środa, 31 grudnia 2025

ŻYWY CZY MARTWY (2025) - RECENZJA FILMU

 

Kolejna historia z serii Na noże trafiła na Netflixa, a wraz z nią ekscentryczny detektyw powraca, by rozwiązać zagadkową sprawę śmierci proboszcza niewielkiej parafii. Czy trzecia odsłona przygód Benoita Blanca dorównuje pierwszej czy bliżej jej do tej drugiej?











Reżyserem i scenarzystą filmu jest Rian Johnson, znany między innymi z filmów Gwiezdne Wojny. Ostatni Jedi, Looper – Pętla czasu, Niesamowici Bracia Bloom oraz kilku odcinków Breaking Bad oraz napisanego przez siebie serialu Poker Face. Po bardzo ciepło przyjętym Knives out sprzedał prawa do stworzonej przez siebie franczyzy Netflixowi, dla którego zrealizował Glass Onion.



Muzykę skomponował kuzyn reżysera, Nathan Johnson, współpracujący z nim m.in. przy Knives out i Glass Onion oraz Poker Face i Looperze, ponadto Zaułek koszmarów, Don Jon czy Pan Corman. Autorem zdjęć był Steven Yedlin, również często współpracujący z Johnsonem m.in. przy Ostatnim Jedi, serii Knives out czy Poker Face.











RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

W filmie śledzimy losy młodego księdza, Juda (Josh O’Connor, w ostatnich latach m.in. Challengers, Lee. Na własne oczy, Emma czy The Crown), który przez biskupa Langstroma (Jeffrey Wright, w ostatnich latach m.in. The Last of Us, What if…?, Amerykańska fikcja czy świetna rola głosowa w tegorocznej grze Dispatch) zostaje wysłany do niewielkiej parafii, nad którą pieczę sprawuje niepodzielnie ekscentryczny i kontrowersyjny wielebny Jefferson Wicks (Josh Brolin, m.in. Thanos z MCU, ponadto seria Diuna, a także tegoroczne filmy Zniknięcia i Uciekinier).

Jud napotyka tam specyficzną społeczność zaangażowanej grupy wiernych znajdujących się pod wpływem kaznodziei, na którą składają się: parafialna sekretarka i gospodyni oraz organistka Martha (Glenn Close, której przedstawiać nie trzeba), miejscowy lekarz Nat (Jeremy Renner, m.in. Hawkeye z MCU), prawniczka Vera (Kerry Washington, m.in. Django, Ray, Skazany na wolność, Akademia Dobra i Zła) i jej przyrodni brat Cy (Daryl McCormack, m.in. Peaky Blinders, Powodzenia, Leo Grande, Twisters, Koło czasu), schorowana wiolonczelistka Simone (Cailee Spaeny, Priscilla, Obcy: Romulus, Civil War, Pierwsza dama, Devs) czy też próbujący odzyskać popularność pisarz science-fiction Lee (Andrew Scott, najbardziej znany z roli Jima Moriarty’ego w serialu Sherlock oraz Księdza we Fleabag, ponadto ostatnio choćby Ripley, Dobrzy nieznajomi, Mroczne materie).

Gdy podczas celebrowania mszy ginie wielebny Wicks, na miejscu zbrodni wraz z szeryf Geraldine Scott (Mila Kunis, m.in. Różowe Lata 70., Księga ocalenia, Czarny łabędź, Ted, Złe mamuśki czy Family Guy) pojawia się detektyw Benoit Blanc (Daniel Craig, poza rolą ostatniego Jamesa Bonda m.in. Lara Croft: Tomb Rider, Złoty kompas, Monachium, Dom snów, Dziewczyna z tatuażem), który wraz z księdzem Judem stara się rozwiązać zagadkę tajemniczego morderstwa, winnego poszukując wśród najbliższych i najwierniejszych parafian zmarłego duchownego…











Z pewnością mocnym elementem filmu jest bardzo skrupulatnie i kompetentnie napisany scenariusz. Zagadka kryminalna wraz z jej czerwonymi śledziami, zwrotami akcji i fałszywymi poszlakami jest satysfakcjonująca, ale jeszcze lepsze jest poprowadzenie narracji, w której całą sprawę obserwujemy w znacznej mierze z perspektywy młodego księdza o trudnej przeszłości oraz konflikcie ze zmarłym, któremu w rozwikłaniu sprawy pomaga nieszablonowy detektyw. Żywy czy martwy to bardziej film Josha O’Connora niż Daniela Craiga, który pojawia się na ekranie dopiero w drugim akcie i pełni rolę niemal drugoplanową. Dla niektórych może to być co prawda wada filmu, ale pozwala to na inne rozłożenie akcentów filmu niż samo dociekanie „kto zabił?”.

Rian Johnson, który świetnie odnajduje się w gatunku „who done it?” i samodzielnie przywrócił ten rodzaj filmów współczesnemu kinu (przepraszam, Panie Branagh, takie są fakty), w pierwszym Knives out znacząco odświeżył skostniały gatunek, w drugim natomiast, czyli Glass Onion, dokonał ulubionej przez siebie dekonstrukcji (wielu fanów Gwiezdnych Wojen do tej pory nie może pozbierać się po Ostatnim Jedi), w trzeciej części wrócił zaś do bardziej klasycznej wersji, opierając swój film o narrację i bohaterów, wtykając do filmu w wielu momentach meta-narrację odnoszącą się do snucia opowieści, m.in. w kontekście religii.

Johnson zderza w tym filmie bohatera wierzącego, ale mającego swoje wątpliwości w postaci księdza Juda oraz ateistę mocno zakorzenionego w racjonalizmie, ale odnajdującego wartość zakorzenioną w samej istocie wiary, czyli detektywa Benoita Blanca, a ich niepozorne rozmowy o wierze, wyrzeczeniu i ideach stanowią interesujący dialog polegający na wzajemnej próbie zrozumienia, a nie przekrzykiwania się. Spina się to w interesującym wydźwięku filozoficzno-religijnym i przedstawia interesujący obraz duchowy.

Jak zwykle w filmach z tej serii udało się zebrać bardzo ciekawą obsadę wypełnioną gwiazdami wspieranymi interesującymi aktorami. Na pierwszy plan aktorskich ról z pewnością wybijają się Josh O’Connor, który emocjonalnie niesie cały film i w nim oraz jego udręczonym spojrzeniu zawiera się cały dramat. Dobrze partneruje mu aktorsko kontrastujący z nim Josh Brolin, którego charyzmatyczny kaznodzieja wykorzystujący słabość swych wiernych do własnych celów wybija się wyrazistością. Ciekawą kreację zaproponowała również Glenn Close, podkręcając dewocję swej bohaterki pałającej ogniem wiary i poczuciem misji. Nieco słabiej ze względu na ograniczoną rolę i czas ekranowy wypadli choćby Jeremy Renner czy przede wszystkim niewykorzystany według mnie Andrew Scott, a także stojący nieco z boku historii Daniel Craig, który w mojej opinii nie błyszczał tak, jak przyzwyczaił w poprzednich częściach.

Film broni się również warstwą audiowizualną, często operując grą cieni i światła podszytych przyjemną warstwą muzyczną. Kameralna sceneria wcale nie przeszkadza, a pomaga twórcom na małej przestrzeni skumulować bardzo wiele. Na plus nienachalny humor, na minus długi metraż, z którego można było pozbyć się kwadransa bez wielkiej straty fabularnej.











Podsumowując, Żywy czy martwy, film z serii Na noże, to zdecydowanie udana produkcja w dorobku jednego z moich ulubionych reżyserów oferującego wyraziste kino igrające często z widzem. Mocny scenariusz, ciekawa narracja i interesujący bohaterowie sprawiają, że film ogląda się z przyjemnością i jest on tylko nieznacznie gorszy w mojej opinii od pierwszej części serii. Żywego czy martwego oceniam na 7,25/10 i śmiało mogę polecić do obejrzenia, sam zaś czekam na kolejne części serii.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...