czwartek, 4 kwietnia 2024

ROAD HOUSE (2024) - RECENZJA FILMU

Amazon, za pomocą zakupionego w ostatnich latach studia MGM, dostarczył nam na platformę Prime Video remake filmu „Wykidajło” z 1989 roku z Patrickiem Swayze w roli głównej. Film Douga Limana (reżyser takich filmów jak Tożsamość Bourne’a, Pan i Pani Smith, Jumper, Barry Seal czy Na skraju jutra), przewidziany początkowo do dystrybucji kinowej, skończył jako komercyjny sukces i najlepszy filmowy start tej platformy streamingowej.


Nigdy nie widziałem oryginału i trudno mi w jakikolwiek sposób porównać obie produkcje. Filmografię reżysera jednak kojarzę i żywię sympatię do jego prac, nawet tych nie najlepiej ocenianych. Za uwspółcześnienie historii odpowiadali scenarzyści Anthony Bagrazzi oraz Chuck Mondry, z których tylko ten pierwszy miał na swoim koncie jakąkolwiek wcześniejszą pozycję jako współautor scenariusza do świetnego filmu Shane’a Blacka Nice Guys. Brak doświadczenia scenarzystów mógł budzić niepokój, ale też nikt normalny nie oczekiwał od tego filmu niczego ponad surowe mordobicie okraszone odrobiną humoru i jeśli tylko za to oceniać film, to dowiózł.

Film opowiada o losach Elwooda Daltona (Jake Gyllenhaal), byłego zawodnika UFC, który źle pokierował swoją karierą i decyzjami w oktagonie, toteż pozbawiony środków do życia dorabia w amatorskich walkach na głębokiej prowincji. Zmęczony takim stylem życia postanawia przyjąć ofertę pracy wykidajły w należącym do Frankie (nieznana mi wcześniej Jessica Williams) przydrożnym barze Road House w miejscowości Glass Keys na Florydzie. Rajski krajobraz florydzkiej plaży nad Atlantykiem zakłócają częste bójki i burdy w lokalu wszczynane przez motocyklowy gang. Nie działają oni jednak samowolnie, lecz na zlecenie Bena Brandta (Billy Magnussen, którego można kojarzyć z mniejszych ról w Nie czas umierać, serialu The Offer, Aladynie czy Wieczorze gier). Syn lokalnego biznesmena uwikłanego w handel narkotykami chce zbudować tam wielki luksusowy hotel. Dalton początkowo pozytywnie odbiera zmianę w swoim życiu oraz poznanie miejscowej lekarki Ellie (Daniela Melchior znana z nowego Legionu Samobójców, Strażników Galaktyki 3 czy z Szybkich i wściekłych 10). Z czasem jednak wplątuje się coraz bardziej w lokalną intrygę i porachunki, gdy stawić musi czoła popierdolonemu Knoxowi (mistrz UFC Conor McGregor w swojej debiutanckiej roli), który przybywa do Glass Keys z rozkazu osadzonego w więzieniu Brandta seniora, aby posprzątać bałagan, jaki zrobił jego syn.


Road House momentami jest bardzo głupi, ale w pewien sposób uroczy i sympatyczny. Staroszkolny akcyjniak o bohaterze, który przybywa do małego miasteczka uwikłanego w konflikt i wzajemne relacje, chcącym zaprowadzić porządek i przy okazji wyrywającym laskę. Nic nowego. Ale jako bohatera dostajemy Elwooda Daltona, który bardzo stara się być miłym i sympatycznym facetem, bo ja go ktoś wkurwi, to wychodzi z niego bestia. Walczący z demonami przeszłości i swoimi złymi życiowymi decyzjami, Dalton nie stara się być rycerzem na białym koniu, który musi odpokutować za błędy młodości, szuka po prostu spokoju. Poza tym dobrze się patrzy na Jake’a Gyllenhaala, który (jak sam zapewnia, w co można wierzyć lub nie) możliwie naturalnymi sposobami doszedł do takiej formy fizycznej, że przebitki retrospekcyjne na profesjonalny ring mieszanych sztuk walk nie budzą zmarszczenia brwi sugerującego poważne zawieszenie niewiary. Nie jest może zbudowany jak Chris Hemsworth czy Henry Cavill, ale dzięki swojej charyzmie i ekranowej prezencji wierzysz w tego bohatera.

Niestety na drugim planie brakowało nieco bardziej zniuansowanych postaci. Antagonista filmu, czyli Ben Brandt podążający za swoim marzeniem oraz zmuszony do wejścia w zbyt duże buty ojca, jest nieco przerysowanym rozpieszczonym i impulsywnym dzieciakiem, który chce bawić się w gangsterkę, ale to go przerasta. Charakterna lekarka Ellie ma w sobie coś interesującego, ale całemu wątkowi romantycznemu tego filmu brakuje żaru, a relacji Daltona i Ellie brakuje chemii, nie pomaga tu też sztampowo nudna rola jej ojca – skorumpowanego szefa policji Big Dicka (Joaquim de Almeida). Przez chwilę wydawało się, że w grę może wchodzić miłosny trójkąt z właścicielką baru jako dodatkowy dylemat dla głównego bohatera, jednak może i lepiej, że nie pociągnięto historii w melodramat, a skupiono się na soczystym mordobiciu, zwłaszcza gdy na scenę wszedł Conor McGregor.

A raczej wjechał na pełnej kurwie – takie sformułowanie, choć wulgarne, oddaje idealnie charakter pojebańca, jakiego pokazał nam w tym filmie Irlandczyk. Postać podkręcona do 120%, a to i tak zwyczajny Conor McGregor na pół gwizdka... Absurdalna postać świetnie wpasowała się w głupkowaty styl filmu wypełnionego mniej lub bardziej subtelnymi żarcikami. Trzeci akt filmu za bardzo skręcił w kierunku kina akcji spod szyldu Michaela Baya, ale sam finał skupiony na walce Daltona i Knoxa był satysfakcjonujący – surowa walka na gołe pięści, kopniaki oraz wszystko co rozwalili po drodze i leżało pod ręką.


Pewne zarzuty można mieć do warstwy audiowizualnej filmu. Pod względem muzycznym trudno było oczekiwać od bądź co bądź utalentowanego i całkiem uznanego kompozytora Christophera Becka, by w takim filmie stworzył ciekawą i poruszającą ścieżkę dźwiękową. Brakowało tu fajnych utworów muzyki popularnej czy nawet rockowej, dostaliśmy za to sporo mało angażującej muzyki w wykonaniu zespołów przygrywających w tytułowym przydrożnym barze. Tak samo wobec zdjęć i pracy kamery – znaczna część filmu ma płaski, nijaki wygląd pomimo ładnej scenerii, z której można było wyciągnąć zdecydowanie więcej. Słabe efekty specjalne raziły momentami w oczy, choć w kontekście bijatyki starano się trzymać długich ujęć bez zbędnych cięć i zdynamizować je w montażu.


Podsumowując, Amazon dostarczył nam średni film z solidnym mordobiciem, który jednak w odpowiednich warunkach może być całkiem przyjemnym seansem – ja co prawda oglądałem całkowicie na trzeźwo, ale to kino idealne do imprezowej posiadówki z kumplami przy piwku lub czymś mocniejszym. Opinie o filmie są dość mieszane i choć niskie recenzje większości krytyków nie dziwią, to pewnym zaskoczeniem są też stosunkowo niskie oceny publiczności i spodziewałem się nieco innego odbioru wśród widzów. Są tu przerysowane postaci i nie ma większej fabuły, ale film ma w sobie tę odrobinę samoświadomości i iskrę emocji oraz zabawy, toteż przyznaję mu sympatyczne 6,5/10. Nie obrażę się, jeśli to nie będzie ostatnie spotkanie z Elwoodem Daltonem, bo Jake Gyllenhaal ma tu jeszcze kilka mięśni do pokazania i kilku typów do obicia, a już większe szmiry dostawały sequele.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...