Kolejna historia z serii Na noże trafiła na Netflixa, a wraz z nią ekscentryczny detektyw powraca, by rozwiązać zagadkową sprawę śmierci proboszcza niewielkiej parafii. Czy trzecia odsłona przygód Benoita Blanca dorównuje pierwszej czy bliżej jej do tej drugiej?
Reżyserem i scenarzystą filmu jest
Rian Johnson, znany między innymi z filmów Gwiezdne Wojny. Ostatni Jedi, Looper
– Pętla czasu, Niesamowici Bracia Bloom oraz kilku odcinków Breaking Bad oraz
napisanego przez siebie serialu Poker Face. Po bardzo ciepło przyjętym Knives out
sprzedał prawa do stworzonej przez siebie franczyzy Netflixowi, dla którego
zrealizował Glass Onion.
Muzykę skomponował kuzyn reżysera,
Nathan Johnson, współpracujący z nim m.in. przy Knives out i Glass Onion oraz
Poker Face i Looperze, ponadto Zaułek koszmarów, Don Jon czy Pan Corman.
Autorem zdjęć był Steven Yedlin, również często współpracujący z Johnsonem
m.in. przy Ostatnim Jedi, serii Knives out czy Poker Face.
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
W filmie śledzimy losy młodego
księdza, Juda (Josh O’Connor, w ostatnich latach m.in. Challengers, Lee. Na
własne oczy, Emma czy The Crown), który przez biskupa Langstroma (Jeffrey
Wright, w ostatnich latach m.in. The Last of Us, What if…?, Amerykańska fikcja
czy świetna rola głosowa w tegorocznej grze Dispatch) zostaje wysłany do niewielkiej
parafii, nad którą pieczę sprawuje niepodzielnie ekscentryczny i kontrowersyjny
wielebny Jefferson Wicks (Josh Brolin, m.in. Thanos z MCU, ponadto seria Diuna,
a także tegoroczne filmy Zniknięcia i Uciekinier).
Jud napotyka tam specyficzną
społeczność zaangażowanej grupy wiernych znajdujących się pod wpływem
kaznodziei, na którą składają się: parafialna sekretarka i gospodyni oraz
organistka Martha (Glenn Close, której przedstawiać nie trzeba), miejscowy
lekarz Nat (Jeremy Renner, m.in. Hawkeye z MCU), prawniczka Vera (Kerry
Washington, m.in. Django, Ray, Skazany na wolność, Akademia Dobra i Zła) i jej
przyrodni brat Cy (Daryl McCormack, m.in. Peaky Blinders, Powodzenia, Leo
Grande, Twisters, Koło czasu), schorowana wiolonczelistka Simone (Cailee Spaeny,
Priscilla, Obcy: Romulus, Civil War, Pierwsza dama, Devs) czy też próbujący odzyskać
popularność pisarz science-fiction Lee (Andrew Scott, najbardziej znany z roli Jima
Moriarty’ego w serialu Sherlock oraz Księdza we Fleabag, ponadto ostatnio choćby
Ripley, Dobrzy nieznajomi, Mroczne materie).
Gdy podczas celebrowania mszy ginie
wielebny Wicks, na miejscu zbrodni wraz z szeryf Geraldine Scott (Mila Kunis, m.in.
Różowe Lata 70., Księga ocalenia, Czarny łabędź, Ted, Złe mamuśki czy Family
Guy) pojawia się detektyw Benoit Blanc (Daniel Craig, poza rolą ostatniego
Jamesa Bonda m.in. Lara Croft: Tomb Rider, Złoty kompas, Monachium, Dom snów,
Dziewczyna z tatuażem), który wraz z księdzem Judem stara się rozwiązać zagadkę
tajemniczego morderstwa, winnego poszukując wśród najbliższych i
najwierniejszych parafian zmarłego duchownego…
Z pewnością mocnym elementem filmu
jest bardzo skrupulatnie i kompetentnie napisany scenariusz. Zagadka kryminalna
wraz z jej czerwonymi śledziami, zwrotami akcji i fałszywymi poszlakami jest
satysfakcjonująca, ale jeszcze lepsze jest poprowadzenie narracji, w której całą
sprawę obserwujemy w znacznej mierze z perspektywy młodego księdza o trudnej
przeszłości oraz konflikcie ze zmarłym, któremu w rozwikłaniu sprawy pomaga
nieszablonowy detektyw. Żywy czy martwy to bardziej film Josha O’Connora niż
Daniela Craiga, który pojawia się na ekranie dopiero w drugim akcie i pełni rolę
niemal drugoplanową. Dla niektórych może to być co prawda wada filmu, ale
pozwala to na inne rozłożenie akcentów filmu niż samo dociekanie „kto zabił?”.
Rian Johnson, który świetnie
odnajduje się w gatunku „who done it?” i samodzielnie przywrócił ten rodzaj
filmów współczesnemu kinu (przepraszam, Panie Branagh, takie są fakty), w
pierwszym Knives out znacząco odświeżył skostniały gatunek, w drugim natomiast,
czyli Glass Onion, dokonał ulubionej przez siebie dekonstrukcji (wielu fanów
Gwiezdnych Wojen do tej pory nie może pozbierać się po Ostatnim Jedi), w trzeciej
części wrócił zaś do bardziej klasycznej wersji, opierając swój film o narrację
i bohaterów, wtykając do filmu w wielu momentach meta-narrację odnoszącą się do
snucia opowieści, m.in. w kontekście religii.
Johnson zderza w tym filmie bohatera
wierzącego, ale mającego swoje wątpliwości w postaci księdza Juda oraz ateistę
mocno zakorzenionego w racjonalizmie, ale odnajdującego wartość zakorzenioną w
samej istocie wiary, czyli detektywa Benoita Blanca, a ich niepozorne rozmowy o
wierze, wyrzeczeniu i ideach stanowią interesujący dialog polegający na
wzajemnej próbie zrozumienia, a nie przekrzykiwania się. Spina się to w
interesującym wydźwięku filozoficzno-religijnym i przedstawia interesujący
obraz duchowy.
Jak zwykle w filmach z tej serii
udało się zebrać bardzo ciekawą obsadę wypełnioną gwiazdami wspieranymi
interesującymi aktorami. Na pierwszy plan aktorskich ról z pewnością wybijają
się Josh O’Connor, który emocjonalnie niesie cały film i w nim oraz jego udręczonym
spojrzeniu zawiera się cały dramat. Dobrze partneruje mu aktorsko kontrastujący
z nim Josh Brolin, którego charyzmatyczny kaznodzieja wykorzystujący słabość
swych wiernych do własnych celów wybija się wyrazistością. Ciekawą kreację
zaproponowała również Glenn Close, podkręcając dewocję swej bohaterki pałającej
ogniem wiary i poczuciem misji. Nieco słabiej ze względu na ograniczoną rolę i
czas ekranowy wypadli choćby Jeremy Renner czy przede wszystkim niewykorzystany
według mnie Andrew Scott, a także stojący nieco z boku historii Daniel Craig,
który w mojej opinii nie błyszczał tak, jak przyzwyczaił w poprzednich
częściach.
Film broni się również warstwą audiowizualną, często operując grą cieni i światła podszytych przyjemną warstwą muzyczną. Kameralna sceneria wcale nie przeszkadza, a pomaga twórcom na małej przestrzeni skumulować bardzo wiele. Na plus nienachalny humor, na minus długi metraż, z którego można było pozbyć się kwadransa bez wielkiej straty fabularnej.
Podsumowując, Żywy czy martwy, film z serii Na noże, to zdecydowanie udana produkcja w dorobku jednego z moich ulubionych reżyserów oferującego wyraziste kino igrające często z widzem. Mocny scenariusz, ciekawa narracja i interesujący bohaterowie sprawiają, że film ogląda się z przyjemnością i jest on tylko nieznacznie gorszy w mojej opinii od pierwszej części serii. Żywego czy martwego oceniam na 7,25/10 i śmiało mogę polecić do obejrzenia, sam zaś czekam na kolejne części serii.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz