Kontynuacja polskiego fantasy historycznego autorstwa Marcina Świątkowskiego, czyli powieści przygodowej spod znaku płaszcza, magii i szpady „Psy Pana”, której akcja osadzona została w Niemczech epoki wojny trzydziestoletniej. Drugi tom, czyli „Księstwo Różanego Krzyża”, poszerza horyzonty bohaterów tak geograficznie jak filozoficznie, czy jednak z korzyścią dla lektury?
Powieść
zaczynamy od trzech równoległych wątków, z których dwa później łączą się w
jeden. Obserwujemy losy nastoletniej niemieckiej szlachcianki Katarzyny von
Besserer-Thalfingen, która dotarła na uniwersytet w Lejdzie, gdzie zaczęła
zgłębiać tajniki eteromancji; śledzimy również poczynania dominikanina Dominika
Ibaneza de Erquicii, który dostał za zadanie odnalezienie i uprowadzenie rzeczonej
dziewczyny; towarzyszymy również w przygodach najemnika Schenka, który na
żołdzie elektorskim zbadać musi dziwne magiczne zjawisko zwane Banią, które w
tajemniczy i magiczny sposób odcięło dostęp od znaczącej połaci ziemi ze znajdującymi
się tam miastami, wsiami i ludnością wokół Wurzburga.
W
miejsce wartkiej akcji części pierwszej, w której losy bohaterów zmieniały się
jak w kalejdoskopie, a pogoń za nimi gnała przez niemieckie ziemie aż do Niderlandów,
weszły bardziej subtelne intrygi i konszachty oraz polityczne i
filozoficzno-teologiczne rozprawy. Nadal naszym bohaterom z krwi i
kości nie brakuje swady, ale tempo samej narracji znacząco zwolniło poza
kilkoma intensywniejszymi momentami. Na dłuższą metę poczytywać to można na
minus, choć niezbyt znaczący.
Nadal
nie brakuje ciętych dialogów, zgrabnie napisanych scen walki czy rzuconej na
lewo i prawo sążnistej inwektywy, jednak wszystko dużo bardziej dopasowało się
do uczonych murów lejdeńskiego uniwersytetu czy dostojnych sal pałacu
stadhoudera Wilhelma Orańskiego. Trzon głównych bohaterów został ten sam,
natomiast w tle pojawiła się cała masa nieco bardziej lub (niestety częściej)
nieco mniej interesujących postaci drugiego planu, często zaczerpniętych z
historycznych realiów. O ile w pierwszym tomie realia historyczne nie odbiegały
jeszcze znacząco od tych znanych z podręczników, tak tu coraz bardziej
upowszechnienie magii zaburza status quo i przyśpiesza alternatywną wersję rzeczywistości.
Niestety,
wątek magii, czyli precyzjologii lub eteromancji, nie został według mnie
wystarczająco zgłębiony w tym tomie – uchylono co prawda z niego nieco całun
tajemniczości, ale zostawiono to w ciemnym kącie, w którym widać tylko cień i
zarys. Liczę, że w kontynuacji zostanie to pociągnięte dalej, bo jest tu
potencjał na nieco autorskiej zabawy światotwórczej.
Nieco
też odbiór zaburzało znaczące oderwanie wątku najemnego knechta Schenka, który
trafia do osobliwego Księstwa Różanego Krzyża rządzonego przez tajemnicze Bractwo Różokrzyża i nie ma (przynajmniej w drugim tomie) nic wspólnego
z losami Katarzyny i Dominika. Rozumiem, że to dopiero ponowne rozstawienie
pionków na szachownicy przed kolejną partią i trzecim tomem, mimo wszystko tytułowe
Księstwo Różanego Krzyża mogłoby pełnić istotniejszą rolę w powieści i choćby
być zasygnalizowane w świadomości „tych główniejszych” bohaterów.
Mimo
pomniejszych wad książki i minimalnie niższego poziomu niż pierwsza część,
lektura Księstwa Różanego Krzyża była przyjemna i z entuzjazmem wracałem do bohaterów oraz ich perypetii. Wiele Świątkowskiemu jeszcze brakuje do
poziomu tych najlepszych polskich autorów fantasy, mimo wszystko jest ciekawą
nową postacią drugiej ligi tego gatunku i z zainteresowaniem wypatruję trzeciego
tomu, czyli Burzycielki twierdz, który powinien ruszyć fabułę z kopyta. Księstwo Różanego Krzyża oceniam na 6,5/10 – nieco słabiej od Psów Pana, ale
nadal interesująco.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz