niedziela, 20 lipca 2025

SUPERMAN (2025) - RECENZJA FILMU

 

Jeden z najbardziej oczekiwanych przez widzów film 2025 roku zagościł w kinach z przytupem, zdobywając ciepłe przyjęcie krytyków filmowych oraz miłość fanów. Czy jednak nowy Superman jest tak udanym filmem, jak o nim mówią?











Reżyserem i scenarzystą filmu jest James Gunn, który od jakiegoś czasu budował swoją pozycję w kinie superbohaterskim dzięki takim produkcjom jak trzy filmy z serii Strażnicy Galaktyki dla Marvela oraz Legion samobójców (ten lepszy) oraz stanowiący jego kontynuację serial Peacemaker (którego drugi sezon już wkrótce) dla DC Studios, którego końcem 2022 roku został współprezesem (wraz z Peterem Safranem) odpowiadającym za warstwę merytoryczną i artystyczną nowej odsłony uniwersum. Wcześniej zasłynął m.in. reżyserią filmu Slither czy scenariuszami do filmów Scooby-Doo i Scooby-Doo 2: Potwory na gigancie oraz Świt żywych trupów.



Muzykę do filmu, opartą mocno na klasycznym brzmieniu Johna Williamsa, skomponowali David Fleming (jego filmografię prezentowałem niedawno przy okazji drugiego sezonu The Last of Us) oraz John Murphy, brytyjski doświadczony kompozytor pracujący w branży ponad 30 lat, który współpracował już z Gunnem przy okazji Strażników Galaktyki vol. 3 oraz Legionu samobójców, a wcześniej na koncie miał m.in. Kick-Ass, 28 dni później i 28 tygodni później, Miami Vice, Mecz ostatniej szansy czy też słynne filmy Guya Ritchiego jak Przekręt i Porachunki. Za zdjęcia do filmu odpowiadał Henry Braham, który dla Gunna pracował jako operator kamery przy Strażnikach Galaktyki vol. 2 i vol. 3 oraz Legionie samobójców, ponadto w ostatnich latach nakręcił m.in. filmy Road House, The Flash, Czarownica 2, Tarzan: Legenda.












James Gunn swoim najnowszym filmem otwiera kolejny rozdział w historii komiksowego uniwersum DC, dokonując jego rebootu po niezbyt udanej iteracji, której szary, ponury i przygnębiający ton nadał Zack Snyder. Czy Gunn odkrył kino superbohaterskie na nowo i wyznaczył nowy kierunek przeżywającemu w ostatnich latach wypalenie gatunkowi?

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.

PRZED UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.

Film rozpoczynamy od momentu, gdy Superman (David Coronsweat, w ostatnich latach Twisters, Kobieta z jeziora, Pearl, Miasto jest nasze) przegrywa swoją pierwszą walkę, a pokonuje go enigmatyczny meta-człowiek Borawski Młot po tym, jak Superman zainterweniował w sprawie konfliktu Borawii i Dżarhanpuru, powstrzymując inwazję na ten drugi z fikcyjnych państw. Wkrótce okazuje się jednak, że Borawski Młot jest tylko przykrywką dla Ultramana, potężnej istoty na usługach niezwykle bogatego geniusza, Lexa Luthora (Nicholas Hoult, ostatnio choćby Nosferatu, Juror nr 2, The Order, Renfield, Menu czy serial Wielka).

Luthor bowiem, nienawidzący Supermana i zazdroszczący mu chwały, pragnie skompromitować superbohatera w oczach społeczeństwa i zniszczyć go. Dzięki odwróceniu uwagi Supermana po wypuszczeniu w Metropolis kaiju, dokonuje wtargnięcia do ulokowanej na Arktyce (lub Antarktydzie) Fortecy Samotności, siedziby Supermana. Tam przy pomocy Ultramana oraz kontrolującej nanoboty w jej krwi Inżynierki (María Gabriela de Faría, wenezuelska aktorka poza licznymi serialami w Ameryce Łacińskiej znana jest szerszej publiczności m.in. z serialu Deadly Class czy The Moodys) niszczy służące Supermanowi roboty, wykrada wcześniej niekompletne nagranie pozostawione Kal-Elowi przez jego kryptońskich rodziców, Jor-Ela (Bradley Cooper, w ostatnich latach m.in. Maestro, Dungeons & Dragons: Złodziejski Honor, Zaułek koszmarów, Licorice Pizza czy Narodziny gwiazdy oraz rola Rocket Racoona w MCU) oraz Lary (Angela Sarafyan, armeńska aktorka znana przede wszystkim z serialu Westworld oraz filmów Imigrantka, Reminiscencja, Podły, zły, okrutny czy Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 2) i przede wszystkim uprowadza Krypto, obdarzonego supermocami psa, którym opiekuje się Superman.

W tym czasie w walce z kaiju w sercu Metropolis Supermanowi pomaga Gang Sprawiedliwości - grupa superbohaterów, w skład której wchodzą: przedstawiciel Korpusu Zielonych Latarnii dupkowaty Guy Gardner (Nathan Fillon, etatowy aktor Jamesa Gunna z wszystkich jego filmów, ponadto kojarzyć go można przede wszystkim z tytułowych ról w serialach Castle oraz Rekrut, a także choćby Firefly i dziesiątek ról głosowych w animacjach i grach komputerowych), nieustraszona Hawkgirl (Isabela Merced, której filmografię przedstawiałem niedawno przy okazji drugiego sezonu The Last of Us) oraz niezwykle inteligentny i kompetentny Mr. Terrific (Edi Gathegi, m.in. Doktor House, X-men: Pierwsza klasa, Blacklist, StartUp, For All Mankind). Herosom udaje się pokonać stwora, ale po walce na jaw wychodzi prawda dotycząca misji, z jaką rodzice wysłali małego Kal-Ela na Ziemię z chylącej się ku upadkowi planety Krypton, co wstrząsa opinią publiczną, a na samego Supermana sprowadza kryzys tożsamości.

Na trop machinacji Luthora, któremu udaje się uwięzić Supermana w swoim Wymiarze Kieszonkowym, wpada nieustępliwa dziennikarka gazety Daily Planet, Lois Lane (Rachel Brosnahan, najbardziej znana z tytułowej roli we Wspaniałej Pani Maisel, ponadto House of Cards, Project Manhattan, Blacklist, Czas próby, Dzień patriotów czy ostatnio Amator), która od kilku miesięcy umawia się z Clarkiem Kentem vel Supermanem również pracującym w wolnych od ratowania świata chwilach w tej gazecie, którą zawiaduje Perry White (Wendell Pierce, ostatnio m.in. Thunderbolts*, Jack Ryan, Elsbeth). Pomocy udziela jej Mr. Terrific i razem ruszają na pomoc Supermanowi, a jeśli do tej pory ta recenzja nie była bałaganem, to trudno uwierzyć, że później fabularny chaos uderza jeszcze bardziej…











Trudno jednoznacznie oceniać ten film, bo jest w nim zarówno wiele dobra i komiksowych pyszności jak i pomysłów co najmniej przeciętnych lub w najlepszym razie średnio zrealizowanych. Główną siłą sprawczą tej produkcji był rzecz jasna James Gunn, który jako nowo mianowany szef studia filmowego DC podległego Warner Brothers. Discovery nie był skrępowany żadnymi ograniczeniami poza własną wyobraźnią i mógł zrobić dokładnie taki film, jaki chciał. I to jest to, Panie Gunnie? Mogłeś Pan zrobić wszystko i zamówić każde danie z ekskluzywnej restauracji, a zaserwowałeś widzom niedosmażonego hamburgera z nieroztopionym serem ze sporą porcją swojego autorskiego, wyjątkowego sosu. Można tym się zapchać i czuć satysfakcję z przyjętych do organizmu pustych kalorii, ale gdzieś z tyłu głowy wiercą się natrętne myśli, że nie był to pełnowartościowy posiłek, w którym zbyt wiele elementów było niedogotowanych, a przede wszystkim dziurawy, głupkowaty i równocześnie do bólu prosty jak i na siłę przekombinowany scenariusz. Panie Gunnie, pomyliłeś naiwność głównego bohatera z naiwnością widza...

Film, poza jednym i dość oczywistym motywem dotyczącym tożsamości Supermana i jego roli w świecie, pozbawiony jest jakichkolwiek wiodących tematów, które znalazły by jakąś większą konkluzję, w którą zaangażowani byliby inni, a licznie występujący w tym filmie bohaterowie. Na ołtarzu „fajności filmu” i pozytywnego przesłania, że „Superman powinien być dobry oraz zawsze i wszędzie ratować wszystkich”, a konflikt i wojna nie są rozwiązaniem oraz miliarderzy z przerostem ego są większym zagrożeniem od obdarzonych boskimi mocami super-istot mogących roznieść planetę w pył, Gunn poświęcił inteligencję widza sprowadzając fabułę do naiwnego ciągu zdarzeń, gdzie finalnie stawka była zerowa, a konsekwencji nie było żadnych. Nie da się nie odczuć wrażenia, że przyświecającym Gunnowi motywem filmu było "Rule of Cool", bo jeśli musiał wybierać między mądrym i niewidowiskowym, a głupim i fajnym to wybierał to drugie. A ten twórca niejednokrotnie udowodnił już, że potrafił robić to lepiej.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że jeśli wyłączymy nie tylko telewizję, ale również myślenie, to film dostarcza sporo satysfakcji z oglądania przygód Supermana. Gunn potrafił przywrócić po smętnym i depresyjnym snyderyzmie kluczowe dla tytułowego bohatera nadzieję, dobro i optymizm, wyciągając esencję z rdzenia tej archetypicznej postaci, którą niewątpliwie zrozumiał, niestety opakował tandetnym scenariuszem i przesadzonym kiczem. Superman w wersji Gunna uosabia nie tyle kosmicznego nad-człowieka, ale kierującego się sercem zwykłego faceta, który wychowany na małej farmie przez kochających rodziców chce czynić dobro, gdyż wie, że z wielką siłą wiąże się wielka odpowiedzialność, a świat potrzebuje współczucia i radości.











Duża w tym zasługa odgrywającego główną rolę Davida Coronsweata, co do którego miałem początkowe obawy, czy udźwignie ikoniczną rolę po posągowym Henrym Cavillu czy wcześniej Christopherze Reevesie. Być może moje obawy wynikały z wątpliwej i kontrowersyjnej decyzji, by przywrócić Supermanowi czerwone majtasy na błękitny kostium, który momentami wydawał mi się jakby wykonany z filcu… W czasie filmu jednak Coronsweat zyskał moją sympatię i sprawił, że wierzyłem we wszystkie okazywane przez niego emocje stojące za jego działaniami pełnymi poczciwości i troski. Jego relacja z odgrywającą Lois Lane Rachel Brosnahan była naturalna, szczera i angażująca, choć wybrzmiewała bardziej na początku filmu (zwłaszcza w scenie inscenizowanego wywiadu z Supermanem), cała zaś rola Brosnaham zaczęła mi się coraz bardziej rozmywać wraz z rozwojem fabuły i tracić w moich oczach. Nie rozrywam jednak z tego powodu szat i nadal uważam rolę za przyzwoitą.

Na drugim planie pojawiło się sporo postaci i większość z nich udało się zaskarbić sympatię widzów. Na pewno na uwagę zasługuje Edi Gathegi jako Mr. Terrific, który kradł wszystkie sceny z nim związane swoją nienachalną charyzmą kompetentnego człowieka otoczonego przez amatorów, a także Nathan Fillon jako Guy Gardner, pewny siebie i arogancki dupek, wobec którego można mieć poważne wątpliwości, w jaki sposób wszedł w posiadanie pierścienia mocy Korpusu Zielonych Latarnii, prezentował się jednak na ekranie świetnie mimo karykaturalnej fryzury. Niestety słabiej w tym trio wypadła Isabela Merced jako Hawkgirl, która ani nie wyróżniała się w scenach walk i tylko skrzeczała, ani nie posiadała charakteru, co przyznaję ze smutkiem, bo żywię sympatię zarówno do aktorki jak i odgrywanej przez nią bohaterki. Pozytywnie natomiast wypadł Anthony Carrigan jako Metamorhpo, sympatycznie zaprezentowali się również Jon Kent (Pruitt Taylor Vince) oraz Martha Kent (Neva Howell), choć ich rola była bardzo ograniczona (Papa Kent miał jednak kluczowy dialog emocjonalny filmu).

Osobny akapit trzeba poświęcić antagonistom filmu. Nicholas Hoult jako Lex Luthor wypadł ambiwalentnie – świetny aktor robił co mógł i nadrabiał ostentacyjną charyzmą, ale scenariusz sprowadził go do roli karykaturalnego złoczyńcy pozbawionego jakiejkolwiek głębi, który cały czas monologizował widzom średnio strawną, mało subtelną ekspozycją, a cały misterny plan był nadmiernie skomplikowany i pozbawiony finezji. Nie do końca zatem rozumiem różne zachwyty krytyków i widowni nad jego kreacją Luthora i upatruję w tym silną reakcję alergiczną na wersję Jesse’ego Eisenberga… Zlatko Burić jako ekscentryczny i równie absurdalnie karykaturalny prezydent fikcyjnej Borawii był niezwykle mało interesujący, towarzyszył mu jednak polski akcent, gdyż w rolę jego generała wcielił się swojsko brzmiący w filmie po chorwacku Martin Harris, czyli pochodzący z Wrocławia Marcin Harasimowicz.

Pod względem audiowizualnym również film był nierówny. Wiele scen akcji czy lotu Supermana wyglądało dobrze, choć zdarzały się i zgrzytające efekty specjalne i trudno mi ocenić, czy przyczyną nie był seans 3D. Z pewnością jednak do słabszych elementów w moim odczuciu należały te sekwencje związane z Wymiarem Kieszonkowym i złowieszczą Minecraftową Antyprotonową Rzeką. Gunn kilkukrotnie starał się zaserwować jednak widzom interesujące sceny akcji na jednym ujęciu z obracającej się kamery w swoim teledyskowym stylu. Bałem się, że campowa stylistyka przyjęta przez Gunna będzie mi na dłuższą metę przeszkadzać bardzo, ale dało się wytrzymać głównie dzięki sympatycznym bohaterom. W pewnym stopniu jestem jednak rozczarowany muzyką, czy to mało odkrywczą oryginalną kompozycją czy przede wszystkim licencjonowanym soundtrackiem, który poza jednym czy dwoma kawałkami nie był według mnie szczególnie interesujący. A wszak James Gunn jest znany ze swojego niezwykłego talentu do dobierania świetnych starszych kawałków idealnie pasujących do warstwy emocjonalno-akcyjnej filmu.











Film spotkał się z niezwykle ciepłym przyjęciem w Ameryce zarówno od krytyków jak i od widzów, a nieco chłodniejsze opinie zebrał choćby od recenzentów brytyjskich. Gunn może odtrąbić sukces zarówno komercyjny, gdyż nowy Superman ogląda się dobrze, jak i artystyczny, gdyż przywrócił zainteresowanie szerokiej publiki uniwersum DC, które umierało w ostatnich latach w filmach takich jak Shazam 2, Aquaman 2, Black Adam czy Blue Beetle (którego nawet ja nie obejrzałem). Nadchodzący zaś projekt, czyli Supergirl z Milly Alcock (młoda Rheanyra z Rodu Smoka) zapowiada się według mnie bardzo interesująco.

Podsumowując, Superman to potrafiący sprawić widowni sporo frajdy film bardzo głęboko zakorzeniony w komiksowej estetyce, który jednak gubi się tonalnie w gąszczu scenariuszowych niedociągnięć i przesadzonej umowności świata. James Gunn postawił jednak dość solidny fundament pod przyszłe projekty uniwersum, wyciągając jako reżyser sporo z chaosu, który zrobił jako scenarzysta. Supermana oceniam na emocjonalne 7,0/10 – film miał w sobie sporo serca i pozytywnego przesłania, tylko trzeba było bardzo mocno przymknąć oczy na wszystkie głupoty, które działy się na ekranie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

FILMOWA RECENZJA ZBIORCZA - TOM II

  Film w reżyserii Barta Laytona (Zwierzęta Ameryki, W cudzej skórze), który scenariusz napisał na podstawie noweli Dona Winslowa. Za zdjęc...