czwartek, 7 listopada 2024

VENOM: OSTATNI TANIEC (2024) - RECENZJA FILMU

 
Zakończenie trylogii filmów o Venomie, najbardziej udanego projektu aktorskiego Sony pod szyldem komiksowych adaptacji Marvela, obiecywało głębsze sięgnięcie do mitologii symbiontów. Dlaczego film nie spotkał się z ciepłym przyjęciem tak recenzentów jak i publiczności?


Reżyserką i scenarzystką Venom: Ostatni taniec jest Kelly Marcel, która zaczynała jako aktorka debiutując w Wielkich kulach ognia, przez kolejnych kilkanaście lat występując głównie w pomniejszych serialach. Venom 3 był jej reżyserskim debiutem, jako scenarzystka zaczynała od serialu Terra Nova, później pracując nad filmami Ratując Pana Banksa, Pięćdziesiąt twarzy Greya, Cruella, serial Odmieniec i przede wszystkim nad serią o Venomie. Tak jak przy Venom 2, nad trzecim filmem scenariusz pisała razem z Tomem Hardym.


Za muzykę odpowiadał Dan Deacon, nieposiadający zbyt rozpoznawalnego resume – wśród tytułów wymienić można We Can Be Horses, Król klonów, Sex Diaries, Sezon ślubny, Rez Ball. Autorem zdjęć był Fabian Wagner, mający na koncie nieco ciekawsze projekty, m.in. seriale Sherlock, Oskarżeni, Biała królowa, Demony da Vinci, Gra o tron, The Crown, Ród Smoka, a z filmów Liga Sprawiedliwości.


Venom 3 ukazuje nam losy Eddiego Brocka (Tom Hardy, znany choćby z filmów Incepcja, Mroczny Rycerz powstaje, Mad Max: Fury Road, Zjawa, Dunkierka oraz seriali Taboo i Peaky Blinders), który po wydarzeniach w Venom: Let there be Carnage musiał porzucić życie dziennikarza w San Francisco i uciec do Meksyku wraz z egzystującym w jego ciele kosmicznym morderczym symbiontem imieniem Venom (również Tom Hardy). Mając dość bycia wyrzutkiem postanawia uciec do Nowego Jorku, licząc na to, że w tak wielkim mieście uda mu się ukryć.

Na jego tropie znajduje się specjalna jednostka wojskowa ze Strefy 51 (która oficjalnie jest zamykana przez rząd amerykański, by ukryć to, co znajduje się pod kompleksem bazy wojskowej), którą dowodzi generał Strickland (Chiwetel Ejiofor, 2012, Zniewolony, Marsjanin, Ludzkie dzieci, Doktor Strange). Za sektor naukowy i badania złapanych symbiontów odpowiada doktor Teddy Paine (Juno Temple, Ted Lasso, Fargo, The Offer, a także Maleficent, Rogi, Mr. Nobody, Kochanice króla). Od innego symbionta, który opanował ciało detektywa Mulligana (Stephen Graham, Boiling Point, Irlandczyk, Taboo, Piraci z Karaibów 4 i 5, Zakazane imperium, Wrogowie publiczni, Przekręt, a ostatnio choćby netflixowe Ciała czy Dziewczyna i morze), wojskowi dowiadują się, że Wszechświatowi zagraża uwięzione przed wiekami bóstwo symbiontów, potężny Knull (Andy Serkis, którego przedstawiać nie trzeba).

Eddie wyrusza w podróż do Nowego Jorku, jednak sytuacja się komplikuje w wyniku ataku ksenofaga wysłanego przez Knulla na poszukiwanie Kodeksu mogącego uwolnić go z więzienia. Taki Kodeks posiada w sobie zupełnym przypadkiem właśnie Venom, dlatego nasi bohaterowie rozpoczynają ucieczkę zarówno przed wojskiem jak i morderczym ksenofagiem. Na swej drodze spotykają rodzinę ekscentrycznego Martina (Rhys Ifans, grał w tym multiwersum już doktora Connorsa vel Jaszczura, ponadto ostatnio Ród Smoka, ponadto Anonimus, Snowden, Notting Hill, Stacja Berlin, King’s Man: Pierwsza misja, Elementary), który wraz z rodziną zmierza przypadkiem do Strefy 51 w pogoni za obcymi. Wątek ten nie wnosi zbyt wiele do fabuły, ale ma za zadanie dodania elementu ludzkiego w tej papce CGI.


Venom zostaje schwytany przez wojsko i odizolowany od Eddiego, jednak dzięki pomocy samowolnej naukowiec (której imię mi wypadło z głowy) udaje mu się błyskawicznie uciec oraz uwolnić inne symbionty, które stają ramię w ramię z wojskiem w walce przeciwko ksenofagom polującym na Venoma.

Zakończenie trylogii wedle pierwszych reakcji miało być najlepszym filmem z trylogii, ale szczerze… było chyba najnudniejszym. Poprzednie dwa może faktycznie były większym bałaganem, tu wszystko szło bezpiecznie po przewidywalnym sznurku. Niestety spisana na kolanie fabuła była niezwykle miałka i mało angażująca, a jedynym promykiem w tym filmie była relacja Eddiego i Venoma (czyli Toma Hardy’ego z sobą samym), jednak też już na etapie trzeciego filmu nie wnosiła wiele nowego.

Część ta z kolei zdecydowanie odeszła od różnych wątków w poprzednich filmach, ponieważ imperatyw narracyjny wymagał poważnych zmian w lore świata czy bohaterów (czy ktoś pamięta jeszcze postać Michelle Williams?), a dużą rolę w historii miał uzyskać Knull. Niestety, bóg symbiontów okazał się absolutnie nieciekawym antagonistą bez charakteru i motywacji, którego czas ekranowy był niewiele większy niż przywołanej Michelle Williams (która w ogóle się nie pojawiła).

Historia nafaszerowana była prostacką ekspozycją i sporą dozą głupotek logicznych, uproszczeń i skrótów wymagających od widza jak najmniej myślenia nad tym, co dzieje się na ekranie. Sceny akcji były nudne, historia była nudna, bohaterowie byli nudni, szyny były złe a podwodzie też było złe. Widać wyraźnie, że nie było grama ciekawego pomysłu na faktyczną realizację tego filmu, ale trzeba było go zrobić i pożegnać ważną dla Sony postać.


Podsumowując, Venom: Ostatni taniec wcale nie był najlepszym z trylogii, choć ta stała na maksymalnie średnim poziomie. Poprzednie filmy, choć wypełnione bałaganem, w jakiś sposób bawiły się czy to bohaterami, czy historią, czy gatunkiem, a tu dostaliśmy generyczną i nijaką superbohaterszczyznę bez własnego wyrazu i stylu. Venom 3 dostaje ode mnie 5,5/10. Nie oczekiwałem wiele, a nadal było to rozczarowanie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...