Po
ponad dwudziestu latach Ridley Scott zdecydował się nakręcić w końcu sequel do
jednego z jego najbardziej cenionych filmów. Legendarny twórca nie miał
ostatnio najlepszej passy, dlatego względem Gladiatora 2 pojawiało się wiele obaw.
Czy Gladiator dostarczył rozrywki, czy może obawy były słuszne?
Reżyserem
filmu był wspomniany już Ridley Scott, który zapisał się w historii
kinematografii jako twórca filmów takich jak Obcy – 8. Pasażer Nostromo, Łowca
Androidów, 1492: Wyprawa do raju, Gladiator, Helikopter w ogniu, Hannibal,
Królestwo Niebieskie, Marsjanin. W ostatnich latach niektóre jego projekty
odbiegały od wysokiego standardu jak choćby Exodus: Bogowie i królowie, Dom
Gucci, Ostatni pojedynek czy przede wszystkim Napoleon. Za scenariusz
odpowiadał David Scarpa, który na koncie miał już kilka projektów realizowanych
ze Scottem, jak na przykład Napolena i Wszystkie pieniądze świata, a także
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, Ostatni bastion i kilka odcinków
Człowieka z Wysokiego Zamku. Nad fabułą pracował również Peter Craig (The
Batman, Top Gun: Maverick, Bad Boys For Life, Matka, Niewybaczalne, obie części
Igrzysk Śmierci: Kosogłos).
Muzykę
do filmu skomponował tym razem, w miejsce Hansa Zimmera, Harry
Gregson-Williams, autor ścieżek dźwiękowych do filmów: Dom Gucci, Ostatni
pojedynek, Mulan, obie części The Meg, Nocne życie, Marsjanin, obu części Bez
litości, Książę Persji: Piaski czasu, X-men Geneza: Wolverine, Numer 23, Deja
vu, pierwszej i drugiej części Opowieści z Narni, Królestwo Niebieskie, a także
serii Shrek. Za zdjęcia odpowiadał John Mathieson, współpracujący ze Scottem
przy okazji pierwszego Gladiatora, Hannibala, Naciągaczy, Królestwa
niebieskiego i Robin Hooda, a poza tym w swej filmografii ma także filmy Doktor
Strange 2, Pokemon: Detektyw Pikachu, Maria, królowa Szkotów, Król Arthur:
Legenda miecza, Logan, Kryptonim U.N.C.L.E., 47 roninów, X-men: Pierwsza klasa,
Upiór w operze.
W
2000 roku swoją premierę miał film Gladiator z Russelem Crowem w roli dowódcy
wojsk północnych, generała legionów Feliks, lojalnego sługi prawdziwego
cesarza, Marka Aureliusza, ojca zamordowanego syna, męża zamordowanej żony.
Film zdobył pięć Oscarów: za najlepszy film, kostiumy, dźwięk, efekty specjalne
i pierwszoplanową rolę męską. Sukces zarówno artystyczny, jak i kasowy (film
przy budżecie około 100 mln dolarów zebrał w box office ponad pół miliarda) nie
od razu oznaczał kontynuację, choć plotki o takich planach krążyły od dawna.
Dopiero niedawno Ridley Scott, którego ostatnie projekty okazywały się
finansowymi klapami, postanowił sięgnąć po jeden ze swoich klejnotów koronnych
w filmowym dorobku i jeszcze raz zabrał widzów do antycznego Rzymu, którego
mieszkańcy ukochali sobie oglądanie gladiatorów na arenie Koloseum. Druga część
osadzona jest kilkanaście lat po śmierci Maximusa, gdy Imperium Rzymskim
władają niezrównoważeni bracia, cesarze Karakalla i Geta. Rzym, tak jak
wcześniej za panowania Kommodusa, znów popada w chaos i dojrzewa do rewolty, w
to wszystko wplątuje się zaś gladiator Hanno, którego prawdziwa tożsamość może
zatrząść cesarstwem…
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Film
rozpoczyna się od stylizowanego, malarskiego przypomnienia wydarzeń opowiadających
o konflikcie Maximusa oraz Kommodusa. Dalej przenosimy się na wybrzeże Afryki,
gdzie poznajemy Hanno (Paul Mescal, Normalni ludzie, Aftersun, Dobrzy
nieznajomi) i jego żonę Arishat (Yuval Gonen), którzy szykują się na oblężenie.
Rzym bowiem chce podbić ostatnie wolne miasto Afryki, którym dowodzi Jugurtha
(Peter Mensah, 300, Avatar, Spartakus: Krew i piach, Jason X, Hidalgo – Ocean
ognia, Czysta krew, Jeździec bez głowy), wysyła więc do tego zadania legiony
dowodzone przez generała Acaciusa (Pedro Pascal, najbardziej znany z Gry o
Tron, Mandalorianina i The Last of Us, w tym roku choćby rola w Dzikim robocie,
a wkrótce także w Fantastycznej 4). Gdy miasto pada łupem Rzymian, a Arishat ginie,
zrozpaczony Hanno staje się niewolnikiem i zostaje sprzedany jako gladiator,
trafiając do Rzymu do posiadłości ambitnego i obrotnego handlarza Macrinusa
(Denzel Washington, mający bogatą karierę, w której warto wymienić choćby
Malcolm X, Filadelfia, Kolekcjoner kości, Huragan, Plan doskonały, Deja vu,
Amerykański ganster, Księga ocalenia, seria Bez litości). Ten, upatrując w tym
swej korzyści, obiecuje żądnemu zemsty Hanno, że zmierzy się z Acaciusem na
arenie.
Acacius
bowiem jest obecnym partnerem Lucilli (Connie Nielsen, Gladiator, Wonder Woman,
Ostatnia miłość na Ziemi, Adwokat diabła, Sekcja 8.), córki cesarza Marka
Aureliusza i siostry Kommodusa, która knuje spisek przeciwko niezrównoważonym
cesarzom Gecie (Joseph Quinn, najbardziej znany z roli w Stranger Things, w tym
roku widzieć go można było w Quiet Place: Day One, a wkrótce w Fantastycznej 4)
oraz Karakalli (Fred Hechinger, Biały lotos, Pam i Tommy, Bielmo, Thelma).
Wszystko komplikuje się, gdy Lucilla rozpoznaje w Hanno walczącym w Koloseum
swego syna Luciusa, którego odesłała z dworu celem ukrycia przed tymi, którzy
pragnęliby śmierci następcy tronu. Hanno/Lucius jednak początkowo odtrąca
matkę, nie przyznając się do swego pochodzenia i mając jedynie za cel pomszczenie
swej żony. Rzym jednak, miasto pełne intryg i spisków, szykuje nieoczekiwany
obrót wydarzeń…
Film
przez prawie połowę filmu prowadzi własną narrację, w nieznacznym stopniu
nawiązującą bezpośrednio do pierwszego filmu, budując głównych aktorów tego
przedstawienia w postaci Hanno/Lucjusza, Makrynusa, Akacjusza oraz bliźniaków
jednomózgowych Karakalli i Gety. W pewnym momencie jednak wajcha się przestawia,
film porzuca własną tożsamość i kieruje się mocno w kierunku nostalgicznego
polegania na barkach filmu sprzed ćwierćwiecza. Drugi akt filmu staje się
bardzo chaotyczny, a narracja przestaje być płynna, mieszając nowe wątki ze
starymi i tworząc bałagan (i nie mówię tu wcale o historycznych nieścisłościach, przekłamaniach, konfabulacjach i błędach). Drugim problemem filmu w tym aspekcie jest nieszczególnie
angażująca, odtwórcza fabuła i napisanie mało angażujących wątków.
Na
osobny akapit zasługują nierówne sceny akcji i efekty specjalne. Część z nich była satysfakcjonująca,
choreografia robiła wrażenie i pozwalała cieszyć się seansem, niektóre jednak
budziły moje mieszane uczucia, zaczynając od „małpsów” z paskudnym CGI czy
wyjętych z dupy rekinów pływających na arenie Koloseum, a kończąc na
antyklimatycznym starciu finałowym. Na ogół jednak film dzięki tym scenom akcji
potrafił utrzymać uwagę widza.
Zdjęcia
Mathiesona nie były może wybitne, ale cieszyły oko, zwłaszcza dalekie plany i
szerokie perspektywy. Scenografia i kostiumy stały na solidnym poziomie.
Niestety rozczarowaniem była muzyka Harry’ego Gregsona-Williamsa, która nie
mogła dorównać legendarnej ścieżce dźwiękowej Hansa Zimmera. Kompozycje HGW
najlepsze były, kiedy odwoływały się do poprzednika, a najsłabsze wtedy, gdy
popadały w auto-plagiatowanie Królestwa niebieskiego, w ogólnym jednak
rozrachunku nie robiło to wrażenia, a dobra muzyka z pewnością podbiłaby
emocjonalny wydźwięk scen.
Pod
względem występów aktorskich film nie zaprezentował nic specjalnego, poza
wyróżniającym się Denzelem Washingtonem, który swoim zaangażowaniem i manierą
przerastał innych na planie. Intensywność jego gry z jednej strony, a pewna
nonszalancja i luz z drugiej, kreowały ciekawego bohatera, finalnie jednak
sprowadzonego do kręcącego wąsem antagonisty. Czy rola ta warta jest Oscara, o
czym się plotkuje? Nie wiem, z zaciekawieniem patrzyłem na jego występ w
pierwszej połowie filmu, później entuzjazm mój uleciał jak kurz na arenie. Niewykorzystany
według mnie został Pedro Pascal, który początkowo zapowiadał się na interesującą
postać, ale od połowy filmu totalnie zniknął w tle. Szaleni cesarze dawali
nieco kolorytu na początku filmu, później jednak bardziej męczyli. Nieco powagi
i dostojeństwa starała się wprowadzić Connie Nielsen, choć dużo naturalniej
wypadała w pierwszym filmie.
Na osobny wątek zasługuje Paul Mescal w głównej roli. Z całym szacunkiem i sympatią do niego, choć po prawdzie to moja pierwsza styczność z tym aktorem, nie udźwignął ciężaru gladiatorskiej zbroi i wejścia w buty Russela Crowe. Domniemany syn Maximusa, tak przynajmniej twierdzi Lucilla (temat jest to wątpliwy, interpretacja kłopotliwa, fikcyjna faktografia się rozjeżdża, ale też nie można tego stanowczo wykluczyć) nie ma charyzmy swego ojca, nie potrafi porwać w naturalny sposób tłumów jak i widzów, brakuje temu wszystkiemu naturalności, choć nie twierdzę, że wypada jakoś przesadnie słabo. Kibicowałem mu, ale bez szczególnej ekscytacji, może był źle pokierowany przez reżysera albo niedopieszczony przez scenarzystę…
Podsumowując, Gladiator 2 to film dostarczający rozrywki i męczący jednocześnie, nie potrafiący wykorzystać potencjału, ale wielokrotnie imponujący rozmachem. Mocno ciąży mu powiązanie z pierwszą częścią, dużo lepiej napisaną (choć wówczas Scott z Russelem Crowem scenariusz przepisywali na bieżąco w trakcie zdjęć). Chaos i bałagan scenariuszowy nie pozwalał historii wybrzmieć samodzielnym głosem, mimo to jednak seans, obarczony wszystkimi niedostatkami, miał w sobie na tyle dużo uroku, że film oceniam na 6,5/10 i choć czuję rozczarowanie, to nie skreślam jeszcze Scotta i jeśli powstanie Gladiator 3 to też pójdę nań do kina. Pierwszy Gladiator zrobił to wszystko jednak lepiej.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz