie, wiedźmina nigdy dość... Tymczasem mam nadzieję, że uda się kontynuować serię wiedźmińskich słuchowisk i Rozdroże kruków dołączy do tego szacownego zbioru, żebym mógł odsłuchać choć kilka-naście razy.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz