Trzeci
tom serii Marcina Świątkowskiego o wojnie trzydziestoletniej, w której od siły
wojska ważniejsza na polu bitwy jest magia, a tą główna bohaterka cyklu włada
coraz lepiej. Burzycielka twierdz wraca do bardziej dynamicznej formy
prowadzenia narracji bliższej Psom Pana.
Po
względnie spokojnym drugim tomie, w którym większość czasu spędziliśmy w
spokojnych Niderlandach albo lochach Wurzburga, tom trzeci znowu oferuje
czytelnikowi wartką historię, w której śledzimy losy Katarzyny von
Besserer-Thalfingen planującej odzyskanie rodzinnej schedy i wpisanie się na
politycznej mapie Rzeszy.
Dołączywszy
do młodych książąt Karola Ludwika oraz Ruperta Wittelsbachów zbierających armię
celem odbicia z katolickich rąk Palatynatu i swej nadreńskiej ojcowizny,
Katarzyna wraca do Niemiec z wyszkolonym oddziałem bitewnych eteromantów. Radą
i pomocą służy jej były dominikanin Dominik Ibanez de Erquicia, który zdradzony
przez swój zakon postanawia zemścić się na dawnych towarzyszach, ale przede
wszystkim pragnie zaopiekować się dziewczyną.
Swój
marsz rozpoczynają od Wurzburga, do niedawna stolicy samozwańczego Księstwa
Różanego Krzyża, które po upadku profesora Andre’ego i jego magicznej bariery pogrążyło
się w chaosie. Tam trafiają na Schenka, który do tego upadku się przyczynił. Po
namowie pułkownika Hannova Katarzyna oszczędza jednak najemnika, który niegdyś
ją zdradził, sama zaś wyrusza na wojnę, gdyż bez jej magicznej pomocy bracia
Wittelsbachowie nie są w stanie efektywnie oblegać nadreńskich twierdz.
Jeśli
dotychczas Katarzynę można było traktować jako Mary Sue, to teraz oficjalne
przyjęła miano Mary Sue Skywalker, bo po odnalezieniu magicznej księgi „Moc
jest w niej silna”. Na tym etapie można było się już nieco do tego przyzwyczaić
i z drugiej strony dobrze, że została dokokszona tak, że nie ma czego zbierać z
jej przeciwników. Naddatki potęgi nadrabia niedoborami charakteru, co czyni ją
ciekawą postacią, której losy nie są nudne.
Niestety
dużo mniej do roboty miał w tym tomie Dominik, który wpadł w rolę mentora, który
bardzo szybko przestaje mieć kogoś, komu może mentorować i snuje się w bliżej
nieokreślonym celu. Dla przeciwwagi z kolei Schenk przechodzi
charakterologiczną przemianę, stając się postacią dojrzalszą i mniej samolubną,
która zaczyna pomagać innym. Zdecydowanie na plus była znikoma rola
Blanchefleur, przyjaciółki Katarzyny, która w drugim tomie irytowała mnie
niepomiernie.
Ku mojemu zadowoleniu pociągnięto nieco wątek magii i rozbudowano świat o innych graczy na planszy, nadal jednak nie odkrywając wszystkich kart. Oczekiwałbym szerszego wpisania przedstawionej w książce sytuacji w wojnę, która zaczęła schodzić na drugi plan, a Gustaw Adolf i kardynał Richelieu oraz Habsburgowie nadal stoją jedynie jako straszaki w tle. Zastanawia mnie, jak te wszystkie wątki uda się połączyć i zawiązać w rzekomo ostatnim tomie kwadrylogii. Z pewnością jednak brakuje tu namacalnego antagonisty, z którym zmierzyć mogliby się nasi bohaterowie. Nie zaszkodziłoby, gdyby książki z tej serii były nieco bardziej opasłe i zawierały w sobie więcej barwnych postaci i intryg, bo autor udowodnił już, że potrafi, choć nadal jeszcze się uczy.
Tak jak poprzedni tom, Burzycielka twierdz była przyjemną lekturą niepozbawioną wad. Apetyt rośnie w miarę jedzenia i z wielką chęcią posłuchałbym więcej o tym świecie. Burzycielka twierdz zgodnie z oczekiwaniami wykazała się większym dynamizmem narracyjnym niż Księstwo Różanego Krzyża, ale nie wykorzystała wszystkich atutów posiadanych w talii, dlatego ponownie oceniam ją na 6,5/10 i wypatruję czwartego tomu serii Psy Pana.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz