Czas "Wielkiej Smuty" dobiega końca, pora zatem nadrobić recenzenckie zaległości z tego roku, a trochę się ich nazbierało od stycznia...
Film Josha Safdiego, który wcześniej tworzył kino wraz z
bratem Bennym (m.in. Nieoszlifowane diamenty), luźno oparty na postaci Marty Reismana. Przy scenariuszu
pracował ponadto Ronald Bronstein, za zdjęcia odpowiadał Darius Khondji (Siedem,
Mickey 17), a muzykę skomponował często współpracujący z braćmi Safdi Daniel
Lopatin.
Szalona historia ambitnego nowojorskiego tenisisty
stołowego, który zrobi wszystko, by dostać się na szczyt, lawirując między
kłamstwem, manipulacją, determinacją oraz wielkim talentem i sercem do
rywalizacji. Timothée Chalamet (choćby seria filmów science-fiction Diuna) w
głównej roli prezentuje szeroki wachlarz swoich aktorskich umiejętności,
wykazując się krętactwem, urokiem i charyzmą, dzięki którym trudno przejść obok
jego postaci obojętnie.
Na drugim planie partnerują mu w udanych rolach m.in. Gwyneth
Paltrow (zdobywczyni Oscara za Zakochanego Szekspira), Kevin O'Leary, Tyler the
Creator, Odessa A'zion, Abel Ferrara.
Główną siłą filmu jest bardzo sprawnie napisany
scenariusz, w którym szybkie tempo nieprzewidywalnej akcji gna wraz z
wyrazistymi bohaterami, a widz szybko angażuje się emocjonalnie w opowiadaną
historię, której nie brakuje komedii, dramatu, romansu i akcji. Dodatkowo film
ma wyrazistą warstwę audiowizualną dzięki immersyjnym zdjęciom Nowego Jorku lat
50. XX wieku oraz kontrastującej z tą estetyką muzyką elektroniczną bardziej
pasującą do lat 80.
Seans Wielkiego Marty’ego, pełny zwrotów akcji i specyficznej, trafiającej w moje gusta energii ekranowej, wywarł na mnie spore wrażenie i oceniłem film na 8,25/10.
Film w reżyserii Paula Feiga
(specjalizującego się w lżejszym, komediowym kinie, m.in. The Office, Siostra
Jackie) ekranizujący popularną powieść autorstwa Freidy McFadden. Scenarzystką
filmu była Rebecca Sonnenshine (Pamiętniki wampirów, The Boys), autorem zdjęć John
Schwartzman (Twierdza, Jurassic World), a muzykę skomponował Theodore Shapiro
(Diabeł ubiera się u Prady, Rozdzielenie).
Historia młodej dziewczyny,
Millie (Sydney Sweeney, Euforia, Eden, Tylko nie ty), z niejasną przeszłością, która próbuje ułożyć sobie
życie na nowo i zostaje zatrudniona jako pomoc domowa u bogatego małżeństwa.
Sprawy komplikują się, gdy niestabilna emocjonalnie i psychicznie pracodawczyni
Nina (Amanda Seyfried, Mamma Mia!, Wredne dziewczyny, Zepsuta krew) zaczyna prześladować Millie, a jej mąż, przystojny i
zamożny Andrew Winchester (Brandon Sklenar, The Offer, Vice, Midway) wdaje się z dziewczyną w romans.
Później natomiast dostajemy twist tej historii…
Film w typie thrillera
psychologicznego, który szyty jest grubymi nićmi w sposób świadomy i nie
uciekający od kliszowych rozwiązań fabularnych. Produkcja nie jest pozbawiona
wad, jednak w umiejętny sposób łączy w sobie mrok i luźny ton, serwując widzowi
niezbyt wymagający produkt dostarczający precyzyjnie te emocje, które powinien
odczuwać.
Sydney Sweeney, mimo głównej
roli, niestety nie pokazuje w filmie zbyt wiele, również aktorsko, nadrabia to
jednak Amanda Seyfried w interesującej i bardziej skomplikowanej niż wydaje się
na pierwszy rzut oka roli.
Film spotkał się z ciepłym
przyjęciem widzów, którzy już mogą oczekiwać na kontynuację. Ja podszedłem do
niego z ciekawością, ale też dystansem i choć seans był całkiem udany i film
zrobił na mnie finalnie pozytywne wrażenie, to jednak daleko mi do zachwytów i
oceniam go na 6,25/10.
Film w reżyserii i według
scenariusza nagrodzonej Oscsarem Chloe Zhao (dwie statuetki za film Nomadland)
ekranizujący powieść Maggie O’Farrell. Za zdjęcia do filmu odpowiadał polski
operator Łukasz Żal (Ida, Strefa Interesów, Zimna wojna), natomiast autorem
muzyki był niemiecki kompozytor Max Richter (Pozostawieni, Ad Astra).
Osadzona w XVI-wiecznej Anglii
opowieść o relacji Agnes (nagrodzona Oscarem za tę rolę Jessie Buckley,
Czarnobyl, Fargo) oraz Willa (Paul Mescal, nominowany do Oscara za Aftersun,
ponadto choćby Gladiator 2 czy Normalni ludzie), którzy zakochują się w sobie i
zakładają rodzinę. On, wiejski nauczyciel, pragnie spełniać się jako dramaturg
w Londynie, ona – wywodząca się z linii „córek lasu”, nie pasuje do
społeczeństwa i woli kontakt z naturą niż ludźmi. Ich małżeństwo, początkowo
bardzo szczęśliwe, zaczyna przeżywać kryzys, gdy oddalają się od siebie, a
punktem kulminacyjnym staje się śmierć jednego z ich dzieci i przeżywanie
żałoby na własny sposób.
Film dość powolny i
kontemplacyjny, skupiony na tych emocjach wyrażanych jak i skrywanych przez
bohaterów, ukazujący przede wszystkim perspektywę żony Williama Shakespeara na
ich relację rodzinną, ale dający też wyobrażenie, skąd twórca ten mógł czerpać inspiracje
swoich dzieł. Naturalistyczny w ukazaniu zarówno realiów historycznych jak i
angielskiej przyrody, na pochwałę tu zasługują zdjęcia Łukasza Żala. Pewnym
rozczarowaniem natomiast była muzyka jednego z moich ulubionych kompozytorów,
czyli Maxa Richtera, mało zauważalna w czasie filmu, poza finałową sekwencją,
przy której wykorzystano jego najbardziej znany utwór On nature of daylight.
Na osobny akapit zasługuje
oczywiście Jessie Buckley, która jak nikt inny ówczesnego roku nie był pewny
swojego Oscara, a także nieco zmarginalizowany Paul Mescal, który w mojej
opinii był bardzo solidny, a swój popis pozostawił na finał. Zaskakująco natomiast
w pamięć zapadła również tytułowa rola Jacobiego Jupe (młodszy brat Noah Jupe,
którego można kojarzyć jako syna z serii Ciche miejsce), który wykonał jedną z
najlepiej zagranych dziecięcych ról dramatycznych.
Dla niektórych film wydać się
może zbyt ślamazarny i bazujący na taniej emocjonalności, ale… osobiście muszę
opowiedzieć o prywatnym doświadczeniu, jakie spotkało mnie podczas seansu.
Śmierć mojego dziadka przyjąłem bardzo na chłodno, mentalnie przygotowując się
na to od lat. Ta żałoba, wcześniej nieokazywana w zasadzie w ogóle, siedziała
jednak gdzieś głęboko we mnie. Gdy po kilku miesiącach oglądałem Hamneta i
nadszedł masakrujący emocjonalnie i wyciskający wodę z kamienia trzeci akt
filmu, doznałem stanu emocjonalnego, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyłem i
nie ważne, czy film był dobry (w mojej opinii lepiej niż dobry) – katharsis
wówczas doznanego podczas seansu nie jestem w stanie porównać do czegokolwiek i
z tym wspomnieniem pozostanę do końca życia.
Hamnet ma swoje bolączki
realizacyjne, ale jeśli zarezonuje z widzem emocjonalnie, to zmiata z planszy
nawet takich skurwieli bez serca jak Pan Mojito… Dlatego moja subiektywna ocena
to 8,25/10.
Netflixowa produkcja w reżyserii
Joe Carnahana (reżyser specjalizujący się w kinie akcji jak np. Przetrwanie,
Drużyna A, Pod ostrzałem) luźno oparta na prawdziwej historii Chrisa Casiano,
kapitana policji w Miami walczącego z kartelami narkotykowymi. Przy scenariuszu
Carnahanowi pomagał Michael McGrale (CSI: Kryminalne zagadki Miami, The
Following). Autorem zdjęć był Juanmi Azpiroz pracujący przy wielu produkcjach
Carnahana, a muzykę skomponował Clinton Shorter (Dystrykt 9, Colony, The
Expanse).
Film opowiada o oddziale
antynarkotykowym policji w Miami, który zmaga się z wewnętrznymi problemami po
śmierci przełożonej i prowadzonym wewnętrznym dochodzeniem mającym odnaleźć
współpracującego z kartelami kreta. Sytuacja oddziału, któremu przewodzi porucznik
Dumars (Matt Damon, ostatnio m.in. Oppenheimer i Ostatni pojedynek), komplikuje
się, gdy prowadzeni anonimowym cynkiem odnajdują skrytkę z pieniędzmi kartelu
wypełnioną forsą, a widz nie może być pewny uczciwości zarówno Dumarsa jak i
jego podwładnych, innych policjantów oraz polityków. Rozpoczyna się
emocjonująca rozgrywka o to, komu przypadnie wielki łup...
Obok Damona możemy w Łupie
obejrzeć ciekawą obsadę, m.in. Ben Affleck (ostatnio Księgowy 2, Głęboka woda,
Ostatni pojedynek), Steven Yeun (Invincible, Mickey 17, The Walking Dead,
Awantura), Teyana Taylor (Jedna bitwa po drugiej), Sasha Calle (The Flash, Żar
młodości), Kyle Chandler (seria Godzilla).
Film bazuje przede wszystkim na
gęstym klimacie i utrzymywaniu widza w ciągłym napięciu przy zachowaniu
niepewności, komu kibicować, jako thriller akcji sprawdza się zatem całkiem
dobrze, nawet jeśli fabularnie bywa nieco toporny. Jak na standardy kina netflixowego
można powiedzieć nawet, że oglądało się go z dużym zaangażowaniem i
satysfakcją, nawet jeśli finał i epilog filmu były grubaśnymi nićmi szyte. Miło
było też popatrzeć na braciaków Damona i Afflecka razem na ekranie, dlatego Łup
otrzymuje ode mnie solidne 7/10.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz