Czwarty
sezon Wiedźmina obejrzałem z dwumiesięcznym opóźnieniem i to już powinna być
recenzja sama w sobie. Skoro profesor sapkowskologii teoretycznej i
vedyminologii stosowanej ma wywalone na adaptację jednej ze swoich ulubionych
wiedźmińskich książek, to wiedz, że spierdoliłeś sobie franczyzę i pora gasić
światło. Jak słaby jest czwarty sezon Wiedźmina i jakim cudem całkiem udanym
okazał się zakopany przez Netflixa spin-off o Szczurach?
Showrunnerem serialu jest ta głupia
pizda Lauren Schmidt Hissrich, która zarzyna wiedźmińską franczyzę dla Netflixa
od 2019 roku, wcześniej partycypowała przy netflixowych serialach Marvela
takich jak Daredevil i Defenders oraz m.in. The Umbrella Academy, Prezydencki
poker, Drive czy Power. Pani Lauren serdecznie nie pozdrawiam i lepiej, żeby w
Polsce już się nie pokazywała, bo jest persona non kurwa grata.
Przy scenariuszu do czwartego sezonu
pracowali ponadto Clare Higgins (asystowała przy scenariuszach do Bridgertonów,
Charmed, The Umbrella Academy), Rae Benjamin (chujowa animacja Wiedźmin: Syreny
z głębin), Troy Dangerfield (Castle, animacja Tomb Rider: Legenda Lary Croft),
a także w mniejszym stopniu Tania Lotia (Potwór z bagien, Invincible, Carnival
Row, Wiedźmin: Rodowód krwi, The Mighty Nein, macza też palce w nadchodzącej
adaptacji God of War) oraz Javier Grillo-Marxuach (nieliczny z zawodowców w tej
ekipie, pracował m.in. przy Zagubionych, Czarodziejkach, Medium, Helix, The
100, Stamtąd). Z pustego to i Esterad Thyssen nie naleje…
Autorami muzyki byli Joseph
Trapanese (pierwszy odcinek, poza drugim i trzecim sezonem Wiedźmina pracował
przy Brilliant Minds, Wiedźmin: Syreny z głębin, Rytual, G20, Cień i kość, ale
także obie części Raid, Król rozrywki czy Niepamięć) oraz Max Davidoff-Grey (do
tej pory głównie komponował do krótkich metraży i asystował przy kompozycjach
m.in. J. Trapanese). Za zdjęcia odpowiadali Scott Winig (pierwszy i drugi oraz
siódmy i ósmy odcinek, poza tym Obóz Kikiwaka, Fear of the Walking Dead, Doom
Patrol oraz American Horror Story), Mike Spragg (trzeci i czwarty odcinek, poza
tym In Between, Midnight Texas, Operacja: Świt, Pennyworth) oraz Richard
Donelly (piąty i szósty odcinek, ponadto Diuna: Proroctwo, Problem trzech ciał,
Upadek królestwa oraz nadchodzący trzeci sezon Rodu smoka).
Serial oparty jest luźno na trzeciej
wiedźmińskiej powieści, czyli Chrzcie ognia autorstwa Andrzeja Sapkowskiego z
1996 roku. W kwestii netflixowego uniwersum The Witcher muszę przyznać, że
stałem w obronie pierwszego sezonu serialu, może i na wyrost, nie spodziewałem
się jednak, że twórcy, w tym chędożony Tomasz Bagiński, tak pogrzebią franczyzę
w kupie śmierdzącego gówna zwanego inaczej „inwencją własną scenarzystów” przy
okazji kolejnych sezonów staczających się coraz niżej. Słaby drugi sezon,
tragiczny sezon trzeci, absurdalnie kurwa fatalny Rodowód krwi już dawno
wyczerpały cierpliwość fanów, którym Hissrich i jej ekipa totalnych dyletantów
napluli w twarz. Postarajmy się jednak podejść do tematu sine ira et studio…
RECENZJA
MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW.
PRZED
UŻYCIEM SKONSULTUJ SIĘ Z DZIENNIKARZEM LUB RECENZENTEM.
Po dramatycznych wydarzeniach na
Wyspie Thanned, wiedźmin Geralt z Rivii (Henry’ego Cavilla zamienił w głównej
roli Liam Hemsworth, mniej sławny i utalentowany brat Chrisa, najbardziej znany
z roli Gale’a w serii Igrzyska śmierci, poza tym Niezniszczalni 2, Paranoja, Dzień
niepodległości: Odrodzenie, Most Dangerous Game, Pokerzysta) kurował się w
lesie Brokilon, skąd wyruszył na wyprawę ratowania Cirilli Fiony Elen Rhiannon
(Freya Allan, poza Wiedźminem m.in. Królestwo Planety Małp, Dzień trzeci,
Zabójczy koktajl). Towarzyszą mu jego wierny druh, bard Jaskier (Joey Batey,
m.in. Templariusze, Cormoran Strike, Billy the Kid) oraz Milva (Meng'er Zhang,
debiutowała w solidnej roli Xialing, siostry tytułowego bohatera w filmie MCU
pt. Shang-chi i legenda dziesięciu pierścieni). Z czasem jednak kompania
poszerza się o Cahira Mawr Dyffryn aep Ceallacha (Eamon Farren, Wykopaliska,
Twin Peaks, Big Mood), czyli Nilfgaardczyka, który nie jest Nilfgaardczykiem,
krasnoluda Zoltana Chivaya (Danny Woodburn, Bukmacher, Willow, Moda na sukces,
Kości oraz sporo ról głosowych), gnoma Percivala Schutenbacha (Linden Porco,
Zaułek koszmarów, Leprechaun powraca, Resident Alien) oraz tajemniczego
cyrulika Regisa (Lawrance Fishburne, najbardziej znany z roli Morfeusza w
Matrixie czy Bowery Kinga w Johnie Wicku). Wędrują w kierunku Nilfgaardu, gdzie
ma znajdować się uprowadzona przez cesarza Ciri, a po drodze starają się unikać
potworów i szalejącej wojny, co nijak im się nie udaje…
W innych zakątkach świata działy się
zaś rzeczy, które się fizjologom nie śniły. Nabzdyczona Yennefer z Vengerbergu
(Anya Chalotra, Koszmarne komando, Zmierzch bogów, Wanderlust) rozgoryczona
zaginięciem Ciri, pragnie wywrzeć zemstę na potężnym czarodzieju, Vilgefortzu z
Roggeveen (Mahesh Jadu, Marco Polo, Zatoka serc), którego celem jest zawładnięcie
całym Kontynentem. Czarodziejka zbiera więc niedobitki tych, którzy przetrwali
przewrót na Thanned, m.in. Triss Merigold (Anna Schaffer), Sabrinę Glevissig
(Therica Wilson-Read), Margaritę Laux-Antille (Rochelle Rose), Francescę
Findabair (Mecia Simson) i na zamku Montecalvo należącym do Filippy Eilhart
(Cassie Clare) planują pokrzyżować plany smagłolicemu pięknisiowi bez oka.
Wesprą ich w tym Assire var Anahid (Su Douglas), Ida Emean (Joelle Rae) oraz z
dupy wyciągnięci: chyba krasnoludzka czarodziejka Ximer (Luisa Guereiro) oraz Wiedźmińskie
Oddziały Specjalne pod dowództwem pułkownika Vesemira (Kima Bodnię zastąpił
Peter Mullan).
Cesarz Nilfgaardu, Emhyr var Emreis
(Bart Edwards) w swym pałacu przetrzymuje Fałszywą Ciri (Frances Pooley),
jednak szybko orientuje się, że został oszukany i rozkazuje Skellenowi (James
Purefoy, Rzym, Altered Carbon, Salomon Kane, Obłędny rycerz, The Following)
odnalezienie swej córki. Skellen, planujący przewrót przeciwko swemu władcy,
kontaktuje się ze sławnym łowcą nagród, Leo Bonhartem (Sharlto Copley, Monkey
Man, Russian Doll, Powers, Chappie, Czarownica, Oldboy, Elizjum, Dystrykt 9),
aby ten rozprawił się gracującą w Geso bandą Szczurów, do której następczyni
tronu Cintry dołączyła po wyjściu z Pustyni Korath.
Ciri, zwana teraz Falką, stała się
członkinią bandy Szczurów, w skład której wchodzili: Giselher (Ben Radcliff),
elfka Iskra (Aggy K. Adams), Kayleigh (Fabian McCallum), Reef (Juliette
Alexandra), Asse (Connor Crawford). Najbardziej zażyłą i intymną relację
zawiązała jednak z Mistle (Christelle Elwin), która wzięła ją w opiekę. Razem
szponcili i psocili, huncwoty, napadając na bogatych i rozdając biednym, w gruncie jednak
rzeczy brzydząc się przemocą, aż do pojawienia się łaknącej krwi Falki, która
sprowadziła ich na złą drogę…
Pomimo starań ocenienia serialu w
oderwaniu od materiału źródłowego, wciąż wychodzi weryfikacja negatywna. Fabuła
to się kupy dupy nie trzyma i biegnie na złamanie karku, byleby tylko odhaczyć
checkpointy z książek, bez ładu i składu mieszając wszystko i dorzucając sporo
bzdurnych sytuacji i obowiązkowych walk z potworami. Najsolidniej wypadał w
moim odczuciu wątek kompanii towarzyszącej Geraltowi (najbliższy książce, no kto
by się kurwa spodziewał), ale i tak był maksymalnie średni. Trudno ocenić zaś,
który z pozostałych wątków był najsłabszy. Wątek „nilfgaardzki” można uznać za
mało istotny, bo składało się na niego kilka zaledwie scen przez cały sezon.
Bój o bezcenny, argentyński kaktus, który należy wsadzić w dupę Pani
Showrunnerce, toczy się zatem między totalnie idiotycznym wątkiem „wojny
czarodziejów” między Yennefer a Vilgefortzem, a zupełnie wypranym z charakteru
wątkiem Szczurów i po namyśle jednak zwycięstwo stoi po stronie polityczno-magicznej
naparzanki jako największej „wesołej twórczości” Hissrich, która niespełna rozumu
albo pod wpływem popularnego w Ameryce fentanylu lub innych środków
odurzających popełniła karygodnie żenujące scenopisarstwo.
Odnosząc się natomiast do materiału
źródłowego, sprawy wypadają dużo, dużo gorzej. Kolejny raz Netflix oraz podległe
mu osoby scenariuszopiszące oddelegowane do masakrowania prozy Sapkowskiego
udowadniają, że choć może i książki przeczytali, to ni chuja nic z nich nie
zrozumieli. Serial pozbawiony jest jakiejkolwiek głębi emocjonalnej,
charakterologicznej oraz wyprany jest z warstw filozoficzno-społeczno-kulturowych
zaszytych w tekście Pana Andrzeja komentującego wiele przeszłych i ówczesnych,
ale nadal współczesnych nam spraw polityczno-społecznych. Nic kurwa nie zostało
z bogatego aromatu unoszącego się nad tym uniwersum, wszystko nie dość, że
zwietrzało, to jeszcze zaśmierdło, a mieli jebany samograj, który w aspekcie wielopłaszczyznowości
jebie moralnie szarą prozę George’a R.R. Martina kutasem po ryju jak tanią
dziwkę w podrzędnym hotelu.
Całkowicie z moralno-filozoficznego
podłoża odarty został wątek Geralta wędrującego przez ogarnięte wojną
pogranicze Królestw Północy i Nilfgaardu, bogate w przemyślenia dotyczące ludzkiej
natury, okropieństw wojny oraz zderzającego ideały z pragmatyzmem. Bogate
rozterki wewnętrzne bohaterów sprowadzono do nudnego questa polegającego na
przejściu z punktu A do punktu B wybijając napotkane potwory i stających im na
drodze żołnierzy. Geralt, jedynie powierzchownie szorstki i mrukliwy, nie ma
już krztyny charakteru i jest robotem z misją do wykonania. Jaskier na dobre
stał się comic reliefem nie mającym do powiedzenia nic innego niż rzucenie
żartu, a jest to w zasadzie jeden i ten sam żart, który szybko przestaje bawić.
Zoltan Chivay, jedna z moich ulubionych postaci pojawiających się w Chrzcie
ognia, postać charakterna i pełna ciekawego spojrzenia na świat, mająca bogatą
życiową eksperiencję, jest sprowadzony do roli standardowego krasnoluda
pałętającego się przy głównym bohaterze. W przypadku Milvy widać, że twórcy
starali się oddać jej charakter, ale zrobili to tylko powierzchownie, robiąc z
niej awanturującą się, nieokrzesaną babę pełną złości wobec niesprawiedliwości
świata. Najlepiej im wyszło z Emielem Regisem, ale to chyba bardziej zasługa
wcielającego się w niego aktora, bo narracyjnie jego rola była znikoma.
Podobnie sprawa ma się z wątkiem
Szczurów. Zamiast bezwzględnych bandytów za nic mających sobie ludzkie życie,
prawdziwe „dzieci Czasu Pogardy”, dostaliśmy mizernych łobuzów i huncwotów, w
gruncie rzeczy niegroźnych i w szerszym ujęciu nieszkodliwych. Z zabijaków gotowych
na każdy hazard, pełnych animuszu i charyzmy, dostaliśmy jakieś popierdółki.
Nawet motyw ich „dobroczynnego” rozdawnictwa zagrabionych bogactw wyszedł
zupełnie przypadkowo i nieintencjonalnie, że nie wspomnę o tym, że dopiero
pojawienie się zabójczej Falki wniosło do ich przestępczej działalności grozę. W
ostatecznym rozrachunku wychodzi na to, że to Ciri ich zdeprawowała, a nie na
odwrót. Sam wątek romansu Ciri i Mistle też został ugrzeczniony i
zdisneyizowany, bo wszak kobieta nie może zgwałcić innej kobiety i przywiązać
jej do siebie w toksycznej relacji podszytej syndromem sztokholmskim…
Może to niepopularna opinia, ale
jestem fanem Emhyra var Emreisa, Białego Płomienia Tańczącego na Kurhanach
Wrogów. Ale nie kurwa tej karykatury książkowego pierwowzoru - silnego władcy
stawiającego rację stanu ponad wszystko (jasne, trochę się chłop zagalopował,
ale wysiadł z tego pociągu na odpowiedniej stacji). Netflixowy Emhyr to tyran
niespełna rozumu i nic nie pozostało z zimnego, dumnego i wymagającego, nawet
okrutnego, ale w gruncie rzeczy racjonalnego i opanowanego człowieka z wizją i
poczuciem misji oraz odpowiedzialności za kraj. Cały Nilfgaard, największe
imperium Kontynentu, skompresowano zaś do jednej lokacji i dwóch sług Emhyra, wiernego
wróżbitę Xartisiusa oraz spiskującego Skellena, w gruncie rzeczy nie-wiadomo-kogo na cesarskim dworze (prawdopodobnie Skellen wchłonął role szefa
imperialnego wywiadu Vattiera D’Rideaux oraz seneszala dworu Ceallacha).
To wszystko jednak niknie przy bezmiarze głupoty, z jaką mamy do czynienia w przypadku wątku czarodziejów. Do światotwórczych fikołków, Chaosu i Przeznaczenia oraz wszechpotężnych megalitów już powinniśmy być przyzwyczajeni, ale znowu scenarzyści ładują ostro do pieca, prezentując widzom trudny do ogarnięcia rozumem festiwal głupot wyjętych prosto z pustego łba Pani Lauren. Myślę, że jakby wziąć przeciętnego pijanego studenta literaturoznawstwa Akademii Oxenfurckiej, wsadzić go do beczki i spuścić ze szczytu Góry Carbon w Mahakamie, to po wyjściu z owej beczki nie zaserwowałby nam takiego bełta jakim obrzygała nas Pani Hissrich, gwałcąc te ostatnie zdrowe szare komórki w mózgu, jakie nam pozostały po jej ekscesach z poprzednich sezonów.
Vilgefortz, śliska glista z przerostem ego i ambicji, byłaby jeszcze do przełknięcia, ale jego sekta czarodziejów-samobójców jest już nieco na wyrost – dumni, pyszni, samolubni i aroganccy czarodzieje giną na lewo i prawo, poświęcając się dla niego bez żadnego mrugnięcia okiem i wyjaśnienia (może wyjaśniali to w poprzednim sezonie, ale wyparłem to z pamięci). Nasze milusińskie czarodziejki szykują się natomiast na atak Vilgefortza i jego minionów, ucząc się szermierki. Szermierki, kurwa. Potężni magowie mający na skinienie wszechmoc w porównaniu z normalnymi ludźmi, uczą się machać mieczem i dźgać sztyletem, bo kurwa tak wymyśliła Pani Hissrich. Dodatkowo nawiedza ich eskadra wiedźminów, bo przeciwko złym czarownikom nic tak nie działa jak wiedźmińska klinga wbita czarownikowi w oko lub serce. O ile ten wiedźmin zdążyłby w ogóle do czarownika się zbliżyć w jednym kawałku. Sama bitwa zaś to chaos polegający głównie na wyginaniu kończyn adwersarzy lub przebijaniu ich kinetycznie lub telekinetycznie różnymi ostrymi przedmiotami, potężna Sabrina Glevissig dlatego ostro szyje z łuku, bo po co magia, jeśli ma się dużo strzał i siłę przyjaźni? A co przechyla szalę zwycięstwa na stronę czarodziejek? Oczywiście jedna z najpotężniejszych czarodziejek Kontynentu, wielka Filippa Eilhart, siłuje się ręcznie z kołowrotem zamkowej wieży ciśnień, by woda mogła wytrysnąć ze studni i zalać parających się zakazaną magią ognia napastników. Brawo, Pani Lauren, nie wpadłbym na to. Na koniec zaś Yennefer jest inicjatorką Loży Czarodziejek, bo kurwa tak, po czym wparowuje do cesarskiego pałacu w Nilfgaardzie, bo kurwa tak.
Mając już ogólną warstwę fabularną rozliczoną, czas przejść do oceny ról aktorskich. Na pozytywny werdykt zasługuje przede wszystkim Laurence Fishburne jako wampir Regis, który nadał swojemu bohaterowi odpowiedniej aury tajemniczości i podniosłości, a jego kolor skóry różniący się znacząco od opisu książkowego nie przeszkadza i w akcji wypadł dużo lepiej niż wycieki z planu wskazywały. Drugim pozytywnym wyróżnieniem poszczycić się może Sharlto Copley jako Leo Bonhart, w przypadku którego poczyniono pewne zmiany charakterologiczne, ale jednocześnie pozwolono aktorowi rzeźbić w roli i kto wie, czy Leo Bonhart w tych kilku na krzyż scenach, jakie miał w sezonie, nie skradł całego show. Jego Bonhart był nieprzewidywalny, ekscentryczny i emocjonalny (a powinien być zimnym, beznamiętnym i niemal bezemocjonalnym zawodowcem), w całej jednak tej otoczce uchwycono grozę postaci i w końcu wydobyto jakieś emocje w widzu.
Wszystkie czarodziejki, poza Su Douglas jako Assire - starszej, bardziej stereotypowej czarownicy, wypadły jednakowo nijako, nie mając w zasadzie nic ciekawego do zagrania, łącznie z Anyą Chalotrą jako Yennefer. Mahesh Jadu jako Vilgefortz nie jest najgorszy w tym zestawieniu przeciętności. Wszyscy inni byli zupełnie nijacy, nieinteresujący i pozbawieni głębi. Freya Allan jako zbuntowana Ciri dawała radę, zwłaszcza w drugiej połowie serialu i w konfrontacji z Leo Bonhartem. Większość aktorów to sympatyczne mordki jak Joey Batey, Graham McTavish czy Danny Woodburn, ale nie mają w sobie nic interesującego i angażującego widza. Wykastrowano ich z całej charyzmy, jaką mieli w książkach. Na osobne zdanie zasługuje Liam Hemsworth jako nowa wersja Geralta z Rivii i w mojej opinii wypadł bardzo przekonująco w roli sobowtóra Henry’ego Cavilla, imitując jego ton głosu i manieryzmy, więc jak się zmrużyło oczy to można było zapomnieć o podmiance aktorów. Niestety zasięg emocjonalny Liama nie jest zbyt duży i w bardziej wymagających momentach pachniało trochę sosną, znaczy się drewno. Finalnie jednak nie narzekam, bo Geralt jako taki od dawna był pisany płasko jak…[redacted Epstein Files].
Realizacyjnie serial był przeciętny jak zwykle, w pojedynczych momentach wznosząc się ponad średnią. Choreografia walk (poza magicznym machaniem łapami) była całkiem solidna i w większości przypadków dawała radę, choć brakowało większego rozmachu. Kilka walk z potworami było nienajgorszych, nawet jeśli dodano je spoza materiału źródłowego. Kostiumy, rekwizyty i scenografie jednak nie robiły większego wrażenia i często pachniało tandetą, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, zwłaszcza in minus zapisał się jakiś kurwa podrabiany wiedźmin ubrany w pakuły i tekturę, z którym walczy Bonhart. Na wyróżnienie zasługuje odcinek piąty, w którym dostaliśmy kilka opowieści przy ognisku, w tym wstawkę musicalową, czarny humor oraz całkiem solidną animację i nawet jeśli musical mi nie podszedł, to już animacja podobała się dużo bardziej i doceniam kreatywność oraz przełamanie nudnej, sztampowej narracji, która ciągnie się emocjonalnie jak flaki z olejem mimo szybkiego, teledyskowego tempa serialu.
Dodatkowo muszę wspomnieć o odcinku specjalnym, który pierwotnie miał być całym osobnym serialowym spin-offem poświęconym Szczurom. Za produkcję tegoż odpowiadali: kanadyjska reżyser Mairzee Almas (doświadczona reżyserka pojedynczych odcinków seriali takich jak Tajemnice Smallville, Lucyfer, iZombie, Arrow, Jessica Jones, Iron Fist, Locke & Key, Sandman, Cień i kość, Monarch: Dziedzictwo potworów), scenarzystka Hailey Hall (Power, Wiedźmin), kompozytor Mateusz Schmidt (Jak zostałem gangsterem, Kleks i wynalazek Filipa Golarza) oraz operator Trevor Michael Brown (One piece, Wojownik, Samson, Król Skorpion 4, Błękitna fala 2), których Lauren S. Hissrich kurwa nie upilnowała, bo wyszło całkiem spoko…
Szczury: Opowieść ze świata Wiedźmina opowiada nam o losach bandy Szczurów, zanim Ci spotkali na swej drodze Ciri i kiedy pierwszy raz zetknęli się z Leo Bonhartem. Szczury, grasujące niegroźnie po Geso (chciałem zauważyć, Pani Hissrich, że w Geso nie ma morza), szykują duży skok na skarb bezwzględnego Berta Brigena (Ben Robson), z którym Mistle i Asse mają na pieńku. Skarbu pilnuje jednak niebezpieczny potwór, postanawiają zatem do swej bandy zwerbować wiedźmina ze Szkoły Kota, Brehena (Dolph Lundgren, Ivan Drago z uniwersum Rocky’ego/Creeda, ponadto m.in. Uniwersalny żołnierz, seria Niezniszczalni, Arrow, Aquaman), który najlepsze lata ma już za sobą i wzbudza bardziej politowanie niż strach. Udaje im się jednak dojść do porozumienia i wspólnie podejmują się groźnego wyzwania, ucząc się od siebie nawzajem.
Film wypada zaskakująco solidnie na każdej płaszczyźnie w porównaniu z historią Szczurów opowiadaną w serialu. Fabuła jest koherentna i jeśli nawet nie najbardziej odkrywcza, to jednak poruszająca widza na tyle, że kibicuje zarówno nielubianym wcześniej Szczurom jak i podstarzałemu wiedźminowi. Zdjęcia i oświetlenie wypadają dużo ciekawiej i naturalniej niż w serialu, zupełnie jakby kręcił to ktoś znający się na swojej robocie, a nie odpierdalający manianę za nieskończony hajs Netflixa. Ciekawa muzyka z polskim wątkiem folkorowym już na starcie wzbogaciła odbiór, zapachniało bowiem swojskim Percivalem…
Podsumowując, czwarty sezon Wiedźmina to abominacja, jakiej należało się spodziewać, masakrująca materiał źródłowy i patrosząca go z jakiejkolwiek oryginalnej treści. Wszelka głębia została przykryta grubą warstwą nijakości i generycznego fantasy bez wyrazu i charakteru. Pod tym względem realizacyjnie dużo lepiej wypadł spin-off o Szczurach, który Netflix starał się zakopać i któremu przyznaję solidną notę 6,5/10. W przypadku jednak serialu i tak jestem łaskawy, doceniając kreacje Fishburne’a oraz Copleya i oceniając czwarty sezon The Witcher na 4/10. Gdy premierował będzie finałowy sezon piąty natomiast ubiorę się w garnitur, otworzę dobrą whisky i obejrzę go, celebrując śmierć franczyzy bezczeszczącej moją ukochaną serię książek…







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz